REKLAMA




Jack Cole. Gliniarz, który nie chce prohibicji

Od Redakcji H: tekst (pierwsza z trzech części zasadniczo) pochodzi z pisma Monar Na Bajzlu, numeru z zimy 2011/2012. Można zatem powiedzieć, że nie jest szczególnie świeży, ale ponieważ dotyczy historii Wojny z Narkotykami i pokazuje ją z ciekawej perspektywy, zaś samo pismo nie do wszystkich na pewno dotarło, zdecydowaliśmy się go przedrukować. Ciekawie się go czyta, zwłaszcza mając na względzie co wydarzyło się w dziedzinie polityki narkotykowej w USA potem.

Tagi

Źródło

Magazyn MNB – Zima 2011/2012

Komentarz [H]yperreala

Adres, pod którym możecie znaleźć wszystkie dostępne numery czasopisma Monar Na Bajzlu:

http://magazynmnb.pl/

 

Polecamy!

Odsłony

751

Od Redakcji H: tekst (pierwsza z trzech części zasadniczo) pochodzi z pisma Monar Na Bajzlu, numeru z zimy 2011/2012. Można zatem powiedzieć, że nie jest szczególnie świeży, ale ponieważ dotyczy historii Wojny z Narkotykami i pokazuje ją z ciekawej perspektywy, zaś samo pismo nie do wszystkich na pewno dotarło, zdecydowaliśmy się go przedrukować. Ciekawie się go czyta, zwłaszcza mając na względzie co wydarzyło się w dziedzinie polityki narkotykowej w USA potem. 

 

Jack Cole poznał problemy walki z narkotykami z wielu perspektyw. Przeszedł na emer yturę w stopniu detektywa porucznika, po 26 latach służby w policji stanowej New Jersey. Dwanaście lat służby spędził pracując jako tajny funkcjonariusz do spraw narkotyków. Śledztwa prowadzone przez niego dotyczyły całego zakresu spraw związanych z narkotykami – od ścigania drobnych i średnich handlarzy narkotyków w New Jersey do wielkich międzynarodowych organizacji przemytniczych obracają cych miliardami dolarów. Cole zakończył swoją karierę mieszkając przez prawie dwa lat a w Nowym Jorku i Bostonie, gdzie odgrywał, jako tajny agent, rolę poszukiwanego za morderstwo ha ndlarz a narkotyków tropiąc członków organizacji terrorystycznej, odpowiedzialnej za napady na banki, ataki bombowe na budynki korporacyjne, sądy, posterunki policji i samoloty oraz winnej morderstwa funkcjonariusza policji stanowej New Jersey. Jednak po przejściu na emeryturę zaczął zmagać się z bagażem emocjonalnym , który wynikał z jego udziału w niesprawiedliwej wojnie z przestępczością narkotykową . Swoje wysiłki skoncentrował na działaniach zmierzających do zmiany obowiązującej polityki dotyczącej narkotyków. Zamieszkał w Bostonie by kontynuować swoją edukację. Jack Cole posiada tytuł licencjacki w zakresie Kryminalnego Systemu Sprawiedliwości i magisterski w zakresie Administracji Publicznej. Aktualnie pisze pracę doktorską w ramach Programu Doktoranckiego Administracji Publicznej na Uniwersytecie Massachusetts. Głównymi obszarami jego badań są dyskryminacja rasowa i dyskryminacja ze względu na płeć oraz brutalność i korupcja w walce z przestępczością. Jack jest przekonany, że rezygnacja z prohibicji będzie dużym krokiem w kierunku rozwiązania tych problemów. Jack Cole prowadzi szkolenia dla rekrutów i starszych funkcjonariuszy policji w zakresie etyki i uczciwości, podejmowania decyzji w zgodzie z moralnością oraz ujemnych skutków istnienia stereotypów rasowych. Jak o Dyrektor LEAP (Law Enforcement Against Prohibition – Stróże Prawa Przeciw Prohibicji) wygłasza referaty na międzynarodowych konferencjach. W Parlamencie Europejskim mówił o konieczności reformy polityki dotyczącej narkotyków. Setki razy spotykał się również ze studentami, wychowawcami, grupam i zawodowo związanymi z tematem, grupami obywatelskimi, dobroczynnymi i religijnymi w Australii, Kanadzie, Ameryce Środkowej, Europie, Nowej Zelandii i całych Stanach Zjednoczonych . Cole głęboko wierzy, że wojna z narkotykami jest skażona rasizmem, że niepotrzebnie niszczy życie wielu młodym ludziom i rodzi korupcję w policji. Jego w ykłady pozwoliły słuchaczom spojrzeć na amerykański system walki z narkotykami z innej perspektywy – perspektywy byłego uczestnika wojny, który w końcu zwrócił się przeciwko niej.

