"Dryf" (fragment)

Fragment bodaj pierwszej polskiej powieści o palaczach marihuany autorstwa Jana Sobczaka. Akcja "Dryfu" dzieje się w latach 80., bohaterami są warszawscy młodzieńcy, z zadziwiającą pomysłowością kombinujący kolejne porcje trawy.

Tagi

Źródło

Jan Sobczak, "Dryf", Czarna Lampa, Warszawa-Czarne 1999, s. 157.

Odsłony

9745
Marihuana ma w sobie coś z kapusty, im bardziej depczemy w jej intencji, tym mamy lepszy materiał na zimę i przednówek. Już od lipca przemierzamy z Ziółkiem kilometry mokotowskich nieużytków, dzikich działek i innych cudnych manowców w poszukiwaniu zasianych przez kogoś krzaczków. Każde napotkane poletko, każdy obiecujący krzaczek nanosimy na mapę. I pobieramy próbki. Nie macie pojęcia, ile tego rośnie. A jak na bezczela niektórzy sadzą, głowa pęka. Wielkie dwumetrowe krzaki przed oknem biurowym jakiejś firmy produkcyjnej, umalowane oczy biurw szukają wciąż ukojenia w zielonym gąszczu, gdy zrywamy próbkę, jedna z nich wali w okno. Albo dorodny krzak rosnący w doniczce w sklepie obuwniczym; nikt z obsługi nie wygląda na właściciela, tym gorzej. Najbezczelniejsza plantacja rośnie przy wejściu do komisariatu na Okrężnej. Pięć okopanych, nawożonych roślin, pięciopalczaste liście jak bochny chleba, szczyciki jak sutki Magi twarde i lepkie od lubieżności, a całe krzaki strojne i zwiewne jak Maga w zielonym sari. Jednak Magę łatwiej zerwać niż tę plantację za kratami gliniarskiego ogrodzenia.
Chodzimy, przemierzamy hektary, Ziółek dodatkowo rozgląda się za makami, a ja owładnięty jestem ideą znalezienia samosiejki, która nie ustępowałaby pierwszopokoleniowym sadzonkom. Polska trawa o mocy nikaraguańskiej albo afgańskiej, roślina niewyględna, na byle śmietnisku, na trawniku głównej ulicy można ją posadzić i żaden pies z kulawą nogą się nią nie zainteresuje, może ją jedynie wykorzystać jako źródło cienia, siadając pod nią na raportówce. Dlatego oglądam pilnie te rośliny, których Ziółek nie zaszczyca spojrzeniem, jeśli jeszcze można, wyrywam wokół wszystkie męskie krzaki, zazdrośnie strzegąc jej dziewictwa, jeśli ma już nasiona, wybieram rośliny o małej ich ilości, sądząc, że cała energia podzieliła się na te trzy, cztery, pięć, a nie rozeszła na trzysta pięćdziesiąt sześć kiepskich nasion. Mam nadzieję, że kolejne pokolenie będzie lepsze, aż w końcu wyselekcjonuję tę naszą warszawską, wywrotową odmianę i nazwę ją, bo każda porządna trawa ma jakąś nazwę, Czarną Madonną.
Jakoś się tak utarło, że większość zbiera swoje plony piętnastego września. To chyba wynika z amatorskich tłumaczeń niemieckich podręczników hodowli trawy albo z wieści gminnej, która najmniej jest siebie świadoma i udźwignie każdą bzdurę. Trawa powinna być zbierana jak każde zioło, wtedy gdy jego soki podchodzą do góry, a za to odpowiedzialny jest księżyc. Jednak my, barbaria wstrętna, wyrywamy, jak tylko stwierdzimy, że tkwi w roślinie jakaś siła. Kto pierwszy, ten lepszy, nawet próbkę trzeba pobrać umiejętnie, żeby ubytek nie rzucał się zbytnio w oczy, bo właściciel gotów przy pierwszym zwiastunie zagrożenia wyciąć całą plantację, lepsza słabsza marihuana w pudełku niż siekiera w obcym płucu. Do stukające w szybę urzędniczki zachodzimy, bo jeszcze wyśle za nami jakiegoś zaperzonego namiastką władzy pana Bolka, a jak przed nim uciekniemy, będą jeszcze pilniej baczyć. Trzeba to jakoś rozładować.
- Dzień dobry.
- Dzień dobry. A co tak panowie obrywają nasze rośliny?
- Jesteśmy malarzami - trzeba uzasadnić nasz wygląd. - Studiujemy na Akademii Sztuk Pięknych, a z tej rośliny można otrzymać bardzo piękny barwnik do gwaszy - w kwestii farb wiedza ludzi nie wykracza poza farby olejne i plakatowe.
- Ale my nie chcemy, żeby panowie nam nasze piękne krzaki wyrywali. To nawet mój syn sadził dla ozdoby.
Gdybyśmy ci, ruro stara, powiedzieli, co to jest i co twój synale z tym będzie robił, sama byś wydarło to pazurami z Matki Ziemi.
- Proszę się nie niepokoić, dopiero jak taka roślina uschnie, nadaje się na barwnik, a wtedy to na pewno już nie będzie zdobić tego frontu.
- A, to dobrze.
- Do widzenia zatem miłym paniom - kłaniamy się w pas, okrągłe zdania i maniery potrafią zakryć nawet skłute żyły Ziółka, który, wchodząc, zapomniał opuścić rękawy.
- Chwileczkę, jeszcze jedno.
- Tak?
- To panowie na pewno wiedzą, jak ta roślina się nazywa?
- Oczywiście, proszę pani, to cannabis indica.
