REKLAMA




Zgony po dopalaczach to wina polityków

Felieton Jasia Kapeli z Krytyki Politycznej oraz bonus z innej beczki. Dla uważnych - w tym ostatnim jest nawet wzmianka o naszym portalu ;)

pokolenie Ł.K.

Kategorie

Źródło

Jaś Kapela, Krytyka Polityczna - Dziennik Opinii nr 314/2016 (1514)
Agata Tomasiewicz, teatrdlawas.pl

Grafika

Odsłony

427

Nigdy nie miałem takiego poczucia wspólnoty jak po mefedronie. Dlatego, gdy przeczytałem zapowiedź spektaklu Dopalacze. Siedem stopni donikąd, trochę mnie zmroziło. Jak to dopalacze „są narkotykiem pustym, szybkim, łatwym, pozbawionym jakiegokolwiek kontekstu, ideologii”? Ktoś tu chyba nie czytał Alexandra Shulgina , twórcy MDMA oraz setek innych psychoaktywnych substancji. Albert Hoffman przewraca się w grobie. Powiecie, że kwas to nie dopalacz? Powiem wam, że to jeden z pierwszych designer drugs . Za mało macie kontekstu w ćpaniu? Okultura wydała o tym sporo książek, polecam też stronę Wolna Molekuła, czy pięknego fan pejdża Klefedron. Metafizyka, gdyby brakowało wam metafizyki.

Że niby dopalacze „w swoim efekcie nie tworzą nawet wspólnoty”? To, co ja czułem po 3mmc? Nic nie pozwala poczuć takiej wspólnoty i więzi ze światem jak grzybki psylocybki czy kwas. Dlaczego ktoś znowu szkaluje mnie i moich przyjaciół? Ostatnio Robert Tekieli zarzucał mi w programie poświęconym „bruLionowi”, że lewica niszczy rodzinę i wspólnotę. Osobiście żadnej rodziny jeszcze nie zniszczyłem, a wręcz przeciwnie, aktywnie walczę o to, żeby rodzin w Polsce mogło być więcej (Wystarczyłoby zalegalizować małżeństwa jednopłciowe, a jednym ruchem zwiększylibyśmy liczbę rodzin w Polsce o pięćdziesiąt tysięcy!). Podobnie, jeśli chodzi o wspólnotę: staram się ją raczej budować niż niszczyć. Wierzę, że może istnieć w Polsce progresywna wspólnota, w której będziemy potrafili ze sobą rozmawiać, w której będzie miejsce dla wszystkich. Niezależnie od rasy, wyznania, pochodzenia, koloru skóry, stanu majątkowego i innych cechy osobowych.

Wspólnota, w której dobrze mogą czuć się dziwacy, wariaci, ćpuny, rowerzyści, weganie i wyznawcy Wielkiego Potwora Spaghetti. Ale może po prostu mam zrytą banię od nadmiaru 3mmc.

Albo jestem utopistą. Bo przecież wiem, że trend jest raczej taki, żeby ludzi ze wspólnoty wykluczać niż do niej zapraszać.

Ale wróćmy do dopalaczy, bo choć zapowiedź mnie zmroziła, to i tak postanowiłem się wybrać do teatru Kamienica, żeby zobaczyć, co o dopalaczach wiedzą autorzy spektaklu. Niestety chyba niewiele.

Zaczęło się tak jak lubię, czyli od kieliszka wina (piję szybko, więc zdążyłem wytrąbić nawet dwa). Co prawda alkohol w Polsce bezpośrednio przyczynia się do 10 tysięcy zgonów rocznie, ale przecież kieliszek wina w Teatrze Kamienica jeszcze nikomu nie zaszkodził. Ani nawet sześć kieliszków (Gdy wychodziłem, wino ciągle jeszcze było, więc serdecznie polecam ten teatr). Przed spektaklem krótką przemowę wygłosił Emilian Kamiński, którego kolega spytał, czy wie, w czym Polska jest najlepsza na świecie. Aktor nie wiedział, ale się dowiedział, że jest to ilość spożywanych dopalaczy na głowę. I dlatego postanowiono zrobić ten spektakl. Cel szlachetny i nie sposób mu nie kibicować. Na szczęście nie jest to prawda. Choć nie wiem, jak to się bada, to według różnych statystyk jesteśmy zaledwie na trzecim lub piątym miejscu w Europie. Ale rzeczywiście: mimo ogłoszonej przez Tuska wygranej wojny z dopalaczami spożycie rośnie. Podobnie jak liczba ofiar. Wojna wygrana prawie jak w Wietnamie. Cieszy też, że teatr interesuje się dorastającym pokoleniem, choć jednak trochę dziwnie się czułem, obserwując moja rówieśnicę grającą szesnastolatkę. Ja bym się nie odważył.