 

Jack A. Cole - Koniec z prohibicją

Jack idzie na wojnę

W 1964 roku wstąpiłem w szeregi Policji Stanowej stanu New Jersey, a 6 lat później zostałem członkiem biura do spraw narkotyków. Zacząłem pracę w tym zakresie na samym początku wojny z narkotykami. Decyzja o jej rozpoczęciu była jednym z najbardziej jednogłośnie popieranych rozwiązań prawnych w całej historii amerykańskiej polityki. Od czasów Nixona każdy prezydent, bez względu na polityczne afiliacje, doprowadzał do nasilenia tej wojny, a w efekcie również do eskalacji jej niezamierzonych skutków. Samo określenie „wojna z narkotykami” zostało stworzone przez Richarda Milhousa Nixona podczas kampanii prezydenckiej w roku 1968. Nixon wierzył, że polityka „twardej ręki” wobec przestępczości przysporzy mu głosów w wyborach, ale gdyby mógł stanąć na czele „wojennej kampanii” – to by dopiero było coś! Jak wszyscy wiemy udało się mu osiągnąć cel. Nixon został wybrany na Prezydenta Stanów Zjednoczonych w roku 1970 i przekonał Kongres do uchwalenia przepisów pozwalających na skierowanie olbrzymich funduszy do każdego departamentu policji, który wyraził chęć zatrudnienia funkcjonariuszy mających prowadzić „wojnę z narkotykami”. Aby uzmysłowić Państwu, jak wielkie były to środki posłużę się przykładem: policja stanowa w New Jersey liczyła 1.700 funkcjonariuszy, w tym siedmioosobowy oddział do spraw walki z narkotykami. Ta liczba osób zawsze wydawała się nam odpowiednia do realizacji zadań, jakie były do wykonania. Kiedy starałem się o przyjęcie do wydziału antynarkotykowego jego liczebność była wciąż taka sama. W październiku 1970 roku ten siedmioosobowy wydział przekształcił się nagle w biuro antynarkotykowe liczące siedemdziesięciu sześciu funkcjonariuszy – opłacanych oczywiście pieniędzmi z federalnych podatków. Program ten został powielony w wydziałach policji na terenie całego kraju. Kiedy rozmiar organizacji zwiększa sie jedenastokrotnie, rosną również oczekiwania wobec niej. Jeśli efektywność pracy policji była oceniana głównie na podstawie ilości dokonanych aresztowań, spodziewano się, że w nadchodzącym roku aresztujemy za przestępstwa związane z narkotykami co najmniej jedenaście razy więcej osób, niż w roku 1969. Jedna trzecia z siedemdziesięciu sześciu nowych detektywów została wyznaczona do roli „tajnych agentów”. Okazało się, że i ja trafiłem do tej grupy i tak spędziłem następne czternaście lat swojego życia. Po dwutygodniowym szkoleniu wyruszyliśmy na ulice, gdzie mieliśmy rozpocząć aresztowania handlarzy narkotyków. W 1970 roku, z kilku powodów nie było to łatwe zadanie.