- Widzisz - mówi do koleżanki, triumfując. - widzisz, a ty mówiłaś, że to konopie.
Musiała opowiedzieć synalkowi, jak to panowie malarze przyszli, bo gdy przychodzimy po tygodniu, nocą, z workami żeglarskimi, konopi już nie ma.
Do sklepu wchodzimy we trzech, z Buddą. Za ladą stoi tylko wymoczkowaty koleżka, on chyba nawet ze Stegien jest, bo twarz wydaje mi się znajoma. Proszę o półtrampki, Budda woli trampki, robimy zamęt, nie dość że chcemy całą parę, to jeszcze spieramy się o zalety i wady wybranych przez nas egzemplarzy.
- Przecież to normalne fajansiarstwo nosić takie pepegi - mówi Budda.
- W całych trampelówkach stopy mi się pocą i skóra między palcami pęka. Człowieku, nie masz pojęcia, jak to później śmierdzi - pełnym głosem staram się opisać zapach, to najtrudniejsze zadanie dla słów, ale sądząc po skrywanym, takim wewnętrznym chichocie ekspedienta, w pełni mi się to udaje. Śmiej się, śmiej, błaźnie, właśnie klapnęły drzwi za Ziółkiem, a donica, fiku-miku, już pusta. Wraz ze zniknięciem rośliny znika uśmiech ekspedienta:
- Rany, gdzie moja roślina?
- Jaka roślina? - dziwimy się niepomiernie. Żle go oceniliśmy, z właścicielem na pewno będzie dym.
- Moja konopia, nie świrujcie, ten trzeci zakosił - wrzeszczy, sięgając po siedemdziesięciocentymetrową, metalową łapkę do wzuwania butów. Ciskamy w niego trampkami i skaczemy do wyjścia. Pędzi za nami. Zamykamy za sobą drzwi i opieramy się plecami. Ekspedient łomocze w szybę.
Budda spokojnie wyciąga ośkę tylnego koła roweru z torpedem i wciska ją w skobel.
- Ciebie to ja znam, dopadnę cię, chuju - wywrzaskuje uwięziony, gdy odchodzimy.
Przed piętnastym września, o dziewiątej wieczorem, ukryci za budką telefoniczną obserwujemy, jak konopie dostojnie falują w świetle księżyca.
- Jak myślicie, ulica Jeziorna to jeszcze ich rejon czy nie?
- Nie wiem. Lepiej powiedz "Zakręt", bo jest dalej.
Budda wchodzi do budki i wykręca z kartki numer komisariatu. Chwilę rozmawia, potem szybko wyskakuje z budki.
- I co?
- Dla pewności zapytałem, czy ulica Zakręt to ich rejon. Potem im powiedziałem, co miałem, a oni cały czas "ale kto mówi, ale kto mówi", to im mówię, "no jak to kto - życzliwy z ORMO".
Otwierają się z trzaskiem drzwi komisariatu pod naporem czterech mundurowych. Trzaska furtka, trzaskają drzwi poloneza, piszczą koła, zostaje obłok spalin, który też się po chwili rozwiewa.
- To tam chyba nikt nie został .
- Z jeden.
- Dobra, ruszamy, czasu szkoda.
Kurde, tego nie sprawdziliśmy, na furtce okrągła klamka, zamek elektromagnetyczny. Ziółek już chce przeskakiwać przez pręty, chwytam go za kurtkę.
- Z drugiej strony też się nie otwiera.
Wsadza Ziółek ramię między pręty, uszczknął parę liści z bocznej gałęzi. Budda znalazł kawałek drutu, przyciągnęliśmy pień na tyle, żeby, stojąc na podmurówce, obciąć półmetrowy wierzchołek. I to wszystko, co można było zrobić bez chorej szwoleżerskiej fantazji, bez nadmiernej bohaterszczyzny Kolumbów, bez nikomu niepotrzebnej hucpy Solidarności. Idziemy, a Ziółek prawie płacze:
- Takie krzaki, takie krzaki...
- Lepiej schowaj to, co masz, pod kurtkę.
Ledwo schował, mija nas powracający polonez. Zatrzymuje się pod komisariatem, z tyłu wyskakuje dwóch gliniarzy i wywlekają ze środka jakiegoś chłopaka. Opiera się, ciągną go za kurtkę, obnażając plecy, których biel przyciąga czarne regulaminowe buty.
- Gdzie tych pięciu pozostałych?
- Sam byłem - jęczy.
- Kumpli ukrywasz, głupi, dobrze wiemy, że było was sześciu.
Kierowca z bagażnika wyciąga dowody rzeczowe: rulon plakatów i puszkę z klejem.
- A wy tu czego, wynocha stąd - zauważa nas, w końcu niezbyt daleko odeszliśmy.
- Panie sierżancie - krzyczy - weźmy tych trzech, będziemy mieli prawie komplet.
Spieprzamy uliczkami Sadyby, chociaż goni nas tylko śmiech milicjantów. Uciekamy jak najdalej, ale od tego nie da się uciec, nasz telefon, mający wywieść milicję w pole, podał im jak na talerzu solidarnościowego plakaciarza. Co mnie podkusiło z tą ulicą, ulica Buddy była równie dobra. Rozchodzimy się w wisielczych humorach, ta trawa nie będzie nam smakowała. Gdy już jestem sam, wchodzę do pierwszej budki telefonicznej, wykręcam numer, który mimo upływu lat pamiętam, bo składa się z tych samych cyfr, tylko w innej kolejności, co mój. Potem mówię:
- Mówi Leszek Wałęsik, kiedyś chodziłem z pani synem do liceum...
- A tak, pamiętam cię.
- Roberta właśnie złapali milicjanci z Okrężnej, przykro mi - czym prędzej odwieszam słuchawkę.

