REKLAMA




Spowiedź przy dźwięku syren

Rozmowa alkoholika z narkomanem. Artykuł zamieszczony w Gazecie Wyborczej.

Anonim

Kategorie

Źródło

Gazeta Wyborcza

Odsłony

2279




Wszystko byłoby dobrze, gdyby człowiek nie zaczął eksperymentować z chemią i nie odkrył substancji takich jak alkohol czy narkotyki. Teraz w zasięgu ręki są błogostanem i poczuciem bezgranicznego szczęścia, które jak sądzę miały być nagrodą wyjątkową i rzadką.
Wojciech Maziarski
Paweł Czujkiewicz: socjoterapeuta w warszawskim klubie młodzieżowych ALTERNATIFF
Wojciech Maziarski: dziennikarz Gazety Wyborczej

Wojciech Maziarski: Opowiedz o sobie.

Paweł Czujkiewicz: Mam 33 lata i jestem narkomanem. Narkotyki zacząłem brać, gdy miałem 15 lat. I brałem je przez jakieś dziesięć lat. Potem na dwa lata trafiłem do ośrodka odwykowego. Teraz mija dziewiąty rok, od kiedy nie biorę.

W. M. Co brałeś?

P. C. Zaczynałem standardowo: najpierw było wąchanie klejów, potem marihuana, a później gdy miałem 18 lat przerzuciłem się na polską heroinę, czyli kompot, przy którym już zostałem.

W. M. Czy, patrząc z dzisiejszej perspektywy, jesteś w stanie powiedzieć, od którego momentu stałeś się uzależniony od narkotyków?

P. C. To zależy, czy chodzi o uzależnienie fizyczne, czy psychiczne...

W. M. Powiedz o obu.

P. C. Myślę, że fizycznie byłem uzależniony od momentu, gdy zacząłem brać kompot. Psychicznie natomiast byłem chyba uzależniony od chwili, gdy pierwszy raz sięgnąłem po cokolwiek. A może nawet wcześniej...

W. M. Większość czytelników nie zrozumie chyba, o czym mówisz. Ja akurat rozumiem, bo jestem alkoholikiem. Gdy z dzisiejszej perspektywy patrzę wstecz, też czasami wydaje mi się, że uzależnienie to miałem w sobie od zawsze i pierwszy kieliszek alkoholu był mi potrzebny tylko po to, by je ujawnić. Wypiłem i odkryłem: To jest to! To jest ta substancja, po której czuję się rewelacyjnie, znikają wewnętrzne napięcia i lęk, tryskam energią i dowcipem, świat wydaje się cudowny a ludzie uroczy, interesujący i sympatyczni.
I tak trwało to latami, od imprezy do imprezy, które były coraz częstsze. Nie potrafię jednak odnaleźć momentu, kiedy mój organizm wbudował alkohol w procesy fizjologiczne i po prostu zaczął się go domagać. Wtedy odczuwałem to już jako koszmar. Ale bardzo długo trwało, zanim się on zaczął. Z tego, co słyszałem, w przypadku narkotyków dzieje się to szybciej.

P. C. Jednak nie ma znaczenia, czy ktoś jest uzależniony tylko psychicznie, czy już także fizycznie. Spotykam się z takim rozróżnieniem, gdy ludzie mówią mi: Ja nie jestem uzależniony, bo palę tylko trawkę. Uzależnieni są ci, którzy biorą heroinę. A ja wiem, że uzależnienie ma się o, tutaj w głowie. Bez względu na to, czym się szpikujesz, jesteś uzależniony, bo ta substancja służy ci do ucieczki od rzeczywistego świata, od otoczenia, od problemów. Chcesz przestać myśleć o rzeczach, z którymi nie umiesz sobie poradzić? Proszę bardzo tu masz prosty i niezawodny sposób.