Nawet po dopalaczach nie integruję się z rocznikami dwutysięcznymi, więc tym bardziej nie śmiałbym udawać, że wiem, co mają one w głowach.

Może rzeczywiście tylko kiełbie, tajfuna, gumi jagody, cherry cocolino i mocarza.

Jak rozumiem, Dopalacze miałby być w swoim zamierzeniu spektaklem interwencyjnym i edukacyjnym. Nie mam nic przeciwko temu, sam nawet napisałem powieść dydaktyczną Dobry troll. Bawić i uczyć to moja dewiza. Jednak po obejrzeniu Siedmiu stopni donikąd trudno mi się było oprzeć wrażeniu, że widzowie dowiedzieliby się znacznie więcej, gdyby zamiast spektaklu zaserwować im kreski klefedronu. Serio.

Oczywiście warto mówić o tym, jakie zagrożenie niesie za sobą uzależnienie od narkotyków. Mam jednak wątpliwości, czy rzeczywiście dopalacze są dobrym symbolem pustki i degradacji naszego pokolenia, jak to zdają się sugerować twórcy spektaklu.

Zastanawiam się wręcz, czy nie jest prawdziwa myśl wręcz przeciwna. Że dopalacze są symbolem pustki umysłowej i degeneracji pokolenia tworzącego naszą politykę narkotykową.

Nie przypadkiem spożycie dopalaczy w Holandii, Szwajcarii czy Portugali, gdzie polityka narkotykowa jest znacznie bardziej racjonalna, jest o wiele mniejsze. Osobiście też wolałbym spożywać sprawdzone narkotyki, co do których wiadomo, jak działają. Ale w naszym kraju ciągle jedynym pomysłem jest zakazywanie. Jakoś nie potrafimy się uczyć od krajów bardziej rozwiniętych. Nie wyciągamy wniosku z lekcji, że prohibicja nie udała się jeszcze nigdy i nigdzie na świecie, a wojna z narkotykami być może przyniosła światu więcej ofiar niż same narkotyki. Bez takiej racjonalnej debaty nie sposób stworzyć racjonalnej polityki.

W tym momencie nie możesz na przykład legalnie oddać próbki towaru do zbadania, żeby sprawdzić, co bierzesz, bo laboratoria, które mogłyby to robić, mają obowiązek zgłosić ten fakt do organów ścigania. Więc użytkownik jest skazany na to, by ufać w informacje od dilera albo od innych użytkowników. To jest oczywiście jakaś metoda. Ale diler i tak powie ci, że to trójka. Ale nie dowiesz się już, czy to 3mmc (raczej nie, bo to już dawno nielegalne), czy 3cmc, czy jeszcze jakaś inna trójka, bo kolejne analogi pojawiają się jak grzyby po deszczu. Dlatego użytkownicy zdani są sami na siebie. Całkiem sprawnie działa portal hyperreal, na którym ludzie wymieniają się opiniami na temat zażywanych substancji, ale jeśli jest się rekreacyjnym użytkownikiem, to nie zawsze ma się czas i ochotę, żeby czytać dziesiątki stron forum przed każdą zabawą. Zresztą nie wszystkie nowe substancje są dobrze opisane. Więc rzeczywiście pozostaje loteria. Może będzie fajnie, a może nie do końca.

Podejrzewam, że żaden ćpun nie chce się zatruć i umrzeć, a jednak obecna restrykcyjna polityka narkotykowa sprawia, że to ryzyko się zwiększa. Wystarczy tylko spojrzeć na rosnącą liczbę zatruć, a nawet zgonów. Nieprzypadkowo największa ich obfitość zdarza się, gdy pojawia się kolejna aktualizacja listy substancji zakazanych. Tak było w przypadku zgonów po mocarzu. To samo stało się przy kolejnej nowelizacji. To rządzący nami politycy sprawiają, że musimy grać w rosyjską ruletkę i być szczurami laboratoryjnymi. Trudno się oprzeć wrażeniu, że dla polityków nasze życie liczy się mniej niż życie szczurów. Choć kolejne zakazy są ponoć wprowadzane w trosce o naszą ochronę, to może już czas zauważyć, że ich efekt jest odwrotny?

