REKLAMA

Od PCP po halucynogenne ryby - Hamilton Morris odsłania tajniki najosobliwszych narkotyków

Tagi

Źródło

The Guardian
Tim Jonze

Tłumaczenie

pokolenie Ł.K.

Odsłony

2260
Kiedy ludzie mówią o Hamiltonie Morrisie, że "zarabia na życie byciem na haju" - a pisząc "ludzie" mam na myśli "diabolicznych autorów nagłówków w Guardian" – ten przyjmuje to z niejakim poirytowaniem.

"To poniekąd zabawne, ale jednocześnie nadmiernie upraszczające ujęcie. Opiera się na uprzedzeniach i z góry nieprzychylnej interpretacji tego, czym się zajmuję. Nie do przyjęcia byłoby przecież powiedzenie, że ktoś, kto pisze o związkach, żyje z pieprzenia! " - mówi Hamilton.

Po obejrzeniu "Farmakopei Hamiltona", nowej, sześcioodcinkowej produkcji Viceland traktującej o środkach psychoaktywnych i kryjącym się za ich stosowaniem tle, jestem w stanie zrozumieć jego frustrację. Tak, na pewnym poziomie Morris zrobił karierę na byciu na haju — jest zdeklarowanym psychonautą, który obstaje za prawem jednostki do swobodnego eksplorowania rubieży własnego umysłu. Rzecz jednak w tym, że spożywanie osobliwych chemikaliów to tylko niewielka część tego, o czym traktuje program.

Bardziej istotne są sceny rozgrywające się w imponującym laboratorium (Morris jest wykwalifikowanym chemikiem) i dziennikarska dyscyplina, która skłania Morrisa do podejmowania wysiłku docierania do samej istoty pewnych naprawdę niezwykłych opowieści: w "Historii Południowoafrykańskiego Quaalude", bada sprawę Woutera Bassona -znanego także jako "doktor Śmierć"- który za czasów Apartheidu pracował nad tajnymi projektami, o których mówi się, że miały na celu zmniejszenie czarnej populacji za pośrednictwem środków chemicznych i tłumienie protestów przy użyciu traktowanego jako broń metakwalonu (" działy się wtedy w tym kraju takie rzeczy, przy których naziści wypadają jak uczestnicy pikniku ze szkółki niedzielnej" - mówi zajmująca się ochroną praw człowieka prawniczka Jenny Wild ). W "Pozytywnej Historii PCP", która zainaugurowała cykl, spotykamy Christa Bearera, byłego członka Wu-Tang Clan, który na haju odciął sobie penisa, czego – co zaskakujące — nie wydaje się żałować.

"Czuł, że jego penis miał negatywny wpływ na jego życie i odcięcie go pozwoliło mu skupić się na swojej sztuce" - mówi Morris - "Jeśli obstaje przy tym i uważa, że jego życie stało się w efekcie lepsze, to czy faktycznie powinniśmy uważać, że zrobił coś złego?"

Morris mówi, że podobne historie były mu już znane, ponieważ czytał o środkach o psychoaktywnych codziennie przynajmniej przez całą ostatnią dekadę swojego życia – praca przy cyklu filmów dokumentalnych dała mu po prostu okazję udać się w teren i zbadać te opowieści. W Republice Południowej Afryki zaprzyjaźnia się z użytkownikami metakwalonu (Mandrax) i powoli toruje sobie drogę w górę łańcucha dystrybucyjnego narkotyku, dopóki nie spotyka bossa, który umożliwia mu wstępu do swojego laboratorium. Proces ten trwał około trzech lat i miał po drodze kilka ciekawych epizodów, jak np. przypadek nieporozumienia co do tożsamości, przy którego okazji Morrisowi zaoferowano 400000$ za miesiąc pracy w charakterze chemika w podziemnym laboratorium. Takie sytuacje mogą wydawać się, delikatnie mówiąc, ryzykowne, ale Morris pozostaje spokojny.

"Jeśli ktoś tu zagrożony, to badani" - mówi. "Ci ludzie poświęcają się, wchodząc w niepewną sytuację."

Co zatem z nurkowaniem w wodach pełnych żarłaczy tępogłowych w pobliżu wyspy Réunion w ramach poszukiwania ryby o właściwościach halucynogennych ?

