REKLAMA




Walka z wiatrakami, czyli nie wygramy z dopalaczami?

Tylko podczas wakacji do szpitali w całej Wielkopolsce trafiło już kilkaset osób po zażyciu dopalaczy. Przedstawiamy jak biznes dopalaczowy wygląda w Poznaniu i Wielkopolsce oraz dlaczego tak trudno go ukrócić.

pokolenie Ł.K.

Kategorie

Źródło

Głos Wielkopolski
Norbert Kowalski
Komentarz [H]yperreala: 
I tym optymistycznym końcowym akcentem...

Grafika

Odsłony

204

Tylko podczas wakacji do szpitali w całej Wielkopolsce trafiło już kilkaset osób po zażyciu dopalaczy. Przedstawiamy jak biznes dopalaczowy wygląda w Poznaniu i Wielkopolsce oraz dlaczego tak trudno go ukrócić.

Centrum Poznania, ubiegły tydzień. Młody chłopak powoli umiera. Przeciął sobie brzuch nożyczkami. Jego wnętrzności wypadły. Był przekonany, że coś go w środku uwierało. Wcześniej zażył dopalacze. Nie udało się go uratować.

- Nie wiemy, jaki to był preparat - przyznaje dr Eryk Matuszkiewicz z oddziału toksykologicznego Szpitala Miejskiego im. F. Raszei w Poznaniu. To jeden z najdramatyczniejszych przypadków śmierci po zażyciu dopalaczy, lecz niejedyny.

Już wcześniej Eryk Matuszkiewicz otrzymał wezwanie na miejsce wypadku. Dziewczyna wyskoczyła z dziewiątego piętra. Zginęła na miejscu. Była po dopalaczach.

Przez ostatnie lata liczba sklepów z dopalaczami drastycznie zmalała. Obecnie sanepid i policja stale obserwują 19 punktów w całej Wielkopolsce. A wśród ich właścicieli często przewijają się nazwy kilku spółek. - Tych najbardziej znanych, które prowadzą sklepy w Poznaniu i Wielkopolsce jest kilka - wyjaśnia Andrzej Trybusz, dyrektor Wojewódzkiej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Poznaniu.

W Poznaniu pod lupą są cztery sklepy: jeden na ul. Mostowej, dwa na Wodnej i jeden na Głogowskiej. Ten przy ul. Mostowej należy do spółki, która powstała kilka lat temu w Poznaniu. Po zmianach w zarządzie jej siedzibę przeniesiono do Pabianic. Tam też znajduje się inna spółka, która z kolei prowadzi swój sklep w Gnieźnie. Okazuje się, że prezesem obu ma być ta sama osoba.

Obie spółki oficjalnie mają zajmować się tzw. pozostałą działalnością usługową oraz m.in. poborem i dostarczaniem wody, oczyszczaniem ścieków, przetwarzaniem odpadów, robotami budowlanymi czy handlem samochodami. W praktyce jednak mogą prowadzić sklepy z dopalaczami nie tylko w Wielkopolsce.

W czerwcu tego roku do Sądu Rejonowego w Poznaniu wpłynęło pismo od Powiatowego Inspektora Sanitarnego w Przemyślu, w którym informował o kontroli jednego ze sklepów prowadzonych przez jedną z tych spółek z Pabianic w związku z możliwością sprzedaży w nim dopalaczy.

Pod lupą sanepidu są także dwa sklepy przy ul. Wodnej. Jeden z nich jest prowadzony przez spółkę z Poznania. Próbowaliśmy dotrzeć do jej władz. W siedzibie firmy nikt nie otworzył drzwi, mimo że kilkukrotnie dzwoniliśmy domofonem. Z kolei w siedzibie innej poznańskiej spółki, która z kolei ma prowadzić sklep w Koninie, dowiedzieliśmy się, że żadnej spółki o takiej nazwie w tym miejscu nie znajdziemy.

- Sprzedałem ją w lipcu. Nie miałem nic wspólnego z dopalaczami i jestem zaskoczony informacjami od pana. Nie mam pojęcia co robi z nią nowy właściciel - wyjaśniał nam były prezes spółki.

Oficjalnie ma ona zajmować się m.in. "sprzedażą detaliczną prowadzoną w niewyspecjalizowanych sklepach z przewagą żywności, napojów i wyrobów tytoniowych". Poza Poznaniem cztery sklepy z dopalaczami są także w Kaliszu. Trzy z nich prowadzi spółka z Mosiny.

