Głód

Reportaż z "Na przełaj"; i rozdział książki "Po tej stronie granicy".

Tagi

Źródło

"Na przełaj", 22 II 1981

Odsłony

1555

rozdział książki pt "Po tej stronie granicy" (do spisu treści)

"Na przełaj"
22 II 1981

Pokaż, Piotruś, masz jeszcze zęby? A włosy? No, a nie mówiłam, że zupa nie jest zdrowa! Rozbierz się. Zobaczę, czy masz na sobie jeszcze trochę mięsa.
Chłopak jest przeraźliwie chudy. Tak mogli wyglądać więźniowie Oświęcimia po paru miesiącach pobytu. Długie włosy związane w koński ogon. Z czego żyjesz?
- Piszę nuty. Przepisuje się z partytury na różne instrumenty, 100-150 zł od strony.
- Zawsze byłeś filozofem i zawsze miałeś swoje metody. A teraz co?
- Nie wyszło. Przekonałem się do metod konwencjonalnych. Nie wierzę w sportowe branie.
- To tyle lat aż trzeba było?

Miejsc nie ma, ale Piotr dostaje się na oddział. Tylko na odtrucie - do dwóch tygodni.
Żaden lekarz, który by go zobaczył, nie odważyłby się odmówić. Ma 26 lat i niewielkie szanse na wyleczenie - bierze od 9 lat. Rozsądne dawki. Tylko w domu. Takiego milicja nie zgarnie zaćpanego z ulicy.
Nie znajdą go pod płotem. Umrze we własnym domu. Ten gatunek narkomanów to gatunek zanikający.
Ostatnie pozostałości po epoce dzieci-kwiatów. Jedyni, którzy nie wchodzą w zasadzie w kolizję z prawem. Jeżeli nawet produkują coś w domu, to tylko dla siebie. Zarabiają na to. Piotr maluje. Przepięknie. Ma maturę i rok ASP. Jego obrazy sprzedają często pod własnym nazwiskiem dawni koledzy z roku, ci z dyplomami. Takich jak Piotr lekarze traktują trochę lepiej, choć ich stosunek do narkomanów generalnie rzecz biorąc, jest wrogi. Znajomy lekarz psychiatra powiedział wręcz:
- Ja mam im współczuć? Tym łobuzom, co dobrowolnie i świadomie rujnują sobie zdrowie?

Jak ja mam na oddziale kobietę, która po skomplikowanym porodzie wpadła w schizofrenię, to ja wiem, że lecząc ją ratuję żonę i matkę, wartościowego człowieka. A ci tu, to szmaty!

A więc w tych szpitalach psychiatrycznych, do których dostają się na leczenie, narkomani łatwego życia nie mają. Budzą agresję w otoczeniu. Lekarz, którego powołaniem jest ratowanie zdrowia, który patrzy, jak umiera na uremię pacjentka, bo nie doczekała się swojej kolejki do sztucznej nerki, nie potrafi traktować wyrozumiale człowieka, który zabija się na raty. Zwłaszcza że u narkomana rozpad osobowości dokonuje się bardzo szybko. Staje się egocentrykiem i egoistą. Nie istnieje dla niego miłość, lojalność. Myśli monotematycznie: jak zdobyć narkotyk? A przy tym wszystkim deklaruje chęć leczenia, często tylko po to, żeby uniknąć więzienia.
Chłopak, który wchodzi do pokoju, wygląda normalnie. Nikt nie zorientowany nie przypuszczałby, że może mieć coś wspólnego z narkotykami. Lekarz identyfikuje go bezbłędnie. Prosto od produkcji. Widzi pani, tak wyglądają ręce od produkcji.
- Z podróży nie z produkcji- prostuje pacjent.
Na pierwszy rzut oka ręce rzeczywiście wyglądają na brudne. Dopiero po chwili można zauważyć, że ten brud ma dość dziwny kolor, a ręce nie są równomiernie zabrudzone, tylko jakby poplamione.
- Głosków opuściłeś kiedy?
- W czerwcu.
- No właśnie, na sezon. I co, od razu ćpanie? W ciągu jesteś odkąd?
- Od połowy sierpnia.
- I co bierzesz, tylko kompot?
- Tylko. Ja bym chciał się odtruć, bo mam teraz możliwości podjęcia pracy, a Marek, ten, co to pani doktor wie, był tylko 9 dni na odtruciu i teraz ani nie bierze, ani nie pije. Żeby mi tylko pani doktor dała jeszcze jedną szansę.
- Dałam ci już kilka. Mało kto dostał tyle czasu, co ty. 5 miesięcy byłeś w sumie w Garwolinie i Głoskowie.
- Teraz nie mogę. Muszę dać szansę szesnasto- i siedemnastolatkom.

