Wewnętrzna informacja - Alan W. Watts

Co takiego powinien wiedzieć młody mężczyzna albo młoda kobieta, aby byli "wtajemniczeni"?

Tagi

Źródło

Eseje

Odsłony

1979

Co takiego powinien wiedzieć młody mężczyzna albo młoda kobieta, aby byli "wtajemniczeni"? Innymi słowy, czy istnieje jakaś wewnętrzna informacja, specjalne tabu, coś poufnego o życiu i egzystencji, o czym większość rodziców i nauczycieli bądź nie wie, bądź nie chce nam powiedzieć?

W Japonii było kiedyś zwyczajem dawać młodym ludziom przed ślubem książkę "do poduszki". Był to mały tomik, często
kolorowany, pokazujący wszystkie szczegóły stosunku płciowego. I nie chodziło tu tylko o to, że - jak Chińczycy mawiają – "Jeden obraz wart jest tysiąca słów", lecz także o to, że oszczędzało to rodzicom zakłopotania tłumaczeniem tych intymnych spraw twarzą w twarz. Ale dziś na Zachodzie możesz uzyskać takie informacje w gazetach, gdyż seks nie jest już poważnym tabu. Nastolatki wiedzą czasami o seksie więcej niż dorośli.

Ale jeśli seks już nie jest wielkim tabu, to co nim jest? Gdyż zawsze jakieś tabu istnieje, coś stłumionego, do czego się nie przyznajemy, na co zerkamy ukradkiem kątem oka, gdyż bezpośrednie spojrzenie byłoby zbyt niepokojące. Tabu leżą wewnątrz tabu tak jak warstwy skórki cebuli. Zatem co byłoby Książką, którą ojcowie synom, a matki córkom niepostrzeżenie wsunęliby pod poduszkę, nigdy nie przyznając się do tego otwarcie?

W niektórych kręgach silne tabu leży na religii, nawet tam, gdzie ludzie chodzą do kościoła albo czytają Biblię. U nas religia jest czyjąś prywatną sprawą. Złą formą zachowania jest mówić czy spierać się o nią, a nawet bardzo złą - dawać pokaz swej pobożności. Ale kiedy wejdzie się do środka większości głównych religii, to człowiek zastanawia się, po co ta cała tajemniczość

Na pewno Książką, o której ja myślę, nie byłaby Biblia, "Dobra Księga", ta fascynująca antologia starożytnej mądrości, historii i bajka, która tak długo była traktowana jak Święta Krowa, że byłoby dobrze zamknąć ją na wiek lub dwa, by ludzie mogli ją usłyszeć ponownie świeżym uchem. Są sekrety w Biblii, i to niektóre bardzo wywrotowe, lecz są tak owinięte komplikacjami, archaicznymi symbolami i sposobami myślenia, że chrześcijaństwo stało się niewiarygodnie trudne do wytłumaczenia współczesnej osobie. To znaczy dopóki nie zadowoli cię sprowadzenie sprawy do bycia dobrym i prób naśladowania Jezusa, tyle że nikt nie potrafi wyjaśnić dokładnie, jak to zrobić By to zrobić, musisz mieć szczególną moc od Boga, zwaną "łaską", ale wszystko, co tak naprawdę wiemy o łasce, to to, że niektórzy jej dostępują, a inni nie.

Główne religie, czy to judaizm, chrześcijaństwo, mahometanizm, hinduizm, czy buddyzm, są - w obecnej formie - jak wyczerpane kopalnie: bardzo ciężko się w nich kopie. Z niektórymi chwalebnymi wyjątkami ich poglądy o człowieku i świecie, ich obrazowość, ich obrzędy i pojęcie dobrego życia nie wydają się pasować do wszechświata takiego, jaki dziś znamy, ani do świata ludzkiego zmieniającego się tak gwałtownie, że to, czego nauczymy się w szkole, jest już przeżytkiem w dniu ukończenia studiów.

Książka, o której myślę, nie byłaby religijna w zwykłym sensie, niemniej musiałaby omawiać wiele rzeczy, którymi religie się zajmowały - wszechświat i miejsce człowieka w nim, tajemnicze centrum doświadczeń, które nazywamy "ja", problemy życia i miłości, bólu i śmierci i ogólne pytanie, czy egzystencja ma jakikolwiek dający się ująć w słowa sens, ponieważ wzrasta niepokój, że życie to pułapka, wyścig szczurów: żywe organizmy, włączając w to ludzi, są tylko rurami, do których wkłada się rzeczy jednym końcem, a pozwala im się wydostać drugim, co pozwala im to ciągle powtarzać, choć na dłuższą metę zużywa je. I aby ta farsa mogła trwać, rury wynajdują sposób na robienie nowych rur, które także wkładają rzeczy jednym końcem, a wydalają drugim. Przy wejściu rury rozwijają nawet skupiska nerwów zwane mózgiem oraz oczy i uszy, aby łatwiej było im szukać rzeczy do połknięcia. A gdy zbiorą dość jedzenia, to zużywają nadmiar swej energii, poruszając się w skomplikowanych wzorach, wydając przeróżne dźwięki dzięki wciąganiu i wydmuchiwaniu powietrza przez wejście rury lub zbierając się w grupy, by walczyć przeciwko innym grupom. W tym samym czasie rury wytwarzają taką obfitość dodatkowych przyborów, że trudno w nich rozpoznać same rury, i udaje im się to w oszałamiająco różnorodny sposób. Jest mglista reguła, by nie zjadać rur z tego samego gatunku, ale generalnie istnieje poważne współzawodnictwo co do tego, kto będzie rurą najlepszego rodzaju. Wszystko to wydaje się zdumiewająco daremne, ale kiedy się nad tym zastanowić, to zaczyna to być bardziej zdumiewające niż daremne. W rzeczy samej wydaje się to nadzwyczaj dziwne.

