REKLAMA




Co i jak ćpa się w Sopocie, czyli terapeuci pomiędzy barem a parkietem

"Piłem w Anglii, Norwegii, Holandii, wiem kim są streetworkerzy. Tylko ty źle zadajesz pytanie. Pytasz, co oni mogą zrobić. Oni nic nie zrobią bez ciebie. To ty, ja, każdy kto ćpa czy pije musi chcieć. Ale kiedy chcesz i masz ich pod ręką, bo podali ci butelkę wody, to jest jakoś inaczej. Bardziej po ludzku."

Sopot, północ. Na Monciaku gwar. Ludzie przelewają się deptakiem z góry na dół, grupują wokół wejść do klubów. Pytam ich o narkotyki, większość nie udziela mi pozwolenia na nagranie. Kiedy wyłączam mikrofon, mówią zadziwiająco szczerze. Ich zdaniem narkotyki są obecne na ulicy i w klubach. Nie dlatego, że je się tam sprzedaje. Kupuje je się przez internet albo u znajomego dilera w miejscu zamieszkania. Do Sopotu przyjeżdża się przygotowanym, bo na miejscu droższe są nie tylko drinki w barach, ale też dopalacze.

Wchodzę do pubu i pytam pierwszą napotkaną dziewczynę o to, czy miała kontakt z narkotykami, jej odpowiedź mnie rozbraja:

- Byłam wjeb... przez rok naprawdę mocno. Jakoś z tego wyszłam. Kiedy waży się już mało i nie ogarnia się już totalnie nic, masz dwa wyjścia: albo przestać ćpać i ogarnąć swoje życie, albo po prostu umrzeć - mówi krucha ruda dwudziestolatka popijająca drinka. Pytam ją, co teraz bierze się na ulicy i czy jeszcze modny jest mefedron. - W tej chwili modne są przeróżne "wciągania" (narkotyki w formie proszku) oraz "pixy" (pigułki). Mefedronu już nie ma. Ewentualnie metafedron i inne pochodne - odpowiada.

KALEJDOSKOP SUBSTANCJI, CZYLI UZALEŻNIENI OD STANU

Ta nieustająca zmiana to znak czasów. Kiedyś na imprezach w Sopocie można było spotkać osoby biorące ecstasy (MDMA), amfetaminę, kokainę, LSD oraz palące marihuanę. Teraz ludzie wrzucają w siebie co popadnie.

- Schemat "brania" zmienił się diametralnie. Ludzie nie przywiązują się do danej substancji, są uzależnieni od stanu, w który się wprowadzają. Miesza się wszystko ze wszystkim. To są rzeczy, których często sami biorący nie umieją nawet nazwać. Większe grupy i osoby udające się do klubów stawiają na pobudzacze. Jeśli jest to impreza dwu, trzyosobowa na plaży, to mogą brać inne środki - mówi Tomasz Jamroz z Monaru dla dzieci i młodzieży w Gdańsku.

Tomasz jest jednym z terapeutów biorących udział w pilotażowym programie "Sopot. Jasna strona Nocy". W ramach programu psychologowie, psychoterapeuci i specjaliści terapii uzależnień pełnią nocne dyżury w centrum kurortu. Przechadzają się ulicami, obserwując i oferując pomoc. Ich siedzibą stało się pomieszczenie sopockiego WOPR w budynku przy Teatrze Atelier. Spotykamy się właśnie tam.

"PROSIMY, NIE RÓB Z NASZEJ PRACY TANIEJ SENSACJI"

Siadamy, tworząc niewielki krąg, zaczynam czuć się jak na terapii. To ja powinienem pytać, ale oni też zadają pytania. Proszą, żeby nie robić z ich pracy taniej sensacji. W końcu muszę się przed nimi otworzyć. Opowiadam o realiach Sopotu, które poznałem pod koniec lat 90. O fali heroiny do palenia, która wdarła się na ulice, zatruła je i doprowadziła do zgonów, także wśród znanych mi osób.

Sugerują, że Sopot ma problem z alkoholem, który jest tłem wielu ryzykownych zachowań, chociażby przygodnego seksu.

