REKLAMA




Juliusz Strachota: Xanax jest szybszy niż wiara. Dzięki lekom człowiek udaje, że sobie radzi [wywiad]

Zaczęło się od napadów paniki. Lekarz przepisał na nie xanax, lek błyskawicznie wygłuszający lęki. Pisarz Juliusz Strachota miał go brać krótko i dzięki niemu rozwiązać swoje życiowe problemy. Ale wpadł w coś znacznie gorszego. W nałóg, który częściowo pozbawił go pamięci, doprowadził do dwóch prób samobójczych, przysporzył mnóstwa cierpień jemu i jego bliskim. Echa tych wydarzeń znaleźć można w książce "Relaks amerykański". Jej bohater, podobnie jak Strachota, odbija się w końcu od dna. Wcześniej przechodzi jednak przez wszystkie kręgi piekielne.

Zaczęło się od napadów paniki. Lekarz przepisał na nie xanax, lek błyskawicznie wygłuszający lęki. Pisarz Juliusz Strachota miał go brać krótko i dzięki niemu rozwiązać swoje życiowe problemy. Ale wpadł w coś znacznie gorszego. W nałóg, który częściowo pozbawił go pamięci, doprowadził do dwóch prób samobójczych, przysporzył mnóstwa cierpień jemu i jego bliskim. Echa tych wydarzeń znaleźć można w książce "Relaks amerykański". Jej bohater, podobnie jak Strachota, odbija się w końcu od dna. Wcześniej przechodzi jednak przez wszystkie kręgi piekielne.

 

Potrafisz się dzisiaj, sam z siebie, naprawdę rozluźnić? Wypracowałeś taką umiejętność czy wciąż sprawia ci to trudność?

- Jeszcze długa droga przede mną. Ostatnio złapałem się na tym, że moje próby relaksu, na przykład w weekendy, polegają na tym, że skupiam się na planowaniu. Bo wizja bezczynności generuje u mnie taki stres, że o 7 rano jestem na treningu, o 8 wskakuję na rower, tego dnia zaliczam jeszcze spacer, muzeum i kino... Bywa, że tym relaksem jestem wymęczony.

Niedawno widziałem się z terapeutą od uzależnień, który pomagał mi od samego początku, i zabrałem się za ten temat. Kiedy wychodziłem z nałogów, tryb zadaniowy, który wrzuciłem - w odniesieniu do wszystkiego, nie tylko do relaksu - bardzo mi pomagał. Ale potem zadaniowe myślenie przejęło kontrolę nad resztą. Nagle się okazało, że nie umiem nie mieć planu. Nie umiem po prostu rzucić wszystkiego i pójść na żywioł. Jak wyjeżdżam na urlop, to jest to tak skomplikowane pod względem logistycznym przedsięwzięcie, że ciężko tu mówić o relaksie.

Żyjemy w czasach, w których nadrzędna staje się kategoria produktywności. Zakazane w dzisiejszym świecie są smutek, nuda i właśnie bezproduktywność. Relaks też jest zadaniem do wykonania.

- Tak, musi być mierzalny i celowy. Czyli jest swoim zaprzeczeniem.

U mnie pojawia się jeszcze motyw odrabiania straconego czasu. Tych kilkunastu lat, które tak naprawdę straciłem, puściłem z dymem. Obserwuję dopiero na trzeźwo, że nałogowy mechanizm jest u mnie dominujący. On jest kluczowym elementem mojej natury. Trudno powiedzieć w tej chwili, czy miałem taką osobowość, zanim zostałem ćpunem, czy to jest wynik lat picia i ćpania. Natomiast próba odpuszczenia, niezrealizowania części planu, jest dla mnie w tym kontekście bardzo dużym wyzwaniem. Mam tak wszystko poukładane w tej chwili - z czego zresztą jestem dumny, bo po latach nieogarniania tak świetnie ogarniam - że muszę sobie stworzyć odpowiednie warunki, żeby się wyłączyć. W kinie skupię się na filmie, ale jeśli będę go oglądał w domu, na komputerze, zrobię kilkanaście przerw. Nosi mnie, żeby robić ileś rzeczy naraz.