"Byłem w towarzystwie biologa morskiego, który jest ekspertem w tej dziedzinie i skoro on uważał, że wejście do wody w tym konkretnym czasie jest OK, zaufałem jego wiedzy" - odpowiada beztrosko.

29-letni Hamilton jest synem Errola Morrisa, reżysera stojącego za takimi kultowymi dokumentami jak Cienka niebieska linia (1988) czy Mgły wojny (2003). Mówi, że jego tata jest osobą o obsesyjnej naturze, którego dbałość o szczegóły przejął i zastosował na potrzeby swojej Farmakopei. Z pewnością odrobił swoje lekcje: dostęp do pewnych osób i miejsc często uzyskuje dzięki gruntownemu obyciu z tematem.

"Mogę np. wejść w komitywę z chemikiem od PCP pokazując mu, że publikowałem już artykuły naukowe na ten temat i nie jestem tylko facetem od newsów szukającym materiału na kolejny.”

Morrisowi przyznano "dziwny, interdyscyplinarny stopień naukowy”, aczkolwiek twierdzi, że większość jego know-how pochodzi z weekendów przepracowanych w laboratorium w Filadelfii w ciągu ostatnich siedmiu lat.

"Dużo pracujemy nad farmakologią nowych dysocjantów, które pojawiają się na szarym rynku w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii" - wyjaśnia - "To coś raczej dla jajogłowych, co sam uważam za super ciekawe, ale co nie spotyka się z szerszym zainteresowaniem."

Mówcie co chcecie o „otrzymywaniu i charakterystyce difenidyny, jej pirolidynowych analogów i ich 2,2- difenyloetylowych izomerów”, ale raczej nie będzie to tak klikalne, jak "Hamilton Morris i jego haj życia".

Jako zdeklarowany geek, Morris mówi, że nauka była jego pierwszą miłością — był w zespole naukowym swojej szkoły i tak naprawdę nie parał się substancjami psychoaktywnymi z obawy przed złymi tripami. Gdy jednak zakochał się w zmienionych stanach świadomości, jego dziennikarski instynkt podpowiedział mu, że ten obszar może być niemal niewyczerpanym źródłem historii, które można i warto opowiadać, ponieważ sprawy te mają wpływ na nasze codzienne życie niezależnie do tego, czy używamy narkotyków, czy nie.

Morris dobrze wypada na ekranie – zawsze ubrany całkowicie na biało ma w sobie pewien rodzaj uroczej niezdarności, nie tak znów odległej od charakteryzującej Louisa Theroux (którego przypomina także podobnie rozbrajającym uśmiechem), nigdy nie narzuca swojej osobowości, pozostawiając bohaterom swoich reportaży mnóstwo przestrzeni, by mogli opowiedzieć swoje historie. Czy nie obawia się jednak wpływu gloryfikowania zażywania narkotyków na młodszych widzów?

Sprawia wrażenie zaskoczonego tym pytaniem: "W którym momencie coś gloryfikuję?"

Przypominam ceremonię z szałwią wieszczą, w której wziął udział w Oaxaca, żując rośliny pod opieką szamana i jego dość ekstatyczną reakcję.

"Tak było, ale nie robiłem tego tak, by takie się wydawało, to po prostu takie było. Nie probuję przedstawiać żadnego rodzaju osądów, chcę po prostu pokazać rzeczywistość. W tym przypadku miałem naprawdę przejmujące doświadczenie. Nie chciałem wychwalać, demonizować ani w ogóle robić niczego innego, oprócz możliwie wiernego przedstawienia tego, jak to było przyjąć tę roślinę w tradycyjnym kontekście."

Pokazywanie na ekranie narkotyków wymaga rzecz jasna dokonywania wielu zabiegów redakcyjnych. Morris opowiada np. że chciał użyć porywającego kawałka w stylu disco w charakterze podkładu pod scenę, w której mieszkańcy RPA palą Mandrax, ale Vice wyraziło w tej sprawie sprzeciw.

"Niektóre z tych historii są pełne smutku" – przyznaje Morris - "ale prawda jest taka, że zażywanie narkotyków to często dla tych ludzi najszczęśliwsza pora dnia, czas świętowania... użycie smutnej, statycznej muzyki dla zilustrowania takiej sytuacji wygląda moim zdaniem na zakłamywanie tego, czym jest dla tych ludzi ten narkotyk i jaką rolę pełni w życiu użytkowników.”

