REKLAMA




Używka prawa, używka lewa, czyli walka postu wódy z karnawałem konopii

Polska jest krajem, gdzie kwestia narkotyków jest tak dziwacznie odległa od rzeczywistości na ziemi, że trudno w sumie gdziekolwiek zacząć. Po kompletnie nieprzemyślanym prawie wprowadzonym przez AWS, zanosi się na pewną racjonalizację – czyli powrót do poprzedniego stanu rzeczy, niekarania za posiadanie substancji na własny użytek. I tak jesteśmy daleko od XIX-wiecznego ideału, ale zawsze coś.

louis

Kategorie

Źródło

Michał Garapich
Ha!art

Odsłony

4744
Wobec jednej, powszechnej od zarania człowieka działalności dwie definicje państwa – Webera i Bourdieu - kapitalnie się sprawdzają. Mało w którym przypadku monopol na użycie przemocy fizycznej i symbolicznej synchronizuje się do tego stopnia, jak to ma miejsce w przypadku legislacji dotyczącej środków wywołujących odmienne stany świadomości. To logiczne. Wszak to ten rejon – co dzieje się w głowie jednostki i co ona robi z własnymi szarymi komórkami – jest dla państwa najbardziej niedostępny i najtrudniej manipulowalny. Zmiana stanu świadomości z definicji jest niebezpieczną dla władzy sytuacją. Tak jak rytuał reorganizuje ona strukturę społeczną i na chwilę wywraca hierarchię bytów, dominacji i percepcji. Inaczej mówiąc: dobrze jest wiedzieć, co poddani wrzucają, bo komuś może coś nowego, wywrotowego wręcz wpaść do głowy i kłopot gotowy. Stąd państwo nie zadowala się jedynie legislacją, która i tak nie działa, pochłania gigantyczne środki, kryminalizuje porządnych obywateli, alienuje młodzież i staje się politycznym manekinem, którym można dowolnie się posłużyć. Potrzeba jeszcze całego arsenału środków przemocy symbolicznej, narzucenia dyskursu oraz stylu myślenia penalizującego i potępiającego konsumpcję nielegalnych środków odurzających. W działaniach tych państwo działa ręka w rękę z religią. Dla wielu religii środki odurzające mogą oczywiście być katalizatorem. Ale w naszym, środkowoeuropejskim przypadku są po prostu konkurencją, którą należy zwalczyć.

Lepiej w szyję

Polska jest krajem, gdzie kwestia narkotyków jest tak dziwacznie odległa od rzeczywistości na ziemi, że trudno w sumie gdziekolwiek zacząć. Po kompletnie nieprzemyślanym prawie wprowadzonym przez AWS, zanosi się na pewną racjonalizację – czyli powrót do poprzedniego stanu rzeczy, niekarania za posiadanie substancji na własny użytek. I tak jesteśmy daleko od XIX-wiecznego ideału, ale zawsze coś. Rozsądek w tej kwestii idzie za danymi z terenu. Jak jest każdy widzi. Wiadomo, że ogromna rzesza ludzi pali, spora część bierze, a inni od czasu do czasu wwąchują. Nie chodzi o wizytę na przeciętnej imprezie, ale o generalny trend od 1989 roku. Poziom praxis nie pozostawia więc nas w niepokojącym mniemaniu, że z polskim społeczeństwem coś jest nie tak i zamiast iść razem z ogólną tendencją dywersyfikacji używek i sposobów spędzania wolnego czasu, wszyscy dajmy na to gremialnie biorą tylko peyotl, albo wpadają w skrajny konserwatyzm, pozostając przy wódce. Nie. Idziemy równo za społeczeństwami rozwiniętymi. Oznacza to, że od elit po doły, Polacy mają więcej pieniędzy na używki, a więc są w stanie operować jako tako w procesach transformacji aplikując sobie od czasu do czasu przerwę od świata zgodnie z funkcjonalnością nowoczesnego społeczeństwa konsumpcji. To na poziomie dyskursu publicznego spotykamy największą gęstwinę kłamstw i hipokryzję odnośnie narkotyków. To tam dokonuje się najbardziej doniosły akt symbolicznej przemocy i narzucenia sposobu myślenia o substancjach odurzających. Naczelną metodą jest konsekwentne zamazanie różnicy pomiędzy miękkimi narkotykami a środkami które uzależniają. Poważne media nagminnie stosują wyrażenie „narkotyki” i „narkomani” odnosząc się do konsumentów haszyszu czy marihuany. Podział na różne rodzaje używek zakrzykuje się oskarżeniami o liberalizm (w Polsce pojęcie to zaczyna funkcjonować jak obelga), co ma wbić społeczeństwu do głowy, że między heroiną a marihuaną nie ma różnicy. Cele tego zabiegu są jasne: z jednej strony policja ma ułatwione zadanie wykazania się wykrywalnością - łapanie szeregowych palaczy na Plantach jest przecież o wiele bezpieczniejsze niż uganianie się za dilerem. Z drugiej władze mogą chwalić się polityką „zerowej tolerancji”. W obu przypadkach nie liczą się efekty, ale medialne fajerwerki, podczas których padają liczby wyssane z palca. Ofiarą obsesji państwa na punkcie kontroli tego, co jednostka robi sobie z głową, pada jeden z najniewinniejszych i medycznie dobroczynnych używek: konopie indyjskie.