Ćpunem, jak to określiłeś, jest się do końca życia? Tak jak alkoholikiem?

- Myślę, że na jedno wychodzi. O ile pewne aspekty tych uzależnień różnią się od siebie, o tyle podłoże jest podobne. Ten rdzeń nałogu. Lubię o sobie mówić, że jestem ćpunem. To jest dla mnie wygodne. W kontrze do tego, że przez lata kręciłem, cwaniakowałem, udawałem, że jest inaczej. Nauczyłem się modelu, w którym w pewnym momencie oszukiwałem już tylko sam siebie. I przełamanie tego, powiedzenie sobie i światu wprost: jestem alkoholikiem i ćpunem, było dla mnie rewelacyjnym odkryciem.

Nagle zostałem sobą. Nie wiem wciąż do końca, co to znaczy, ale to doceniam. Przyniosło mi to ulgę, paradoksalnie dało poczucie wolności. Będę ćpunem do końca życia, ale nauczyłem się to wreszcie obsługiwać. Nie muszę już ćpać

A czemu w ogóle zacząłeś? Skąd wzięło się w tobie to napięcie, które musiałeś zniwelować za pomocą alkoholu czy różowych tabletek?

- Od dziecka byłem podszyty lękiem. Ale to przecież częste - takie nieradzenie sobie w okresie dorastania z własną emocjonalnością. Miałem jeszcze coś dziwnego w sobie: pewną niezgodę na przemijanie. To ciekawe, że objawiło się to u mnie dosyć wcześnie. Używki pomagały mi to zagłuszyć. Jak już zaczynałem pić alkohol, bardzo szybko podbijałem go amfetaminą. Wtedy picie mogło się nie kończyć. To miało katastrofalne skutki. Już w wieku 20 lat ponosiłem takie konsekwencje picia i ćpania, które można by uznać za sięgnięcie dna. Mogłem się od niego odbić, ale nie robiłem tego. Byłem zbyt głupi, żeby wyciągnąć wnioski. A historie związane z xanaxem to już był finał. Nie miał nic wspólnego z wyobrażeniem o radosnym melanżu, nie miał wymiaru socjalnego. To już była wyłącznie ćpuńska kalkulacja. Śmiało mogę powiedzieć, że był to najgorszy okres w moim życiu. Niestety, wiele osób wpada w podobną pułapkę. I to niekonieczne są ludzie, którzy pasują do stereotypowego wizerunku ćpuna.

W wyobrażeniach o narkomanie z jednej strony mamy człowieka czołgającego się po Dworcu Centralnym, a z drugiej - ćpuna celebrytę, który faszeruje się koksem. Tyle że tutaj te wzorce nie działają. Możemy nawet uruchomić w tym miejscu oksymoron typu „stary ćpun”. I wyobrazić sobie swoją matkę, babcię albo swojego brata. Bo okoliczności, w których człowiek uzależnia się od leków, są zupełnie inne od tych, które łączymy zazwyczaj z koksem czy heroiną.

Problem polega na tym, że te ciężko uzależniające leki są tak łatwo dostępne. Jeśli ktoś się od nich uzależni, może lecieć długo. System wypluje go dopiero po 15 latach, kiedy już będzie wrakiem.

Ten system oceniasz w książce bardzo ostro. Masz żal do lekarzy, wcale tego nie ukrywasz. Porównujesz ich do dilerów. Czynisz ich współwinnymi uzależnienia - swojego i Juliana z „Relaksu amerykańskiego”.

- Musimy tutaj oddzielić moją historię od historii mojego bohatera.

To będzie trudne, momentami są one bliźniaczo podobne.

- Wiem. Tak czy siak - nie ma sensu szukać tutaj winnego, wskazywać na lekarza jako sprawcę całego zła. Odpowiedzialność spoczywa po obu stronach.

