Dział, w którym omawiane są konkretne kondycje, oraz ich wpływ na i współzależności z efektami środków psychoaktywnych.
ODPOWIEDZ
Posty: 555 • Strona 54 z 56
  • 16 / / 0
Co sądzicie o połączeniu seronil + lamitrin?
Mam zdagnozowanego bordera, szczerze to już sama nie wiem co mi jest, czy to border czy chad. Brałam seronil kilka miesięcy było ok,stabilizacja nastroju lekka i zniwelowany lęk i stres, ale gdy doszło do ataku borderowskiego to nic nie dawało. Biore doraznie alpre i hydro ale to chyba nic nie daje. Co o tym uwazacie, ja juz nie daje rady, nie jestem w stanie zniesc tego jak bardzo jestem przywiazana i uzaezniona od mojego chliopaka, jeden zly gest, o juz wszytsko jest spierdolone i sie zle czuje, jakby swiat mi sie walil, zachowuje sie jak jebniete dziecko. Fakt ze np umawianie sie i olewanie mnie w ostatniej chwili jest chujowe i nie fair, ale j apo tKIM CZYMS NIE MOGE NORMALNIE ZYC, CO ROBIC, POMOCY. CHODZE NA TERAPIE SCHEMATOW, DOPIERO 3 SPOTKANIA I NO NIBY BIORE TE LEKI, TERAZ ZNOWU OD TYGODNIA ZACZELAM SERONIL I MYSLE NAD LAMITRINEM. SORY ZA CHAOTYCZNOSC I CAPSA, ALE JUZ KVRWA NIE CHCIALO MI SIE WYLACZAC. POMOCY

Jak mam sobie poradzić z borderem, on mnie wykancza, nie jestem. wstanie tak zyc. raz euforia zajebiscie a raz jerbany dol i chce sie zabic. Glownie wszytsko wynika z jakichs tam problemow np w zwiazku, jest klotnia to ja nie moge wrocic do siebie jak normalny czlowiek, nie chce pomijac tego ze moj chlopak sam jest tez niezle zaburzony i aagresywny. Co mam robic, niby mnie wspiera ale gdy dcohodzi do klotni wszytsko co wie o mnie mi wypopomina, wkreca mi taką srube, wie ze nie lubie byc ignorwana, i robi to, to nie fair, ja nie wiem co robic. Zdrowy czlowiek by sie wyjebal albo dal spokoj np na 1-3 dni i nie pisal, a ja w jednej chwili mysle ze swiat mim sie wali, do tego atak paniki, prosze pomocy

scalono - ss

przeniesiono do tematu o borderline - starysteve
  • 99 / 32 / 0
^ często się mówi że border to taki mały chad, albo na odwrót ;D ale to tak dygresyjnie

straszne, co przeżywasz, ale myślę, że warto bym napisał jak sytuacja wygląda u mnie, byśmy mogli porozmawiać mniej więcej 'na poziomie, a nie żebym był wobec innych tu anonimowym dzbanem.

Bliżej mi lat 30 niż 25. Walczę na trzy fronty: borderline, uzależnienia od opio benzo i alko oraz depresja. Jak z jednym jest lepiej, to zaczyna drugie nawalać... Ostatnio wyszedłem z b. długiego ciągu na alprazolamie, metadon opanowuje ciągoty opio, od alko też jakoś przerwa. depresja powiedzmy w normie. więc co? więc border rozwinął skrzydła. pustka, brak sensu, kwestionowanie wszystkiego, ledwo wstaje z łóżka i to nie na polu depresyjnym, po prostu rozważam sens tego. Miałem pełno związków i to takich konkretnych... od 3 miesięcy po 2 lata. Głównie ja zawałałem, czy jakby się chciało powiedzieć - mój border.

Większość związków było zbędnych patrząc z perspektywy czasu, tu chodziło o nie bycie samemu. I klasycznie zniszczenie drugiej osoby psychicznie do skraju szaleństwa, mimo, że nie chciałem by tak było. i to tylko po to by w CLIMAXIE całości tę osobę zostawić. no bo przecież nie pozwolę, by mnie zostawiono prawda?
Do tego binarne patrzenie. Albo ktoś jest super fajny i wgl, a jak powie ze lubi np. coldplay to nie mogę na niego patrzeć. Coś co mnie 'cieszy' to to, że agresja fizyczna w mojej chorobie była zawsze do wewnątrz. miałem związki z osobami które też miały bordera i biły mnie, rzucały naczyniami, zmuszały do seksu. ja nihdy. ja sie po prostu ciąłem. nie mam czesci ciala bez blizn. bo... by zaciszyć ból psychiczny, zagłuszałem go tym fizycznym. do teraz się to zdarza i to,,,, coraz ostrzej, tj, potrzeba już użycia szwów,

jestem w opiecie psychoterapeutycznej, psychiatrycznej, z leków ostatnio z wenlafaksyny, paroksetyny, mirtazapiny i karbamazepiny przeszedłem na paroksetynę zostawiając dorażne anksjolityki. zobaczymy jak to bedzie.

to tak na początek, żeby nie przesadzić.
cześć Wam! podziwiam Was wszystkich i każdego z osobna, że potraficie egzystować z borderem, bo nie nazywam tego życiem...
Fajnie, jakby ta nitka odżyła.
Degustator wytworów firmy Molteni Farmaceutici
  • 2 / 2 / 0
Dzień dobry. Jestem na forum, więcej lub mniej, około 4 lat. Nigdy tu nie pisałem, natomiast ten portal, ciągle był w moim życiu. Zdecydowałem się napisać, ponieważ, przez swoje zachowania, sprawiłem, że nikt nie chcę i nie będzie już mnie słuchać - po namyśle, po co? Opiszę tu swój, jak mi się wydaję, tragiczny przypadek, w którym bardzo wiele czynników nałożyło się na siebie, i doprowadziły do tego, kim lub czym dziś się stałem...

DZIECIŃSTWO

Od kiedy tylko pamiętam, były ze mną różnego rodzaju problemy, np; w przedszkolu, chyba by zwrócić na siebie uwagę rówieśników, gdy jednemu z chłopców spadły okulary, ja, dość teatralnie skoczyłem na nie, co skończyło się wizytą mamy i mnie w gabinecie dyrektorki. Po wstępnej rozmowie, dwie kobiety, moja bardzo młoda wtedy mama(urodziła mnie mając 16 lat), oraz dojrzała pani, ustaliły, że to wina bajek. Mama zabroniła mi je oglądać, co jak pamiętam, przeżyłem, płacząc około 4-5 godz. Generalnie charakteryzowało mnie dość teatralne zachowanie, można by powiedzieć, jakby moje reakcje były wymuszone. W dzieciństwie nie było ze mna Taty, będąc dorosłym, dowiedziałem się, że zostawił mnie na placu zabaw, i poszedł gdzieś z kolegami. Nie pamiętam tego, choć pewnie było to tragiczne. Moja mama przez wiele lat sama stawiała czoła wraz z moją babcią, prababcią, pradziadkiem, oraz wieloma innymi osobami by mnie wychować. W tak zwanej "zerówce", by nie dostać jedynki, zdecydowałem się zrobić ogromną dramę, że moja mama będzie mnie bić, jeśli się dowie, i po prostu nie mogę dostać tej oceny, bo mnie zakatuje. Nie było to prawdą, Mama była impulsywną osobą, zdarzyło jej się jebnąć mnie słoikiem w głowę gdy coś przeskrobałem, ale żeby robić jakąś patole, to nie. Dziś wiem, że moja mama musiała po prostu stawić czoła dużemu wyzwaniu, i przez pierwsze kilka lat, wychowywała mnie babcia. Wracając do dramy, wiadomo, wezwanie matki, gadka, czy to prawda, czy nie. W tamtym okresie w życiu mojej mamy, pojawił się człowiek, z którym moja mama miała chyba burzliwe relacje na początku, nie wiem dokładnie o co chodziło, wiem jednak, że ten człowiek będzie miał mocny wpływ na mój dalszy rozwój. Pamiętam, że po sytuacji z okularami, pojawiła się we mnie jakaś niechęć do oglądania bajek, a raczej, młody ja, zaczął się z tym faktem ukrywać, wstydziłem się tego że oglądam bajki, choć miałem jakieś 5 lat. Bardzo wcześnie więc, zacząłem oglądać filmy, nieistotne jakie, istotne natomiast, że moje zachowanie zaczęło się zmieniać, i pojawiła się u mnie pewnego rodzaju ambiwalencja, chciałem oglądać kreskówki, ale czułem, że mi nie wolno, że muszę być już duży, że bajki są dla dzieci. Ambiwalencja później, będzie często towarzyszyła w moim życiu.