Ci, którzy tu przychodzą, to zwykle starzy znajomi. Nieraz już próbowali się leczyć. Na przyjęcie do Garwolina czeka w kolejce 14 osób. A dzisiaj pani doktor przyjęła 3 osoby bez kolejki - siedemnastolatków. Wpadli po raz pierwszy i szansa wyleczenia jest największa, choć i tak minimalna.

Najmniejszym problemem jest odtrucie, doprowadzenie organizmu do takiego stanu, w którym może już funkcjonować bez zakłóceń mimo braku narkotyków. Znika fizyczny głód, pozostaje o wiele silniejsze uzależnienie psychiczne. Narkoman już nie musi, ale chce brać, bo mu z tym dobrze. Leczenie tego uzależnienia psychicznego ciągnie się latami. Nic dziwnego, że pacjenci to starzy znajomi.

Pamiętasz Zawadzkiego? On jest teraz pan, zupełnie inny człowiek. Ten, który wstać nie mógł.
- A co ja się tam leczyłem. Dwa razy tylko. Ktoś coś tam naopowiadał i tylko mnie się czepiali, ja kozłem ofiarnym się stałem.
Tamtych też już nie ma w Garwolinie. Wypili na przepustce i wylecieli. Ale zgłaszali się tydzień temu i są czyści.
Recydywistów nie przyjmuje się na leczenie od razu. Za mało miejsc, żeby dawać je takim, co już się wielokrotnie leczyli. Dla nich bywają miejsca w sezonie, w lecie, bo wtedy mnóstwo pacjentów wypisuje się na ćpanie. Są tacy którzy ośrodki garwolińskie traktują jak hotel. Wstępuje się tu podczas przejazdu z jednego końca Polski na drugi. Można się najeść, wyspać, a przy okazji odtruć na następne ćpanie. Można też, przy okazji podrzucić innym kompot.

No, co powiesz, Stasiu? Jak cię życie traktuje?
- Mam komplikacje. Muszę się wyprowadzić.
To i tak długo rodzice czekali z wyrzuceniem cię z domu. Zresztą po co ci dom? W domu to produkujesz?
- Nie!
- No to do meliny! W której melinie, na de Gaulle'a czy gdzie? Tylko kompot bierzesz czy coś jeszcze?
- Tylko kompot.
- A w ogóle to po co tu przyszedłeś. bo chyba nie po pomoc? Ile dni wytrzymałeś w Srebrzysku, dwa? A wiesz, że w tym roku nie było jeszcze takiego, co by się wypisał po 3 dniach na własne żądanie?

Leczenie jest dobrowolne. Czasami, ale niezwykle rzadko, zdarza się, że sąd po zbadaniu delikwenta przez lekarza, orzeknie dwu- lub trzyletni przymus leczenia. W każdym innym przypadku narkoman, który dostanie się na oddział odwykowy ma prawo po kilku dniach, kiedy dalsze obywa nie się bez środków pobudzających wydaje się mu nie do wytrzymania, wypisać się na własną prośbę. A lekarz może tylko zgrzytać zębami. Jest bezsilny. Zdaje też sobie sprawę z tego. że większość tych, którzy zgłaszają się na leczenie, jest do tego zmuszona. Albo przez rodziców, albo przez milicję. W tym drugim przypadku nie chodzi zresztą o przymus w dosłownym tego słowa znaczeniu. Po prostu szpital traktuje się jako azyl, miejsce na przeczekanie, aż zainteresowanie władzy osłabnie. Bardzo często wiadomość, że narkoman zaczął się leczyć, powoduje zawieszenie toczącego się przeciwko niemu śledztwa.
- Ojciec nie żyje. Sama z nim jestem. Powiedziałam mu. że pójdę na milicję. Boję się spać. Kładę się o 23 nad ranem. On coś preparuje w domu. Cały dzień śpi - w ubraniu więc wcześniej tego nie zauważyłam.