To się łatwo mówi: jak sobie gość chce ćpać, niech to robi, to selekcja naturalna. Albo: niech się ćpun wykończy. Przecież uzależnienie to cholernie silny stan chorobowy. Gdyby uzależniony mógł tak po prostu przestać się faszerować, zrobiłby to. Dokłada się do tego brak kontroli i kiepska edukacja lekarzy, którzy zamiast pomagać, zazwyczaj jeszcze szkodzą, dostarczając chorym substancje, bez których ci nie potrafią już funkcjonować.

Brak edukacji to jedno. Ale w twojej książce, która jest przecież echem prawdziwych wydarzeń z twojego życia, pojawiają się lekarze, którzy uczestniczą w tym procederze nie z powodu niewiedzy, ale ze względu na chciwość i cynizm. Z rozmysłem handlują receptami, świadomie sprzedają leki uzależnionym.

- W większości przypadków to są jednak zakładnicy układu, a nie jego twórcy. Na pewno ciężko jest wybrnąć z sytuacji, w której przychodzi do ciebie uzależniony z konkretnym żądaniem. A on zawsze tak robi. Wymienia określone substancje, na które czeka, potem sprzedaje swoją bajkę. Co lekarz ma powiedzieć takiemu człowiekowi? Zwłaszcza jeśli pacjent przyjmuje lek od 10 lat.

Ktoś mu ten lek chyba przepisywał?

- Wielu lekarzy różnych specjalności, do których facet chodził na zmianę. Kłamał im, zacierał tropy. Miał całą siatkę kontaktów. Sam tak robiłem. Prowadziłem dziennik z ewidencją lekarzy, żeby pamiętać, co im nagadałem.

Chociaż muszę tutaj zaznaczyć, że są także lekarze, którzy specjalizują się w obsługiwaniu ćpunów. Może trudno w to uwierzyć, ale ma to nawet swoją nazwę: „pill mill”. Xanax jest niezwykle pożądanym towarem, bo przynosi upragniony efekt w kilka sekund, więc jest na niego popyt. Powstaje cały biznes wokół. Dystrybutorami są lekarze. Niektórzy z nich dają się ponieść chęci zysku. Im nie potrzeba już żadnych ceregieli, niestworzonych historii opowiadanych przez pacjentów. Wypisują recepty na prawo i lewo, wystarczy się z nimi umówić. Najlepiej w prywatnym gabinecie, 200 złotych za 10 minut wizyty. I tak potem 10 lat. 10 lat bez żadnej diagnozy. 10 lat kupowania produktu.

Niektórzy robią to zaocznie. Dzwonisz, a potem odbierasz za pół ceny receptę bez widzenia się z lekarzem.

- Nie ma z tym żadnego problemu. Wielu lekarzy jest w potrzasku. Nawet jeśli nie chcą działać jak dilerzy, łatwo jest nimi manipulować. Przychodzi taki ćpun, zapłacił już za wizytę. Za co lekarz ma wziąć odpowiedzialność: za wypisanie czy za niewypisanie? To są poważne dylematy.

Gdyby był lepszy system kontroli, lekarzowi łatwiej by było odmówić. Mógłby sprawdzić, co i kiedy pacjentowi przepisali inni, dowiedziałby się, że ma do czynienia z ćpunem, który w ubiegłym tygodniu był w 10 innych gabinetach. Lub mógłby potwierdzić, że ma do czynienia z pacjentem, który faktycznie cierpi. Takiego systemu u nas nie ma.

Czy to skutek działania koncernów farmaceutycznych? Brzmi to trochę jak teoria spiskowa, ale w twojej książce pada zdanie: „Państwo, służąc interesowi koncernów farmaceutycznych, produkuje uzależnionych”.