Punktem zwrotnym w moim młodym życiu, był moment, gdy z mama, i moim nowym ojczymem, wyjechaliśmy do Warszawy, gdzie mój ojczym miał jakąś tam firmę, nevermind. W każdym razie, pierwszy, ale nie ostatni raz, moje życie obróci się o 180 stopni

MŁODOŚĆ I WCZESNA ADOLESCENCJA.

Warszawa okazała się dla młodego mnie, czymś dość trudnym, choć myślę, że ta zmiana zaczęła hartować we mnie odporność na zmiany, skrajności, do czasu... Od kiedy pamiętam miałem problemy z nauką, wolniej przyswajałem materiał, i generalnie powodowało to we mnie, dość dużo napięcia, ponieważ mój nowy ojczym, kładł duży nacisk na naukę, sam będąc mocno wykształconym, i sprawnym życiowo człowiekiem. Miał doświadczenie z Dziećmi, bo sam miał już dwójkę, które trafiły na świetne studia. Od kiedy pamiętam czułem się od nich gorszy, jakby stanowił swego rodzaju porównanie. (idę zajarać, pozbierać myśli).
W Stolicy, przeprowadzaliśmy się około 3-4 razy, przez okres jakiś trzech lat. W szkole dalej radziłem sobie miernie, jednak miałem pasje, i coś co budowało we mnie jakieś poczucie własnej wartości, a tą pasją było rysowanie. Od młodych lat przejawiałem duży talent do rysunku, w czym pomagała mi moja bardzo duża wyobraźnia. Rysowałem tak na prawdę od kiedy nauczyłem się trzymać długopis, czy kredki. Mój ojczym początkowo, budował ze mną jakieś relacje, pamiętam, że właściwie lubiłem go, no i był myśliwym. W domu była kasetka z bronią ostrą, i pare razy mi ją pokazywał, czy pozwalał popatrzeć przez lunetę na "gołe baby". Dalej cechowały mnie problemy z przyswajaniem wiedzy, zaczęły się też wtedy u mnie rozwijać, tendencje destrukcyjne, a objawiały się one z początku, niszczeniem różnych rzeczy, czy to kredek, czy jakiś randomowych przedmiotów, by wyładować swoją złość. Nie wiedziałem wtedy jeszczę, że destrukcja stanie się moim synonimem, a moje zachowania były spowodowane z trudnością w rozładowaniu w jakiś sposób tych złych emocji, które od najmłodszych lat, były dla mnie jak wulkan, zbierały się, powoli zwiększając napięcie by w końcu doszło do erupcji, w której coś niszczyłem. Rodzicie nie przejmowali się raczej tym zachowaniem, sądzę, że myśleli zwyczajnie, że jestem niegrzeczny.
Pewnego dnia w drugiej lub trzeciej klasie, podczas biegania po korytarzu, potknąłem się i złamałem prawą rękę. Pamiętam, że było to dla mnie dość duże przeżycie, ale moja mama była wtedy ze mną, i czułem się zaopiekowany. Rękę łamałem jakimś zrządzeniem losu jeszcze pięciokrotnie, co też myślę, iż miało jakiś wpływ na mój rozwój. Rodzice wzięli kredyt i kupili jednopiętrowy DOM. Lubiłem ten DOM i właściwie, czułem się wtedy lepszy od innych, którzy mieszkali w mieszkaniach. Szkoła dalej nie szła mi zbyt dobrze, w pewnym momencie nawet, groziło mi nie zdanie do kolejnej klasy (chyba czwartej), o ironio z muzyki. Czułem wobec siebie dużą frustracje, bo ledwo dopinałem wszystkie przedmioty, i ta głupia muzyka, której uczył jakiś fanatyk-muzyk, nie pomagała. Zdałem to, jakoś przeszedłem do kolejnej klasy, ale pewnego Grudniowego dnia, chyba w święta, gdy byliśmy w moim rodzinnym mieście, dotarła do nas tragiczna informacja. Nasz nowy DOM, zalała powódź. Rok 2010 z tego co pamiętam, bo wtedy była katastrofa Smoleńska. Nie wiem właściwie jak to na mnie wpłynęło, ale czułem się chyba już mocno zagubiony, bo co chwilę zmienialiśmy miejsce zamieszkania, i nigdzie nie czułem się bezpiecznie... Powódź zmyła nie tylko nasz domek, ale jak się okaże i nas z samej stolicy. Ojczym prowadził hurtownie farmaceutyczna, i niedługo później, zamieszkaliśmy na północy Polski, w Malborku.
Pamiętam, że się cieszyłem, bo wielkie i tajemnicze dla mnie wtedy miasto, nie do zdobycia, rodzice zmienili na niewielkie miasteczko w, którym przyjdzie mi spędzić kolejne 5 lat życia.
Nowa szkoła przypadła mi do gustu, a ja sam choć dalej miałem pewne problemy z nauką jakoś dawałem sobie radę. W mojej rodzinie jednak, nie działo się do końca dobrze, o czym nie wspominałem. Moja mama była młodą, i trochę nieodpowiedzialną osobą, zdarzało jej się np; przez pare miesięcy, zawozić mnie do szkoły nie mając prawa jazdy, nie czułem się wtedy pewnie, i trochę się bałem. Poznałem nowych kolegów, i wspólnie zaczeliśmy trenować tak zwany parkour, tj, bieganie po mieście, i wykonywanie różnych akrobacji po mieście, by jak najszybciej przemieszczać się z punktu a do b. Znów złamałem rękę, tym razem operacja, i narkoza. Pamiętam jak duże wrażenie zrobiło na mnie, gdy budząc się z narkozy byłem po prostu naćpany lekami, ten stan wydał mi się w jakiś sposób magiczny, co moja głowa skrupulatnie zakodowała.
W pierwszym mieszkaniu spędziliśmy chyba trzy miesiące, kolejnym było mieszkanko, w którym spędzimy kolejne lata. To było jedyne miejsce w moim życiu, które nazywałem swoim domem i czułem się tam bezpiecznie. Pierwszy papieros, pojawił się w moim młodym życiu, siedząc za pewnym kontenerem, gdy kolega przyniósł kilka skradzionych "linków" od rodziców. Rodzice palili wtedy w domu, co okropnie mnie denerwwało, ponieważ nie mogłem oddychać. Gdy zacząłem palić, odkryłem , że dym przestał mi przeszkadzać, co w moim mniemaniu, rozwiązało mój problem, no bo dym w samochodzie czy w domu, już mi nie przeszkadzał nie dusiłem się. To był pierwszy raz, gdy popadając w kłamstwo, uwierzyłem w rozwiązanie problemu. Od papierosów uzależniłem się natychmiast, bo podobało mi się palenie, czułem wtedy, że jakoś rozładowuję w sobie napięcie no i przestałem się dusić w tym dymie. Szybko bo chyba w pierwszy rok, potrafiłem wypalić paczkę dziennie. Rodzice, szybko skumali, że pale. Nie wiedzieli tylko jeszcze, jak niewyobrażalnie potrzebne stało się to dla mojej psychiki, szybko jakiekolwiek pieniądze, wydawałem na papierosy, właściwie, wolałem sobie kupić fajki, niż jedzenie w szkole... Na wycieczce szkolnej, o ironio do Warszawy, kolega z klasy, którego styl bycia, obnoszenie się z pieniędzmi, wywoływały we mnie jakąś zazdrość, no i ten kolega palił trawę. Na wycieczce pierwszy raz się nią odurzyłem, co pamiętam bardzo dobrze. W tym momencie, zaszła zmiana. Zmiana o tyle poważna, co trudna do wychwycenia, ponieważ, mój brak kontroli nad złością, ogólne zagubienie, i chęć przypodobania się grupie, trafiły na grunt jakim była marihuana. Z wycieczki, jako jakby trofeum, zatrzymałem lufkę. Nigdy nie byłem zbyt sprytny, i chowając ją do szuflady, mama po kilku dniach ją znalazła, czego efektem, była rozmowa ze mną, co z tego paliłem, a ja choć mogłem powiedzieć, że tytoń, powiedziałem prawdę. Za te prawdę, mama zabrała mnie na komisariat, gdzie sprzedałem swojego kolegę, i sprawa miała finał w sądzie. Do dziś sytuacja wydaję mi się kuriozalna, i tak na prawdę, gdy przeszedłem przez karuzele stresu, sąd, dwie rozprawy, ostracym i odrzucenie w szkole, generalnie nie fajne rzeczy dla młodego człowieka, wtedy zacząłem patologicznie kłamać. Nie rozumiem intencji mojej mamy, która miast, porozmawiać ze mną, wybrała sposób, który miał na mnie później tragiczne skutki, czego efektem było, budowanie w sobie poczucia winy.
Dlatego, że choć mama sama zawiozła mnie, i zrobiła jak to się mówi "grande" o marihuane, obwiniała mnie, że to moja wina, że sprawa jest w sądzie, co było bzdurą. Po tej sytuacji nauczyłem się kłamać patologicznie, i tym kłamstwem posługiwać się sprawnie. To był kolejny sygnał, że jest źle, że trzeba podjąć jakieś działanie. Rodzice mogli np; iść ze mną do psychologa. Nigdy jednak tego nie zrobili.
W tym czasie poznałem dziewczynę, której jak się okaże, całkowicie zrujnuję później życie. Nim skończyłem gimnazjum była jeszcze jedna patologiczna sytuacja ze mną w roli głównej, przez pewien czas, pracowałem w hurtowni ojczyma, który płacił mi wtedy dwadzieścia złotych za parę godz, niedługo miałem kończyć gimnazjum i myślę, że chciał dać mi szansę bym sam zarobił na ubranie czy coś innego, ja jednak znalazłem szybszy sposób na pieniądze, ponieważ kradłem je z kasetki rodziców, gdzie na około było jakieś 10 tyś. działo się to najpierw powoli, sto, zero reakcji, kolejne sto, zero reakcji, te pieniądze wymieniałem wtedy na mniejsze banknoty, by było ich jakby więcej, i bym mógł się popisać przed kolegami, gdy rodzice się skapnęli, była wielka afera, a ja choć umówiłem się wtedy z najładniejszą dziewczyną, nie poszedłem na bal gimnazjalny. Ogólnie Ojczym, około 8 roku życia przestał budować ze mną relacje, a jego rola sprowadzała się głownie do wymierzania mi kar tj. zabrania telefonu czy komputera, za oceny, za spotykanie się ze znajomymi, którzy im nie odpowiadali, za spóźnienie, nie było właściwie momentu, w którym czuł bym się pewnie z tym co posiadam, i co było ważne wtedy dla mnie, komputer i telefon. Rodzice dawali mi też inny rodzaj kary, jakim było zamykanie mnie w domu. Parę razy spędziłem tak całe wakacje w domu, bez znajomych, i kontaktu ze światem, w sumie tylko wtedy czytałem książki i rysowałem. Lubiłem swoje towarzystwo, ale myślę, że to miało ogromny wpływ na mnie, bo ja tych kar tak na prawdę, zupełnie nie rozumiałem. Nie potrafiłem odróżnić dobra od zła, nie kierowałem się wartościami, tylko emocjami... Z tymi emocjami, przez 5 lat, około roku byłem po prostu w domu, mając szlaban. Skończyłem gimnazjum, jako że dalej rozwijałem swoją pasję do rysunku, chciałem wybrać liceum o kierunku plastycznym. Byłem nawet na kursie wstępnym, który zdałem bez żadnego problemu. Rodzice jednak mieli na mnie inny pomysł, i już wkrótce moje życie znów miało obrócić się o 180 stopni. Wyprowadzka z tego miasta, była właściwie dla mnie traumą, gdyż wszystko co budowałem, czego się uczyłem, przyjaźnie, relacje, bezpieczeństwo, stabilizacja, znów zostały zachwiane. W tym też okresie, około 16 roku życia, pojawiła się u mnie pierwsze objawy depresji. W nowym miejscu, nie potrafiłem się odnaleźć zupełnie, właściwie, przez okres wakacji, snułem się sam, nie szukając jakiś kontaktów, czy znajomych. Stopniowo mój stan psychiczny, ulegał pogorszeniu. Rodzice nie zareagowali, a ja nieświadom tego co się ze mną dzieje, stopniowo pogrążałem się w chorobie, którą rodzice odbierali jako lenistwo, czy moje świadome działanie. Działo się ze mną bardzo źle, i dziś wiem, że tak naprawdę, bezzwłocznie trzeba było już wtedy iść do lekarza. Stało się jednak zupełnie inaczej, niestety. Pierwszy rok liceum, był dość burzliwy, i choć w szkole nie szło mi tak źle, to wstawanie o 5, i późne powroty, wykańczały, mnie. Nie wiedziałem jednak, że wykańcza mnie także depresja i pustka. Mimo wszystko, był to pierwszy dobry, i jak się okaże mój ostatni dobry rok w życiu, w którym dość aktywnie budowałem swoją tożsamość, radziłem sobie jakoś, mimo stanów depresyjnych.