Kreatywna statystyka

Po pierwsze, w 1970 roku właściwie nie mieliśmy wielkich problemów z narkotykami; jedyne jakie istniały dotyczyły miękkich narkotyków: marihuany, haszyszu, LSD, psylocybiny (grzybki halucynogenne) itp. O twardych narkotykach, jak metamfetamina, kokaina czy heroina praktycznie się nie słyszało – przynajmniej w porównaniu do skali, w jakiej występują dzisiaj. Narkotyki były traktowane bardziej jako niedogodność, niż prawdziwe zagrożenie dla społeczeństwa. Dla przykładu, w 1970 roku prawdopodobieństwo śmierci w wyniku używania narkotyków było mniejsze niż w wyniku upadku ze schodów we własnym domu lub zadławienia się jedzeniem przy własnym stole. Po drugie, w tamtych czasach zarówno my, jak i nasi szefowie, nie mieliśmy pojęcia jak prowadzić wojnę z narkotykami. Nasi szefowie wiedzieli jednak jedno: trzeba zatrzymać tę federalną „dojną krowę dolarową” na własnym podwórku. Aby to osiągnąć należało stworzyć wrażenie, że wojna z narkotykami jest absolutną koniecznością. Na początku zachęcano nas więc, abyśmy fałszowali większość danych statystycznych, a my to czyniliśmy.

Ponieważ nie było jeszcze dilerów na każdej ulicy i we wszystkich szkołach, jak ma to miejsce dziś, celem działań dla naszych tajnych agentów stały sie małe grupy towarzyskie młodzieży na uczelniach, w liceach lub w podobnym wieku eksperymentujące z narkotykami.

Eskalowane zagrożenie

Dokonywaliśmy więc aresztowań ludzi, którzy właściwie byli tylko użytkownikami narkotyków, stawiając im zarzuty handlu narkotykami. Wyolbrzymialiśmy ilości zarekwirowanych narkotyków przez dodawanie wagi jakichkolwiek innych substancji, które udało się nam znaleźć (laktoza, mannit, skrobia, sacharoza) do wagi nielegalnej substancji. Mogliśmy więc zarekwirować jedną uncję kokainy i cztery funty laktozy, ale gdzieś pomiędzy miejscem zarekwirowania a policyjnym laboratorium całość w magiczny sposób stawała się kokainą. Zawyżaliśmy również wartość skonfiskowanych narkotyków podając mediom ich „szacunkową wartość rynkową”, co znacznie podnosiło wagę całej sprawy. Na przykład w 1971 roku kupowałem pojedynczą uncję kokainy za 1500 dolarów, ale gdy podawaliśmy mediom szacunkową wartość rynkową uncji kokainy wynosiła ona już blisko 20 000 dolarów. Wystarczyło tylko „podnieść” wartość narkotyków, a walka z nimi wydawała się być kwestią absolutnie zasadniczą. Dzięki temu potok dolarów mógł nadal płynąć do naszych wydziałów a nasi szefowie mogli być zadowoleni. Kto mógł zakwestionować nasze szacunki? A jeśli już to czynił, to do kogo mógł się zwrócić ze swoimi wątpliwościami? Do nas. A my zawsze mogliśmy je jakoś uzasadnić.

Pożądana rzeczywistość

Jednakże gdy wojna z narkotykami zyskała ugruntowaną pozycję, nie musieliśmy już kłamać na temat pogarszającej się sytuacji. Z każdym upływającym rokiem trwania tej kampanii „problem narkotyków” stawał się coraz bardziej groźny. Był to niezamierzony efekt spowodowany przez nasze działania. Wojna spopularyzowała i uczyniła atrakcyjnym używanie oraz handel narkotykami, a także spowodowała wzrost zainteresowania nimi wśród dużej grupy młodych ludzi w naszym kraju. W wielu przypadkach kultura narkotykowa ukazywana w filmach i telewizji stworzyła wrażenie czegoś podniecającego i romantycznego dla amerykańskich nastolatków. Wielu biednych, młodych ludzi żyjących w dużych miastach postrzegało dilerów jako wzór do naśladowania, a handel narkotykami jako jedyną drogę ucieczki od ubóstwa i nędzy miejskiego getta. Handlarz narkotyków był jedyną osobą w ich otoczeniu posiadającą świetny samochód, otoczoną pięknymi kobietami, mającą „kasy jak lodu” i dość wolnego czasu by ją wydawać.