- Teorii spiskowych nie lubię. Jednak fakty są takie, że koncerny farmaceutyczne na każdym ćpunie zarabiają doskonale. Przez 15 lat taki klient wykupi niewyobrażalne ilości leku. W dodatku, kiedy idzie do lekarza, to słyszy: - No panie, z takiego uzależnienia się nie wychodzi. To trzeba brać więcej i więcej. I co robi pacjent? Wierzy lekarzowi i brnie w to dalej. Bo jest mu tak wygodnie, ale też - bo nie wie, że istnieje wyjście z tej sytuacji.

To jest strasznie silne uzależnienie. Uzależniony w pewnym momencie traci podmiotowość. Kieruje nim już tylko głód magicznej substancji. Zrobi wszystko, żeby ją zdobyć.

Podliczyłeś kiedyś, ile pieniędzy straciłeś przez te wszystkie lata?

- Mamy takie zadania w ramach terapii. Jeżeli chodzi o terapię alkoholową, to się nazywa litraż. Tak, liczyłem. To są koszmarne pieniądze. Jak przestałem pić i ćpać, miałem 80 tysięcy złotych długów.

A ile miesięcznie kosztowało cię, mniej więcej, twoje uzależnienie?

- Myślę, że kilka tysięcy złotych. Pięć tysięcy swobodnie. Wszystko zależy od tego, co wyprawiałem, a były to rzeczy absurdalne. Te substancje, które przyjmowałem, wycinają możliwość kontaktu z rzeczywistością. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, co robię.

Jeździłem pociągami do innych miast, do lekarzy, którym mogłem ściemniać, bo jeszcze mnie nie znali. Non stop rozbijałem się taksówkami. Moje długi rosły, ale ponieważ ćpałem, absolutnie nic do mnie nie docierało. Wcale nie martwiłem się swoją sytuacją.

Jak szybko eskalowało twoje uzależnienie na poziomie fizycznym?

- Skoczyło to u mnie bardzo szybko, błyskawicznie podejmowałem samodzielne decyzje o zwiększeniu sobie dawek. Chociaż jest też taki model uzależnienia, że ludzie latami przyjmują identyczne dawki leku. Tym trudniej jest im przyznać, że mają problem - w końcu nie zmieniają zasad, które ustalił lekarz. Tyle że lek, którym się faszerują, można przyjmować maksymalnie przez cztery tygodnie, a oni jadą na nim przez 10 lat i więcej.

A klimat do tego jest u nas sprzyjający. Polacy uwielbiają sięgać po lekarstwa. Boli głowa - proszek. Lekko ćmi ząb - inny proszek. Do tego tabletki na odchudzanie, potencję, katar i samopoczucie. Nie mamy świadomości, że to nie cukierki.

- Musimy pamiętać, że leki „na humor”, o których rozmawiamy, są legendarne od lat 60. Ich działanie jest sławne na cały świat. Współcześnie pojawiają się w co drugim filmie i serialu. Co drugi celebrycki trup ma we krwi właśnie tę substancję. W Stanach, Kanadzie, Australii mamy dziś do czynienia z epidemią, jednak władze - może nieudolnie, ale jednak - próbują z tym zjawiskiem walczyć. W USA delikwentami, którzy robią doctor shopping, zajmuje się Agencja Narkotykowa, natomiast w Polsce mamy białą plamę. Tego tematu nie ma. Jak lekarze zaczynają mówić o tym, to raczej w tonie: - Może faktycznie koledzy czasem niefrasobliwie wypisują recepty.

Trudno mówić o skali tego problemu w Polsce, nie ma żadnych badań na ten temat. Na świecie to jest numer jeden, jeśli chodzi o kwestię uzależnień. Ciężko jest w ogóle rozgraniczać narkotyki od leków. Jedno się mieli z drugim. Heroina też była wynaleziona jako lek. A jednak benzodiazepiny i inne tego typu substancje są czasem, w ekstremalnych sytuacjach, potrzebne.

Tak uważasz?

- Mogę mówić o sobie. Sięgnąłem po xanax, żeby uśmierzyć skutki stresu pourazowego. Miałem napady paniki, które nie pozwalały mi funkcjonować.

 

Skąd ten stres pourazowy się u ciebie wziął?