- Łączy się środki odurzające z alkoholem. Z mojego doświadczenia wynika, że na imprezach jest to np. kokaina i alkohol. Wzorzec jest podobny. Zaczyna się pić, a w pewnym momencie dochodzi kokaina. Wielu ludzi ma do tego lekkie podejście, a są osoby, u których może to skończyć się zapaścią - mówi Anna Dolecka z poradni "Mrowisko" w Sopocie.

EMOCJE, TO OD NICH WSZYSTKO SIĘ ZACZYNA

W trakcie rozmowy z terapeutami "Jasnej strony Nocy" zaczyna wyłaniać się obraz ludzi sięgających po narkotyki. Niby nic ich nie łączy, są to zarówno dzieciaki palące dopalacze na ulicach, jak i lekarze oraz prawnicy "pudrujący" nosy w klubach lub łączący alkohol z przyjmowanymi stale psychotropami, a jednak:

- Tak naprawdę wyzwalaczem są emocje. Nie alkohol, nie narkotyki, leki, tylko emocje, napięcie. Stany stresu, sytuacje kryzysowe w życiu, rodzinne - mówi Urszula Jaryczewska.

- Dokładnie, wszystko zaczyna się od emocji. To jest kluczowa sprawa. My tu dotykamy czegoś bardzo uniwersalnego. Żyjemy w realiach płynnej nowoczesności, nie ma już wielkich nadających życiu sens opowieści. Jakkolwiek to brzmi górnolotnie, można to sprowadzić na ziemię: człowiekowi współczesnemu jest trudno się odnaleźć, bo nie ma stałych punktów. To nie znaczy, że one nie istnieją , ale one się rozsypały. Niezależnie, czy mówimy o uzależnieniu w kontekście Sopotu, czy innego miejsca, to tym, co możemy zrobić, jest wyjście do ludzi. I my właśnie to robimy, wychodzimy naprzeciw - mówi Przemek Staroń z Zakładu Psychologii Wspomagania Rozwoju Uniwersytetu SWPS.

PARTYWORKER, CZYLI TERAPEUTA MIĘDZY PARKIETEM I BAREM

Anna Dolecka ucina dygresje dotyczące przyczyn i koncepcji walki z uzależnieniami. Wracamy w rozmowie na ulice Sopotu: - Dla mnie jest ważne to, że tu do Sopotu ludzie przyjeżdżają, żeby się zabawić, świętować. Oni niekoniecznie są uzależnieni. My jesteśmy tu właśnie dla nich. Każdy, kto znajdzie się w trudnej sytuacji, może do nas przyjść. Obojętnie, czy dostał zamiast marihuany środek syntetyczny i teraz nie wie, co się z nim dzieje, czy ma inny problem. Raczej nie przyjdzie do nas osoba głęboko uzależniona. Chociaż może i to się zacznie przytrafiać, bo kolejki w poradniach są długie, na wizytę trzeba czekać minimum trzy tygodnie. Tu można dostać pomoc od razu.

Kiedy wychodzimy z punktu stacjonarnego akcji, słuchać muzykę z pobliskich klubów. Tam tez pracują terapeuci tzw. partyworkerzy. Maciej Azarewicz, pracownik Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej w Sopocie i streetworker tłumaczy mi, jaka jest ich rola.

- Ludzie przyjeżdżają do klubów, żeby się bawić i nie każdy ma ochotę, żeby ktoś go nagabywał i rozmawiał z nim o redukcji szkód i o tym, co może się wydarzyć. Partyworketrzy rozstawiają rzeczy, które mają do rozdania, są to ulotki informacyjne, narkotesty czy też prezerwatywy, czekają. Też byłem partyworkerem. Nikt z nas nie podchodzi do imprezowiczów, mówiąc „przestań, to jest złe”. Ludzie powoli się z nami oswajają. Z czasem przychodzą i zadają pytania. Pytają nie tylko o narkotyki, też o to, jak się zabezpieczyć przed chorobami przenoszonymi drogą płciową, jak zorganizować imprezę, żeby nikomu nic się nie stało np. jak wybrać, kto dziś będzie trzeźwy, popilnuje innych i będzie prowadził samochód. Zdarza się nawet, że uczymy młodych dorosłych, jak się zakłada prezerwatywy, bo niestety edukacja seksualna, podobnie jak ta dotycząca narkotyków leży.