Ile zabitych?

Medialną atmosferę paniki stymuluje głęboki polski kompleks na punkcie alkoholu. Pod względem patologii skąpanych w wódce jesteśmy w czołówce. Nie mówię o typowej libacji na mecie, podczas której nieszczęśnik zasnął z petem w ustach, by puścić siebie i współbiesiadników z dymem. Mowa o rozbitych rodzinach, bitych żonach, rozjechanych pieszych i tysiącach przerażających historiach. Alkohol uważany jest za jeden z ważniejszych czynników zwiększających ryzyko zgonu przed 65 rokiem życia, a w Polsce, ich częstość jest ok. 40% wyższa niż średnia europejska. Związek między alkoholem a przestępczością jest nie do podważenia. Niemniej to nasza ambiwalentna relacja z alkoholem wyznacza państwa i polityków stosunek do marihuany. Alkohol jest atrybutem kultury polskiej, jest „swojski”, to nic że kosi równo obywateli na drogach. Większym zagrożeniem są więc o wiele mniej szkodliwe substancje, które jednak noszą za sobą skażenie kultury rodzimej. Legislacja dotycząca używek kreuje więc wyraźną granicę akceptowanych zachowań kulturowych. Nieprzypadkowo więc w skąpanym w dezinformacji i zwykłych bzdurach dyskursie na ten temat celują politycy zatroskani o „czystość” tradycji i obwarowanie obywateli przed wpływem z zewnątrz. Prawicowi o proweniencjach narodowych nie lubią marihuany. Posłanka LPR Urszula Krupa referująca działanie Komisji ds Przeciwdziałania Narkomanii mówi tak: „Jeżeli określilibyśmy siłę oddziaływania alkoholu jako 1, to można stwierdzić, że marihuana uzależnia 18 razy silniej, barbiturany 100 razy silniej, amfetamina 200 razy silniej, kokaina 380 razy silniej, a heroina 420 razy silniej”. Powiedzenie, że pani Krupa nie ma zielonego (sic!) pojęcia o czym mówi nie wystarcza. Ta kobieta po prostu kłamie, zmyśla i ściemnia. Ale przecież fakty nie są istotne. Okazuje się, że walka z marihuaną stała się moralnym imperatywem niektórych zafiksowanych na plemienno-narodowych narracjach częściach społeczeństwa. Dlaczego? Jaki jest związek między Bogiem, Honorem i Ojczyzną a Bobem Marleyem, Aldousem Huxleyem czy Charlesem Baudlairem?

Pił, palił, ale się odrodził

Nie trzeba być szczególnie wnikliwym, aby dostrzec, że nasi prawicowi politycy religijnie inspirowany obyczajowy konserwatyzm kopiują od obecnego prezydenta USA. Ponieważ to Stany Zjednoczone były zawsze największymi wrogami konopii indyjskich warto zobaczyć, czego należy się wystrzegać i na co zwracać uwagę na własnym podwórku. W lutym tego roku światło dzienne ujrzały taśmy, które nagrał Doug Weadówczesny bliski znajomy George Busha. Przyjaciel taśmy upublicznił. Jak się domyślamy, już nie jest jego przyjacielem, ale broni się, że zrobił to dla historii. Otóż w nagraniach, pośrednio Bush przyznaje się do tego, że – tak jak ponad 80 mln Amerykanów, blisko 25% populacji – próbował się odurzyć przy pomocy skręta z marihuany. Komentując przyznanie się Billa Clintona (połowiczne, bo przecież ten nie wciągał do płuc) i Al Gore’a (ten chyba wciągał, bo nie wymyślał usprawiedliwienia jak swój szef) Bush, mówi: „Nie odpowiem na pytanie o marihuanę. Wiesz czemu? Bo nie chcę aby jakiś dzieciak próbował tego co ja próbowałem”. A potem tłumaczy Wead’owi z rozbrajającą szczerością: “You gotta understand, chcę być prezydentem, chcę przewodzić…” Zastanówmy się nad tym. Bush, jak pamiętamy, pił ile wlezie, imprezował, generalnie robił to co wielu z nas w jego wieku, z tą różnicą że miał większy budżet. Był alkoholikiem. Ale – i tu jest pies pogrzebany – wyszedł z tego, oczyścił się, odrzucił butelkę, został abstynentem. Przy okazji dokonał pewnej ideowej woltyżerki i nie tylko reaktywizował swoje chrześcijaństwo, dając wiarę garnkom piekielnym i płonąco-wieszczącym roślinom (nie przesadzajmy z analogiami), ale został prezydentem imperium. A więc do picia na umór można się przyznać, chlanie nie jest wcale takie złe, o ile na drugi dzień, czy kiedyś tam, obudzimy się pełni woli oczyszczenia i rozpoczniemy życie na nowo. Alkoholizm Prezydenta został więc usankcjonowany poprzez uczynienie zeń trampoliny do totalnego odrzucenia grzechu, rodzajem łodzi Charona, która przewiozła go na drugi brzeg odnowy moralnej. Trudno nie dostrzec tutaj pierwiastków konstytutywnych dla chrześcijaństwa, wszak spowiedź i zbawienie mają sens jedynie jeśli ktoś ma z czego się spowiadać i od czego zostać zbawionym. Droga grzechu, odrzucenia i odrodzenia jest typowym kulturowym scenariuszem postępowania osób pragnących zdobyć społeczną akceptację. Generuje zaufanie i sympatię do polityka, człowieka sztuki czy innych jednostek, które uczyniły ze swego życia spektakl – i przykład, bądź antyprzykład - dla innych. Bush zamienił więc drogę do Damaszku na spotkanie elitarnego AA, gdzie pożegnał się z kieliszkiem. Upublicznienie tego procesu miało z kolei na celu przekonanie, że tak jak poprawia się i ewoluuje ku lepszemu były pijak, tak odrodzi się i wstąpi na ścieżkę moralnej czystości cała Ameryka. So far so good. Ale dlaczego więc nie chciał się przyznać do palenia ziela? Potencjalnie miałoby to jeszcze lepszy efekt propagandowy, mógł powiedzieć, że wysmażył tylko pół, i ku przestrodze potomnych opowiedzieć jakąś bajkę o bardzo straszliwych i piekielnych wręcz efektach. Dlaczego się nie przyznał? Robią to namiętnie politycy europejscy. O co chodzi?