- O tym akurat nie chcę mówić. Jego objawy sprzęgły się z moją skłonnością do uzależnień. I z tym, że chciałem natychmiastowej ulgi, bo czułem się fatalnie. Wydawało mi się wtedy, że jak tylko ktoś mi wręczy coś, co przyniesie mi chwilę wytchnienia, to zajmę się rozwiązywaniem swoich problemów. Oczywiście, nic takiego nie nastąpiło.

Wciąż próbuję się oduczyć myślenia, że jest coś, co w sekundę zmodyfikuje mój stan emocjonalny. Dopiero z dystansu zobaczyłem, że to, co się dzieje we mnie, działa na zupełnie innych zasadach i jest poza moją kontrolą. Każda próba manipulowania tym musi się skończyć źle. Niestety ja, przez lata, działałem na przekór naturze.

Może w tym wszystkim chodzi o „cienia sensu głód”, jak to określasz w książce? „Ten głód można tylko przyćmić, bo zaspokoić go nie ma jak. (...) Kiedyś ludzie przez ten stres zaczynali chodzić do kościoła, ale teraz są tabletki”. Rzekome panaceum na egzystencjalne lęki.

- Kiedyś na życiową nieporadność, graniczącą z przerażeniem tym całym absurdem, mieliśmy różne religijne koncepcje. A teraz xanax jest szybszy niż wiara. Te tabletki działają w bardzo podobny sposób do alkoholu, wpływają na podobne sfery w mózgu. Jedno zatykają, drugie pobudzają. Dzięki nim człowiek może udawać, że sobie radzi w życiu.

Przed kim: przed sobą czy przed innymi?

- Przede wszystkim przed sobą, to jest ta pułapka. Dopóki tabletka działa, jest świetnie. Po godzinie zaczyna się dramat, trzeba wziąć dwie kolejne.

Albo 10 pod język, jak w „Relaksie amerykańskim”.

- Albo 50. Ludzie dochodzą do przerażających rekordów - łykają 120 tabletek nasennych naraz.

I żyją?

- To jest dobre pytanie, czy oni wciąż żyją. Obserwowałem takich skrajnie wyniszczonych ludzi, jak byłem na detoksie. Spędziłem na nim dwa miesiące, tyle czasu xanax wypłukuje się z organizmu. To strasznie ważne, zawsze to podkreślam. Alkohol wyparowuje z organizmu po trzech dniach, heroina też wychodzi z ciała szybko, chociaż wcześniej czyni ogromne spustoszenia, natomiast leki takie jak xanax wyłażą powoli. Dla wielu uzależnionych to jest bariera nie do przejścia. Próby samodzielnego odstawiania zazwyczaj kończą się fiaskiem, bo ciężko jest wytrzymać tak długi okres odtruwania.

Z tego powodu uzależnieni unikają też pójścia na detoks. No bo jak to - dwa miesiące bez pracy? Dwa miesiące w szpitalu psychiatrycznym? Każdy uzależniony będzie szukać wymówek, dla których nie idzie się leczyć. Albo będzie w ogóle wypierać fakt, że potrzebuje pomocy.

Zakłamanie jest tutaj czasem większe niż w przypadku „klasycznego” nałogu. No bo jak to jest, że ktoś przez pięć lat bierze krótkoterminowe leki nasenne, takie, które można przyjmować do dwóch-trzech tygodni, i uważa, że wszystko gra? Dwudziestokilkulatek, który argumentuje to tak: - Muszę to brać do końca życia, cierpię przecież na chroniczną bezsenność. Bardzo trudno się przez coś takiego przebić, nie jestem w stanie rozmawiać z takimi ludźmi.

Miałeś taki moment, że i ty gubiłeś się we własnych kłamstwach, że już nie wiedziałeś, kim jesteś?

- Oczywiście. Było ich mnóstwo. Nie potrafię przytoczyć ci jednego, bo łykane w takich ilościach prochy powodują przykre stany amnezji. Bardzo wielu momentów w swoim życiu nie pamiętam. Spotykam ludzi, mówią mi „cześć”, a ja nie wiem, kim są. Brakuje mi paru szarych komórek, sam sobie to zgotowałem.