Diabelskie ziele

W początkowych latach większość aresztowań, jakich dokonywaliśmy, dotyczyła używania lub przewozu marihuany, narkotyku najłatwiejszego do wykrycia ze względu na spore rozmiary i fakt, że policjanci mogli wyczuć jej zapach, jeśli w bagażniku samochodu zatrzymanego na autostradzie przewożono dostatecznie dużą jej ilość. W tamtych czasach media stawiały znak równości pomiędzy marihuaną a kokainą czy heroiną. Dzięki temu, większość społeczeństwa właściwie nie dostrzegała różnicy pomiędzy poszczególnymi narkotykami. Przechwycenia marihuany były pierwszymi, które policja mogła liczyć w tysiącach funtów wagi – dla opinii publicznej narkotyk był narkotykiem, a tysiące funtów ilością przerażającą. Ta sytuacja spowodowała, że problem narkotyków jawił się jako dużo poważniejszy niż był naprawdę.

Twarde narkotyki wchodzą na rynek

Wojna z narkotykami miała wiele niezamierzonych skutków. Jednym z nich był fakt udanego przechwytywania przez policję wielkich ilości marihuany, który spowodował, że dotychczasowi dilerzy marihuany przerzucili się na twardsze narkotyki – trudniejsze do wykrycia i przy tej samej wadze, znacznie bardziej zyskowne. Tymi „twardszymi narkotykami” były heroina, kokaina i metamfetamina. Jeszcze gorszym efektem tej wojny było to, iż w ciągu kilku lat cena funta marihuany wzrosła ze 160 do prawie 4000 dolarów. To spowodowało, że jej użytkownicy zainteresowali się twardymi narkotykami, trudniejszymi do wykrycia, łatwo dostępnymi i tańszymi niż kiedykolwiek wcześniej. Wojna z narkotykami przyczyniła się w istocie do wzrostu poziomu ich użycia i zwiększyła prawdopodobieństwo, że dotychczasowi użytkownicy miękkich narkotyków wybiorą te twarde, takie jak heroina i kokaina.

Wojna z narkotykami a rasizm

W wielu przypadkach aresztowań dokonanych przez policję w sprawach związanych z narkotykami wyraźne i oczywiste były motywy polityczne. Spadkobiercy epoki dzieci-kwiatów z końca lat 60-tych zafascynowani hasłem „włącz się, dostrój się i odleć”, z których większość brała również czynny udział w protestach przeciwko udziałowi Stanów Zjednoczonych w wojnie wietnamskiej, stanowili jedną z pierwszych grup, na których skoncentrowaliśmy nasze działania. Szybko jednak dołączyły do nich grupy aktywistów związane z mniejszościami rasowymi i etnicznymi, jak np. Czarne Pantery. W końcu H.R Haldemann, szef sztabu Richarda Nixona, zapisał w swoim dzienniku, że prezydent podkreślał: „Musimy dostrzec fakt, że istotę problemu stanowią czarni. Kluczem jest opracowanie takiego systemu, który będzie uwzględniał to założenie, choć pozory będą świadczyć inaczej”. Systemem, który opracowali, była wojna z narkotykami a Nixon nie mógł nawet marzyć by osiągnąć więcej dla swoich celów. Wojna z narkotykami spowodowała powstanie najbardziej rasistowskich przepisów, jakie Stany Zjednoczone widziały od czasów niewolnictwa. Rzeczywiście, dziś w amerykańskich więzieniach siedzi więcej czarnych i innych kolorowych (1,300,020) niż wynosiła całkowita liczba niewolników zamieszkujących kraj w roku 1840 (1,244,384).