Straszenie straszliwymi konsekwencjami to trochę mało. Rozumiem, że spektakl został skrojony z myślą o szkołach, które będą na niego posyłać swoich uczniów, ale warto pamiętać, że nawet Krajowe Biuro ds. Przeciwdziałania Narkomanii nie poleca dramy jako skutecznej metody. Takie teatralne strasznie po prostu nie działa. Oczywiście warto wiedzieć, że po AlfaPVP można mieć paranoję, a hexen to jakiś koszmar, ale warto też pamiętać, że osławiony mocarz był zastępnikiem marihuany. Gdyby trawka była dostępna i legalna, prawie nikt by nie używał jej niebezpiecznych zamienników. Jednak antynarkotykowa fobia naszych elit sprawia, że młodzież sięga po to, co legalne i dostępne.

Mając do wyboru niebezpieczeństwo trafienia do więzienia i niebezpieczeństwo trafiania do szpitala, czasem trudno się zdecydować.

W spektaklu powtarzała się scena, w której coraz młodsze dziewczyny biorą dopalacze, tracą przytomność i są gwałcone. Jednak po alkoholu też można zaliczyć zgona i kolegów, na których nie miałoby się ochoty. Czy zatem wprowadzimy prohibicję na alkohol, żeby takich sytuacji uniknąć? A może edukację seksualną do szkół, żeby tłumaczyć dzieciom, że upijać się w trupa należy tylko w towarzystwie zaufanych osób? Jakoś nie sądzę. Wolimy hipokryzję, wolimy też mówić dziewczynom, że jak zostały zgwałcone, to pewnie same chciały i prowokowały. Pozwalamy lekarzom wypisywać ćpunom recepty na xanax i prawie wszystkim upijać się najgorszym dopalaczem, czyli wódką. Ale co wolno lekarzom i politykom, to już nie młodzieży. A jednak młodzież – o dziwo – też czasem chciałaby spróbować czegoś innego, doświadczyć czegoś więcej albo po prostu się dobrze zabawiać.

Chyba nie będzie wielkim spoilerem, jeśli powiem, że spektakl kończy się zgonem głównej bohaterki. Nad jej trumną powinno wisieć polskie godło i stać polityk mówiący, że „narkotyki to zło, więc muszą być zakazane”. Mógłby sobie też chlusnąć kieliszek wódki na swoje zdrowie i pohybel polskiej młodzieży.

(Jaś Kapela)

***

Od Redakcji [H]: w ramach bonusu i dla kontrastu - przedrukowujemy poniżej z portalu Teatr Dla Was recenzję wzmiankowanego w felietonie spektaklu.

***

Dopalacze. Temat do niedawna dryfujący na fali w związku z serią zgonów i wykroczeń popełnionych pod ich wpływem. Obecnie kwestia legalnie dostępnych narkotyków pozostaje w odwodzie; zgoła inne problemy utrzymują się na szczycie medialnego zainteresowania. Czy to oznacza naturalną śmierć zagadnienia? Być może, choć zagrożenie zagrożenie z powszechnie dostępnymi psychostymulantami pozostaje niepokojąco aktualne.

Spektakl „Dopalacze. Siedem stopni donikąd” można nazwać wykładem performatywnym z wkładką dydaktyczną. Tendencja do kategoryzowania form twórczej wypowiedzi jest być może upraszczająca, a co za tym idzie – bywa krzywdząca, niemniej stoję na straży przekonania, że takie dookreślenie pozwala uniknąć potencjalnych odbiorczych rozczarowań. Zaproponowane przeze mnie określenie mogło zabrzmieć protekcjonalnie, choć moim celem nie jest bynajmniej nonszalanckie poklepywanie po ramieniu. Dydaktyczny – nie znaczy zły. „Dydaktyczne” może być przaśne i mało satysfakcjonujące w polu estetycznych doznań. Na prowadzenie wysuwa się jednak założony cel nadrzędny.