Z dokumentów, do których dotarliśmy, wynika, że na jej działalność składa się m.in. przeładunek towarów czy sprzedaż hurtowa żywności, napojów i tytoniu. Działalnością tej firmy zainteresował się Powiatowy Inspektor Sanitarny w Koninie. W piśmie do poznańskiego Sądu Rejonowego z lipca tego roku wskazywał jednak na brak możliwości kontaktu z przedstawicielami spółki.

"Spółka wskazała w KRS dla swojej siedziby adres (…), pod którym de facto nie prowadzi jakiejkolwiek działalności. Nie jest także odbierana korespondencja kierowana do spółki. Brak jakiegokolwiek kontaktu" - pisała Agnieszka Dybała-Kamińska, szef konińskiego sanepidu.

Próbowaliśmy sami skontaktować się z władzami wspomnianej spółki. Kilkakrotnie dzwoniliśmy do siedziby firmy. Za każdym razem połączenie było zrywane.

Łącznie w Wielkopolsce było 19 sklepów z dopalaczami: po cztery w Poznaniu i Kaliszu, trzy w Turku, po dwa w Koninie i Ostrowie Wielkopolskim oraz po jednym w Gnieźnie, Lesznie, Pile i Pleszewie.

- Od początku lipca wszystkie te sklepy są pozamykane - mówi Andrzej Trybusz.

- Punkty sprzedaży dopalaczy zostały chyba skutecznie zamknięte. Czy otworzą się nowe? To wróżenie z fusów – opowiada z kolei Marcin Wielgosz z Wydziału do Walki z Przestępczością Narkotykową wielkopolskiej policji.

I dodaje: - Trudno zgadywać, czy tak się stanie oraz czy ewentualnie będą one otwierały się w tych samych miejscach i będą zakładane przez te same osoby.

Nowa broń w nierównej walce

Policja nie chce zdradzać dokładnych informacji o prowadzonych przez nią postępowaniach. Funkcjonariusze zapewniają jednak, że stale pracują nad rozbiciem biznesu dopalaczowego.

- Nie możemy mówić o wszystkim, ale podejmujemy czynności mające na celu dotarcie do źródeł dystrybucji i producentów dopalaczy. Uczestniczą w tym zarówno komendy miejskie, komenda wojewódzka, jak i CBŚ - tłumaczy Marcin Wielgosz.

Walka z dopalaczami nie należy jednak to łatwych. To wynika przede wszystkim z zawiłości prawnych.

- W zwalczaniu tego zjawiska nie pomaga fakt, że inne jest postępowanie w stosunku do substancji zastępczej (czyli dopalaczy - dod. red.), a inne w stosunku do środków odurzających i substancji psychotropowych (narkotyków - dod. red.) - wyjaśnia Andrzej Trybusz.

Dużą rolę odgrywa w tym przypadku znowelizowana na początku lipca ustawa o przeciwdziałaniu narkomanii. W niej zawarty jest wykaz substancji, które traktowane są jak narkotyki. Jeśli któryś z dopalaczy ma w swoim składzie jedną z tych substancji, również traktowany jest jak narkotyk. W takim przypadku sprawą zajmują się organy ścigania, a przestępca odpowiada z ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii.

W większości przypadków producenci dopalaczy doskonale zdają sobie jednak sprawę z takiego niebezpieczeństwa. Dlatego też obecnie w dopalaczach najczęściej znajdowane są substancje niewymienione w ustawie, które formalnie są legalne.

- To jest gonienie króliczka. W ustawie zapisuje się tylko konkretną substancję, a wystarczy w niej dokonać drobnej zmiany np. podstawić jakąś inną grupę tlenową czy wodorową i mamy inną substancję, która jest legalna. Można ją wtedy zgodnie z prawem mieć w domu - mówi Andrzej Trybusz.

Jednak policja i prokuratura robią, co mogą. I tak na przykład działalnością wspomnianej już wcześniej spółki z Mosiny zainteresowała się prokuratura w Kaliszu. W lipcu tego roku zatrzymano cztery osoby związane ze spółką.

- Wszyscy usłyszeli zarzut udzielenia innej osobie środka odurzającego lub substancji psychotropowej - wyjaśnia prokurator Mariusz Pałat z kaliskiej prokuratury.