W. M. I nawet nie musi to być substancja chemiczna. Znam osobę, która ma świra na punkcie kupowania różnych głupot. Coś się jej nie udało? Bo to do sklepu po szminkę. W pracy nakrzyczeli na nią? To po klipsy albo bluzeczkę. Tak poprawia sobie nastrój na pięć minut, po czym znowu wpada w dołek, więc z powrotem do sklepu. Aż wreszcie okazuje się, że w pięć dni po wypłacie jest bez grosza. Więc ma wyrzuty sumienia, że postąpiła tak idiotycznie, i żeby je zagłuszyć, robi sobie przyjemność: pożycza pieniądze i leci do sklepu po nową szminkę. I tak w koło Macieju.
Skupmy się jednak na uzależnieniach od substancji chemicznych, bo one nie tylko rozkładają normalne życie człowieka, ale w dodatku wykańczają organizm. Od nich po prostu się umiera.
Na własny użytek wypracowałem sobie taką koncepcję uzależnień: w toku ewolucji wyposażeni zostaliśmy nie tylko w umiejętność racjonalnego rozumowania, lecz także w zdolność do odczuwania emocji. Niektóre z tych emocji odbieramy jako nieprzyjemne i staramy się od nich uciec, niektóre zaś jako przyjemne i do tych dążymy.
Te nieprzyjemne są czymś w rodzaju syreny alarmowej, sygnalizującej, że coś jest nie w porządku. Czuję lęk, niepokój, wstyd, strach. To znaczy, że syrena wyje i każe mi rozejrzeć się po otoczeniu i po swoim życiu, by sprawdzić, co jest nie tak, jak być powinno. Jeśli uda mi się trafnie rozpoznać przyczyny alarmu i odpowiednio zareagować, wycie ustanie i ewentualnie jeszcze w nagrodę poczuję się dobrze, spłynie na mnie błogi spokój, poczucie szczęścia czy coś równie sympatycznego. W ten sposób mój układ nerwowy krzyknie mi: Bingo! Dobrze kombinujesz! O to właśnie chodziło!
Ten mechanizm działałby świetnie, gdyby człowiek nie zaczął eksperymentować z chemią i nie odkrył substancji takich jak alkohol czy narkotyki. Bo teraz już wcale nie musze zastanawiać się, dlaczego właściwie ta syrena nie daje mi spokoju i jak ma się zachować, żeby ucichła. Po prostu mogę ją wyłączyć. Wystarczy tylko parę kieliszków lub działka narkotyku.
A w dodatku w zasięgu ręki są też błogostan i poczucie bezgranicznego szczęścia, które jak sądzę miały być nagrodą wyjątkową i rzadką. Za pomocą chemii mogę sztucznie zmusić swój mózg, by wypowiadał to sakramentalne bingo kilka razy dziennie. Nie znam nikogo, kto będąc w takim stanie, przejmowałby się tym, że za miesiąc czy za rok wywiozą go nogami do przodu. Ja w każdym razie się nie przejmowałem.
U mnie wszystko zaczęło się od likwidowania lęku i zahamowań w kontaktach z ludźmi. Z natury jestem towarzyski i źle znoszę samotność, lecz na towarzyskich spotkaniach, dopóki nie wypiłem, czułem się spięty, izolowany, nudziłem się, denerwowały mnie rozmowy. A jak już się napiłem, zaczynałem się czuć dobrze. Nagle okazywało się, że towarzystwo jest sympatyczne, a rozmowa bardzo błyskotliwa i ciekawa. Syrena w mojej głowie milkła. Włączałem się do zabawy i przestawałem mieć poczucie izolacji. Alkohol pomagał mi też likwidować niepokój i napięcie będące wynikiem stresu. Oczywiście wszystko to dostrzegam dopiero dzisiaj wtedy w ogóle nie zdawałem sobie sprawy, że pijąc likwiduję jakieś nieprzyjemne stany emocjonalne.
A tobie co załatwiały narkotyki?

P. C. Byłem nieśmiałym chłopcem, zwłaszcza w kontaktach z dziewczynami. Pierwszy kontakt seksualny podjąłem bardzo późno i bardzo się tego wstydziłem. Narkotyki dawały mi poczucie pewności siebie. Poza tym pomogły mi przybrać pozę twardego faceta. Na podwórku zacząłem uchodzić za sukinsyna, groźnego człowieka, który ćpa, ma niebezpieczne kontakty, więc należy się z nim liczyć i bać się go. Dla wielu kolegów stałem się autorytetem. Rządziłem na osiedlu.
Bardzo mi to odpowiadało, bo też miałem zahamowania, nie potrafiłem się bawić, tańczyć a potrzebowałem akceptacji ze strony grupy. Nie można jednak wejść do jakiegoś środowiska, mówiąc: Kochani, jestem nieśmiały i trudno mi nawiązać z wami kontakt, ale przyjmijcie mnie do siebie. Więc przybrałem pozę twardziela i zbira i sam zdominowałem tę grupę.
Do dziś wielu ludzi na osiedlu, którzy znają mnie z tamtego okresu, patrzy na mnie z respektem. Nikt np. do mnie nie podejdzie i nie powie "dorzuć się do wina", bo wszyscy wiedzą, że jeśli nie chce się mieć kłopotów, nie wolno się tak do mnie odzywać.
Teraz, z perspektywy wielu już lat, dostrzegam też, że chyba brakowało mi akceptacji w domu, więc w ten sposób starałem się zrekompensować to sobie na podwórku. Ojciec nigdy mnie nie chwalił, chyba że był pijany. Gdy jednak był trzeźwy, zachowywał zimny dystans wobec mnie albo mnie za wszystko krytykował.