Zielony potwór

Musimy się teraz cofnąć w czasie. Legislacja dotycząca narkotyków kształtowała się od lat 20. głównie pod dyktando USA i działalności Ligi Narodów, która od Międzynarodowej Konferencji na temat Opium w listopadzie 1924 roku do Konwencji Wiedeńskiej w 1988 tworzyła zręby obecnego prawodawstwa dotyczącego narkotyków. Warto przyglądnąć się początkowi tej gigantycznej operacji kreacji znaczeń i percepcji kulturowych, dzięki której porządni obywatele jak ty i ja musimy łamać prawo spalając jointa na ławce w parku, lub we własnym mieszkaniu. Powszechnie przyjmuje się, że ojcem polityki antynarkotykowej i osobą, która najwięcej uczyniła dla demonizacji i paranoicznej propagandy dotyczącej konopii indyjskich był Harry J. Anslinger szef utworzonej w 1930 FBN, Federal Bureau of Narcotics. Anslinger pozostawał głównym rozgrywającym jeśli chodzi o politykę wobec wszelkich nielegalnych substancji, nie ulega jednak wątpliwości, że jego osobistym wrogiem była ganja. Istnieje teoria – dość fantastyczna ale nie pozbawiona podstaw - twierdząca iż czynił to na zamówieniu lobby przemysłu bawełnianego, dla którego konopie jako źródło tkanin byłyby zabójczą konkurencją (do niedawna prawo federalne zakazywało nawet produkcji przemysłowych konopii, nie zawierajacych THC). Anslinger rzeczywiście miał obsesję. „Gdyby straszny potwór Frankenstein stanął twarzą twarz z potworem, któremu na imię marihuana, padłby trupem ze strachu” – grzmiał w „The Washington Herald” w 1937 roku. To w wyniku jego intensywnego lobbingu ONZ włączył konopie indyjskie do Konwencji o Nielegalnych Substancjach z 1961 roku, delegalizując ich produkcję na całym świecie (oczywiście bezskutecznie). Za pomocą konfabulowanych historii podrzucanych prasie, wywoływania paniki i siania dezinformacji Anslinger zapewniał trawce negatywny PR przez 30 lat. Ówczesny profil konsumenta konopi indyjskich poniekąd wyjaśnia zadziorność Anslingera i wspierających go administracji Republikanów (budżet obcięto mu tylko raz, za prezydentury Roosevelta, Demokraty). Dzięki kryminalizacji i potępieniu zachowań mniejszości etnicznych łatwo można było je utrzymać na marginesie i pod obserwacją. W latach 30. 40. i 50. spożycie marihuany było znikome. Ograniczało się do wąskiej grupy muzyków jazzowych, bluegrassowców, mieszkańców gett murzyńskich oraz okolic Nowego Orleanu. Jako tani i nie kolidujący z ciężką pracą fizyczną środek relaksujący stosowany był również na południowym-zachodzie i północnym zachodzie kraju przez meksykańskich imigrantów. W latach kryzysu i ostrej konkurencji o pracę, ksenofobiczne i rasistowskie nagonki na meksykańskich imigrantów regularnie podnosiły kwestię palenia przez nich marihuany, przedstawiając to jako praktykę egzotyczną i obcą, pogłębiając w ten sposób dekretowane różnice kulturowe wyznaczające dostęp do zasobów ekonomicznych. Regularnie stosowanym przez Anslingera zabiegiem było zarzucanie mediów makabrycznymi historiami masakr, ojcobójstw, matkobójstw i innych -bójstw jakoby wywołanych spożyciem konopi przez meksykańskich gestarbeiterów. Podobnie rzecz się miała z ludnością murzyńską. Podkreślanie odrębności przez epatujące egzotyką i rasizmem opisy praktyk religijnych i stosowanych używek pozwalało skutecznie wykluczać i piętnować mieszkańców Południa jako obywateli gorszej kategorii. Kryminalizacja konopi była jednym z elementów polityki państwa mającej na celu ubezwłasnowolnienie ludności murzyńskiej i podtrzymanie stanu segregacji rasowej. Ulubionymi, silnie działającymi na społeczeństwo amerykańskie ówczesnych lat, były historie o czarnoskórych amatorach marihuany, którzy częstowali skrętami białe dziewczęta, co kończyło się orgiami i – o zgrozo! – pojawieniem się rasowo zmieszanych Amerykanów.