Specjalnym rodzajem oświecenia jest czuć, że zwykłość, to, jakie rzeczy normalnie są, jest dziwna - niesamowita i wysoce
nieprawdopodobna. G.K. Chesterton powiedział kiedyś, że jedną rzeczą jest zdumieć się na widok pegaza czy jednorożca,
stworzeń, które nie istnieją, a całkiem inną i o wiele wyższą rzeczą jest zdumieć się widokiem nosorożca lub żyrafy, które istnieją, a wyglądają jak nierealne. To uczucie powszechnej dziwności zawiera w sobie podstawowe i żywe zadumanie nad sensem rzeczy. Dlaczego ze wszystkich możliwych światów mamy tę oto przeogromną i pozornie niepotrzebną różność galaktyk w tajemniczo zakrzywionej czasoprzestrzeni, te miriady różnych gatunków rur grających gorączkowo w grę "kto-górą?", te niezliczone sposoby na wyrażenie "TEGO" od eleganckiej architektury kryształka śniegu bądź dwuatomowej cząsteczki po wstrząsającą wspaniałość ptaka rajskiego czy pawia?

Ludwik Wittgenstein i inni współcześni "logiczni" filozofowie próbowali stłumić to pytanie, mówiąc, że nie ma ono sensu i nie powinno być zadawane. Większość filozoficznych problemów ma być rozwiązana przez uwolnienie się od nich, przez dotarcie do punktu, gdzie dostrzegasz, że takie pytanie, jak: "Dlaczego wszechświat jest taki?", jest rodzajem intelektualnej nerwicy, złym użyciem słów, tak że brzmi ono rozsądnie, ale w istocie jest tak bezsensowne jak pytanie: "Gdzie jest wszechświat?", kiedy to jedyne miejsce pobytu jakiejkolwiek rzeczy jest gdzieś wewnątrz wszechświata. Zadaniem filozofii jest leczyć ludzi z takich nonsensów, ale Wittgenstein, jak zobaczymy, miał w tym trochę racji. Niemniej zdziwienie nie jest chorobą. Zdziwienie i jego wyraz w poezji i sztuce są wśród najważniejszych rzeczy wydających się odróżniać ludzi od zwierząt oraz inteligentnych i wrażliwych ludzi od głupców.

Czy istnieje zatem coś poufnego w tym zdumiewającym układzie rzeczy, coś, co do tej pory nie wydostało się na światło dzienne poprzez zwykłe kanały Odpowiedzi - historyczne religie i filozofie? Istnieje. Była o tym mowa wiele, wiele razy, ale w takim stylu, że my dzisiaj, w tej szczególnej cywilizacji, nie słyszymy tego. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, że jest to całkowicie wywrotowe nie tyle w sensie politycznym i moralnym, ile w takim, że obraca nasz zwykły sposób postrzegania rzeczy, nasz zdrowy rozsądek na lewą stronę i do góry nogami. To może oczywiście mieć polityczne i moralne konsekwencje, ale obecnie nie mamy jasnego pojęcia o tym, jakie mogą one być. Dotychczas ta wewnętrzna rewolucja umysłu była ograniczona do raczej wyodrębnionych jednostek - nigdy, z tego, co mi wiadomo, nie cechowała ona grup czy społeczeństw.

Ale świat jest w nadzwyczaj niebezpiecznej sytuacji, a poważne choroby często wymagają ryzyka użycia niebezpiecznego
lekarstwa - jak serum Pasteura na wściekliznę. Nie chodzi tylko o to, że możemy po prostu wysadzić planetę za pomocą bomb
nuklearnych, udusić się z przeludnienia, zniszczyć nasze bogactwa naturalne wskutek złej ich ochrony albo zrujnować glebę i jej produkty przez źle używaną chemię i pestycydy. Poza tym wszystkim jest możliwość, że choć cywilizacja okaże się wielkim technologicznym sukcesem, to wskutek odmiennych reguł gry większość ludzi będzie zakłopotana, przerażona i zdezorientowana z jednego tylko powodu - reguły te będą się ciągle zmieniać Coś jak granie w grę, w której zasady są bezustannie zmieniane, a nigdy nie zostały do końca wyjaśnione - grę, z której nie można wycofać się bez samobójstwa i w której nigdy nie można wrócić do starszej formy gry.