"ŻYWY KONTAKT TO NAJLEPSZE, CO MOŻE SIĘ PRZYDARZYĆ"

Rozchodzimy się po ulicach. Nie chcę przeszkadzać terapeutom w pracy. Krążę po centrum. Okazuje się, że o punkcie przy Teatrze Atelier i programie „Sopot. Jasna strona Nocy” nikt nie słyszał, ale ludzie popierają ideę programu:

- Żywy kontakt, to najlepsze, co się może zdarzyć. Tabletki czy papiery (bibułki nasączone różnymi substancjami, kiedyś przede wszystkim LSD) wydają się niegroźne. Szczególnie ci młodsi, którzy nie mieli jeszcze doświadczenia z dragami, nie wiedzą, na co się porywają - mówi mężczyzna zaczepiony przy bankomacie na Monciaku.

Kilku moich rozmówców jest rozczarowanych, kiedy słyszą, że terapeuci będą udzielali pomocy do końca sezonu. Uważają, że w Sopocie "baluje się cały rok", więc akcja powinna być kontynuowana.

W sercu zapadają mi słowa mężczyzny, który przestawia się jako "międzynarodowy pijak": - Piłem w Anglii, Norwegii, Holandii, wiem kim są streetworkerzy. Tylko ty źle zadajesz pytanie. Pytasz, co oni mogą zrobić. Oni nic nie zrobią bez ciebie. To ty, ja, każdy kto ćpa czy pije musi chcieć. Ale kiedy chcesz i masz ich pod ręką, bo podali ci butelkę wody, to jest jakoś inaczej. Bardziej po ludzku. Alkohol z kokainą zaczynają się napędzać. Ludzie na przemian piją i wciągają. Rano palą marihuanę, żeby zasnąć po nocy pełnej chemicznych wrażeń, tłumaczą terapeuci. I faktycznie, zapach "zioła" zaczynam czuć na ulicy dopiero ok. 4 rano, ale może wcześniej nie zwracałem na niego uwagi.

SOPOT JAK SOCZEWKA. "ZJAWISKA SĄ BARDZIEJ EKSPONOWANE"

Narkotyków nie widać. Nikt się z nimi nie obnosi. Kreski usypuje się w toaletach barów, syntetyczne, jak te prawdziwe kanabinole popala na plaży, w parkach czy podwórkach. Pigułki mogą leżeć w torebce wystrojonej kobiety zaraz obok ćwiartki smakowej wódki.

- Sopot nie jest wyjątkowy. Zagęszczenie imprezowiczów i punktów sprzedających alkohol jest duże także w innych miastach. Nagromadzenie ludzi sprawia, że pewne zjawiska są bardziej eksponowane - mówi Urszula Jaryczewska z z Punktu Konsultacyjnego dla Młodzieży Instytut Syriusza w Sopocie. - Wciąż najbardziej legalnym narkotykiem w naszym kraju jest alkohol - dostępny w każdej rodzinie, na każdej imprezie - dodaje.

- Oczywiście alkohol nie jest sam w sobie przyczyną sięgania po substancje odurzające, natomiast może znosić ostrożność, jeżeli chodzi o próby z innymi środkami. Ktoś, kto już się napije alkoholu, na pewno będzie mniej ostrożny ze spróbowaniem czegoś innego. Tak to działa - mówi Asia Mielewczyk z Ośrodka Promocji Zdrowia i Terapii Uzależnień w Sopocie.

Dyżury pełnione będą w każdy wakacyjny weekend z piątku na sobotę i z soboty na niedzielę w godzinach 22:00 - 3:00. Terapeutów można spotkać na ulicach oraz w punkcie konsultacyjnym przy teatrze Atelier w siedzibie WOPR. Istnieje możliwość kontaktu telefonicznego pod numerem 506-564-879.

Oceń treść:

Average: 9.8 (4 votes)