W. M. Gdy zacząłeś brać narkotyki, mieszkałeś z rodzicami. Jak szybko zorientowali się, co się z tobą dzieje, i jak zareagowali?

P. C. Dowiedzieli się po dwóch miesiącach, że wącham klej i palę marihuanę. Doszło do strasznej awantury i rękoczynów. Wybiłem ojcu dwa zęby i musiałem się wynieść z domu. Przeniosłem się do ciotki. Po miesiącu wróciłem i już w sposób jawny brałem kompot. To był stan wojenny i wmawiałem rodzicom, że biorę po to, by nie iść do wojska. Że jak kilka razy się nakłuję i będą ślady, to komisja mnie odrzuci jako niezdolnego do służby. I tak mnie zresztą wzięli, tyle że do służby zastępczej.
Tak więc nie kryłem się z kompotem. Jawnie to demonstrowałem, podobnie jak przynależność do różnych subkultur najpierw byłem punkowcem, potem skinheadem (ale to było coś innego niż dzisiejsi skinheadzi nie było w tym jeszcze haseł narodowych i nacjonalizmu). Rodzice nie mieli wyjścia musieli się pogodzić z tym, że syn się im wykoleił i nie mają na niego żadnego wpływu.

W. M. Skąd miałeś pieniądze na narkotyki?

P. C. Dziś świat narkotyków sprofesjonalizował się tak jak na Zachodzie i rzeczywiście trzeba mieć albo bogatych rodziców, żeby je kupować, albo samemu zarabiać na nie sprzedażą ich innym. W tamtych czasach można jeszcze było jakoś kombinować. Na przykład ja byłem w układzie z facetem, który produkował kompot i sam go brał (tak jak ja przeszedł leczenie i od dwunastu lat nie bierze). Zawsze miał dla mnie działkę, a ja mu się rewanżowałem różnymi rzeczami, np. cukrem.

W. M. Jak to cukrem?!

P. C. On był już w takim stanie, że nie jadł normalnych posiłków, tylko cukier, glukozę, mleko granulowane takie rzeczy, które organizm łatwo przyswaja. Pamiętam, jak kiedyś przyniosłem mu dwa kilo cukru, a on mi za to przez tydzień dawał kompot.

W. M. To była wielka zdobycz, bo przecież cukier był wtedy na kartki. Skąd wytrzasnąłeś dwa kilo?

P. C. Po prostu ukradłem rodzicom z kuchni.

W. M. Gdy organizm przyzwyczaja się do narkotyku czy alkoholu, zaczyna się go domagać. Jak to czułeś?

P. C. Na początku byłem przekonany, że mam dość sił, by przerwać branie, gdy zauważę u siebie jakieś niepokojące obawy. Tyle że kiedy one się pojawiły, w pierwszej chwili nawet ich nie rozpoznałem, nie wiedziałem, że to już właśnie to. Wydawało mi się, że mam grypę: z nosa mi ciekło, miałem temperaturę, biegunkę, zbierało mi się na wymioty.

W. M. Opisujesz mi po prostu monstrualnego kaca po wielodniowym piciu. Miałem to samo. Plus bezsenność, pocenie się...

P. C. Dokładnie. Bezsenność, strumienie lepkiego, cuchnącego potu i zimne dreszcze. Łamanie w stawach i bóle mięśni. Nie jestem masochistą, więc nie był to dla mnie stan przyjemny. Kombinowałem, co zrobić, żeby z niego wyjść. Bardzo szybko zorientowałem się, że wystarczy jeden zastrzyk, żeby to minęło...