Ojczym od kiedy pamiętam, zdradzał mame. Budził tym we mnie odrazę i niechęć, i gardziłem nim za to. Od kiedy pamiętam, te przelotne romanse, kończyły się burzliwymi kłótniami, latały patelnie, latały przekleństwa. Nigdy się w to nie mieszałem, uważałem, że to sprawa między nimi. Zimą, po powrocie ze szkoły, odbyła się jedna z takich kłótni, tym razem w mojej głowie zaczęło rodzić się coś, czego już nigdy później nie uda mi się okiełznać. W hałasie, patrząc na haczyk na ścianie pokoju, przyszła mi myśl, by się na nim powiesić. Myślę że w jakiś sposób, obwiniałem się za to, że rodzice się kłócą, choć nie chodziło o mnie, tylko o zdrady Ojczyma, tym razem miało się skończyć rozwodem. Strach, niepewność, lęk, bo choć ojczyma nie znosiłem, przyzwyczaiłem się do tego, że są razem. Ojczym jak mówiłem, od lat był nieobecny emocjonalnie w moim życiu. Wprost, był bierny, nie angażował się ze mną w jakiekolwiek relacje, a ja tak właściwie, sam tych relacji nie potrafiłem budować, my byliśmy z innych światów. Jego nieobecność miała na mnie jednak fatalny wpływ, z czego nie zdawałem sobie sprawy. Tej nocy, gdy pojawiły się myśli by się zabić, pojawiały się jeszcze czasem, skończyła się pierwsza klasa, a ja znów zmieniłem szkołe, po raz... 6, albo 7? Było tego trochę, wybrałem szkołę, blisko mojego domu, by móc się wysypiać i zacząć może normalnie funkcjonować.