Narracje, równoległe życiorysy, które wiodłem u poszczególnych lekarzy, zaczęły mi się mylić. Wynosiłem je na zewnątrz i mieszały się z moim prawdziwym życiem. Byłem do nich bardzo przywiązany.

Czemu one były aż tak wymyślne? Dlaczego udawałeś przed lekarzami korespondentów wojennych po akcji, zestresowanych reporterów i podróżników, wracających z odległych zakątków świata? Jakbyś pisał scenariusz przygodowego filmu.

- To przez wstyd. Wstyd jest straszny. A cały czas, nawet jak byłem na granicy śmierci, chciałem udawać, że sobie radzę w życiu.

Dlatego od pewnego punktu postanowiłem się nie wstydzić wcale. Jak teraz tutaj siedzimy, to wydaje mi się to abstrakcyjne, że się wstydziłem. Dlaczego mam ukrywać swoje przypadłości? Przez nie narobiłem mnóstwo złych rzeczy, wyrządziłem wiele krzywd moim bliskim, ale próbuję to naprawić. Nie chcę już się przemykać, tak jak wcześniej, całe życie ustawiając sobie pod kątem zdobywania substancji. Dzień i noc, dzień i noc - myślałem tylko o tym.

Jak pomóc komuś, kto tkwi w takiej matni? Bohater twojej książki ma rodzinę, która mnie potwornie wkurza, bo nie robi nic z jego nałogiem. Wypiera ten nałóg, co najwyżej dyskutuje o nim przy obiedzie.

-  Nie oceniałbym tej rodziny tak surowo. Ciężko jest zrobić cokolwiek z osobą uzależnioną. To wymaga niebywałej konsekwencji. Rodziny nałogowców często próbują coś zmienić, ale po iluś nieudanych próbach rezygnują. Zresztą, to jest zdrowsze dla tych ludzi i bezpieczniejsze, żeby zajęli się sobą.

Ojciec twojego bohatera nakrywa syna na łykaniu prochów w toalecie. I jedyne, co potrafi z siebie wydusić, to prośba, żeby tego nie robił.

- A cóż ten facet ma powiedzieć?

Oświadczyć, że natychmiast jadą na detoks? Zwołać rodzinną naradę? Postawić jakieś ultimatum?

- Jest taki interwencyjny model w Stanach. Ale to wyzwanie - wymaga wiedzy, umiejętności. Nie można się z motyką na słońce, czyli na ćpuna, porywać. Bo to jest osobnik poza jakąkolwiek kontrolą. Ile razy potakiwałem, obiecywałem, że przestanę, a potem było jak zwykle! I nawet w momentach składania deklaracji w nie wierzyłem, tylko później zawsze potrafiłem sobie uargumentować, że takie wyrzeczenia są zbędne. Już byłem pod bramą szpitala i wymyślałem, że może jednak nie jestem uzależniony, że może mam depresję. Ten problem jest w końcu nienazwany. No, łyka chłop tabletki. Tyle.

Jedyne, co może uratować kogoś takiego, to kiełkujące w nim samym poczucie, że jest ćpunem. Jakiś przebłysk, w którym staje się podmiotem i podejmuje decyzję. Wychodzi z roli ofiary.

Sęk w tym, że nie ma terapii wyłącznie dla lekomanów. Ty miałeś „szczęście”, bo jesteś także alkoholikiem, dzięki czemu dostałeś się na oddział w szpitalu przy Sobieskiego w Warszawie.

- Brzmi to jak kiepski żart, ale faktycznie mój drugi nałóg mi pomógł. Pozwoliłem się uratować, złapałem rękę, którą do mnie wyciągnięto. Na detoksie odtruto mnie praktycznie bezboleśnie. Potem trafiłem jeszcze na sześciotygodniowy odwyk na Sobieskiego, a później od razu udało mi się pójść na terapię dla alkoholików.