W. M. Mnie pomagała flaszka. Tyle że ciężko było po nią pójść, bo wszystkiemu temu towarzyszył stan potwornego lęku, który powstrzymywał mnie przed wyjściem z domu. Ale i tak szedłem, bo musiałem.

P. C. To już jest chyba uwarunkowane społecznie. Ja po prostu widziałem, że się staczam, że jestem wychudzony, brudny, zaniedbany, więc wstydziłem się pokazać na oczy ludziom, którzy normalnie żyją, chodzą po ulicach, spacerują z dziewczynami. Czułem się jak szmata.
A jak uciec od tego wstydu? To przecież jasne dać sobie w żyłę. Poza tym bałem się, że jeśli, nie daj Boże, zgarnie mnie milicja, to wyląduję w areszcie, gdzie nie będę mógł wziąć kolejnej działki, i koszmar zacznie się na nowo. Wtedy myślałem już tylko o tym, żeby codziennie zapewnić sobie działkę. Wszystko inne było nieważne.
Wielu moich kumpli poszło siedzieć za kradzieże i włamania, czyli za przestępstwa popełnione tylko po to, żeby mieć za co brać. Ja miałem szczęście nie posądzono mnie.
Udało mi się nie być też męską prostytutką, ale żadna w tym moja zasługa.
Wcale nie jestem pewien, czy nie poszedłbym na to, gdybym w ostatnim okresie brania znalazł się w sytuacji podbramkowej i byłby to jedyny sposób zdobycia pieniędzy na kompot.

W. M. A z czego żyłeś w tamtym okresie?

P. C. A bo ja wiem? Trochę z żebraniny na ulicach, trochę z drobnych kradzieży i włamań, trochę z jakichś układów, np. kumpel dawał mi towar na sprzedaż, z którego mogłem wziąć sobie działkę. Sypiałem u rodziców, nocą czasem coś podbierałem im z lodówki, więc dochodziło do awantur o to, że pasożytuję na nich. Trwało to w sumie trzy lata.

W. M. Rodzice nie wyrzucili cię z domu?

P. C. Do tego nie doszło.

W. M. Z tego, co mówisz, wyciągam wniosek, że narkotyki błyskawicznie cię obezwładniły.
Więc wracam do tematu, który już poruszyliśmy: mam wrażenie, że uzależnienie od alkoholu postępuje wolniej. Przez całe lata jakoś funkcjonowałem, uczyłem się, pracowałem, zarabiałem, zanim nastąpił moment, w którym musiałem przyznać wobec siebie samego, że to już koniec, że w całym moim życiu pozostała już tylko jedna rzecz, która się liczy: alkohol.
Zastanawiam się, czy ta różnica wynika z tego, że uzależnienie od narkotyków rzeczywiście rozwija się szybciej, czy też jest to rezultat społecznej akceptacji dla alkoholu. Bo przecież można funkcjonować z taką etykietą: To normalny facet, tyle że lubi sobie wypić. Jakoś jednak nie spotkałem się z opinią, że ktoś jest normalnym facetem, tyle że lubi sobie dać w żyłę .

P. C. Myślę, że oba czynniki odgrywają rolę. Z jednej strony bardzo duże znaczenie ma społeczna akceptacja dla alkoholu, który jest legalny i powszechnie dostępny. W ośrodku Monaru spotkałem kiedyś alkoholika, który zgłosił się na leczenie. Gdybym o nim nic nie wiedział, nigdy nie domyśliłbym się, że jest rzeczywiście uzależniony. Był to zadbany, zamożny i dobrze prosperujący biznesmen, któremu alkohol towarzyszył w codziennej działalności. Biznesowe lunche, kolacje w Marriotcie i tak dalej. Przez całe lata pił, pracował i jakoś sobie radził. Ale oczywiście i to się skończyło, więc trafił na leczenie.
Z drugiej strony narkotyki rzeczywiście szybciej i intensywniej niż alkohol degradują psychikę i system zasad etycznych uzależnionego. Przecież człowiek biorący chcąc nie chcąc od razu ładuje się w to całe bagno, które towarzyszy światu narkotyków: nielegalny handel, kradzieże, prostytucja i tak dalej.