KULMINACJA CHOROBY I ROZWÓJ UZALEŻNIEŃ

Krzyśka poznałem wracając ze szkoły, imponował mi bo palił e-papierosa w autobusie. Jak widać imponowały mi zachowania, raczej niestosowne, często patologiczne. Rozmawialiśmy o e-papierosach, a Ja, paląc już kilka lat, i dostając za to ciągle kary, widziałem w tym nowym urządzeniu pewną formę ''nadziei'', bo nie śmierdząc szlugami, i nie paląc w oknie pokoju, widziałem znów rozwiązanie swoich problemów, bo rodzice myśleli by że rzuciłem, co było by po prostu naiwne. Krzysiek palił marihuanę, po jakimś miesiącu znajomości, ponieważ paliłem już wcześniej, skusiłem się. Długo nie dawałem się namówić, bo miałem w miare poukładane życie, i wiedziałem, że znów będzie granda. Nowa znajomość zbiegła się z nową szkołą, pomimo braku jakichkolwiek umiejętności, czy predyspozycji, rodzice sugerowali bym poszedł na mat-inf, choć rozwijała się u mnie kolejna pasja, jaką była muzyka, grałem na gitarze, trochę na pianienie, i liczyłem, że może uda mi się wreszcie zrobić pożytek z moich pasji, by jakoś je rozwinąć, oni nie chcieli jednak tego słuchać, znów czułem zawód i niemoc, bo uważałem że nikt nie liczył się z tym co potrafię, a kreował we mnie i oczekiwał czegoś, co niestety mnie przerosło. Poprzednie lata nauczyły mnie, że ja i matma, to nic z tego nie będzie. Presja jednak była zbyt duża. Nie radziłem sobie w tej szkole kompletnie, szczególnie na matmie, i tak na prawdę, moje zachowanie zmierzało już wtedy tylko w jednym kierunku, ja tego jednak nie widziałem. Niepowodzenia w szkole, zacząłem odreagowywać z nowym kolegą, który szybko stał mi się bliższy, niż nieobecny ojczym, czy mama, udająca, że wszystko jest zawsze w porządku, bo w mojej rodzinie, problemy jako tako nie istniały. Znajomość z Krzyśkiem i palenie z nim marihuany czy picie piwa, było dla mnie niewyobrażalną odskocznią, a ja chyba w końcu poczułem, że ktoś mnie rozumie. Nie mogłem poradzić sobie z matmą, więc w swojej wyobraźni zacząłem kreować, coś co nie istniało, popadłem w mitomanie. Zacząłem udawać przed wszystkimi, że jestem ogromnie uzdolnionym matematykiem, jadąc autobusem, pisałem bezsensowne wzory, by ktoś obok mnie, myślał, że jestem matematycznym geniuszem. Sam w to trochę wierzyłem, bo ucieczka w świat wyobrażeń, patologiczne kłamanie, była dla mnie wtedy sposobem, na rozładowanie napięcia, i frustracji do siebie. Nie chciałem czuć się gorszy, a moja zaawansowana już wtedy depresja, i inne czynniki, sprawiły, że zacząłem popadać w swego rodzaju obłęd. Pisałem z pełnym przekonaniem te bezsensowne wzory, skupiając się tylko na tym, by inni widzieli, żeby myśleli, że jestem uzdolniony, że jestem niezwykły.
Przez ostatnie kilka lat, była w moim życiu dziewczyna. Byliśmy parą na odległość, i choć znaliśmy się już wtedy jakieś 3-4 lata, widzieliśmy się ze sobą, jakieś 5 razy. Rodzice nie chcieli pozwalać mi bym jechał do niej taki kawał drogi do niej, i gdy parę razy udało się, byłem mega szczęśliwy i dumny z siebie. Bardzo kochałem tę dziewczynę, lub tak mi się wtedy wydawało, bo ja nie wiem co to miłość. Każdy kolejny raz, gdy nie mogliśmy się spotkać, przeżywałem ogromnie, i całą złość dusiłem w sobie, bywało tak, że w przededniu wyjazdu, gdy już byłem pełen nadziei, mama mówiła, że jednak nie, i tyle. Używali po prostu mojego związku, jako dźwigni do spełnienia oczekiwań w mojej edukacji. Te spotkania, był trochę motorem mojej motywacji do nauki, i ogólnie po nich zwykle jakiś czas, uczyłem się lepiej.
Ojczym pędził bimber od lat, i chyba od kiedy pamiętam, ja ten bimber podbierałem, i próbowałem. Nie widziałem w tym nic złego, lecz gdy kolejny raz nie mogłem do niej pojechać, upiłem się nim.
Zdecydowałem więc, że rozstanę się ze swoją dziewczyną, skoro nie mogę spełniać tak podstawowej rzeczy, jak to by się z nią spotykać, nie wiedziałem jednak, że ta znajomość niejako trzyma, moje mocno już starte hamulce, a ta decyzja będzie początkiem końca. Poznałem inną dziewczynę, lubiłem ją, choć nie łączyło nas wielkie uczucie, właściwie była ćpunką, co mi nie przeszkadzało, bo sam paliłem trawę. Zamieniłem fajną, mądrą dziewczynę, na kogoś całkowicie odwrotnego. Chciałem chyba po prostu, nie być sam, i żeby rodzice się mnie nie czepiali. Razem z Krzyśkiem oraz jego dziewczyną zaczęliśmy tworzyć paczkę, a moja mitomania trwała w najlepsze, i dalej opowiadałem wszystkim, że jestem geniuszem z matematyki, rysując te bezsensowne wzorki.
Pewnego dnia w trakcie podróży gdzieś (chyba do dziadka), Mama oznajmiła, że jest w ciąży. Właściwie ta informacja z początku zupełnie nie zrobiła na mnie wrażenia, całe życie byłem jedynakiem, a teraz miało się to zmienić, cóż okej... I tak było mi wtedy wszystko jedno, przez depresje, trawę, i mitomanie dzięki której, czułem się dowartościowany.
Zazdrość, która zaczęła we mnie kiełkować, nie dawała mi jednak spokoju, bo choć dla ojczyma nie znaczyłem zbyt wiele, to mama była najważniejszą osobą w moim życiu, bałem się, że ją stracę, przez brata. Dzień, w którym urodził się mój ''brat''- nie uważam go za brata, spędziłem spalony całkowicie z Krzyśkiem. W trakcie trwania depresji , ponieważ nie byłem w stanie rysować, i właściwie porzucałem już swoją pasje, zacząłem pisać wiersze. To jedyna pasja, której nie porzuciłem, bo choć później dalej rysowałem, nie rozwijałem się.

WYBUCH CHOROBY

Sylwester 2017-18 spędziłem, jak mi się wydawało, najlepiej w życiu, nie dość, że z dziewczyną, z którą mogłem brać narkotyki, to poznałem nowy narkotyk-amfetaminę. Odcięty od kieszonkowego, bo miałem kolejne szlabany, bez komputera czy telefonu, popadałem w stany, zupełnego bezsensu i niezrozumienia. Rodzice nadal uważali, że się nad sobą użalam. Ja także, i chyba wszyscy przyzwyczaili się, że przestałem się uśmiechać, przestałem być spontaniczny, i całkiem przestałem rozmawiać z inni. Krzysiek w tym czasie namówił mnie, bym sprzedawał te dragi, skoro nie mam kasy, uznałem, że to świetny pomysł. Jak się okazało, nie miało to wiele wspólnego z narkotykami, tylko z proszkiem do pieczenia. Nie zarobiłem nic, i ośmieszyłem się w oczach kilku osób.
Pewnego dnia przynieśli to dziecko do domu, no i się zaczęło. Odciąłem się od rodziców zupełnie, a negatywne emocje, i brak ich zainteresowania, zaczął we mnie kiełkować, na dodatek, straciłem kontakt z Krzyśkiem po pewnej sytuacji. Nie umiałem poradzić sobie z tym, że uwaga jest skupiana tylko na dziecku, a mój najlepszy w tym czasie kumpel, zerwał kontakt, a ja uwagi potrzebowałem chronicznie, jaka by ona nie była. Z drugiej strony, była dalej moja dziewczyna, z którą miałem dość mocną relacje. Któregoś dnia po jakiejś kłótni, uciekłem z domu do niej. Dalej chodziłem do szkoły, jednak nie zdawałem sobie sprawy, że ona dorasta po prostu w patologii, mama alkoholiczka, ciągle pijana, przygarnęli mnie a ja, pierwszy raz poczułem się u nich jak w domu, miałem uwagę, miałem dziewczynę. Moje zachowania zaczęły wymykać się jednak spod kontroli, wywierałem na nią ogromną presje, seksualna, ale też dalej udawałem geniusza, jakąś wyimaginowaną postać, którą nie byłem, dalej pisałem te wzorki.
Traciłem jednak nad sobą panowanie, potrafiłem grozić tej dziewczynie, ogólnie byłem toksyczny, i tęskniłem tak naprawdę, za poprzednią dziewczyną. Któregoś dnia w szkolę ją poszarpałem, no i się skończyło. Wróciłem do domu, rodzice w jakiś tam sposób próbowali ze mną rozmawiać, kary które mi jednak dawali, w kontrze z wolnością i zainteresowaniem jakie dostałem wcześniej, spowodowały skrajny bunt. Bo cóż, bywało, że gdy się spóźniłem, to spałem na wycieraczce pod schodami, bo nie otworzyli mi drzwi, nie miałem też swojego klucza, więc po szkolę, czekałem na schodach, gdzie przyciągałem podejrzliwe oczy sąsiadów, a oni, oni wiedzieli dobrze, że coś jest nie tak. W między czasie, odnowiłem znajomość w byłą dziewczyną, uczucie wróciło, a moja frustracja, złość, i bezsilność gdy znów nie mogłem do niej pojechać, pogłębiały się. Uciekłem do niej któregoś dnia, przez pół polski, bez biletu, z plecakiem, i gitarą, okłamując ludzi, że jadę na koncert ale zapomniałem kasy (sic!) uważałem wtedy siebie, za pana i władcę, a kłamstwo, było jedyną metodą dla mnie, by dostawać to czego chce. Spędziłem u niej jakiś czas, w tym czasie, pojawiła się u mnie hipochondria, i zacząłem obsesyjnie czytać na temat chorób psychicznych, uznałem, że mam schizofrenie. Po powrocie do domu, upojony własną diagnozą, i poczuciem bezkarności, jakimś chorym amokiem, było już za późno, myślę, by pójść do lekarza, bo mój stan wymknął się całkowicie spod kontroli, zacząłem opowiadać wszystkim, że widzę jakieś postaci, że moi rodzice nie wpuszczają mnie do domu, że zabraniają mi pić kawy, bywało że spałem u kumpla, który miał okno 4 metry od mojego pokoju. Generalnie, w imię jakiejś zemsty, zacząłem na swój sposób szukać pomocy, lub zrozumienia. Robiłem to jednak w zły i chory sposób, działałem w amoku, traciłem kontakt z real life. Rzuciłem szkołę i poszedłem do pracy, zbierałem warzywa z ziemi w szklarni, długo tam nie zagrzałem miejsca, a moja skłonność do autodestrukcji zaczęła się pogłębiać . Przestałem chodzić do pracy, a czas ten, spędzałem w samotności, chodząc i uciekając we własne marzenia, wyobrażałem sobie, że jestem bogaty, że wszyscy mnie lubią. Pierwszy raz wtedy podjąłem próbę samobójczą. Dwa opakowania leków, niestety mnie nie zabiły, Rodzice nawet nie wiedzieli, wtedy właśnie utrwalił się we mnie schemat destrukcji, którym zrujnowałem życie sobie i wszystkim. Pewnego wieczora, rodzice powiedzieli, o ironio, że chyba muszę iść do psychiatry, ale sam mam na niego zarobić. Słusznie lub też nie, zbulwersowało mnie to do tego stopnia (nie uważałem siebie za chorego), że wziąłem gitarę, plecak, ukradłem 50 zł na bilet od ojczyma, i wyszedłem, choć nie wiedziałem jeszczę, że po raz ostatni wychodzę z tego domu.