Wczoraj był w podkoszulce i zobaczyłam te pokłute ręce i inne ślady.. Trzy lata nic nie robi. Pieniędzy mu nie daję, więc skąd on to ma? Chyba się wplątał w jakąś kryminalną aferę. Co ja mam robić?

Kobieta nie jest jeszcze stara. Mówiąc obraca cały czas na palcu obrączkę. Ręce ani przez chwilę nie przestają się poruszać. Wizyta u lekarza potrzebna jest jej chyba w tym samym stopniu co synowi. Syn ma 21 lat. Nikt nie może go zmusić do leczenia. Po rozmowie z nim lekarz doradza matce zawiadomienie o całej sprawie milicji. Może to go ruszy, jeżeli nie przeszkadza mu świadomość, że matka jest już u kresu wytrzymałości. I to, że z nim samym też jest coraz gorzej. Nie chce się leczyć. Jeszcze nie. Jeszcze wydaje mu się, że może w każdej chwili przestać. Choć bierze już kilka centymetrów dziennie.

Na razie mu z tym dobrze. Jak większość początkujących wyobraża sobie, że jest zdolny do wszystkiego. Witkacym będzie. Narkomania to dla niego światopogląd. Za miesiąc albo dwa jak wszystko zacznie się sypać, jak zrozumie, że wpadł bez wyjścia, może sam zgłosi się do przychodni. To się też zdarza. I takim czasami udaje się wyjść z nałogu - mają motywację. Czasami do przychodni gna ich zwykły lęk przed śmiercią. To też dobra motywacja. Niektórzy wychodzą. Najsilniejsi...

W 90 przypadkach na 100 rodzice dowiadują się o wszystkim od milicji. Nigdy im przez myśl nie przeszło, że ich dziecko się narkotyzuje. Tak, wiedzieliśmy że coś sobie gotuje w garnku, ale powiedziała, że to do płukania włosów, i uwierzyli. Skąd mogli wiedzieć. Przecież do szkoły chodzi, stopnie ma niezłe. Fakt, że czasami wagaruje, ale uważali, że ktoś ją do tego namawia, a nie, że to konieczne przerwy na ćpanie.

Kiedyś milicja zawiadamiała szkołę. Teraz nie zawiadamia. Wie, że jedynym stosowanym przez szkołę posunięciem jest natychmiastowe wyrzucenie "zarazy". A to nie pomaga w leczeniu. Za to szkoły mają wspaniałe statystyki - od lat sześćdziesiątych zjawisko narkomanii wśród uczniów zanika. W Stołecznej Komendzie MO fachowcy z zespołu do walki z narkomanią twierdzą, że w każdej warszawskiej szkole jest co najmniej jeden narkoman, a jeśli nawet sam nie bierze, to ma kontakt ze środowiskiem.

2500 to liczba tych, o których milicja wie. Aby uzyskać prawdopodobną liczbę narkomanów w samej tylko Warszawie, trzeba tę liczbę pomnożyĆ przez 3 lub 4, bo przecież każdy z tych 2500 ma kontakty z innymi ćpunami. To dawałoby około 9000. A gdzie ci, którzy biorą od czasu do czasu, albo ci, którzy tkwią w środowiskach na zasadzie obserwatorów? Nie będzie więc chyba przesady w twierdzeniu, że w całej Polsce liczba tych młodych ludzi sięga kilkaset tysięcy. Każdemu można by było zupełnie spokojnie wytoczyć sprawę karną. O produkcję, o włamania, o handel. Rzadko jednak dochodzi do skazań.
Chyba że przychwyci się gang, który z produkcji zrobił biznes. W innych przypadkach pracownicy milicji, choć ich zadaniem jest ściganie przestępstw, próbują pomóc. Chodzą do domu, rozmawiają z rodzicami i z delikwentem.
Wiedzą doskonale, że narkomana nawet więzienie nie wyleczy, choć ten rok czy dwa nie ma żadnego dostępu do narkotyków i wychodząc nie odczuwa głodu. I tak cały czas myśli o jednym, żeby brać.
Najgorszy jest głód. Objawy jak przy grypie, ale o wiele silniejsze. Mięśnie skręca potworny ból i człowiek zlewa się zimnym potem. Zdarzają się zapaści. Zdarzają się wypadki śmiertelne. Dlatego odwyk w warunkach domowych jest możliwy przy niewielkim stopniu uzależnienia. Są tacy, którym to wychodzi. Stopniowo zmniejszają dawki, wreszcie przestają brać. Wytrzymują tak nieraz i parę miesięcy. Potem wracają.