W. M. W pewnym momencie było to jeszcze wiele lat przed tym, zanim dojrzałem do leczenia nabrałem podejrzeń, że coś z tym moim piciem jest nie tak. Wprawdzie w oczach większości ludzi udawało mi się jeszcze uchodzić za człowieka normalnego, zdrowego, choć imprezowego, lecz przecież ja sam wiedziałem, że np., bez alkoholu nie mogę już zasnąć.
W pierwszej chwili poczułem się po prostu przerażony, a potem imałem się wielu patentów, żeby przekonać siebie samego, że to nie choroba alkoholowa. Porównywałem się z innymi: Przecież kolega Mietek pije tyle co ja albo i więcej, a skoro tak, to i ze mną wszystko jest w porządku. Teraz dopiero widzę, że niektórzy z tych, z którymi się porównywałem, wcale nie pili tyle co ja, a inni rzeczywiście pili tyle że sądzę, że też są uzależnieni.
Porównywałem też swoją sytuację z położeniem tych, o których wiedziałem, że są uzależnieni. Myślałem: "Tamten jest ostatnią łajzą, śpi na ławce w parku, do niczego się nie nadaje. Więc jaki ze mnie alkoholik, skoro radzę sobie w życiu, pracuję, mam dom, wyglądam jak normalny człowiek?".
Czy ty masz podobne doświadczenia?

P. C. W przypadku uzależnienia od heroiny nie można mieć złudzeń ani wątpliwości. Ja wiedziałem, że jestem uzależniony, mogłem sobie tylko wmawiać, że inni są ode mnie gorsi. Że ja jeszcze nie spadłem na samo dno, bo nie muszę żebrać ani sprzedawać się homoseksualistom na Dworcu Centralnym. Też się pocieszałem, że jeszcze jakoś sobie radzę w życiu, tyle że to 'radzenie sobie' sprowadzało się do zdobywania kompotu. To było moje jedyne zajęcie i jedyny cel życia.

W. M. Był okres, kiedy próbowałem kombinować ze zmniejszaniem dawek alkoholu czy przerzucaniem się na słabsze trunki np. cztery czy pięć puszek piwa zamiast butelki wódki. Albo narzucałem sobie okresy abstynencji np. mówiłem: "Dobra, teraz przez dwa tygodnie ani kropli". Pod koniec oczywiście dałem sobie spokój z tymi wysiłkami, a gdy ktoś mi proponował np. jedną szklankę piwa i wiedziałem, że nie będzie więcej alkoholu odmawiałem. Bo nie warto się kaleczyć jak pić, to do oporu.
Teraz już wiem, że po prostu mój organizm protestował przeciw dawkom mniejszym od tych, do których był przyzwyczajony.
Próbowałeś czegoś takiego z narkotykami?

P. C. Tak, ale też szybko z tego zrezygnowałem. Wiedziałem, że mój organizm potrzebuje dziesięciu centymetrów kompotu, żeby funkcjonować normalnie, więc wzięcie ośmiu było bez sensu. Równie dobrze mogłem nie brać wcale. Przy czym wtedy już nie brałem po to, by czuć się świetnie. Kompot był mi potrzebny, by przez chwilę czuć się normalnie i nie cierpieć.

W. M. To jest zamknięty krąg. Ja też piłem alkohol, żeby wyeliminować te wszystkie objawy, o których już mówiliśmy. Na chwilę pomagało, ale gdy poziom alkoholu we krwi zaczynał mi spadać, znów zaczynał się koszmar. Więc znów trzeba się było napić. I tak w kółko.
Pod koniec byłem już w takim stanie, że nie miałem nawet siły, żeby wyjść do sklepu po butelkę.
Jedynym ratunkiem okazywało się wtedy odtrucie w szpitalu: kroplówki, żeby przepłukać organizm i uzupełnić w nim poziom płynu, środki uspokajające, żeby złagodzić dygot i tak dalej.

P. C. Ja też trafiłem na odtrucie. Byłem już tak osłabiony, że nie miałem sił, żeby się ruszać i zdobyć kolejną działkę. Dzięki temu przeżyłem. Gdybym wtedy miał pod ręką kompot, brałbym go na okrągło, aż w końcu pewnie bym umarł.

W. M. Czy któryś z twoich przyjaciół i znajomych umarł od narkotyków?

P. C. Tak. Co więcej, czuję się za to odpowiedzialny, bo to ja byłem tym, od którego zaczęło się ćpanie na moim osiedlu. Wielu osobom to ja pierwszy dałem narkotyki. Dla innych byłem przykładem, na którym się wzorowali. Spośród tych ludzi wielu już nie żyje. Inni jeszcze żyją, ale wciąż biorą.