SPIRALA AUTODESTRUKCJI, DEGRADACJA PLANÓW ŻYCIOWYCH.


Jeszcze trzydzieści dni, dzieliło mnie od kolejnej próby samobójczej, a faza ekscytacji, chorego uniesienia, i zachłyśnięcia się wolnością, jakiej nigdy nie miałem, mijała konsekwentnie, choć powoli. Niedługo miałem uzyskać pełnoletniość, wiedziałem, że oznacza to, że do domu już nigdy nie będę mógł wrócić, lub raczej, nikt mnie nie wpuści. W jakiś sposób udało mi się wynająć pokój, i znaleźć pracę. Zamieszkałem z dwojgiem alkoholików, a swoje emocje, bez żadnego namysłu zapijałem piwami. Cieszyłem się, że jestem przy swojej dziewczynie, ale depresja, chore szukanie na siłę rozwiązań swojego stanu, problemy w pracy, ponieważ przez depresje, wszystkie moje funkcje życiowe uległy upośledzeniu, już wtedy pogorszyła się znacznie pamięć, koncentracja uwagi nie istniała i rozwinęły się obsesyjne myśli o śmierci, którą zacząłem personifikować, i traktować, jako swoją kare.
Schemat nagrody i kary, będzie wyraźny już zawsze w moim życiu.
Myślę, że te niezliczone razy, gdy mnie karano, w połączeniu z niezrozumieniem, i tak na prawdę brakiem jej efektów, spowodowały, że powstało u mnie zachowanie i silna potrzeba by karać się za niepowodzenia lub porażki. Samobójstwo przyjęło ostateczną formę tej kary. Któregoś dnia, spakowałem się, i pojechałem do Gdańska, gdzie wynająłem pokój w hotelu, z myślą, by się zabić. Nie zrobiłem tego jednak, a by dostarczyć sobie przyjemności pierwszy i jedyny raz odwiedziłem prostytutkę, choć przez godzinę po prostu rozmawialiśmy, nie chciałem być wtedy sam, raczej z kimś pogadać. Ze stresu, i pijany, wyjadłem całą lodówkę, wydając wszystkie pieniądze. Kolejny patologiczny schemat w moim życiu, który będzie się powtarzał jeszcze wiele razy. Kara-samobójstwo-defraudacja wszystkich dóbr-nie możność zabicia się- poczucie winy. Trafiłem do szpitala. diagnoza-epizod depresyjny. Cieszyłem się. Cieszyłem się że ktoś mnie określił, wreszcie ujął w jakieś ramy, nadał tożsamość, zdarł na chwilę tę pustkę. Byłem tam dwa miesiące, było sporo ludzi w moim wieku, ich odwiedzali rodzice, pomimo telefonów mojego lekarza, moja mama nie chciała przyjechać mnie odwiedzić. Kolejny schemat, Chorobliwy i często niezrozumiały żal do matki, nigdy już później nie zobaczyłem mamy, a osoba najważniejsza w moim życiu, zerwała ze mną kontakt. Liczyłem wtedy na swoją mame, szpital dał mi jakąś nadzieje, bo to czego nie potrafili zrobić moi rodzice, co ignorowali od lat, wreszcie nabrało kształtu, zostało opisane, a ja, miałem nadzieję że dzięki temu uda mi się odbudować co zepsułem. Nigdy tak na prawdę nie poradziłem już sobie z żalem po stracie matki, obsesyjnie obwiniając się o to, że jestem zły i nie chce mnie znać. Te obsesje spowodowały że zacząłem traktować samobójstwo, jako jedyną formę zwrócenia uwagi ludzi, którzy mogli dać mi empatie, a tej empatii mi brakowało. Szybko i niepostrzeżenie, popadłem a alkoholizm, który miał idealny grunt by rozwinąć się praktycznie od razu, będąc już uzależnionym, i mając nałogowe mechanizmy. Rodzice zawiedli się na mnie, a ja na nich, od tamtej chwili, zawsze czułem, że oni teraz są szczęśliwsi gdy od nich odszedłem, lata pokazały, że w istocie tak jest.
Tak zaczęła się moja dorosłość, choć ja, w rzeczywistości nigdy nie przekroczyłem emocjonalnie 17 roku życia. Zatrzymałem swój rozwój i niejako swoje życie, w tamtych chwilach, w tych patologicznych schematach, nie tyle przez poprzednie wydarzenia, co przez uzależnienia, i niemożność wyjścia z nich. Mimo terapii, lecz tak na prawdę, nigdy na tych terapiach nie przepracowałem genezy, tego jak taki się stałem, oraz trzeźwy nie umiałem, i nie rozumiałem swoich emocji, były tylko dla mnie słowem, gdy w środku szalał ciągle huragan. Destrukcja w moim życiu dopiero się zaczęła, i szczerzę żałuję, że nie udało mi się zabić wcześniej, zanim zrujnowałem życie wszystkim swoim chorym zachowaniem.
Jedyne czym zacząłem się kierować, to by zgasić ból i żal do matki, nie da się oczywiście na takim gruncie, niczego konstruktywnego zbudować, gdy jedyna drogą jaką poznałem to uzależnienia. Bez kontroli rodziców, zacząłem jakby testować rzeczywistość i ludzi. Kierowałem się chorą maksymą "I tak się zabiję", co w mojej głowie, która nie kumała podstaw dobra i zła, znaczyło-rób wszystko co chcesz, śmierć to rozwiążę.
Moja partnerka miała wyjątkowego pecha, że byłem jej pierwszym chłopakiem, i nie jako, patologicznym wzorem, z którego przez wiele kolejnych lat nie będzie umiała uciec. Moje skandaliczne zachowanie, picie, i permanentny tęsknota do matki, trafił na nią, a ona, nieświadomie przejęła w pewnym sensie jej role. W sposób emocjonalny ona zrobiła się dla mnie bardziej jak matka, nie zdając sobie z tego nawet sprawy. Nie zrozum mnie źle, również nie byłem zupełnie świadom, procesom, które się dzieją między nami i kolejne sześć lat, tak na prawdę tego nie rozumiałem. Uważałem, że mam prawo się tak zachowywać, i to świat jest zły.
Nigdy tak na prawdę nie miałem dostępu do swoich emocji, w sposób konstruktywny, który nie kierował by całkowicie moim zachowaniem. Kierują całkowicie, uwierz.
Tak mija kilka lat, bez zmian, czy szans na poprawę, rodzi się także nasz syn,- złudna nadzieja dla mnie że uda mi sie zmienić i przeciwstawić swojej destukcyjnej naturze. W tym czasie, całkowicie rozwinęły się u mnie myśli i tendencje samobójcze, w sposób, który uniemożliwia mi funkcjonowanie. Mam je bez kontroli, czy krytycyzmu, mam je tyle lat, bez przerwy, że gdy przez moment ich nie miałem, czułem się niekomfortowo. Mieszanka wybuchowa, nałogi, i lata bez wiedzy co ze mną nie tak. Wtedy znów się okłamałem, i sam sobie postawiłem diagnozę, jako dwubiegunówka. Po prostu, gdy po 7 czy 10 pobycie w szpitalu, nikt nie umiał mi powiedzieć co mi jest, lub wręcz dochodziło do drwin ze mnie, sam obsesyjnie szukałem odpowiedzi.
Moje otoczenie, zdało się zaakceptować w końcu ostateczny powód co jest ze mną nie tak, jakby zrzucając odpowiedzialność bo "on jest chory". W rzeczywistości zmiany nastroju, które odczuwałem zupełnie do tej choroby nie pasowały, ale to było dla mnie wygodne, i czułem się na swój sposób bezpieczniej z taka diagnozą. Poznałem w tym czasie, setki ludzi z podobnymi problemami, pochłaniając tony literatury na ten temat, przez to stałem się odludkiem. Gdy inni chodzili na studia, ja robiłem znachorski kurs psychiatrii i psychologii.
Terapie na których byłem, nie dały w rzeczywistości żadnych efektów. Jak to u mnie bywa, zrobiły coś odwrotnego, bo zamiast się zreflektować, podszedłem do tego jak do szkoły. Nauczyłem się i zrozumiałem jak ta choroba działa, ale miast tego użyć konstruktywnie, użyłem by poznawać i lepiej rozumieć ludzi. Dawało mi to satysfakcje, gdy potrafiłem określić, jakie ktoś ma nałogowe nawyki, lub na jakim etapie choroby jest. To sprawiło, że paradoksalnie budowałem z tymi ludźmi jeszcze bardziej toksyczne i trwałe relacje. Skoro nie umiałem poradzić sobie ze swoim nałogiem, szukałem zrozumienia w patologii, kłamstwie, i jakiejś chorej potrzebie dominacji nad innymi. Mimo wszystko, i dobrze, wszystkie relacje i mosty, konsekwentnie paliłem, i zrywałem.
Założenie rodziny, stało się dla mnie wielką szansą, by porzucić dotychczasowy tryb życia. Miałem w końcu rodzinę, miałem pracę. Jednak relacja mojej partnerki ze mną, była toksyczna, i wpadła w współuzależnienie. Ona po prostu, do końca jakoś wierzyła, że jeszcze się zmienię, bo nie było też bez przerwy tak, że było źle. Mieliśmy te dobre momenty, piękne chwilie.
Pustka. To było we mnie gdy miałem swojego syna na rękach. Możesz na mnie splunąć, i będziesz miał racje. Nie umiałem nic poczuć, co gorsza, zacząłem powielać zachowania mojego ojczyma, i bycie tatą koncentrować jedynie na pracy i dawaniu kar. W systemie Tata zły- mama dobra. Nie zdawałem sobie tak na prawdę sprawy, z czego wynika ta pustka nie do przebicia. Znów wpadałem w ambiwalencje, rozumiałem i wiedziałem jak powinienem się zachowywać, i co robić jako głowa rodziny, jednoczenie nie czułem zupełnie nic, bez nałogów, całkowicie tracąc kontrole nad swoimi emocjami. Na trzeźwo nie było mi źle, nie o to chodzi. Ile by czasu nie miało, dalej czułem tylko pustkę, a nałogi były jedynym sposobem w jaki radziłem sobie by jej nie czuć. Tu rosła frustracja, bo w swojej chorej głowie tym bardziej czułem się usprawiedliwiony, by poprzez nałogi te pustkę usypiać.
Nie ma grupy substancji, której w krótkim czasie nie zaczął bym stosować nałogowo. przez lata, zmieniałem te substancje, usypiając czujność otoczenia. Bo to otoczenie miało myśleć w konkretny sposób, nigdy ja. Ta gra pozorów, także ze mną została, i czasem mam wrażenie, że wszystko co robie, ma dać określoną reakcje otoczenia. Budować obraz który nie istnieje.
Udawać przez lata, tak na prawdę. Nigdy z depresji już się nie wyleczyłem. Nie pamiętam momentów gdy nie patrzyłem bez niej na świat, stopniowo gdy widziałem wśród ludzi, że jestem inny, "dziwny", rosła frustracja i myśli by się ukarać, zabić.
Bardzo żałosna jest z mojej strony ta bezradność by to zrobić, jednoczenie gdy myśli całkowicie opanowały mój umysł.
Przez lata byłem w szpitalach tyle razy, że przestałem już liczyć. Bywało, że szedłem tam, bo nie miałem akurat co ze sobą zrobić, no a skoro mam myśli samobójcze od lat, to powód jest, nie? Dziwiło mnie bardzo, że każdy lekarz jakiego poznałem, nie umiał zrozumieć, że mam te myśli o b s e s y j n i e. Natrętnie, bez konkretnych przyczyn, logicznych, i takich które można samemu zrozumieć i z nimi walczyć. One są moją destrukcją, i motorem mojej zagłady. One zrujnowały mi życie, nałogi tylko to dostukały, żeby przypadkiem nikt juz nie próbował pukać do tych drzwi, które próchnieją od lat. W sytuacjach ekstremalnego stresu, ekstremalnego przynajmniej dla mnie bywa, że się wyłączam. Tracę jakby kontakt z rzeczywistością, nie potrafię nic zrobić, nic załatwić, leże w niemocy, zamiast działać, nie robie nic. Ostatni taki stan miałem jakoś miesiąc temu. Gdy wyjechałem za granice, system zrobił power off. Nie potrafię nawet komuś racjonalnie wytłumaczyć co przeżywam, bo ja nawet nie rozumiem tego. Kolejny raz, zrobiłem swój stary schemat- do wszystkich piszę, i żegnam się, jakoby ostatni raz. Nie wiem czy kierują mną wtedy, przesadna uprzejmość, by się pożegnać, czy podświadomie zdaje sobie sprawę, że w ten sposób we wszystkich wywołuję nagłą reakcje. Ostatniej takiej eksplozji, moja rodzina już nie wytrzymała.
Uważam, że to dobrze, że jedyne co mogli zrobić to po prostu mnie piepszyć. Nie muszą wiedzieć, że w mojej popiepszonej głowie, testuję jakąś nieistniejącą cierpliwość. Wtedy całkiem opadłem z sił, że tak powiem. Ostatnio w pracy znalazłem strony o Borderline, bo oczywiście bez przerwy szukam odpowiedzi co mi jest. Nie wierze już lekarzom.