Sprawa wciąż jest na etapie wstępnym. Dwóch z nich zostało objętych m.in. dozorem policyjnym.

- Prokuratura poleciła również policji przeprowadzenie postępowania sprawdzającego, czy doszło do przestępstwa z artykułu 165. kodeksu karnego - mówi prokurator Mariusz Pałat.

I właśnie wspomniany przez niego artykuł z kodeksu karnego może być nową bronią policji i prokuratury w walce z dopalaczami. Mówi on bowiem o "sprowadzeniu niebezpieczeństwa dla życia lub zdrowia wielu osób". Policja ma nadzieję, że dzięki niemu będzie można pociągnąć do odpowiedzialności osoby sprzedające dopalacze, które nie zawierają zabronionych substancji.

- Zażywanie wszystkich dopalaczy niesie za sobą groźne konsekwencje zdrowotne, a w takim przypadku to ewidentne narażanie na utratę zdrowia lub życia - nie ma wątpliwości Eryk Matuszkiewicz.

Poznańska Prokuratura Okręgowa prowadzi w tej chwili jedno śledztwo o przestępstwo popełnione z tego artykułu. Zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa złożył w maju Andrzej Trybusz.

- Wykazaliśmy tam cały mechanizm działania firm prowadzących sklepy z dopalaczami - wyjaśnia.

- Śledztwo jest w toku. Nikomu na razie nie przedstawiono zarzutów, a z uwagi na dobro toczącego się postępowania nie mogę udzielić informacji o dotychczasowych ustaleniach - tłumaczy z kolei Magdalena Mazur-Prus, rzecznik prasowy poznańskiej prokuratury.

Z nieoficjalnych informacji wynika jednak, że w śledztwie pojawia się nazwa jednej ze spółek z Pabianic. Dotychczas w Polsce nie zapadł żaden wyrok skazujący z tego artykułu za dopalacze. A taki mógłby być przełomem.

Praktycznie bezkarni?

Jeśli w przyszłości okaże się, że sądy będą orzekały w takich sprawach wyroki skazujące, może to ukrócić obecną bezkarność osób, które sprzedają "legalne" dopalacze.

Aktualnie sklepy handlujące takimi środkami zagrożone są jedynie grzywną ze strony sanepidu. Ta jednak w praktyce okazuje się nieściągalna. Tylko w tym roku inspekcja sanitarna nałożyła na sklepy w Wielkopolsce 23 kary o łącznej wysokości prawie 1,7 mln zł. Zapłacona została zaledwie jedna w wysokości… 511 złotych.

- Kiedy wymierzamy karę, to firma od razu się odwołuje. Do momentu rozpatrzenia odwołania spółka już się zamyka i wyrejestrowuje z KRS. W praktyce nakładanie kar kończy się niczym, bo one są nieściągalne - opisuje proceder Andrzej Trybusz.

Tylko w tym roku sanepid miał już do czynienia z 20 takimi zmianami. O skali problemu świadczą również dane z poprzednich lat. Rok temu sanepid nałożył 25 kar o łącznej wartości ponad 1,3 mln zł. A wyegzekwowano… zero. Z kolei w 2013 roku nałożono 14 kar wartych razem ponad 700 tys. zł. Udało się wyegzekwować zaledwie trzy na łączną kwotę 60 tys. zł.

Andrzej Trybusz przyznaje, że w takim przypadku handlarze dopalaczami pozostają praktycznie bezkarni. A taki proceder w gruncie rzeczy wcale nie jest trudny. W przypadku spółek z ograniczoną odpowiedzialnością kapitał zakładowy musi wynosić zaledwie 5000 zł. I większość spółek, które prowadzą sklepy z dopalaczami, dysponuje właśnie takim kapitałem. Przy pieniądzach, które można dzięki temu zarobić, ta kwota wydaje się niewielka.

- Jeśli wziąć pod uwagę, że saszetka z dopalaczem może kosztować nawet kilkadziesiąt złotych i pomnożyć to przez liczbę kilkudziesięciu osób, które danego dnia kupowały dopalacze, to można mniej więcej zrozumieć skalę całego przedsięwzięcia. Dokładne oszacowanie wartości tego biznesu jest jednak bardzo trudne, choć śmiało można przyjąć, że w grę wchodzą duże pieniądze - opowiada Marcin Wielgosz.

Przesyłka z Azji

Zagadką nadal pozostają również miejsca produkcji, z których specyfiki następnie trafiają do Polski oraz sposób ich przesyłki.