W. M. Pamiętam, że gdy wpadłem w taki wielodniowy ciąg picia, nie byłem w stanie jeść. Ewentualnie jakąś zupkę z torebki, ale na pewno nic, co trzeba by gryźć. A ty?

P. C. Przy narkotykach na ogół jest tak, że można jeść tylko rzeczy łatwo przyswajalne przez organizm głównie słodycze. A więc ciastka, herbatniki, czekoladę, dżem, cukier. Pod koniec miałem dwadzieścia kilo niedowagi.

W. M. Jak to się stało, że po dziesięciu latach brania zdecydowałeś się na leczenie?

P. C. To był cały splot okoliczności, które w końcu mnie do tego zmusiły. Byłem już zmęczony tym wszystkim kombinowaniem, kradzieżami, zdobywaniem kompotu. W domu atmosfera była koszmarna, ojciec mnie wyklął, powiedział, że już nie uważa mnie za syna i wszystko mu jedno, czy umrę, czy nie.
Byłem osłabiony i wychudzony. I wreszcie w roku 1990 złapano mnie przy włamaniu do sklepu. Nawet nie pamiętam, co tam ukradłem, bo byłem pod wpływem kompotu. Groziło mi, że pójdę do więzienia. To wszystko razem skłoniło mnie do podjęcia leczenia.

W. M. To typowe. Nie znam nikogo, kto będąc uzależnionym od czegokolwiek, tak po prostu sam z siebie podjąłby decyzję, by się leczyć. Zawsze jest to wynik jakiejś presji zewnętrznej.
Mnie też wszystko musiało się zawalić na głowę, żebym do tego dojrzał. Ostatecznym bodźcem była groźba, że wylecę z pracy i zostanę bez środków do życia. Ale nawet wtedy jeszcze moja teoretycznie świadoma decyzja nie do końca była świadoma. Dziś widzę, że podjąłem ją trochę tak dla świętego spokoju i dopiero w trakcie terapii wewnętrznie do niej dojrzałem.

P. C. Gdy ja na dwa lata trafiłem do ośrodka, byłem święcie przekonany, że naprawdę chcę się leczyć, i wściekałem się, jeśli terapeuci podawali to w wątpliwość. Dziś widzę, że to oni mieli rację.

W. M. Opowiedz o swoich doświadczeniach powrotu do życie bez narkotyków.

P. C. W ośrodku po prostu od podstaw uczono mnie życia. Stwarzano tam sytuacje, przed którymi dawniej uciekałem w narkotyki a teraz musiałem im sprostać. Na przykład na dyskotece: musiałem prosić dziewczyny do tańca i bawić się z nimi. Dawniej był to dla mnie stres nie do pokonania. Teraz zrobiłem to raz, drugi, trzeci. Nie powiem, że stałem się miłośnikiem takich imprez, ale gdybym się znalazł na dyskotece, już bym sobie poradził.
Nauczyłem się pracować. Bo wcześniej nie pracowałem, tylko ćpałem, a nawet jeśli zdarzyło mi się zahaczyć w jakiejś robocie, zaraz ją porzucałem, by móc spokojnie brać. Teraz musiałem się nauczyć, co to jest praca i przestrzeganie dyscypliny. Że np. kiedy pracuję, nie mogę sobie robić przerwy na papierosa. I tak dalej. Takich sytuacji było mnóstwo. Terapia była po prostu twardą szkołą funkcjonowania na trzeźwo w normalnym świecie.
Oczywiście wszystkiego w ciągu tych dwóch nie dało się przerobić, ale ta szkoła dała mi już solidne podstawy, by po wyjściu samodzielnie szlifować dalej te umiejętności.
Szlifowałem je, najpierw przez pięć lat pracując w Monarze, teraz zaś w klubie młodzieżowym Alternatiff na warszawskiej Starówce.