Ale problem człowieka i techniki jest prawie zawsze stwierdzany w zły sposób. Mówi się, że ludzkość rozwinęła się jednostronnie, rosnąc w techniczną moc bez jakiegokolwiek porównywalnego wzrostu moralnej integracji lub, jak niektórzy woleliby powiedzieć, bez porównywalnego postępu w edukacji i racjonalnym myśleniu. Ale problem jest bardziej podstawowy. Sednem sprawy jest sposób, w jaki czujemy i pojmujemy siebie jako istoty ludzkie, nasze wrażenie bycia żywym, odczucie naszej indywidualnej egzystencji i tożsamości. Cierpimy na halucynację, na fałszywe i zniekształcone wrażenie naszego życia jako żyjącego organizmu. Większość z nas ma odczucie, że nasze "ja" jest oddzielnym centrum czucia i działania, żyjącym wewnątrz i ograniczonego fizycznym ciałem - centrum, które dokonuje "konfrontacji" z "zewnętrznym" światem ludzi i rzeczy, kontaktując się poprzez zmysły z zasadniczo obcym wszechświatem. Codzienne figury stylistyczne odzwierciedlają tę iluzję - "przyszedłem na ten świat", "musisz stawić czoła rzeczywistości" czy "podbój natury". To uczucie bycia samotnym i jedynie tymczasowym gościem w świecie jest prostym zaprzeczeniem całej wiedzy o człowieku (i wszystkich innych żyjących organizmach) zdobytej przez naukę. My nie "przychodzimy" na świat - wyrastamy z niego jak liście z drzewa. Tak jak ocean faluje, tak wszechświat zaludnia się. Każda jednostka jest ekspresją całego królestwa natury, wyjątkowym czynem całego wszechświata. Ten fakt jest rzadko, jeśli w ogóle, doświadczany przez większość ludzi. Nawet ci, którzy wiedzą, że to teoretyczna prawda, nie czują tego, podtrzymując świadomość siebie jako odosobnionego "ego" wewnątrz worka skóry.

Pierwszym skutkiem tej iluzji jest to, że nasza postawa wobec świata "na zewnątrz" nas jest przeważnie wroga. Wiecznie
"podbijamy" naturę, przestrzeń, góry, pustynie, bakterie i insekty, zamiast nauczyć się współpracować z nimi w harmonijnym porządku. W Ameryce wielkimi symbolami tego podboju są buldożer i rakieta - instrument, który przeistacza wzgórza w płaskie tereny pod małe pudełka podobne do siebie toczka w toczkę, oraz wielki falliczny pocisk, który jest wysadzany w powietrze. (Niemniej mamy wyśmienitych architektów, którzy wiedzą, jak dopasować domy do pagórków bez rujnowania krajobrazu, oraz mamy astronomów, którzy wiedzą, że Ziemia już jest w przestrzeni kosmicznej i że pierwszą rzeczą, której potrzebujemy do eksplorowania innych światów, jest czuły, elektroniczny instrument, który jak nasze oczy przeniesie najdalsze obiekty wprost do naszych umysłów). Wroga postawa podboju natury ignoruje podstawową współzależność wszystkich rzeczy i zdarzeń - że świat poza skórą jest zasadniczo przedłużeniem naszych własnych ciał - i kończy się niszczeniem całego środowiska, z którego wyłaniamy się i od którego zależy całe nasze życie.

Drugim skutkiem wrażenia, że jesteśmy wyodrębnionymi umysłami w obcym i przeważnie głupim świecie, jest to, że nie mamy
zdrowego rozsądku, że nie ma sposobu nadania sensu światu, co do którego zgadzalibyśmy się wspólnie. To tylko moja opinia
przeciwna twojej, zatem najbardziej agresywny i brutalny (stąd niewrażliwy) propagator podejmuje decyzje. Nieład sprzecznych opinii zjednoczonych mocą propagandy jest najgorszym z możliwych źródeł kontroli potężnej technologii.

Może się wydawać zatem, że potrzebujemy jakiegoś geniusza, by wynalazł nową religię, filozofię życia i pogląd na świat, który jest prawdopodobny i generalnie do zaakceptowania przez późny XX wiek i poprzez który każda jednostka mogłaby czuć, że świat jako całość i jej życie w szczególności mają sens. To, jak historia wielokrotnie pokazała, nie wystarcza. Religie są podziałowe i kłótliwe. Mają formę gry "kto-górą", gdyż bazują na oddzieleniu "zbawionych" od "potępionych", wiernych od heretyków, wewnątrzgrupowych od zewnątrzgrupowych. Nawet religijni liberałowie grają w grę "jesteśmy-bardziej-tolerancyjni-niż-wy". Ponadto - jako system doktryn, symboli i zachować - religie ustalają instytucje, które wymagają lojalności, muszą być bronione i utrzymywane w "czystości". A ponieważ wszystkie wierzenia są żarliwą nadzieją, czyli przykrywką dla zwątpienia i niepewności, religie muszą nawracać innych. Im więcej ludzi zgadza się z nami, tym mniej dręczy nas niepewność naszej własnej pozycji. W końcu człowiek staje się zaangażowanym chrześcijaninem albo buddystą, jakakolwiek nowa wiedza by się wyłoniła. Nowe i niestrawne idee muszą być dopasowane do tradycji religijnej pomimo ich niezgodności z pierwotnymi doktrynami, tak aby wyznawca mógł trwać przy swoim, twierdząc, że: "Po pierwsze i przede wszystkim jestem uczniem Chrystusa/Mahometa/Buddy itp.". Niezmienne zaangażowanie w jakąkolwiek religię jest nie tylko intelektualnym samobójstwem - to także wyraz niewiary, ponieważ zamyka ona umysł przed jakąkolwiek nową wizją świata. Wiara to przede wszystkim otwartość, akt zaufania nieznanemu.