Zielona muzyka zatruwa białego chrześcijanina

Wraz z ludnością murzyńską, którą z Południa wypędził Wielki Kryzys, po całym kraju podróżował jej wynalazek: jazz. Od razu stał się dla władz mocno podejrzany. W propagandzie antynarkotykowej FBN motyw zgubnego wpływu kultury gett murzyńskich, klubów jazzowych i stylu życia bohemy na białych Amerykanów zawsze wiąże się z elementem pokątnej sprzedaży zabójczego i śmiertelnie groźnego skręta z trawką. Fascynację wielu białych kulturą czarnej Ameryki konserwatyści do znudzenia tłumaczyli hedonistycznym zatraceniem się w zabójczym nałogu. „Tempo dzisiejszej muzyki, ten ich taniec na tych jam sessions wydaje się jakoś wpływać na układ nerwowy. Wskutek tego, spożycie marihuany wzrasta. Nie tylko używają tego muzycy, ale również nasi chłopcy i dziewczęta, którzy tego słuchają” – ostrzegał w 1938, przy okazji aresztowania dwóch producentów trawy, urzędnik FBN w Minneapollis Joseph Bell. Mimo protestów środowisk muzycznych, FBN nie cofało się przed frontalnym oskarżaniem jazzu o „epidemię” używania marihuany. Jako zażarty Republikanin źródło całego zła w Ameryce widział w niekonwencjonalnym trybie życia cyganerii muzycznej, społeczności beat’ów, nocnych klubach Harlemu, Chicago i Nowego Orleanu. Był prototypem i amerykańską wersją dzisiejszego Ojca Rydzyka ogniskującego swoje wybuchy moralnego oburzenia na Przystanku Woodstock, z tą różnicą, że miał ogromną władzę. Był człowiekiem, który uosabiał bigoterię, arogancję i religijny konserwatyzm Amerykanów z Midwestu, tych samych protestanckich fundamentalistów, którzy stanowią główne wsparcie obecnego prezydenta USA, chodzą na pogrzeby znanych homoseksualistów z transparentami „Bóg nienawidzi pedałów”, próbują zakazać nauczania teorii Darwina na uniwersytetach, wierzą w rychłą paruzję i nie rozstają się ze swoimi bardzo fallicznymi spluwami. To ta postać na długie lata wyznaczyła potoczne rozumienie miejsca narkotyków i używek w niektórych społeczeństwach zachodnich. Wiele stereotypów i kalek myślowych jakimi posługują się dzisiaj polskie media i politycy w rodzaju posłanki Krupy powstało właśnie za jego sprawą. Anslinger uwielbiał atakować znanych muzyków. Akta FBN i listę aresztowanych przez agencję czyta się jak indeks najsłynniejszych jazzmanów. Do więzienia za spożycie i posiadanie trafili m.in. Louis Armstrong, Gene Krupa, Duke Ellington, Cab Calloway, Lionel Hampton, Dizzy Gillespie, Jimmy Dorsey i Count Basie. Każdy konflikt amerykański sprzyjał dokręceniu antynarkotykowej śruby, wywoływaniu paniki i dokładania kolejnych elementów złowrogiej legendy trawy. Słynna asocjacja marihuany z heroiną? To wojna w Korei skłoniła Anslingera do nakręcenia kampanii mającej wskazać, że palenie skrętów prowadzi wprost do apetytu na opiaty. Według niego Chińczycy mieli na celu zalać USA opium, a ponieważ trawka jest „ścieżką” dla zostania heroinistą, należy nadal ścigać jazzmanów, zamykać nocne kluby i deportować meksykańskich imigrantów. Mimo wcześniej lansowanych teorii, że ziele wywołuje dziką agresję, teraz oficjalną rządową propagandą była opinia, że marihuana łamie ducha walki i wywołuje inną niebezpieczną chorobę – pacyfizm. Idea ta była szalenie popularna w prawicowych konserwatywnych kręgach podczas wojny w Wietnamie. Warto oddać tutaj głos rodzimemu skrajnemu prawicowcowi, Maciejowi Giertychowi, który w pogawędce z oficerem SB w 1970 roku mówi tak: „cały ten ruch obsadzony jest przez Żydów [chodzi o trockistów] (...). U nas na Wschodzie dało się to opanować, ale w Ameryce to potężny ruch dezorganizujący życie, wciągnięci czarni, a nawet część Indian, którzy nie zdają sobie sprawy, komu robią robotę. Metoda to narkotyki, lekki tryb życia, gwałty... tą metodą trockiści chcą obalić system, który im się nie podoba. A taki tryb życia podoba się młodzieży”. Młodzieży tryb życia rzeczywiście się podobał, bo ruch kontestacji lat 60. potężnie oddziałał na rzeczywistość społeczną drugiej połowy XX wieku. Po odwołaniu Anslingera na emeryturę przez Kennedy’ego zaczyna się fala odwrotna. Natłok medycznych, psychologicznych i socjologicznych studiów nad narkotykami i a zwłaszcza nad konopiami odwraca skutki dezinformacji, jaką karmiono społeczeństwo przez 30 lat. Ale to już inna historia. Dzisiaj, wraz z niechęcią Busha do przyznania się do wypalenia jointa wraca spuścizna Anslingera. Administracja po kolei obala stanowe prawa dotyczące spożycia marihuany przez śmiertelnie chorych, cierpiących na stwardnienie rozsiane, AIDS i raka (prawo istniało w stanie Washington i Oregon) i kontynuuje drakońskie, rozpoczęte za Reagana prawo karania wszystkich za posiadanie. Dodatkowego impetu dodała walce z narkotykami wojna z terroryzmem. Chociaż głównymi producentami heroiny i haszyszu są afgańscy watażkowie wspierani przez USA, Bush niejednokrotnie dawał do zrozumienia, że Al-Ka’ida finansowana jest z narkopięniędzy. W Europie na szczęście góruje tendencja do rozluźnienia gorsetu. Wielka Brytania praktycznie zdekryminalizowała posiadanie staffu (w teorii nie, ale nie karanie posiadania otwiera drogę do domowej produkcji na własne potrzeby), a kraje tradycyjnie wrogie liberalizacji jak Grecja, Francja czy Hiszpania poszły po rozum do głowy. Wyjątkiem są Szwecja i Włochy. Ten pierwszy kraj jest wciąż przywoływany przez polskie media, jako przykład do naśladowania, gdy w rzeczywistości jest to raczej wyjątek. Włochy zmieniają prawo za każdym razem, kiedy zmienia się rząd, więc trudno uznać poczynania Rzymu za istotną wskazówkę.