Wieloletnim narkomanom po nocach śni się "biała sala" - ten pierwszy etap odwyku. Całkowita abstynencja.
W niektórych przypadkach, rzadko - środki uspokajające. Życie na kroplówce - glukoza i witaminy.. Tak przebiega leczenie w Garwolinie, jedynym w Polsce ośrodku specjalizującym się w leczeniu i pomocy w powrocie do normalnego życia narkomana. Za złamanie abstynencji wylatuje się z ośrodka. Mimo to ci, którzy chcą się naprawdę leczyć, wolą Garwolin od zwykłych szpitali psychiatrycznych. W Garwolinie nie ma wizyt. Mniejsze jest prawdopodobieństwo przeszmuglowania towaru, większe prawdopodobieństwo wyleczenia. Polscy psychiatrzy nie mają doświadczenia w leczeniu narkomanów. Wiedzą, jak leczyć takiego, który wstrzykuje sobie co rano morfinę, żeby wstać z łóżka, wyjść na ulicę i żyć przez kilka godzin jak normalny człowiek, za nim nie odezwie się głód. Nie wiedzą, jak leczyć nastolatka, który dawką kompotu w kanał chce się odseparować od świata, zapaść się w nicość.

Garwolin ma swoje oddziały w Głoskowie, Zagórzu i Srebrzysku. To wszystko mało. Nie wystarczają też nieliczne oddziały specjalistyczne w szpitalach wojewódzkich. Nie wystarcza zalecenie ministra zdrowia i opieki społecznej, aby wszystkie szpitale przyjmowały na odtrucia zgłaszających się do nich narkomanów. Nie przyjmują, bo mają innych, "prawdziwych" chorych. Nie będą więc marnować miejsc dla ćpunów którzy uciekają tu przed milicją. Zwłaszcza że odtrucie to tylko podreperowanie organizmu. Z odtrucia pacjenci wracają z powrotem w ćpanie. Prawdziwe leczenie powinno trwać kilka lat.
Skąd wziąć pieniądze na resocjalizację narkomanów zbadanie i usunięcie przyczyn, dla których się nimi stali?
I czy to warto, bo przecież w Polsce narkomania nie jest problemem... Dzieci-kwiaty przeminęły, narkomani zostali. To nowe ich pokolenie z hippisami nie ma już nic wspólnego. To raczej gito-narkomani, narkomano-alkoholicy. Jeżeli nie ma kompotu albo zupy, pakują w żyłę malagę. Też działa. Centymetr kompotu kosztuje 100-150 zł. Narkoman bierze 15-20 cm3 dziennie. Musi na to zarobić. Zarabia więc produkcją albo rozprowadzaniem. Często swoją dzienną porcję otrzymuje od producenta czy handlarza za werbowanie nowych. Średnio operatywni potrafią zwerbować 5-6 osób rocznie.

W latach sześćdziesiątych narkotyzowanie się było raczej zjawiskiem elitarnym, możliwością przeżycia czegoś fajnego w gronie fajnych ludzi. Obejmowało głównie młodzież z tak zwanych dobrych domów. Teraz nie można przypisać narkotyzowania się jakiemuś jednemu środowisku. Może tylko jedno powtarza się w 90 przypadkach na 100- brak normalnej rodziny, brak prawdziwego domu.

- Który to już miesiąc, szósty?
- Siódmy.
- Bierzesz?
- Skąd! Jak się dowiedziałam, że jestem w ciąży, przestałam. Leszek też nie bierze. Przecież ja chcę mieć to dziecko. I wie pani, właściwie nie ciągnie mnie wcale.
- Ty, pamiętaj, Anka, ta ciąża cię przed niczym nie chroni. Znasz Dzidkę? Ma roczne dziecko i ćpa. Musicie zmienić mieszkanie, żeby was nikt nie znalazł, żeby sobie u was w domu nie zrobili meliny
- Zmieniliśmy. Nikt nie wie, gdzie mieszkamy.
- Ja wiem, to znaczy, że inni też wiedzą. Pamiętaj, że was ostrzegałam.