REFLEKSJE

Powiem Ci całkowicie szczerze. Nie uważam, bym zasługiwał na cokolwiek więcej niż samotność. Myślę, że nie zasługuję na ostatnią garstkę znajomych, którzy tak na prawdę, mnie nie znają. Trudno mi uwierzyć, że ktoś jeszcze mnie lubi, choć niewątpliwie też mam swoje zalety, jak każdy. One tracą kolor, jak farba na słońcu, gdy zdasz sobie sprawę coś ty kurwa narobił.
Mam co chciałem, myślę, że udało mi się zrozumieć siebie. Teraz gdy zniszczyłem już wszystko, razem z resztkami kłamstw i iluzji, jakimi karmiłem innych, mam nadzieję że lepiej zrozumiesz, że trzeba spierdalać. Bo szkoda już czasu na mnie, i mój zakłamany urok osobisty. Co z tego, że umiem zjednać sobie ludzi? Że umiem ludzi zrozumieć bardziej, więcej czuję, niż ktoś normalny, chuj z tym.
Jeśli znalazłeś w tym w jakiś sposób siebie, nim zdefraudowałeś wszystko co może istnieć, może jakoś jeszcze to odkręcisz. Nie karm się jednak nadzieją i kłamstwami, które napędzają te chorą machinę tylko dalej i dalej.
Ludzie w pracy dziwią mi się czemu jestem aspołeczny, zamknięty w sobie, koncentracji nie ma, sam nie buduję i nie chcę wchodzić w głębsze relacje, tym bardziej partnerskie. Mnóstwa rzeczy tu nie opisałem, natomiast, zarys, w miare szczegółowy przebiegu mojego życia, mam nadzieje, że jest w jakimś stopniu jasny. To pierwszy raz gdy piszę, tak dosłownie o swoim życiu, szkoda, że tak późno. Obecnie rozważam terapie, choć nie wiem czy zdążę przed samym sobą, przestać się niszczyć.


A
Ostatnio zmieniony 18 grudnia 2022 przez Adrian67, łącznie zmieniany 2 razy.
  • 3226 / 508 / 1
Jeden z dłuższych postów które przeczytałem w całości i to nawet z ciekawością, częściowo rozumiejąc twoja historię, żeby nie musisz o utożsamianiu się z bohaterem.