Konkurencja – czyli, czy Chrystus palił?

Historia społeczna spożycia i kryminalizacji konopi w Europie to fascynująca wędrówka w mechanizmy ewolucji kultury, manipulacji znaczeniami, jak i studium nad ekspansją kontroli państwa nad jednostką. Władza musiała zająć stanowisko wobec używek. Każda nowość nosi w sobie w końcu potencjał rewolucji, niebezpiecznych skutków dla zastanej struktury dominacji. Spięcie i relegowanie konopi indyjskich w świat przestępczości, zakazanej egzotyki, moralnie nagannego promiskuizmu i jakże niepożądanego dla rozimej kultury rozmycia barier rasowych i klasowych można potraktować jako efekt konkurencji i walkę o przestrzeń społeczną z innym, bardziej ugruntowanym w Europie narkotykiem – alkoholem. Wpisał się w kulturę europejską dość efektownie. W końcu chrześcijaństwo sankcjonuje spożycie alkoholu na najwyższym szczeblu. Nie ma tajemnicy przemienienia bez wina, nie ma mszy bez kielicha. Koło grzeszenia i wymazywania sumienia z nieczystości cielesnych strukturalnie przypomina libację alkoholową i nieznośne uczucie pustki i winy podczas zespołu dnia drugiego, glątwy. Skoro człowiek jest z natury istotą grzeszną, niechże robi to w ramach ustalonego rytuału chwilowego zatracenia i następującej po nim obietnicy: „już nigdy więcej”. Chrześcijaństwo, a zwłaszcza katolicyzm zgadza się po cichu, że „nigdy więcej” ewoluuje zawsze w stronę „nigdy więcej nie zmieszam wódki z piwem”, a rytm i realia życia skierowuje nas dalej w cykl alkoholowych bachanaliów a następnie duchowej i filozoficznej zadumy kaca. Całe społeczeństwo korzysta z tej przygotowanej przez kulturę i wydeptanej przez przodków behawioralnej ścieżki, a jej funkcjonalność dla religii i świata wyznawanych wartości pozwala zapomnieć o patologicznych kosztach. Dokładnie to mają na myśli zwolennicy kryminalizacji, argumentując, że nie można tak samo traktować konopii, gdyż alkohol jest „związany z naszą kulturą”, co zakłada, że palenie jointów jest „obce”, „inne”, „nie nasze”. Marihuana zostaje więc delegowana do sfer mocno podejrzanej „inności”, która związana z dziwnymi ideami i obcymi kulturowo nawykami zagrażającymi rodzimej tradycji staje się po prostu zagrożeniem dla „naszych” wartości i stylu życia. Może istnieć sobie na marginesie, tak jak społeczeństwo toleruje okazjonalnego buddystę, czy wyznawcę Hare-Kriszna, ale wara od miejsca zarezerwowanego dla „naszego” narkotyku, czyli alkoholu. Niewiele więc się zmieniło od czasu kiedy z końcem XV papież Innocenty III wydał kompletny zakaz używania i produkcji ekstraktu z konopi, który miał służyć jako smar napędzający miotły czarownic. Dzisiaj nadal skręcik ma konotacje iście diaboliczne. W dyskursie kościelnym narkotyki wymieniane są jednym tchem obok pedofilii, AIDS, przestępczości, chorób psychicznych i wojen. „Narkotyki, orgie seksualne, najwymyślniejsze występki - stają się nowymi formami swoistego parareligijnego kultu. Postmodernizm, prowokując do takich działań, usiłuje jednocześnie dać im teoretyczne uzasadnienie” – tłumaczy w swoim katechizmie dla młodzieży biskup Stanisław Wielgus. „Narkoman obraża Boga, starając się o narkotyki, krzywdzi rodzinę i społeczeństwo, które go utrzymuje, na koniec powoli zabija samego siebie” – to z kolei głowa polskiego kościoła, prymas Józef Glemp. Nie ulega wątpliwości, że dla Kościoła narkotyki, z zwłaszcza konopie to wróg szczególny. To jasne. THC to po prostu niebezpieczna konkurencja. Substancja, która osiągnęła status sakralny w kilku religiach, znalazła sobie nisze w nie ortododoksyjnych