Pokaż ręce.
Dziewczyna jest ładna. Ma długie, ciemne włosy. Welurowa luźna sukienka kryje Ciążę. Ręce ma szczupłe i niemal przezroczyste. Na wewnętrznej stronie obu rąk widać grube sine pręgi - ścieżki narkomańskie. Nieprędko zejdą, może nigdy.
- Jak cię matka przyjęła w ciąży?
- Dobrze. Teraz nie ma żadnego faceta. I cieszy się, że już nie biorę.
W ten sposób też czasami udaje się wyjść z nałogu. Tylko trzeba zerwać z dawnymi kolegami, a to nie zawsze jest proste. Zdrowi ludzie stronią od narkomana bardziej jak od alkoholika. Na alkoholika patrzą z pobłażliwym lekceważeniem, na narkomana ze strachem i obrzydzeniem. Nie jest więc łatwe znalezienie nowych przyjaciół. Często właśnie po to, żeby uniknąć samotności, wraca się do dawnych kumpli - początkowo na zasadzie obserwatora...
W roku 1981 w samej tylko Warszawie zanotowano już dwa zgony w wyniku przedawkowania narkotyków. W roku ubiegłym było ich podobno 6.
Podobno, bo przecież wiele jest takich, które wyglądają na atak serca albo samobójstwo. Milicja, której działanie polega na niszczeniu towaru, wyłapywaniu handlarzy i producentów, odcinaniu narkomanom w porozumieniu z "Cefarmem" dostępu do leków w aptekach, jest właściwie bezradna, nie może działać wbrew prawu.
Fachowcy od narkomanii w Stołecznej Komendzie MO widzą tylko jedno wyjście z tego zamkniętego koła. Ustawę o przymusowym leczeniu i inne nastawienie sądów i prokuratury do spraw związanych z narkomanią żeby się nie powtórzyła sytuacja, bez precedensu chyba na świecie, że handlarz i producent, któremu udowodniono winę i u którego znaleziono towar na sumę 2 milionów, dostał wyrok 8 miesięcy z zaliczeniem aresztu śledczego. I o ile do sprawy przymusowego leczenia należy się chyba odnieść z dużą ostrożnością, to ta druga jest dość oczywista. Czasy się zmieniły i ustawa z 1951 roku, a więc licząca sobie 30 lat wzmianka na temat narkomanii, już nie wystarcza.

Ewa Gronowska
"Po tej stronie granicy" (do spisu treści)

Oceń treść:

0
Brak głosów
Zajawki z NeuroGroove
  • Dekstrometorfan

Prolog

DXM zażywałem niejednokrotnie, przez pewien czas niemal codziennie. Oczywiście substancja ta, jeśli jest brana zbyt często, szybko traci swój urok- chciałem więc opisać dwa najciekawsze tripy w moim życiu. Najciekawsze? Nie, to nieodpowiednie słowo... Najbardziej odmienne, najmniej DXMowe? Miałem kilka bardziej przyjemnych, głębokich tripów, ale te dwa były po prostu inne- czułem się, jakbym wziął całkowicie inną substancję. Oczywiście, nie było to możliwe- chyba że aptekarz postanowił dać mi coś, co sam uwarzył w piwnicy zamiast Acodinu.

  • Marihuana
  • Pierwszy raz

Nastawienie dobre, lekka głowa, bez problemów dnia codziennego, godziny po południowe. Ławeczki na boisku do koszykówki obok szkoły. Na początku dwie osoby, później samotnie.

Na wstępie chciałbym się przywitać, jako że jest to mój pierwszy trip raport na tym portalu. Może to być dla wielu osób raport lekko chaotyczny – opracowałem sobie taki styl pisania że piszę tylko gdy palę, pozwalając płynąć myślom i od razu je zapisując, bez używania „backspac’a” – dlatego jest to raport na temat palenia, na temat którego można by napisać osoby raport „Jak pisałem raport, będąc kompletnie zjaranym” – Pozdrawiam serdecznie i miłego czytania (mam nadzieję.)

Płyniemy! 

  • Marihuana

marihuana - pierwszy raz


  • Gałka muszkatołowa








Gałka - nic szczególnego





Była środa, 18 XII 2002, gdy postanowiłem przetestować gałkę po raz kolejny, ale tym razem bez dodatków w stylu MJ, czy N2O.


45g gałki czekało już w szufladzie na odpowiedni moment. Po zjedzeniu kolacji zdecydowałem się rozpocząć całą akcję :)