Narkotykowy biznes rozkręca się

Po trzech latach trwania wojny rzeczywiście dokonywaliśmy aresztowań prawdziwych handlarzy narkotyków „średniego szczebla”, jak np. członków motocyklowego gangu „The Breed” sprzedających metamfetaminę na peryferiach Filadelfii i na obszarze stanu Pennsylvania. W roku 1977 dokonałem nalotu na lokal w rejonie Corona w nowojorskiej dzielnicy Queens i zarekwirowałem narkotyki i około 350 tysięcy dolarów, co zostało okrzyknięte przez prasę „największym transportem meksykańskiej brązowej heroiny, kiedykolwiek przechwyconym w Stanach Zjednoczonych.” Przez ponad tydzień sprawa była obecna na łamach gazet – i choć wstyd dzisiaj o tym mówić, to waga skonfiskowanej heroiny wynosiła 19 funtów. Problem narkotyków stale się jednak pogłębiał i to do tego stopnia, że w roku 1978 zajmowałem się rozpracowywaniem międzynarodowych organizacji przestępczych, zajmujących się przemytem heroiny i kokainy o wartości miliardów dolarów. Później, w roku 1982 zostałem wyznaczony do przeprowadzenia ściśle tajnego dochodzenia. Przez dwa lata mieszkałem w Bostonie i Nowym Jorku odgrywając rolę ściganego za morderstwo handlarza narkotyków, tropiąc organizację terrorystyczną odpowiedzialną za napady na banki, zamachy bombowe na budynki korporacyjne, sądy, posterunki policji i samoloty oraz za morderstwo Detektywa Stanowego stanu New Jersey. Doprowadzenie tego śledztwa do końca zajęło mi dwa lata, a od powrotu do New Jersey w 1984 roku nigdy więcej nie prowadziłem spraw narkotykowych. Jestem z tego powodu bardzo zadowolony. A oto dlaczego.

Rosnąca jakość i cena heroiny

Rządowa Agencja do Walki z Narkotykami (DEA) stworzyła diagram zatytułowany „Heroina – Ceny i Czystość” i umieściła go na stronie internetowej, którą nazwano „DEA – Księga Informacyjna 2001”. Diagram ten przedstawia wysokość kosztów i stopień czystości heroiny dostępnej na rynku – rok po roku od 1980 do 1999. Koszty, o których mowa w diagramie to średnia cena porcji narkotyku, jaką jego użytkownik musiał zapłacić by być „na haju”. Czystość natomiast odnosi się do średniej czystości pojedynczej porcji narkotyku dystrybuowanego na ulicach. Zakres opracowania DEA obejmuje okres od roku 1980. Jak już wspomniałem, ja sam dokonywałem zakupów heroiny już w roku 1970, więc moja wiedza wyprzedza ten diagram o 10 lat. W roku 1970 kupowaliśmy heroinę w tak zwanych „tree-bags” (torebki z heroiną, nazwane tak ponieważ każda kosztowała 3 dolary). Zawsze kupowało się dwie takie torebki, bo żeby być „na haju” narkoman musiał zażyć dwie takie porcje. Dwie torebki po 3 dolary każda, co daje razem 6 dolarów – tyle trzeba było zapłacić w 1970 roku by się naćpać. W tamtych czasach czystość narkotyku wynosiła około 1,5 % (czystość oznaczała, ile z białego bądź brązowego proszku w opakowaniu było czystą heroiną). Po dziesięciu latach „wojny z narkotykami” czystość narkotyku wzrosła dwukrotnie, podczas gdy cena dawki spadła z 6 dolarów na 3.90. Po trzydziestu latach „wojny” cena, jaką trzeba zapłacić za jednorazową porcję zmalała do poziomu 80 centów (licząc wartość dolara w roku 1980) ponieważ czystość heroiny wzrosła 25--krotnie w stosunku do początku lat siedemdziesiątych. Narkotyk dostępny na ulicach osiągnął czystość rzędu 38%. Do roku 2000, w Newark czy w Filadelfii czystość heroiny osiągnęła poziom przekraczający 70%.

 

Tłumaczenie: Paweł Szatkowski

C.D.N.

Oceń treść:

Average: 4 (1 vote)
randomness