Żarliwy świadek Jehowy próbował mnie raz przekonać, że gdyby istniał Bóg miłości, to z pewnością zapewniłby On ludzkości
godną zaufania i niezawodną książkę do ochrony i przewodnictwa. Odparłem, że żaden rozważny Bóg nie zniszczyłby ludzkiego
umysłu, czyniąc go tak sztywnym i nieprzystosowalnym, żeby polegał na jednej książce, na Biblii, dla wszystkich odpowiedzi. Celem słów i książek jest wskazywać poza nie same na żywy świat i doświadczenie, że nie jest on samymi słowami czy nawet ideami. Tak jak pieniądze nie są realnym, konsumowalnym bogactwem, tak książki nie są życiem. Wielbić Pismo Święte to jak jeść papierową walutę.

Zatem Książką, którą podrzuciłbym moim dzieciom, byłoby owo samo podrzucenie. Pchnęłoby to ich ku nowej domenie nie
samych idei, ale doświadczenia i czucia. Byłaby to chwilowa kuracja, nie dieta, punkt wyjazdu, a nie wieczny punkt odniesienia. Przeczytaliby ją i mieli to za sobą, ponieważ jeśli byłaby napisana dobrze i jasno, to nie musieliby wciąż do niej wracać po ukryte znaczenia czy aby rozjaśnić niezrozumiałe doktryny.

Nie potrzebujemy nowej religii czy Biblii. Potrzebujemy nowego doświadczenia - nowego uczucia, co to znaczy być "sobą".
Sekretem życia (który jest oczywiście tajemniczym i głębokim poglądem) jest to, że nasze normalne poczucie siebie jest
oszustwem, a w najlepszym przypadku chwilową rolą, którą gramy albo zostaliśmy wciągnięci w jej granie - z naszą cichą zgodą na to, tak jak każda zahipnotyzowana osoba jest zasadniczo chętna, by ją zahipnotyzować

Najsilniejszym ze wszystkich znanych tabu jest to, które obejmuje wiedzę, kim lub czym naprawdę jesteś poza maskami twego
pozornie oddzielnego, niezależnego i wyizolowanego ego. Nie mam na myśli freudowskiego, barbarzyńskiego id czy
nieświadomości jako faktycznej rzeczywistości poza fasadą osobowości. Freud, jak zobaczymy, był pod wpływem XIX-wiecznego
trendu zwanego "redukcjonizmem", dziwnej potrzeby umniejszania ludzkiej kultury i inteligencji przez nazywanie jej ubocznym produktem ślepych i irracjonalnych sił. Pracował ciężko nad udowodnieniem tego, że winogrona rozwijają cierniste krzewy.

Jak to często bywa, to, cośmy stłumili lub przeoczyli, jest zdumiewająco oczywiste. Trudność polega na tym, że jest to tak oczywiste i podstawowe, że ledwo na to można znaleźć słowa. Niemcy zwą to Hintergendanke - zrozumienie czające się w
zakątkach naszych umysłów, do którego trudno przyznać się nawet przed samym sobą. Wrażenie "ja" jako samotnego i
wyizolowanego centrum istnienia jest tak potężne i zdroworozsądkowe, tak fundamentalne dla naszych sposobów mówienia i
myślenia, dla naszych praw i instytucji, że nie potrafimy doświadczyć swojej istoty inaczej niż jako czegoś sztucznego w planie wszechświata. Wydaje mi się, że jestem krótkim światłem, które rozbłyska tylko raz na przestrzeni całych eonów czasu – rzadkim, skomplikowanym i zbyt delikatnym organizmem na przedzie biologicznej ewolucji, gdzie fala życia rozpryskuje się na pojedyncze, drobne i wielobarwne krople, które migoczą przez chwilę tylko po to, by następnie zniknąć po wsze czasy. Przy takim sposobie myślenia wydaje się niemożliwa, a nawet absurdalna, świadomość siebie nie jako samotnej kropli, ale jako całej fali energii, która rozciąga się od galaktyk aż do wnętrza atomów w moim ciele. Na tym poziomie "ja" jestem niezmiernie stary, formy, jakie przyjmuję, są nieskończone, a ich pojawianie się i znikanie jest po prostu pulsowaniem, wibracjami pojedynczego i wiecznego przepływu energii.

Trudność z uświadomieniem sobie, że tak to się odbywa, polega na tym, że konceptualnym myśleniem nie da się tego pojąć To
tak, jakby oczy próbowały spojrzeć na siebie bezpośrednio albo jakby się próbowało opisać kolor lustra na podstawie kolorów przez niego odbijanych. Tak jak wzrok jest czymś więcej niż wszystkie widziane rzeczy, tak podstawa naszej egzystencji i nasza świadomość nie mogą być zrozumiane poprzez pojęcia rzeczy, które znamy. Jesteśmy zatem zmuszeni do mówienia o tym poprzez mit, tzn. przez specjalne metafory, analogie i obrazy, które mówią, jakie to jest, wskazując na coś poza sobą. Na jednym krańcu tego pojęcia mit jest bajką, fałszem lub przesądem. Ale na innym mit jest użytecznym i owocnym obrazem, poprzez który nadajemy życiu sens w trochę podobny sposób, jak tłumaczymy siły elektryczne przez porównanie ich do zachowania wody czy powietrza. Jednak mit w tym drugim sensie nie może być brany dosłownie, tak jak elektryczności nie myli się z powietrzem bądź wodą. Zatem używając słowa "mit", trzeba uważać, by nie pomylić obrazu z faktem, co byłoby jak wspinanie się na znak drogowy zamiast pójście drogą. Mit zatem jest formą, poprzez którą próbuję odpowiadać dzieciom zadającym mi te fundamentalne, metafizyczne pytania, nasuwające im się tak łatwo: "Skąd pochodzi świat?", "Dlaczego Bóg stworzył świat?", "Gdzie byłem, nim się urodziłem?", "Gdzie ludzie idą po śmierci?". Raz za razem odkrywam, że wydają się zadowolone prostą i bardzo starą opowiastką, która brzmi mniej więcej tak:

"Nigdy nie było czasu, kiedy świat się zaczął, ponieważ on toczy się jak koło, a nie ma na kole miejsca, gdzie by się ono zaczynało. Popatrzcie na mój zegarek, który wskazuje godzinę; porusza się po okręgu, tak jak świat powtarza się raz za razem. Ale tak jak wskazówka godzinna zegarka dochodzi do dwunastki, a potem w dół do szóstki, tak też mamy dzień i noc, czuwanie i sen, życie i umieranie, lato i zimę. Nie możesz mieć żadnego z nich bez drugiego, ponieważ nie wiedziałbyś, czym jest czerń, dopóki nie zobaczyłbyś obok niej bieli, i na odwrót. W ten sam sposób jest czas, kiedy świat istnieje, i czas, kiedy świata nie ma, gdyż gdyby istniał bez przerwy na zawsze, to znudziłby się sobą okropnie. Zatem przychodzi i odchodzi. Raz go widzisz, a raz nie. I ponieważ nie nudzi się sobą, zawsze wraca po swoim zniknięciu. Jest jak twój oddech: wchodzi i wychodzi, do środka i na zewnątrz i jeśli próbujesz zatrzymać go na stałe, czujesz się okropnie. To jest także jak gra w chowanego, gdyż wielką frajdą jest odkrywać nowe sposoby chowania się i szukać kogoś, kto zawsze chowa się w innym miejscu. Bóg także lubi bawić się w chowanego, ale ponieważ nie ma nic poza Bogiem, nie ma on z kim się bawić, jak tylko z sobą samym. Ale pokonuje tę trudność, udając, że nie jest sobą. To jest jego sposób na chowanie się przed sobą. Udaje, że jest tobą, mną i wszystkimi ludźmi na świecie, wszystkimi zwierzętami, roślinami, skałami i gwiazdami. W ten sposób ma dziwne i wspaniałe przygody, wśród których zdarzają się okropne i przerażające. Ale te są tylko jak straszny sen, gdyż gdy się zbudzi, one znikają.

Gdy Bóg chowa się i udaje, że jest tobą i mną, robi to tak dobrze, że zabiera mu mnóstwo czasu, by przypomnieć sobie, gdzie i jak się schował. Ale na tym polega cała zabawa i właśnie to, co chciał zrobić Nie chce znaleźć siebie zbyt szybko, gdyż to popsułoby mu zabawę. Dlatego też jest tak trudno tobie i mnie odkryć, że jesteśmy Bogiem w przebraniu, udającym, że nie jest sobą. Ale gdy gra trwa wystarczająco długo, wszyscy z nas się budzą, przestajemy udawać i przypominamy sobie, że jesteśmy wszyscy jedną Jaźnią - Bogiem, który jest wszystkim, co istnieje, i który żyje wiecznie.

Oczywiście musicie pamiętać, że Bóg nie ma postaci osoby. Człowiek ma skórę, na zewnątrz której zawsze coś się znajduje.
Gdyby tak nie było, nie znałby różnicy pomiędzy wnętrzem a tym, co na zewnątrz jego ciała. Ale Bóg nie ma skóry ani kształtu, ponieważ nie ma nic poza nim samym. (Dość inteligentnym dzieciom ilustruję to wstęgą Mobiusa - kółkiem z papieru zwiniętym w taki sposób, że ma tylko jedną stronę i jedną krawędź). Wnętrze i to, co na zewnątrz Boga, są tym samym. I choć mówiłem o Bogu jako o "nim" zamiast o "niej", to Bóg nie jest ani mężczyzną, ani kobietą. Nie mówiłem też "to", gdyż zaimek ten jest zwykle używany do określania przedmiotów nieożywionych.

Bóg jest Jaźnią świata, ale nie możesz zobaczyć Boga, tak samo jak bez lustra nie możesz zobaczyć własnych oczu, a już na pewno nie możesz ugryźć własnych zębów lub spojrzeć do wnętrza swojej głowy. Twoja jaźń jest tak sprytnie schowana, ponieważ to Bóg się chowa.