Cały ambaras w tworzeniu spektakli skierowanych do młodzieży w wieku gimnazjalnym (niedługo ta kategoria odejdzie w niebyt, a szkoda; pomaga ona w wyodrębnieniu najbardziej problematycznego zakresu nastoletniości) tkwi w tym, że... właściwie nie wiadomo, za pomocą jakich narzędzi dotrzeć do tej specyficznej grupy. Polskie teatry oferują cały wachlarz widowisk dedykowanych dzieciom, od przesiąkniętych naftaliną spektakli lalkowych granych od dziesięcioleci bez najmniejszej modyfikacji formuły, po ambitne projekty kumulujące doznania natury estetycznej i ważką treść. Z kolei młodzież licealna z powodzeniem może zostać wyekspediowana przez pedagogów na „dorosły teatr”. Co zatem począć z przedstawicielami grupy znajdującej się „pomiędzy”?

Powstają wszakże różne teatralne hybrydy, będące owocem reżyserskiej i dramaturgicznej ekwilibrystyki. Ot, choćby „Iwona, księżniczka z Burbona” Magdy Fertacz w reżyserii Leny Frankiewicz, wystawiona w stołecznym Teatrze Powszechnym. Zaktualizowana „Iwona...” stanowiła niezborną próbę podania ręki zblazowanym nastolatkom za pośrednictwem „potłuczonego” języka czy próby problemowego szkicu konkretnych zagadnień, pomijanych z reguły na zajęciach wychowania do życia w rodzinie. Twórczynie doskonale wyczuły marginalizowaną strefę teatru – efekt reżyserskiej impresji na temat pozostawił jednak wiele do życzenia. Działalność Teatru Powszechnego i tak stanowi jasny punkt na warszawskiej mapie teatrów instytucjonalnych parających się tematyką młodzieżową – w jego murach została zrealizowana choćby „Kolorowa, czyli biało-czerwona” (w ramach projektu „Teatr w klasie”) w reżyserii Marcina Hycnara. Pomimo skąpej oferty dedykowanej trzynasto-, czternasto- czy piętnastolatkom, „Dopalacze” mogą jawić się jako skarlała forma dramaturgiczna, stanowiąca jedynie tło dla moralistycznej artykulacji: narkotyki są złe.

Czy owa konstatacja oznacza zatem wyrok dla spektaklu Wawrzyńca Kostrzewskiego? W przedstawieniu dobitnie wybrzmiał przekaz dydaktyczny i to bez obezwładniającego poczucia artystycznej żenady. Można zatem uznać, że założenie zostało zrealizowane. Pozostaje jednak wrażenie niedosytu. „Dopalacze” należy rozpatrywać w większym stopniu jako spektakl - pretekst (choćby do dyskusji na forum szkolnej klasy) niż spektakl - artystyczną pełnię. Nie czuję się na siłach do wartościowania faktycznej mocy edukacyjnej; jestem w stanie uronić słowo lub dwa w kwestii walorów artystycznych.

Grze aktorskiego tercetu towarzyszą wizualizacje Marii Matyldy Wojciechowskiej. W dzisiejszych czasach sztuka wideo w teatrze jawi się jako równorzędny środek przekazu. W tym przypadku pełni ona funkcję wyłącznie formalnego obramowania czy sztafażu. Projekcje mają tautologiczny charakter; monologom dotyczącym przenośnego „osiągania nieba” towarzyszą obrazy chmur, w trakcie debaty ekran zapełnia się graficznymi przedstawieniami kobiet i mężczyzn reprezentujących społeczeństwo.

Znamienne, że spektaklu nie otwiera scena narkotykowego haju, lecz haju wirtualnego. Przestrzeń gry zamyka ekran wypełniony wielością obrazów – stop-klatek zaczerpniętych z być może losowo wygenerowanych filmików umieszczanych w serwisie YouTube. Na środku sceny stoi Olga Sarzyńska wcielająca się w pogubioną dziewczynę, wrzucona w zmediatyzowany kocioł. Monolog protagonistki jawi się jako swoisty manifest pokolenia uwikłanego w medialne imperia. Postać Sarzyńskiej określa się między innymi jako „kompatybilna - niestabilna”. Owa dwubiegunowość, uchwycona przez twórców scenariusza – Justynę Bargielską oraz samego reżysera – celnie oddaje wewnętrzne rozdarcie wschodzącej generacji, jej elastyczność i umiejętność adaptacji wykształcone przez kulturę hipertekstu, a także związaną z tymi czynnikami płynność tożsamości. Internet jest swoistym „dopalaczem”, i choć prawdopodobnie jest to zbyt uproszczona analiza socjologiczna, w pewnym stopniu stanowi portal kierujący ku psychostymulacji. Korzystaniu z jednego i drugiego towarzyszą wszakże podobne uwarunkowania – chęć dopasowania się, mimikra czasu adolescencji, pożądanie zmysłowego „kopa”, poczucie alienacji.