gałęziach islamu (sufizm) i chrześcijaństwa (Jamajski Kościół Koptyjski, i dziesiątki innych ugrupowań chrześcijańskich dosłownie traktujących biblijne odnośniki do „ziół”, w ks. Genesis 1:11, i ks. Psalmów 104:14) ma potencjał budowania wokół siebie mitologii, religii i systemów wartości. Tolerancja wobec niej może wpłynąć na pozycję Kościoła, burząc jego monopol na dekretowanie, która używka jest moralnie dopuszczalna (o ile służy w ostateczności odkupieniu, jak w przypadku Busha) a która delegowana w sferę diabelską, szatańską, czy mówiąc współczesnym slangiem kościelnym – postmodernistyczną. Nie mam zamiaru zajmować się duchowymi aspektami konsumpcji konopi indyjskich i ich wpływem na religię. Dość powiedzieć, że cała gama funkcji i sytuacji kulturowych, w jakich była jest i będzie spożywana, pozwala sądzić, że efekty są w dużej mierze zależne od społecznego kontekstu. Generalnie standardem stało się pisanie o fenomenie pacyfikacji agresji (słynne Woodstock, na którym nikt się nie pobił) i rozsiewania wraz z dymem atmosfery spokoju. Niemniej związek między THC a pacyfizmem nie jest taki oczywisty. Podczas wojny w Wietnamie palenie marihuany wśród żołnierzy amerykańskich było tak powszechne, że sklepy przy jednostkach sprzedawały jointy zapakowane w paczki Lucky Strike’ów. Podobnie każdy, kto widział palących taśmowo haszysz Pasztunów czy Beludżów podczas pieszczenia swoich bazook i kałachów lub szyitów z doliny Beeka w Libanie, smażących skręty w swoich bunkrach-arsenałach, ma prawo uznać, że konopie, owszem, relaksują i nastawiają pokojowo do świata, chyba, że ktoś właśnie wchodzi ci na poletko z cannabis indica i należy go niezwłocznie zastrzelić. Niemniej Kościół ma prawo obawiać się wpływu THC na życie religijne z dwóch powodów. Po pierwsze, potencjał duchowy substancji oznacza, że może się pojawić spora rzesza ludzi, którzy połączą palenie z modlitwą. Jak wszyscy racjonalnie myślący ludzie, jestem szalenie ciekawy świata i chciałbym dożyć czasów gdy z Radia Maryja popłynie Bob Marley, a ks. Redaktor powie na wdechu: „No to moi mili słuchacze pomódlmy się, żeby płonący krzak dobrze się dziś spalał i coś ciekawego powiedział”. Może to oznaczać sporą rewolucję w kościele. Po drugie, inna grupa ludzi pod wpływem konopi może szukać odpowiedzi na nurtujące ich pytania na własną rękę. A sprzymierzeniec chrześcijaństwa – alkohol – pytań stricte religijnych nie wywołuje. Jest przydatny właśnie ze względu na swoją cielesność, kojarzenie ze sferą profanum. To dlatego po cichu akceptowana i sakralizowana w rytuale jego konsumpcja z punktu widzenia kontroli umysłu jednostki – jak ładnie pokazał nam to Bush – jest wysoce funkcjonalna i praktyczna. Produkuje na masową skalę grzeszników, którzy na drugi dzień mają szczególne inklinacje do rozpoczęcia życia od zera. Przez możliwość zatraty, daje szansę zaświadczenia swoim przykładem o sile moralnej czystości i zbawienia przez odmowę ziemskich uciech. Inaczej mówiąc, legitymizacja alkoholu przez chrześcijaństwo pozwala na generowanie psychicznych patologii, których jedyną nadzieją zaleczenia jest rytuał oferowany przez chrześcijaństwo właśnie. Jasne, że argument ten wielu może wydać się zbyt prostacki, przypominający relację między Charlie Chaplinem a młodym urwisem z filmu „Brzdąc”. Ale jak na razie jest to jedyna sensowna odpowiedź, dlaczego w kategoriach akceptowanych przez praktykującego chrześcijanina-integrystę warto się przyznać do bycia alkoholikiem (morze wódki), ale nie do wypalenia (jednego) jointa.