Możesz spytać, dlaczego Bóg czasami chowa się w formie okropnych ludzi albo udaje, że jest ludźmi cierpiącymi wielki ból lub chorobę. Pamiętaj więc, że on nie robi tego komukolwiek poza samym sobą. Pamiętaj też, że niemal we wszystkich powieściach, które lubisz, muszą być źli ludzie, tak jak i dobrzy, gdyż dreszczykiem bajki jest dowiedzieć się, jak dobrzy ludzie wyjdą lepiej od tych złych. To tak jak w grze w karty. Na początku gry tasujemy je, mieszamy i tak jest ze złem w świecie, ale sednem gry jest ułożyć bałagan w odpowiedni porządek i ten, kto to zrobi najlepiej, wygrywa. Wtedy tasujemy karty jeszcze raz i gramy ponownie, i tak ma się sprawa ze światem".

Ta historia, oczywiście w swej formie mityczna, nie jest naukowym opisem tego, jak rzeczy się mają. Bazując na analogiach gry i dramatu, używając tak wyświechtanego słowa jak "Bóg" dla Gracza, historia ta pretenduje jedynie do zobrazowania tego, jak rzeczy się mają. Używam jej w tym znaczeniu, w jakim astronomowie używają obrazu nadmuchiwanego czarnego balonu z białymi kropkami jako galaktykami, by wyjaśnić rozszerzanie się wszechświata. Ale dla większości dzieci i dla wielu dorosłych mit ten jest jednocześnie zrozumiały, prosty i fascynujący w kontraście do tak wielu innych mitycznych wyjaśnień, które są niedojrzałe, męczące i niezrozumiałe. Ale wielu ludzi myśli, że wierzenie w niezrozumiałe twierdzenia i symbole ich religii jest testem prawdziwości ich wiary. "Wierzę - powiedział Tertulian, chrześcijanin - ponieważ to absurd".

Ludzie, którzy myślą na własny użytek, nie akceptują idei z powodu takiego rodzaju autorytetu. Nie czują się zobowiązani, by wierzyć w cuda albo dziwne doktryny, tak jak Abraham czuł się zobowiązany do poświęcenia Bogu swego syna Izaaka. Jak to T. George Harris ujął:

"Społeczne systemy przeszłości, gdzie był jakiś szef nad tobą, karzący każdą pomyłkę, uwarunkował ludzi do odczuwania
łańcucha surowego autorytetu sięgającego "tam, do góry". Nie czujemy już tego w dzisiejszej egalitarnej wolności. Nie mamy nawet od czasów dr. Spocka wielu ojców jehowitów w ludzkiej rodzinie. Zatem przeciętny nieświadomy nie szuka już więcej przebaczenia od gniewnego Boga z góry".

Ale kontynuuje -

"Nasze pokolenie zna zimne piekło, ograniczenie samotności już w tym życiu bez Boga, który miałby nas potępić czy zbawić
Dopóki człowiek nie zrozumie swej pułapki i nie podąży za... >>Ostateczną Podstawą Bytu<<, nie ma żadnego powodu do życia. Pusty, skończony, wie tylko tyle, że wkrótce umrze. Żyjąc życiem bez znaczenia, bez widoków na przyszłe, lepsze, nie jest już prawdziwą osobą, lecz ofiarą samowygaszenia".

"Ostateczna Podstawa Bytu" jest oczyszczonym przez Paula Tilicha terminem "Bóg", który odpowiada "Jaźni świata", jak ja to ujmuję w mojej historii dla dzieci. Ale sekretem, który moja historia przekazuje dzieciom, jest to, że "Ostateczną Podstawą Bytu" jesteś ty. Oczywiście nie ten codzienny ty, którego Podstawa "udaje", lecz najskrytsza Jaźń, która nie daje się znaleźć, bo zawsze jest tym, który szuka. To właśnie jest tabu nad tabu - jesteś TYM!

Lecz w naszej kulturze jest to kryterium obłędu, największe bluźnierstwo i najdziksze urojenie. To, wierzymy, jest szczytem megalomanii, rozdęciem ego do granic zupełnego absurdu. Gdyż choć pielęgnujemy ego jedną ręką, to tłumimy je drugą. Z pokolenia na pokolenie podkopujemy wnętrza naszych dzieci, ucząc je znajomości "swego miejsca" i zachowania, myślenia i czucia z należytą skromnością, by jedno małe ego dopasowało się do pozostałych. Jak mawiała moja matka: "Nie jesteś jedynym kamyczkiem na plaży". Ktokolwiek zdrowy na umyśle wierzy, że jest Bogiem, powinien być ukrzyżowany i spalony na stosie, chociaż teraz mamy bardziej miłosierny pogląd, że nikt zdrowy na umyśle nie uwierzyłby w taki nonsens. Tylko biedny idiota mógłby postrzegać siebie jako wszechmocnego władcę świata i oczekiwać, że inni padną na ziemię i będą go czcić.