Co z twoimi rodzicami? Zgaduję że jeszcze żyją ale jak żeś pouciekali sto razy z chaty, (chorej na swój sposób), próbując zwracać na siebie uwagę w najgorszy sposób- to nie chcą utrzymywać kontaktów z wykolejencem.

Ile masz lat?

Czy uważasz że już osiągnąłeś rock bottom? Żeby się odbić? Dobra jest taka spowiedź. Doceniam to, że piszesz bez tych całych emotikonów, że potrafisz.
Idź na te terapię, spróbuj do kościóła, pomóż komuś charytatywnie, zgłoś się gdzieś jako wolontariusz i poczuj się potrzeby, to mocno pompuje!

Jak przeczytałem w środku historii tak nagle że tu wyskakuje syn z dziewczyną która przydusiłes swoimi wyczynami...
Wiesz co? Ja bym synowi czegoś takiego nie mógł zrobić..zjebac życie rodzicom, zatruć życie dziewczynyn to już i tak za dużo. A tu jeszcze sprowadzasz dziecko na świat w dysfunkcyjnym setupie. Wstydź się.
(Sam byłem w związku.w którym zacząłem fiksować i Bogu dziękować, w krótkim przypływie jasności umysłu potrafiłem z ogromnym, nieopisanym(!) Bólem serca nie robić jej krzywdy i niestety 8 lat razem się rozeszło, bo moje JA było silniejsze i nie umiałem go z powrotem nagiąć do prawidłowej postawy. Więc poświęciłem kochają dziewczynę, by nie robić jej szkód, zdecydowałem że będę niszczyć się sam.

I ja mam (w sumie od 3 lat już nie) myśli by sie wylogować. Zawalił sie na mnie strop, cały kurwa budynek przygniatając gruzem, spod którego nie mam siły się wygrzebać, za dużo. I żyje tam pod gruzowiskiem, ludzie starają się mnie nie dostrzegac i ja że wstydu unikam ich wzroku kryjąc się w mroku. Śmierdzi tu szczynami, jest brudno, są zdemolowane świadectwa dawnej klasy i ambicji. Nikt tu nie zagląda, nikt nie sprząta. Wystawiam czasem swój nos by przypomnieć sobie, posłuchać jak brzmi śmiech szczęśliwych ludzi.
Gdyby nie pregabalina to bym pewnie teraz woskowal sznur na stryczek.
Za kare. Ku uldze tych, którzy zostali ciężko moją osobą doświadczeni.

"Outrun my gun"
"Które dragi brać, żeby nie musieć brać żadnych dragów?"

"Rutyna to rzecz zgubna "
  • 2 / 2 / 0
Wstydzę się, uwierz. To pewien napęd. Dziś ta kobieta jest po terapii, która jej proponowałem . Jest szczęśliwa osoba i kochana Mama, gdy mnie nie ma. Tak lepiej, uwierz, ona ma piękna dusze, i wielka miłość w sobie. Czasem miłość trafi na grunt, który ją porwie. To bardzo boli, ale w sumie to jedyne szczęście jakie czasem czuje, ze wyszła z tego.
  • 541 / 178 / 0
@Adrian67 Przeczytałem to w większości, choć nie było to łatwe. Szczerze mówiąc nie czuję za szczególnie współczucia. Moim zdaniem prawdopodobnie masz osobowość ukształtowana wg zaburzeń tzn. klastra B, nie wiem, czy akurat borderline.
Masz rację, jest źle i raczej nie będzie lepiej, terapia może jedynie ułatwić Ci codzienne funkcjonowanie. Pustki, którą czujesz, nie zapełnisz niezależne od tego, ile bólu zadasz innym. Nigdy też nie poczujesz się lepszy, niż jesteś w rzeczywistości, niezależnie od tego, jaką wizję siebie będzie wmawiał sobie i innym. Część Ciebie doskonale wie, kim jesteś, i tej części zabić się nie da - można ją jedynie na chwilę zagłuszyć narkotykami albo kreowaniem siebie na lepszego od innych. Mimo to relatywizm moralny będzie prześladował Cię do końca życia a w raz z nim poczucie, że czegoś Ci brakuje. Depresja jest tylko tego skutkiem.
Jeśli jeszcze masz rodzinę i dzieci - a nie pamiętam, bo czytałem ten tekst parę dni temu - to najlepszym rozwiązaniem będzie zniknięcie z ich życia. Kobieta ułoży sobie życie z kimś innym i może kiedyś będzie szczęśliwa, dzieciak nie będzie powielał patologicznych wzorców ojca i z czasem o Tobie zapomni. Jeśli naprawdę Ci na nich zależy to najlepiej wyjedź daleko za granicę, zajmij się pracą, ogranicz kontakty międzyludzkie, szczególnie romantyczne. Od święta możesz im wysłać paczkę i płacić alimenty, za granicą będzie Cię na to stać. Chyba sam doszedłeś już do wniosku, że najgorsze rozwiązanie to niszczyć życie innym swoją wypaczoną egzystencją.
  • 1954 / 499 / 0
29 maja 2021Marcins96 pisze:
27 września 2020DuchPL pisze:
27 września 20203eyewideopened pisze:

Nie, weryfikacja teorii nie polega na tym, że bierze się za to ktoś bez wiedzy i doświadczenia w danej dziedzinie - a dokładnie taki wątpliwy poziom zaprezentowałeś w przywołanej przeze mnie dyskusji (i nie tylko tam, gdyby to był tylko jeden taki przypadek to w ogóle bym tematu nie wrzucał "na tapetę"). Złą naukę zawsze wypiera lepsza - ale wciąż - nauka. Tak to się od zawsze toczy: ewolucjonizm Darwina poprawili inni ewolucjoniści, a nie kreacjonistyczne szury bez kierunkowego wykształcenia. Itp, etc.

Pobawmy się w argumenty, badania? Przecież już w pierwszym zaadresowanym do Ciebie poście zapytałem, jaką m.in. literaturą się podpierasz. Więc na nic innego, do cholery, nie czekam. Ale nie, Ty wolałeś się uczepić tego drobnego ad personam i przez kolejne posty napierdalać, jak bardzo Cię uraziłem, obudowując to jakimś pustosłowiem jakobym rzekomo nie szanował nieszablonowego myślenia, prezentował "niski poziom inteligencji" itp pierdololo. Grow the fuck up.
Nie drogi kolego, w rozmowie o Borderline z góry zakładasz, że nie mam kompletnie racji w NICZYM o czym piszę.
Mało tego, przyrównujesz swoje doświadczenie do mojej propozycji myślenia o takich osobach, a to dwie bardzo różne kwestie, które z góry skazane są na niezrozumienie. Ponieważ ja właśnie związek z rozmowy o "Borderze" wyrzucam na dzień dobry, i interesują mnie tylko "korzyści" z tej całej "choroby" psychicznej... w której to kwestie MORALNE są na samym końcu ( niestety ) i dominuje Egoizm.

Chcesz mi powiedzieć, że dla Ciebie "choroba psychiczna" ( tak ładnie wrzucana do wora z innymi chorobami ) to problem ludzkości? czy może pewnego rodzaju ewolucja?
Mówię tu konkretnie dla przykładu właśnie o Borderline czy Autyźmie. Akurat w tej kwestii nie muszę wrzucać żadnego badania ponieważ przedstawiam SWÓJ światopogląd ( nawiązując zresztą właśnie do badań i teorii wielu AUTORYTETÓW o których tak namiętnie wspominasz a tego jest od groma w internetach, gdzie choroba psychiczna jest pewnego rodzaju "darem" tylko nie łap mnie za słowa i nie myl upośledzenia z chorobą, dzięki której człowiek może rozwijać się lepiej/szybciej z korzyścią dla siebie i swojego otoczenia ).
Dla mnie Borderline ma same plusy - nie mam prawa tak mówić? Tak... wiąże się to z samotnością i pewnego rodzaju "brakiem przyjaciół" co jak się okazuje może nie mieć miejsca i taki border ma zarówno i rodzinę i "przyjaciół" ... jednego "wykorzysta" do imprezy... bo po co ma się sam bawić, z innym będzie naprawiał wóz a z jeszcze innym ogarniał interesy, byle by być ciągle na plusie nie ważne ile się zarobi ważne by się kręcił pieniądz w portfelu.
Wszystko zależy od punktu widzenia, no i też tego - jak TY czy ja czy ktokolwiek zostaliśmy wychowani, jakie mamy cele w życiu, nauki, kwestie moralne...
Idealnym przykładem ludzi, którzy "doszli najwyżej" w kwestii globalnej i u których występowała lub była podejrzewana choroba psychiczna to
Hitler / Stalin / Lenin ...
ciekawy artykuł pt. "Chorzy Dyktatorzy" znajduje się tutaj
https://www.focus.pl/artykul/chorzy-dyk ... ler-stalin

Lećmy dalej...
Gdy Messi miał osiem lat, zdiagnozowano u niego zespół Aspergera, łagodniejszą formę autyzmu. Cierpiały na niego również takie wielkie postaci jak Isaac Newton, Albert Einstein, Michał Anioł czy Karol Darwin. W odróżnieniu od klasycznej formy autyzmu, zespół Aspergera nie powoduje opóźnienia w rozwoju. Dotknięci tą chorobą mają problemy z kontaktami towarzyskimi, zachowują się w powtarzalny sposób i mają dziwne zainteresowania.