W następnej scenie (czy raczej: w stacji męki młodzieńczej – twórcy proponują dość oczywiste, choć nie nadeksploatowane skojarzenia z symboliką chrześcijańską) dziewczyna grana przez Sarzyńską siedzi na przystanku autobusowym. Momentalnie następuje psychologiczny atak ze strony postaci kreowanej przez Pawła Koślika. Zwraca uwagę ciemna mglistość „przybysza znikąd” – diler nie jest wyrachowanym sukinsynem, choć daleko mu też do kleistej empatii „łowcy dusz”.

Kołomyja scen nabiera rozpędu; przy tym poszczególne partie są dość oczywiste i przewidywalne. Może jednak właśnie w takim rozwiązaniu tkwi czystość przekazu? Obserwujemy zatem epizody, w których młodzi, grani przez Sarzyńską i Mateusza Lisieckiego-Waligórskiego, kontaktują się z Absolutem – czy raczej, mówiąc kolokwialnie, mają ostrą banię. Pojawiają się momenty bad tripu, kiedy pragnienia zakotwiczone w podświadomości igrają ze świadomością. Wreszcie mamy scenę konsultacji z lekarzem-terapeutą (ponowna rola Koślika – prawdopodobnie bardziej zimna i wyrachowana niż kreacja osiedlowego „dystrybutora przyjemności”). Oczekuje się, że przedstawiciel personelu medycznego będzie postacią pozytywną bądź przynajmniej neutralną. W tym przypadku lekarz przejawia większy cynizm niż handlarz spod ciemnej gwiazdy, wypatrujący zza węgła pogubionych duszyczek. Chłodny profesjonalizm, jawny brak zainteresowania rozpadem czyjegoś życia uderza bardziej niż obrazy narkotykowej ekstazy. Twórcy dobierają się tutaj do symptomatycznego zjawiska towarzyszącego zaburzeniom emocjonalnym – w przypadku ludzi dotkniętych depresją często występuje syndrom wołania o pomoc, znak ostrzegawczy mający uczulić bliskich na postępujący problem. Ów sygnał zostaje nie tyle zignorowany, co wykpiony. Jeden z podopiecznych terapeuty znajduje się jeszcze w stanie poprzedzającym rozrachunek z dotychczasowym życiem. Młody mężczyzna posługuje się schematami opisu narkotykowej fazy a’la „set&setting”, praktykowanych na serwisach pokroju Hyperreal. Ukoronowanie całości stanowi scena zbudowana na bazie zapętlonej odezwy do nieobecnej matki. U dziewczyny stopniowo zanikają funkcje życiowe. Bezwładne ciało zostaje obleczone w czarny foliowy wór.

Twórcy wyznaczają konkretnego antagonistę występującego pod postacią reprezentanta bezdusznej korporacyjnej maszyny. Ów przedstawia się jako pracownik firmy Chemia&Magia. Walka o rząd niezbrukanych duszyczek dokonuje się przede wszystkim w trakcie ogólnokrajowej debaty, kiedy ofiara dopalaczy zostaje zakrzyczana przez prężnego przedsiębiorcę. Uwagę przykuwa dość jaskrawe ustanowienie barykad, wzniesionych na bazie konfliktu nieuświadomionych konsumentów i bezlitosnego biznesmena. Odwołano się tym samym do zasad dyskursu medialnego, w którym każdy niewygodny argument da się zatuszować istnieniem prawnych furtek legalizujących dystrybucję dopalaczy. W momencie wyczerpania argumentacji odwołującej się do osobistej krzywdy, oponent przywołuje aksjomat wolnej woli i odpowiedzialności za podjęte działania. Owa scena w czytelny sposób punktuje moc wszelkich „za” i „przeciw” (w tym dlaczego „za”, pomimo oczywistych wad, pozostaje wciąż atrakcyjne, a także posiada umocowanie prawne – kto zabroni kupowania soli kąpielowych w celach kolekcjonerskich?). Emisariusz Chemii&Magii kwituje zastaną sytuację przewrotnymi, znanymi skądinąd słowami: „bierzcie i jedzcie z tego wszyscy”. Sprawa dopalaczy nie jest jednak taka prosta – nie rozbija się jedynie o powszechność i legalność specyfików. Życie pokazuje, że nawet twarde narkotyki są dostępne dla tych, którzy umieją zasięgnąć języka. Kluczowe pytanie powinno brzmieć: dlaczego młodzi ludzie poszukują „kontaktów”, dlaczego uparcie wstępują na drogę ku zatracie?