Nadal chodzimy, przeczesujemy hektary, bo karawana idzie się pocić na pustynię, a w oazach ciągną nargile. Razu pewnego spotykamy Mającego z psem.
- Słyszałem, że podpierdoliliście Czapli trawę ze sklepu.
- Ychy.
- Czapla mówi, że ci tego nie daruje. Łatwiej, mówi, bym zniósł, gdyby mi ukradł dziewczynę, ale taką trawę...
- E, niech nie przesadza, wcale nie była taka dobra, gdybym wiedział, tobyśmy się nie fatygowali.
- A jak w tym roku zbiory?
- Niezłe, ususzyliśmy już worek żeglarski, połowa Sadyby będzie chodzić ujarana. Będziemy jarać aż się pochorujemy - oznajmiam radośnie.



zapodał: luxx

Oceń treść:

0
Brak głosów

Komentarze

scr (niezweryfikowany)

niezłe, chyba przejdę się po księgarniach!

pinek (niezweryfikowany)

niezłe, chyba przejdę się po księgarniach!

dafne (niezweryfikowany)

ze ktos cos czyta pozatoksykologicznego, moze odpalic w hyperze dzial z literatura?

wr.kutasy (niezweryfikowany)

niezłe, chyba przejdę się po księgarniach!

bujnos (niezweryfikowany)

ze ktos cos czyta pozatoksykologicznego, moze odpalic w hyperze dzial z literatura?

chilum[u] (niezweryfikowany)

Jakis dęciak nie potrafi sam wychodować outdoor`owej ganji i pisze jak kradnie innym ich stuff.
Obciach,siara,lipa i co kto chce.
Nigdy nie poznali natury ganji.
Nie kradli by innym stuffu.
Nienawidzę takich ludzi.

Chilum[u] aka eversmokin`

scr (niezweryfikowany)

Jakis dęciak nie potrafi sam wychodować outdoor`owej ganji i pisze jak kradnie innym ich stuff.
Obciach,siara,lipa i co kto chce.
Nigdy nie poznali natury ganji.
Nie kradli by innym stuffu.
Nienawidzę takich ludzi.