W. M. Ja mam troszkę inne doświadczenie. Nie mam poczucia, bym w czasie terapii i po niej musiał od zera uczyć się funkcjonowania w normalnym świecie, bo w końcu przez lata w nim funkcjonowałem, starannie ukrywając przed otoczeniem swoją chorobę.
Nauczyłem się natomiast rozpoznawać to, co dzieje się we mnie zacząłem trochę rozumieć sygnały tej syreny alarmowej, o której mówiłem. Dawniej nie zdawałem sobie sprawy, że np. czuję wstyd, lęk czy niepokój, albo że dokucza mi wewnętrzne napięcie spowodowane zmęczeniem, stresem czy czymkolwiek innym. W takich sytuacjach kiedyś uświadamiałem sobie tylko jedno: "Trzeba sobie chlapnąć".
Teraz już na ogół przynajmniej domyślam się, o co naprawdę chodzi. I zyskałem na to jakiś wpływ bo jeśli wiem, że na pewne sytuacje czy bodźce reaguję, powiedzmy, lękiem lub irytacją, to mogę starać się ich unikać albo jeżeli to jest absolutnie niemożliwe przynajmniej minimalizować ich negatywne skutki.
Paradoksalnie więc mam wrażenie, że żyje mi się lepiej niż kiedykolwiek wcześniej. To jest tak, jakby choroba zmusiła mnie do poszperania w zakamarkach mojej własnej psychiki, dzięki czemu mogę sensowniej kształtować własne życie.

P. C. Rzeczywiście, jest coś takiego. Oczywiście nie cieszę się z tego, że jestem uzależniony i że zmarnowałem tyle lat życia, kiedy mogłem się np. uczyć, ale też nie użalam się nad sobą. Traktuję to po prostu jako koszty własne.
Kiedyś rozmawiałem z pewną panią doktor psychiatrii, która jest autorytetem w dziedzinie uzależnień. Powiedziała, że narkomanem czy alkoholikiem jest się już do końca życia, że nawroty zdarzają się nawet po kilkunastu latach. A ja jej odpowiedziałem: "Pani doktor, nie interesuje mnie, czy będę już do śmierci nosił etykietkę narkomana, czy nie. Ja wiem tylko jedno że po leczeniu czuję się tak, jak nie czułem się jeszcze nigdy w życiu".

Oceń treść:

0
Brak głosów

Komentarze

Robert Ahab Adamiec (niezweryfikowany)
Znałem Pawła.Poznaliśmy się w OC w Krakowie i przez rok byliśmy przyjaciółmi.To on nauczył mnie brać heroinę,i rok czasu braliśmy razem.Potem nasze drogi się rozeszły.Kilka lat walczyłem z heroiną - przestałem brać ,ale wpadłem w alkoholizm .Po 25 latach picia dziś wychodzę na prostą - blisko rok nie piję.Mam nadzieję ,że na zawsze. Chyba mi się udało.W pewnym sensie jemu też,choć już nie żyje...
Zajawki z NeuroGroove
  • Dekstrometorfan
  • Odrzucone TR
  • Przeżycie mistyczne

Ciekawość z powodu zażycia całej paczki pierwszy raz.

Jest wieczór.Przyjechał do mnie mój kuzyn(S), który rózwnież tak jak ja lubi coś zarzucić. Nie mieliśmy zbyt wiele kasy,więc wpadliśmy na pomysł że zarzucimy po 450 mg DXM na głowę.
Udaliśmy się więc do apteki,następnie wróciliśmy i od razu spożyliśmy całą porcje naraz.
Efektu jak zwykle spodziewałam sie po ok.1,5 godz ale tym razem zaskoczyła nas ta faza , znienacka po pół godz.zaczęło działać. Trzymałam długopis, który momentalnie usunął mi się z rąk i totalnie mnie zamroczyło,już poczułam że to będzie coś konkretnego...

  • Dekstrometorfan
  • Dimenhydrynat
  • Tripraport

pokój w wynajmowanym ze współlokatorami mieszkaniu

Wiek około 20 lat waga 54 kg

Stan zdrowie – przeziębienie i źle przespana noc

  • AM-2201
  • Inne
  • Katastrofa

Wszystko zaczeło się niewinnie, kumpel zadzwonił "siema, mam bucha wpadaj". No czemu, byłem u niego za 5min spaliliśmy 3 lufki bo więcej nie miał. Normalna faza po mj słuchamy muzyki i gastro. Nagle zadzwonił inny kumpel i powiedział że ma haszysz, każdy wiedział o co chodzi (fake hash). Na początku byłem zaparty że tego już nie pale, a paliłem wcześniej, fajna faza, ale nie chciałem już dłużej tego palić bo wiedziałem że to jest dopalacz i po prostu szkoda zdrowia i kiedyś może to się źle skończyć.

randomness