Jest tak, ponieważ myślimy o Bogu jako o Królu Wszechświata, Absolutnym Technokracie, który osobiście i świadomie kontroluje każdy szczegół kosmosu należącego do niego - ale to nie jest rodzaj Boga z mojej historii. W sumie to nie jest wcale moja historia, gdyż każdy student historii religii wie, że pochodzi ona ze starożytnych Indii i jest mitycznym wyjaśnieniem filozofii wedanty. Wedanta jest nauczaniem Upaniszad, zbioru dialogów, opowiadać i wierszy, z których większość datuje się wstecz do przynajmniej 800 r. p.n.e. Wyrafinowani hindusi nie myślą o Bogu jako o specjalnej i oddzielnej nadosobie, która rządzi światem z góry jak monarcha. Ich Bóg jest raczej "pod" niż "nad" wszystkim, grając świat od środka. Można rzec, że jeśli religia jest opium dla ludu, to hindusi mają swojego wewnętrznego skręta. Co więcej, żaden hindus nie może uświadomić sobie bycia Bogiem w przebraniu bez widzenia w tym samym czasie, że jest to również prawdą dla wszystkich i wszystkiego innego. Według filozofii wedanty nie istnieje nic prócz Boga. Wydaje się, że istnieją inne rzeczy poza Bogiem, ale tylko dlatego, że on o nich śni, czyniąc z nich przebranie w jego zabawie w chowanego z sobą samym. Wszechświat pozornie oddzielnych rzeczy jest zatem realny tylko przez chwilę, nie na zawsze, gdyż przychodzi i odchodzi, tak jak Jaźń się chowa i szuka.

Ale wedanta jest czymś o wiele więcej niż ideą czy wiarą, że rzeczy tak się mają. Natychmiastowa wiedza o tym, że tak jest, jest centralnym doświadczeniem nadrzędnym w stosunku do wszystkich innych i dlatego stanowi całkowity przewrót naszego zwykłego sposobu widzenia rzeczy. Wywraca świat do góry nogami. Podobnie słowa przypisane Jezusowi mówią:

"Kiedy uczynisz parę jednością, a to, co wewnątrz, tym, co na zewnątrz, zewnętrzne wewnętrznym, a górne dolnym, *...+
wkroczysz *do Królestwa+ *...+ Jestem światłem ponad wszelkie rzeczy, Jestem Wszystkim, Wszystko wychodzi ode Mnie i
Wszystko do Mnie powraca. Rozszczep *kawałek+ drewna, Jestem tam; podnieś kamień, a znajdziesz Mnie tam".

Obecnie nauka wedanty dociera do nas po wiekach mieszania się z formami, postawami i symbolami indyjskiej kultury, jej
kwiecistością i powolnym upadkiem, po blisko 2800 latach, ciężko zranionej przez islamski fanatyzm i zepsutej przez brytyjski purytanizm. Jak często wykazywano, wedanta nie znajduje oddźwięku na Zachodzie, pociągając głównie duchowo wybrednych ludzi, dla których inkarnacja w fizycznym ciele wydaje się czymś obrzydliwym. Ale jest możliwe ująć jej sedno we współczesnych wyrażeniach i kiedy zrobi się to bez egzotycznych pułapek, sanskryckiej terminologii czy nadmiernych póz duchowości, to przesłanie to jest nie tylko jasne dla ludzi, którzy nie interesują się zbytnio "religiami orientalnymi", ale jest to również swoisty wstrząs, potrzebny, by "wykopać" nas poza wrażenie naszego wyizolowanego ja.

Lecz to nie może być mylone z naszą powszechną ideą praktykowania "nieegoizmu", która jest wysiłkiem identyfikowania się z innymi i ich potrzebami wciąż pod wpływem silnej iluzji bycia nie więcej jak ego wewnątrz skóry. Taki "nieegoizm" wydaje się wysublimowanym egotyzmem, porównywalnym do grup grających grę "jesteśmy-bardziej-tolerancyjni-niż-wy". Wedanta
pierwotnie nie była moralistyczna, nie ponaglała ludzi do naśladowania świętych bez podzielania ich motywacji czy do
naśladowania ich motywacji bez podzielania wiedzy, która w nich żyła.

Z tego powodu Książka, którą wręczyłbym moim dzieciom, nie zawierałaby żadnych kazań ani powinności. Szczera miłość
pochodzi z wiedzy, a nie z poczucia obowiązku czy winy. Jakbyś się czuł, będąc niepełnosprawną matką córki, która nie może wyjść za mąż, gdyż czuje, że powinna się tobą opiekować, nienawidząc cię za to? Moim zamiarem byłoby powiedzieć, nie jakie rzeczy powinny być, ale jakie są oraz dlaczego i jak je ignorujemy. Nie można nauczyć ego czegokolwiek innego jak bycia egoistycznym, choć ego mają subtelne sposoby udawania bycia przemienionymi. Zatem podstawową sprawą jest rozwiać
poprzez eksperyment i doświadczenie iluzję siebie jako oddzielonego ego. Następstwa tego nie muszą iść po linii zachowania zgodnego z konwencjonalną moralnością. Może to być tak, jak mówiono o Jezusie: "Patrzcie na niego! Żarłok i pijak, przyjaciel poborców podatkowych i grzeszników".