Chilum[u] aka eversmokin`

chil[u]m (niezweryfikowany)

Heheh ale panowie mieli jazde :)
Kiedys gadalem ze znajomym w tej chwili gosciu ma cos kolo 50 i opowiadal ze jak byl na studiach to byl pelny legal palilo sie co sie chcialo gdzie sie chcialo bo nikt z wladz PRL nie wiedzial co to sa narkotyki :)

moralizator (niezweryfikowany)

Kraść konopii nie można
kradzież to jest rzecz zdrożna
a tak w ogóle i w szczególe...
...konopii kraść nie można <ref>
<a tak w ogóle i w szczególe, kraść konopii nie można>

Łebki się naczytają i będą łaziły po nieużytkach, nieugorach i ugorach. Dlatego warto sie postarać o jakąś pozamiejską lokalizację, chociaż z wlasnych obserwacji wiem, ze baaaardzo malo kto sieje konopie w zaludnionych miastach, częściej "na fuxa " jakieś papuzie nasiona niż coś dobrego.

Wedlug mnie ta ksiazka jest przesadzona - az tyle osób nie sieje konopii w miejskich rejonach. Jesli juz to malutkie miasteczka, wsie, inne rejony, ale nie w duzych miastach.

Przesada? (niezweryfikowany)

Jak mój plon został zdemaskowany przez takich własnie nykaczy sam zająłem się nykaniem((((((-:

Smoczku (niezweryfikowany)

Jak mój plon został zdemaskowany przez takich własnie nykaczy sam zająłem się nykaniem((((((-:

Wredna (niezweryfikowany)

Jak mój plon został zdemaskowany przez takich własnie nykaczy sam zająłem się nykaniem((((((-:

artesik (niezweryfikowany)

Heheh ale panowie mieli jazde :)
Kiedys gadalem ze znajomym w tej chwili gosciu ma cos kolo 50 i opowiadal ze jak byl na studiach to byl pelny legal palilo sie co sie chcialo gdzie sie chcialo bo nikt z wladz PRL nie wiedzial co to sa narkotyki :)

Pijany Powietrzem (niezweryfikowany)

Zajebiste! Chyba kupie..nie ma to jak dobra ksiazka!

Zajawki z NeuroGroove
  • LSD-25






Wstęp


Uważam się za dość uduchowioną osobę, zawsze też fascynowały mnie psychodeliki.

Niemal "od zawsze" chciałem spróbować kwasa, w międzyczasie miałem styczność z

zielskiem (miłe), amfetaminą (niezbyt miłe) i ecstasy (dość miłe). Ale tak naprawdę,

naczywaszy się trip reportów, zawsze czekałem na okazję, by zjeść kwarka. I mimo,

że wszyscy mówili mi, jak potężna to rzecz, nic, kompletnie nic nie mogło w pełni

przygotować mnie na to, co przeżyłem.

  • Marihuana

Wiek: 20lat

Dawka: Mały blancik zwinięty na szybko. Ja wiem jak duży? Jakieś 5 machów z niego było, chyba nie więcej.

Doświadczenie: etanol, tytoń (fajki i tabaka), herbata, yerba, kawa, konopie, dekstrometorfan, LSD, ecstasy, 2C-E

  • Pseudoefedryna

S&S: Miły sobotni zimowy wieczorek, dom, dobry humor, chęć wyleczenia kataru ;]

Dawka: Pseudoefedryna w leku Sudafed (na katar) 1 tabletka 60mg tej substancji, zażycie 7 tabletek czyli 420mg

Exp: MJ, %, nikotyna, dxm, pseudoefedryna, n2o

  • Diazepam
  • Problemy zdrowotne
  • Tramadol

11.03.2008

Słowo wstępu:

Kursywą będą opisane fragmenty, których nie pamiętam, a znam z opowieści.

Opis tripa jest opisem fragmentu brutalnie przerwanego ciągu opoidowego, na który składał się kratom, kodeina i tramadol, którego zażyłem niecałe 5 gram w ciągu 2 dni, tego dnia pół grama w pracy i niecałe 2g jednorazowo po powrocie do domu (1,7g bodajże). Tak duże dawki nie wynikały (tylko) z mojej wrodzonej głupoty, ale z tego, że rzeczona substancja działa na mnie nad wyraz słabo.

randomness