- Handel dopalaczami w porównaniu z np. narkotykami, gdzie mamy jakąś wiedzę na temat kanałów przerzutowych, jest zjawiskiem dość nowym. Wciąż jesteśmy na etapie rozpoznawania - tłumaczy Marcin Wielgosz.

Przyznaje jednak, że dopalacze trafiają do Polski zarówno z Europy, jak i Azji. W tym drugim przypadku przede wszystkim z Chin czy Indii. Do Polski są przewożone przez prywatne osoby lub nawet profesjonalne firmy kurierskie.

- Nikt przecież nie precyzuje, że przesyłka zawiera dopalacze. Można wpisać wszystko. Nie można jednak mówić o jakimś jednym światowym producencie. Takich ośrodków produkcji za granicą jest więcej - opowiada Marcin Wielgosz.

I dodaje: - W Polsce również nie ma jednego miejsca, które by się wyspecjalizowało w produkcji i dystrybucji dopalaczy. Takie "centrum zła" ani w Wielkopolsce, ani w całym kraju na razie nie istnieje.

Andrzej Trybusz wtrąca, że dopalacze są bez problemu dostępne za granicą. - Można sobie np. pojechać do Czech i całkowicie legalnie przywieźć cztery walizki, trzymać to w domu i nikt nie może panu nic zrobić - mówi.

Do Poznania dopalacze prawdopodobnie trafiają również z Niemiec. - Często widywałem, jak wieczorami przyjeżdżało jakieś auto na niemieckich tablicach rejestracyjnych, a następnego dnia z rana już go nie było. I parę razy słyszałem jak dziewczyny ze sobą rozmawiały i mówiły, że "te niemieckie są lepsze, bo mocniej kopią" - opowiada jeden z mieszkańców z ul. Mostowej w Poznaniu.

Eksperci zwracają jednak uwagę, że tak naprawdę każdy, kto zna się trochę lepiej na chemii, sam jest w stanie zrobić dopalacze. - Dla zdolnego chemika to żaden wysiłek - przyznaje Andrzej Trybusz.

Trzeba rzucić nałóg...

Prawdziwe oblężenie, zwłaszcza na początku lipca, przeżywał oddział toksykologiczny szpitala im. F. Raszei w Poznaniu. W lipcu przyjęto tam 65 osób po zatruciach dopalaczami. Z kolei w sierpniu do tej pory było ich 20. Łącznie od początku roku na oddziale toksykologicznym było leczonych 300 osób.

- Od początku roku tendencja była wyraźnie wzrostowa aż do apogeum w lipcu. Na szczęście od sierpnia przyjmujemy ich już mniej i oby tak zostało - mówi z nadzieją Eryk Matuszkiewicz.

To jest możliwe m.in. dzięki działaniom prewencyjnym i profilaktycznym ze strony policji. - Umundurowani policjanci patrolują rejony w pobliżu sklepów i legitymują wszystkie podejrzane osoby, które przebywają w ich pobliżu - opowiada Maciej Purol z Wydziału Prewencji wielkopolskiej policji.

Sprawdziliśmy na ul. Mostowej, gdzie do tej pory problem z dopalaczami był największy, jak obecnie wygląda sytuacja. Mieszkańcy zgodnie przyznają, że jest lepiej. - Nie widzę już tych osób, które zazwyczaj tu się kręciły. Ale jeśli ktoś bardzo chce i przyjdzie o odpowiedniej porze, to raczej uda mu się coś kupić. Trzeba jednak przyznać, że dużo częściej widać też patrole policji - opowiada nam jedna z mieszkanek.

I rzeczywiście, w ciągu zaledwie 15 minut dwukrotnie zauważyliśmy policyjne patrole w pobliżu sklepu oraz kamienicy, w których można było kupować dopalacze. Próbowaliśmy "coś" kupić w miejscu, gdzie jeszcze w lipcu udało się to bez problemu. Spotkaliśmy trzy osoby.

- Już prawie nikt tutaj nie sprzedaje. Policja zatrzymała wiele osób. Zrobiła się duża nagonka i ludzie sami też zrezygnowali - słyszę. - To gdzie teraz coś dostanę? - Nie mam pojęcia. Tutaj będzie trudno. Trzeba rzucić nałóg…

Oceń treść:

Average: 7 (1 vote)
randomness