W spektaklu Kostrzewskiego brakuje zatem dogłębnego zarysowania podbudowy problemu – wyjątek stanowi wyklarowana we wstępie kwestia medialnych uwarunkowań modelujących zachowania młodego pokolenia. Zaraz, zaraz – może powiedzieć uważny widz – przecież twórcy umieszczają scenę szkicującą typową ścieżkę prowadzącą do uzależnienia od dopalaczy! Mam tu na myśli repetytywny monolog w wykonaniu Sarzyńskiej, w którym zmianie podlega jedynie imię i wiek ofiar. Rdzeń historii pozostaje jednak identyczny – ojciec-alkoholik, brak miłości i troski w domu rodzinnym, asumpt do zmiany w postaci kochającego chłopaka, szemrane towarzystwo lubego, dopalacze, gwałt, zagłuszenie traumy kolejną dawką narkotyku. Solilokwium, choć akcentuje skalę problemu, wskazuje wyłącznie na jeden typ podłoża – środowisko patologiczne. Widmo ubarwienia życia dopalaczami dotyczy jednak w równym stopniu jednostek pozbawionych korzyści płynących z podstawowych funkcji rodziny, co jednostek czerpiących z nich w pełnym zakresie. I właśnie w tym aspekcie upatrywałabym głównej słabości spektaklu Kostrzewskiego. Czysto dydaktyczny wymiar widowiska powinien wiązać się z możliwie jak najszerszym zbadaniem pierwocin problemu.

Summa summarum „Dopalacze. Siedem stopni donikąd” są spektaklem wartym polecenia wszystkim pedagogom zatroskanym ukrytym, podwójnym życiem swych podopiecznych. Lista wszelkich zastrzeżeń i konsekwencji została wyłuszczona w bardzo czytelny sposób, chyba jeszcze silniej niż w przypadku innej produkcji Teatru Kamienica wpisującej się w podobny nurt, czyli „My, dzieci z dworca ZOO”. Niemniej tych oczekujących bardziej angażującej formy artystycznej odsyłam pod inny adres. Wybór należy do odbiorcy.

(Agata Tomasiewicz)

Oceń treść:

Average: 6 (1 vote)
Zajawki z NeuroGroove
  • Dekstrometorfan
  • Miks
  • Powoje

Mój pokój. Mama spała w swojej sypialni. Jej sen był wyjątkowo głęboki. Nastrój psychiczny: Pozytywny, bezstresowy, byłam ciekawa, co mi się przytrafi jak do wilca dodam całą paczkę dxm.

Ta noc była dla mnie nadzwyczaj miłą niespodzianką. Do tej pory na myśl o niej wypełniam się falą radości. Wszystko zawdzięczam Peterowi Carollowi, który w swojej książce „Psychonauta”, doradził, aby spożycie substancji chemicznych poprzedzić inwokacją.

t – 10

  • Dekstrometorfan
  • Pozytywne przeżycie

Pozytywne nastawienie, przyszykowany pokój, siostra i babcia w domu, ale bez problemów.

Dawka: 450mg

  • Dekstrometorfan

  • Gałka muszkatołowa

Nazwa substancji: Gałka muszkatałowa

Dawka, metoda zażycia: około 7-10g, doustnie

Set & setting: Puste mieszkanie, godz. 21:30, matka miała wrócić za ok. 40 min. Wątpiłem czy poczuje jakiekolwiek efekty działania gałki


3.07.2004r.


* godz. 9:20