Lewa i prawa używka

Obie używki konkurują ze sobą o przestrzeń kulturową, akceptację społeczną, uwagę widza, wyznawcę i wiernego adepta. Alkohol w kulturze europejskiej ma miejsce szczególne, czasami roszczące sobie prawa do monopolu. Na poziomie dyskursu wiąże się to zajęciem konkrentych miejsc na scenie politycznej. Nic dziwnego więc, że jest silnie kojarzony z poglądami konserwatywnymi, prawicowymi, stojącymi na straży arbitralnie i moralnej pojętej „autentyczności”, „swojskości”. Jego akceptacja jest w pewnym sensie afirmacją istniejących wzorów interakcji międzyludzkich jak i funkcjonowania społeczeństwa. Ujmując to nieco frywolnie: nawalony prezydent państwa nie robi takiego wrażenia, jak lokalny polityk, którego złapano ze znikomą ilością trawy. Spójrzmy zimno na reklamy alkoholu – ci wszyscy faceci to nie tylko twardzi mężczyźni, ale konserwatywnie, tradycyjnie myślące swojskie chłopy uosabiające pewność i bezpieczeństwo status quo. Ci wszyscy personifikujący tradycję górale tankujący Żywca w lesie, te daty na piwach informujące, że wychylając łyk z butelki nawiązujesz mistyczny kontakt z franciszkanami, którzy ważyli chmiel tysiąc lat temu, ta asocjacja alkoholu z wyższymi sferami, smokingami, krawatami, kasynami i pięknymi kobietami. Mało tu miejsca na kontestację, alternatywny sposób myślenia i niezgodę na zastane stosunki społeczne. Trochę musi wody upłynąć zanim zobaczymy Emanuela Olisadebe reklamującego polską wódkę. Powszechnie sądzi się, że marihuana jako używka skłaniająca do poszukiwania nowości i spojrzenia z dystansu na świat z definicji jest środkiem kontestującym porządek społeczny i ma charakter rewolucyjny. Ale kojarzona z marihuaną lewicowość czy liberalizm, nie jest oczywiście skutkiem samego THC – odpowiedzialny jest za to kontekst społeczny i kulturowy, głównie jej absurdalna i pozbawiona podstaw kryminalizacja. W islamie kontestacją może być wypicie piwa a palenie haszu zwykłym konformizmem. Sedno sprawy polega bowiem na tym, że mając do czynienia z tak rozpowszechnioną substancją, konsumowaną – jak podaje ONZ – przez 3 % ludzkości, na wszystkich kontynentach świata, substancją, która towarzyszy człowiekowi od ponad czterech tysięcy lat, mówimy o wysoce zaadaptowanym do wszelkich kultur i powszechnym środku odurzającym – dokładnie takim jak alkohol. Oznacza to, że alkohol i konopie konkurują ze sobą nie tylko z punktu widzenia funkcjonalności dla chrześcijańskiego oglądu świata, ale również konkurują o sfery bardziej przyziemne, czyli o zaspokojenie tej samej potrzeby socjalizacji w grupie znajomych, relaksu po pracy, stymulacji intelektualnej bądź chęci zatraty w odmiennym stanie świadomości.