Morris przyznaje, że ambitniejsza strona tego, co próbuje robić, bywa często nierozumiana i niweczona przez ludzi, którzy widzą w tym jedynie gloryfikację odurzania się. To właśnie z tego powodu ogranicza do minimum sceny, gdy sam zażywa narkotyki przed kamerą.

"Gdybym palił Mandrax powstałby przekonujący materiał filmowy, ale zarazem byłaby to prawdopodobnie główna kwestia, o której ludzie by rozmawiali – zwróciliby uwagę na to, zamiast na ogromną skalę wdrażanego przez rząd projektu użycia tego narkotyku jako broni przeciwko ludziom i procesom demokratyzacji.”

Morris jest znacznie bardziej skłonny do gloryfikowania naukowego aspektu funkcjonowania tych substancji niż ich zażywania. W laboratorium przywdziewa biały fartuch i bierze się do pracy przy syntezie PCP (czy raczej związku bardzo do niego podobnego, aby uniknąć łamania prawa) i opowiada, że jest szczególnie dumny z e-maili, jakie otrzymuje od widzów, którzy widzieli jego program w USA, a teraz decydują się na kurs chemii organicznej w następnym semestrze.

Jaka będzie przyszłość substancji psychoaktywnych i całej branży, w której tak wiele dzieje się obecnie nas polu naukowym oraz w kwestii zmian postaw społecznych? Morris nie jest optymistą, jeśli chodzi o podejście administracja Trumpa do narkotyków – przewiduje, że epidemia opioidów osiągnie jeszcze większe rozmiar — ale uważa jednocześnie, że postępujące zmiany nastawienia społecznego mogą przynieść ogromne zmiany na lepsze. Wskazuje na prace naukowców takich jak Robin Carhart-Harris z Imperial College w Londynie, który prowadził badania neuroobrazowania osób pod wpływem LSD, jako sugerujące jak możemy wykorzystać takie substancje, by pomagać pacjentom z zaburzeniami psychicznymi.

"Istnieje wiele dowodów na psychoterapeutyczny potencjał MDMA. Może ono pomóc wielu osobom dotkniętym PTSD. Ketamina może prawdopodobnie pomóc wielu osobom z depresją. Psychodeliki mogą być użyteczne przy rozwiązywania wszelkiego rodzaju naukowych problemów, jakkolwiek nie zostało to dotąd rygorystycznie zbadane, toteż mówienie o tym w tym momencie ma charakter spekulatywny. Możliwości te nie zostały dotąd poznane, ponieważ nie ma kraju na Ziemi, gdzie ludzie podeszliby do tego problemu w sposób na tyle inteligentny, aby w pełni skorzystać z potencjalnych korzyści czy po prostu sprawdzić, co jeszcze jest możliwe. "

Choć jego pozytywne nastawienie jest niezwykle odświeżające, z pewnością musiał miewać podczas swoich podróży naprawdę okropne doświadczenia?

"Miałem kilka przykrych doświadczeń" - mówi z wahaniem - "ale nie wiem, czy można określić je jako złe. Dopóki można coś z tego wynieść, pozornie złe doświadczenia mogą mieć pozytywny wpływ — mogą pomóc w zrozumieniu tych aspektów siebie, które są niewygodne, ale w ostatecznym rozrachunku konfrontacja z nimi może być korzystna. Jeśli zatem pytasz o moje zdrowie psychiczne... jeśli w ogóle jest coś, co jest w tym wszystkim niebezpieczne lub grozi uszkodzeniem mózgu, to jest to produkcja telewizyjna."

Moment, czyżby praca dla Vice była bardziej szkodliwa dla zdrowia psychicznego niż zażywanie silnych narkotyków? To brzmi jak materiał na kolejny diaboliczny nagłówek…

"Edytowanie tego wszystkiego, brak snu, stres związany z dotrzymywaniem terminów, kłótnie o legalność tej czy innej sceny — to ta część, która sprawia, że niepokoję się o mój psychiczny dobrostan. Używanie narkotyków, jeśli w ogóle miało na mnie jakiś wpływ, to pozytywny."

Oceń treść:

Average: 7.8 (15 votes)