Ponadto widząc na wylot iluzję ego, niemożliwością jest myśleć o sobie jako o kimś lepszym od innych, dlatego tylko że się tak widzi. W każdym kierunku jest jedna Jaźń grająca miriady gier w chowanego. Ptaki nie są lepsze od jaj, z których się wykluły. W rzeczy samej można by rzec, że ptak jest sposobem jajka na stanie się innymi jajkami. Jajko to ego, a ptak to wyzwolona Jaźń. Jest taki hinduski mit o Jaźni jako o boskim łabędziu, który zniósł jajo, z którego wykluł się świat. Dlatego nie mówię wam nawet, że powinniście się wydostać z waszej skorupki. Kiedyś wy (prawdziwi wy, Jaźń) zrobicie to jakimś sposobem, lecz nie jest niemożliwe, że grą Jaźni będzie pozostać nieprzebudzoną w większości z jej ludzkich przebrań, doprowadzając dramat życia na ziemi do końca w wielkiej eksplozji. Inny hinduski mit mówi, że z biegiem czasu życie na świecie stale się pogarsza, dopóki w końcu niszczycielski aspekt Jaźni, bóg Sziwa, nie odtańczy strasznego tańca, który pochłania wszystko w ogniu. Po tym następuje - mówi mit - 4 320 000 lat całkowitego spokoju, podczas którego Jaźń jest po prostu sobą i nie chowa się. I wtedy gra zaczyna się ponownie od wszechświata doskonałego splendoru, który zaczyna się pogarszać już po 1 728 000 latach, i każda runda gry jest tak ułożona, że siły ciemności pokazują się przez jedną trzecią czasu, ciesząc się pod koniec krótkim i dość iluzorycznym triumfem. Dziś liczymy czas istnienia samej naszej planety w o wiele większych okresach, ale ze wszystkich starożytnych cywilizacji hindusi wykazali największą wyobraźnię przy tworzeniu wizji czasu kosmicznego. Jednakowoż pamiętajcie, że historia o cyklach pojawiania się i zanikania świata jest mitem, nie nauką, parabolą raczej niż proroctwem. Jest sposobem zilustrowania idei, że wszechświat jest jak gra w chowanego. Stąd, jeśli nie mówię, że powinniście obudzić się z iluzji ego i pomóc ratować świat od katastrofy, to dlaczego mówię o Książce? Czemu by nie usiąść i nie pozwolić rzeczom biec swoim torem? Po prostu dlatego, że moje pisanie jest "rzeczą biegnącą swym torem". Ponieważ jestem istotą ludzką, leży w mojej naturze cieszyć się dzieleniem się filozofią. Robię to na tej samej zasadzie, według której niektóre ptaki są orłami, a inne gołębiami, albo pewne kwiaty są liliami lub różami. Jestem świadom też, że im mniej kazań prawię, tym większa jest szansa na to, że będę usłyszany.

 

 

 

Oceń treść:

Average: 6.2 (5 votes)
Zajawki z NeuroGroove
  • Kodeina


Doświadczenie: MJ, Hash, Tussi, i parę innych...



Niedziela obfitowała w wiele negatywnych wydarzeń - wielka kłótnia z rodzicami (notabene o MJ :/), full nauki itp. Rodzice wyszli na imieninki do dziadka, a ja, przygnębiona, chciałam sobie jakoś urozmaicić resztę dnia. Nie wiedziałam za bardzo jak, bo nie miałam nic przy sobie, ale przeglądając szafkę z lekami natknęłam się na Thiocodin zawierający kodeinę. Poczytałam sobie o niej na neuro groov\'ie, po czym zaczęłam sobie aplikować po 3 tabletki co jakieś 15 - 20 min.


  • Grzyby halucynogenne
  • Przeżycie mistyczne

Znajduje się w raporcie

Dawno mnie tu nie było i jakoś nie miałem ochoty zabrać się za raporty ale mam trochę czasu więc opowiem wam moje doświadczenia z wojownikami psylocybami. Opiszę tu 6 tripów - 3 samotne i 3 z towarzyszami oraz to jak na mnie wpłynęły.

Pierwsza wycieczka: 2G

  • LSD-25
  • Tripraport

SET Stan psychiczny - ok, brak zmartwień Oczekiwania - 1. przetestować microdosing, 2. przeżyć psychodeliczne doświadczenie nad morzem. Podszedłem do sprawy niestety trochę bezrefleksyjnie i nie miałem żadnych oczekiwań psychicznych, chociaż i tak w tym raporcie nie skupiam się zbytnio na mojej psychice, więc nie ma to większego znaczenia SETTING Znani mi ludzie, tolerujący stosowanie psychodelików (jednak tym razem trzeźwi), chill na plaży nad morzem, wakacje, ciepło, słonecznie

Jakoś tak wyszło, że w mojej lodówce leżał sobie jeden, hipotetyczny, starannie zawinięty, kartonik [znany europejski vendor na G (albo P), 155 ug], czekając na odpowiedni na jego spożycie dzień. I jakoś tak wyszło, że podzieliłem go w bardzo nierównych proporcjach. Opiszę 2 hipotetyczne spotkania z LSD, jedno w tak zwanym "microdosingu" (chociaż chyba przegiąłęm trochę z dawką...), a drugie w normalnej, optymalnej dawce.

Spotkanie nr 1

  • Bad trip
  • Marihuana

Impreza na dworzu chłodną nocą na głębokiej wsi. Przypadkowe zażycie.

Bralem udział w imprezie na "działce" kolegi na głębokiej wsi. Kilku w miarę bliskich znajomych. Jako że to był już drugi dzień imprezy postanowiłem powstrzymać się od konsumpcji alkoholu. Nieco później na przyjęciu pojawili się znajomi gospodarza (moi tylko z widzenia) którzy byli dużo bardziej doświadczeni w konsumpcji środków psychoaktywnych (wręcz solidnie uzaleznieni). Już od dłuższego czasu chciałem ponownie spróbować marihuany, mając z nią dobre doświadczenia, więc bez oporów przystałem na ich propozycję zrobienia wiadra.