Jeszcze jedno dno

Praktyczna strona tego argumentu wiąże się z interesami koncernów alkoholowych. W Wielkiej Brytanii wydarzeniem mającym cechę rewolucji obyczajowej stało się wprowadzenie nowego prawa liberalizującego godziny spożycia alkoholu w pubach. Każdy kto miał okazję zwiedzić londyńską knajpę zna dziwne wrażenie kiedy o 11 barman odmawia podania piwa, tłumacząc się prawem. Od stycznia jest już łatwiej o dłuższą licencje. Jest jednak drugie dno większej swobody picia na Wyspach. Badania sporządzane dla koncernów alkoholowych potwierdzają ich najgorsze obawy: spadająca cena narkotyków i zmieniające się style spędzania wolnego czasu powodują, iż Brytyjczycy coraz częściej porzucają puby na rzecz konsumpcji konopi indyjskich, kokainy, ecstasy, lsd, grzybów halucynogennych, amfetaminy czy heroiny. Zwłaszcza w najmłodszych grupach wiekowych sondaże wskazują, iż picie napojów wyskokowych zupełnie wyszło z mody. Skoro cena jednej dawki kokainy lub cracku wyrównała się z ceną pinty piwa, nic dziwnego, iż firmy produkujące alkohol są poważnie zaniepokojone. Narkotyki są przecież w lepszej sytuacji, jeśli chodzi o konkurencję na rynku: pozostają nieopodatkowane a rozprowadzanie ich nie wymaga licencji. Ostatni sondaż BBC szacuje, iż skarb państwa traci 6mld funtów rocznie z powodu zmiany preferencji używek, czyli z przedkładania przez Brytyjczyków skręta z haszyszu nad butelkę merlota. Nie mam wątpliwości, że stratedzy od marketingu koncernów produkujących wódkę w Polsce traktują dilerów tak jak rzeczywiście na to zasługują, czyli jak konkurencję. Z pewnością z niepokojem patrzą na kolejnego muzyka, który zamiast stylem życia, tekstami piosenek i wyglądem promować wśród młodych konsumentów chlanie, oświadcza w wywiadach, że on tylko „gra w zielone”. Niemniej legalny biznes oszałamiania obywateli i regularnej destrukcji ich szarych komórek ma tę przewagę, że może wpływać na lokalny dyskurs dotyczący narkotyków i nastawienie opinii publicznej. Skoro każdy kupiony gram grudki to strata dla Polmosu czy Żywca, to każdy złapany diler i przechwycony transport to strzał w nogę konkurencji. W końcu ta nie może odwołać się do Sądu Arbitrażowego, ani zaapelować do urzędu skarbowego. Ale koncernom nie zależy na dilerach, czy efektach społecznych używek. Chodzi o konsumentów i w tej walce bezpardonowe chwyty są dozwolone – włącznie z więzieniem, złamaniem kariery i ostracyzmem. Tutaj kościół i chrześcijaństwo swoim autorytetem może tylko wesprzeć wysiłki trzymania społeczeństwa przy „swojskim” sposobie odurzania się. Kosztem wolności oczywiście.

Prawa obywatela palącego

Integralną częścią tej walki jest fakt, że pisząc obecny tekst muszę mieć świadomość, że teoretycznie mogę zostać pociągnięty do odpowiedzialności za propagowanie konsumpcji narkotyków. Wedle przepisów prawa, które ma odejść za niedługo w niebyt, “kto, wbrew przepisom ustawy, udziela innej osobie środka odurzającego lub substancji psychotropowej, ułatwia albo umożliwia ich użycie albo nakłania do użycia takiego środka lub substancji, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”. I o to chodzi. Pisanie o społecznej psychozie stymulowanej przez politykę państwa jaką jest kryminalizacja konopi indyjskich może zostać zinterpretowane jako nakłanianie do łamania prawa, czyli nawoływania do konsumpcji narkotyków. Tutaj ma miejsce największy akcent przemocy symbolicznej, jaka dokonuje się na całkiem sporej części obywateli tego kraju. Nie mogę nie tylko palić, ale i o tym pisać. Sugerowanie jedynego sposobu przetestowania steku fałszerstw, jakimi karmi nas oficjalny dyskurs – spróbowanie samemu – jest przestępstwem. A więc nikt nie zostanie porządnie poinstruowany, czego ma się spodziewać. Lepiej byśmy tkwili w oparach niewiedzy i ignorancji, zza których wychyla się duch Anslingera niż poznali prawdę. Dlatego tzw. „walkę z narkotykami” winno określać się bardziej adekwatną nazwą: prześladowaniem przez państwo zwykłych użytkowników. Powody, dla których państwo zmusza mnie do lekceważenia prawa i łamania go za każdym razem, kiedy wychylam setę THC na Plantach bądź na kopcu (Czy mam uznać za sukces, że mnie na własnym weselu nie aresztowali z tymi 20 gramami Nepalu?), nie mają nic wspólnego ze zdrowiem, troską o bezpieczeństwo, czy szkodliwością społeczną. Powody, dla których nielegalne jest coś, co robi duży odsetek społeczeństwa polskiego mają naturę moralną i kulturową. Zaś argumenty tej natury w tym przypadku z góry są skazane są na arbitralność – po pierwsze bardziej niemoralne jest zamykanie ludzi za jednego skręta niż wypuszczanie z więzienia kierowcę po pijaku. Po drugie, każda kultura, a zwłaszcza polska, ma charakter dynamiczny, rozwojowy i dekretowanie czegoś jako „obce” jest niczym więcej tylko nakładaniem zbyt ciasnych szat na dorosłego człowieka, gwałtem narzucenia czyjegoś znaczenia na postępowanie, które już dawno definiuje się we własnym zakresie i zdążyło – jak by to powiedział Giddens - dokonać własnej autorefleksji. Podobna przemoc jest nie tylko naruszeniem praw człowieka. To sankcjonowanie prześladowania ze strony państwa. W ostateczności bowiem dzisiaj konsumpcja konopi indyjskich stanowi jedno z praw obywatelskich, które każdy świadomie palący człowiek winien pilnować i hołubić. Prawo naturalne, chciałoby się wręcz rzec. Źródło: Michał Garapich, Ha!art PS dzięki scr :-)

Oceń treść:

Brak głosów