Lekarze, którzy na detoksie sprzątają po swoich kolegach po fachu i ratują ludzi uzależnionych od leków, mają gigantyczny problem, bo nie wiedzą, gdzie po odtruciu wysyłać takich pacjentów. No bo oni myślą, że mają jakoś inaczej niż tamci pijacy... Ćpający leki się nie leczą i wracają na te detoksy po sześć razy. Co oznacza, że spędzają rok w szpitalu psychiatrycznym. A między tymi pobytami nałóg wraca u nich ze zdwojoną siłą.

O swoim uzależnieniu zdecydowałeś się opowiedzieć w ubiegłym roku na łamach „Dużego Formatu”. Teraz wydałeś książkę, która wpisuje się w ten sam nurt, co chociażby „Najgorszy człowiek na świecie” Małgorzaty Halber. Czyli niby to beletrystyka, a jednak mocno osadzona w osobistych doświadczeniach autora. Po co ci takie literackie rozliczenie z nałogiem i przeszłością?

- Chwilami się zastanawiam, bo to wcale nie jest tak, że pisanie o uzależnieniu ma dla mnie walor terapeutyczny. To jest coś, co mógłbym zakopać, zająć się teraźniejszością. Byłoby to dla mnie wygodniejsze.

Jednak z punktu widzenia pisarza ciężko mi było tego nie opowiedzieć. Nikt jeszcze nie opowiadał tego typu historii o uzależnieniu. Ono trochę jakby nie istnieje. Jest niewygodne. Więc w całej swojej naiwności wierzę, że to ważne, żeby nazwać wreszcie problem z prochami, żeby obnażyć strukturę tego uzależnienia. Ta książka opowiada o sprawach uniwersalnych - bólu, bezradności, o pułapce, w którą może wpaść każdy. Tę pułapkę trzeba zobaczyć, żeby z niej wyjść.

Jak?

- Po prostu trzeba się leczyć. Nie ma co roztkliwiać się nad sobą, zastanawiać nad tym, czy to sprawiedliwe, że nałóg nas dopadł. Lepiej zawrócić teraz niż za pięć lat, kiedy szanse na przetrwanie będziemy mieć już marne.

Do dzisiaj się dziwię, że ta loteria wypluła mnie w jednym kawałku. Miałem takie szczęście, że to się w pale nie mieści. Naprawdę wygrałem na loterii, cudem przeżyłem. Po dwóch próbach samobójczych, po pobytach na OIOM-ach, nie miałem wyjścia, musiałem wytrzeźwieć.

Oceń treść:

Average: 10 (1 vote)

Komentarze

Anonim (niezweryfikowany)

Od 3 lat biorę Xanax, 1 mg dziennie, znam konsekwencje i nigdy nie przekraczam tej dawki. Nie biorę dla fazy, mam zaburzenia spowodowane MDMA (ogromne problemy ze wzrokiem - śnieg optyczny, palinopsja, widzenie "2D" oraz depersonalizacja i stany lękowe). 1 tabletka pozwala przetrwać mi cały dzień, czasami dopiję piwko wieczorem. Każdego dnia, mimo, że czuję się ok, boję się (bo zabraknie tabletek, bo przestaną działać, bo lekarz nie wypisze więcej).

"Dwudziestokilkulatek, który argumentuje to tak: - Muszę to brać do końca życia, cierpię przecież na chroniczną bezsenność. Bardzo trudno się przez coś takiego przebić, nie jestem w stanie rozmawiać z takimi ludźmi."

Ja też nie potrafię się przez coś takiego przebić. Mam wybór - albo być prawie ślepym, zalęknionym, trzeźwym człowiekiem, albo uzależnionym ćpunem. Nie wiem, jak to się skończy.

PS Świetny wywiad.

Anonim (niezweryfikowany)

Opiszesz troche wiecej o wpływie MDMA? Długo brałeś? Duzo? Jakieś objawy zwiastunowe?

 

randomness