Na tym przykładzie można stwierdzić, że choroba psychiczna wręcz pomogła im osiągnąć cele... jakie sobie założyli, albo założyli sobie takie a nie inne cele z uwagi na chorobę psychiczną ; )

Choroby psychiczne wymagają BADAŃ, ale nie pod kontem NORMOWANIA ludzi do społeczeństwa, a do wykorzystania ich dla dobra całej ludzkości po prostu globalnie.
Inne myślenie niż stereotypowe może przynieść wiele korzyści ponieważ widać więcej niż jedno czy dwa rozwiązania, a sposób ich realizacji może zaskoczyć wiele "normalnych" osób. Dziś każde odstępstwo "od normy" to choroba psychiczna... brak edukacji w tym kierunku powoduje tylko niepotrzebne sprzeczki chociażby tu na forum pomiędzy mną a Tobą... Tak, ja będę bronił kwestii Borderline, dla mnie taki przypadek to kolejny etap w rozwoju człowieka, który przy odrobinie pracy nad takim pacjentem może pokazać niezły potencjał rozwojowy nie tylko "chorej jednostki" ale i każdego z nas...

Należy to wszystko podkreślić GRUBĄ linijką

Wszystkie choroby i zaburzenia psychiczne można rozpatrywać w kategoriach daru od Boga. Tak samo osoby z Borderline przejawiają cechy które należy pielęgnować (o których mogą pomarzyć normalne osoby) i można by nauczyć się je wykorzystać chociażby do pracy jako wywiadowca (o czym wspomniał DUCH)

To GENIALNI manipulatorzy i osoby obdarzone ponadprzeciętną inteligencją, wręcz stworzeni do ugniatania innych ludzi niczym glinianej kukiełki, pod swoje egoistyczne zachcianki. Takie osoby mogłyby wiele w życiu osiągnąć gdyby szlifować ich dary a wygaszac minusy (czyli wachania nastroju, strach przed odrzuceniem tak wyszlifować żeby robić gówno z głowy partnera ale ostatecznie NIGDY odrzuconym nie zostać). Brak odczuwania empatii a raczej kolejny krok ewolucyjny czyli wykorzystywanie empatii innych ludzi do swoich celów to kolejny dar którego zwykły Kowalski nie posiada

W dyskusjach o "chorobach" psychicznych bardzo często pomijana jest wyjątkowość osób zaburzonych i cechy które występują u promila populacji, cechy te są pewnym darem a nie przekleństwem
Pielęgnować borderline, gemialne. Dar od boga, bpd wywiadowcy, no kurwa nieźle poleciałeś. ;)

Raczej nie piszesz z własnego doświadczenia, co?

" Brak odczuwania empatii "

U mnie np. jest odwrotnie zupełnie, brak odczuwania empatii to raczej cechy socjopatyczne. Chciałbym się też dowiedzieć w jaki sposób chciałbyś "szlifować ich dary a wygaszac minusy "?
oi oi oi
:tabletki: :świnia:
  • 3226 / 508 / 1
Starysteve dobrze a Ci napisał. Chciałem ostrzej ale nie będę nakłaniał.
"Które dragi brać, żeby nie musieć brać żadnych dragów?"

"Rutyna to rzecz zgubna "
  • 118 / 49 / 0
Ja kiedyś otrzymałem te diagnoze w szpitalu psychiatrycznym (gdy trafiłem tam po dragach), bo tak wyszło z dwóch psychotestów (Minnesocki i ten z rozpoznawaniem plam) no i dla mnie to jest śmiech na sali. Początkowo nie wiedziałem co to jest i posłuchałem lekarza, bo jego najmocniejszy argument wtedy był taki, że osoby z BPD bardzo często są hospitalizowane z powodu narkotyków, samookaleczeń lub innych cudów na kiju no i słysząc to pierwsze uwierzyłem. Teraz dopiero więcej czytając na ten temat w ogólnych artykułach i tutaj muszę się zgodzić z tym co wiele osób tu pisze, że to farmazon, a na pewno przynajmniej u mnie. Pierwsze co jest najbardziej dla mnie podejrzane to fakt, że gość postawił sobie te diagnoze na podstawie jakichś dwóch przestarzałych testów psychologicznych (gdzie jeszcze stwierdzono, że podobno stawiam siebie w gorszym świetle niż jestem xd), a drugie to fakt, że ja nie mam żadnego lęku przed odrzuceniem, a wręcz przeciwnie, zawsze mówiłem ludziom, że droga wolna jak im się coś nie podoba i nigdy się nie przywiązywałem do nikogo. Moja osobowość znacznie bardziej pasuje opisom osobowości narcystycznej lub nawet psychopatycznej %-D choć tym drugim to nie ma co się chwalić, bo pamiętam, że za dzieciaka byłem znacznie bardziej łagodniejszy, empatyczny i nie zawsze byłem hujem tylko przejebane życie w patologii + narkotyki mnie takim uczyniło. No i żeby jeszcze bardziej zniszczyć tu teorie o czymś takim jak borderline to później stwierdzono u mnie, że to jednak schizofrenia paranoidalna %-D
Tak btw dość niedawno znając już troche temat spotkałem kiedyś taką dziewczyne 18 lat co się chwaliła, że ma bordera i faktycznie nawet się nie zdziwiłem, bo była taka wkurwiająca i w dodatku ofensywna w gadce, że chciało się jej wyjebać, ale sobie pomyślałem, że chorej umysłowo bić nie będe i też zaraz potem przyszła refleksja, że patrząc na nią nie ma opcji, żebym ja miał te przypadłość.
Także moje zdanie jest takie, że faktycznie coś podejrzanie dużo ostatnimi czasy tych borderlajnów się zrobiło wśród ludzi i jak dla mnie to jest w większości przypadków po prostu lenistwo psychiatrów w diagnozowaniu ludzi, a już szczególnie jak ktoś trafi do Houston i tam się nie chce im obserwować dłuższy czas pacjenta.
  • 51 / 7 / 0
Hej,
Mam od lat rozpoznane zaburzenia osobowości mieszane, ale jak byłam na detoxie (rok temu), rozmawiałam z psycholożką 2 GODZINY i w swojej opinii postawiła podejrzenie bordera. Rozmawiałyśmy tylko o okresie dojrzewania (no, może do 20 rż), nic o obecnych objawach, stanach lękowych itd.
Spędziłam 4.5 miesiąca na oddziale psychiatrycznym, gdzie w rozpoznaniu wpisali mi mieszane.
Jak myślicie, przejmować się tym borderline?
ODPOWIEDZ
Posty: 555 • Strona 54 z 56
Artykuły
Newsy
[img]
Jacht z kokainą o wartości 80 milionów funtów zmierzał w stronę Wielkiej Brytanii

Prawie tona „narkotyku klasy A” została znaleziona na jachcie płynącym z wysp karaibskich do Wielkiej Brytanii. Jej rynkowa wartość została oszacowana na 80 milionów funtów.

[img]
Handel narkotykami: Rynek odporny na COVID-19. Coraz większe obroty w internecie

Dynamika rynku handlu narkotykami po krótkim spadku w początkowym okresie pandemii COVID-19 szybko dostosowała się do nowych realiów, wynika z opublikowanego w czwartek (24 czerwca) przez Biuro Narodów Zjednoczonych ds. Narkotyków i Przestępczości (UNODC) nowego Światowego Raportu o Narkotykach.

[img]
Meksyk: Sąd Najwyższy zdepenalizował rekreacyjne spożycie marihuany

Sąd Najwyższy zdepenalizował w poniedziałek rekreacyjne spożycie marihuany przez dorosłych. Za zalegalizowaniem używki głosowało 8 spośród 11 sędziów. SN po raz kolejny zajął się tą sprawą, jako że Kongres nie zdołał przyjąć stosownej ustawy przed 30 kwietnia.