REKLAMA




Anthony Herman: "Mama Koka"

Fragment książki opublikowany na łamach "Mać Pariadka" (2/95).

Tagi

Źródło

Anthony Herman
"Mama Koka" (tłum. HGA)

Odsłony

6346
Fragment książki opublikowany na łamach "Mać Pariadka" (2/95).

"Przypuśćmy, że prawda jest kobietą..."
Fryderyk Nietzsche "Poza dobrem i złem"

Nie ma wątpliwości, że moje zainteresowanie liśćmi koki wzięło swój początek od pochodzącego z nich głównego alkaloidu jakim jest kokaina. Moje pierwsze zetknięcie z przedmiotem tej książki było całkiem zwyczajne, wręcz przypadkowe. Podróżowałem właśnie przez Kolumbię i niemożliwym było uniknięcie spotkań z niezliczoną rzeszą dostawców i przemytników, których w owych czasach spotkać można było w całym kraju, głównie zaś w stolicy - Bogocie. Było to latem 1971 roku, ostatniego roku przed opanowaniem rynku przez wielkie mafie, wyparciem niezależnych dostawców i zniszczeniem otwartego handlu. Kokaina w tamtych latach kupowana była raczej na kilogramy niż na gramy, dysponując zaś nieograniczonym dostępem do tego produktu w jego najczystszej formie, dałbym świadectwo głupoty i sprzeniewierzyłbym się własnym zasadom, gdybym nie podjął kroków zmierzających do przeprowadzenia na sobie szczegółowych eksperymentów.

Stawiam sprawę otwarcie: nie mam nic przeciwko kokainie jako środkowi euforyzującemu używanemu od czasu do czasu, lecz i tutaj należy być bardzo ostrożnym, by potrzeby nie przerosły naszych oczekiwań. Zdarza się bowiem, że kokaina nie jest w stanie, w znaczeniu czysto fizjologicznym, utrzymać w organizmie równowagi metabolicznej. To tak, jakby narkotyk rządził się swym własnym ezoterycznym prawem, coraz częściej przypominając o sobie, bowiem im wyższy poziom spożycia kokainy, tym wyższe, a nie niższe, okazują się nasze potrzeby. Powiedzmy, że dawka dwu lub trzech gramów dziennie traci nagle swe wcześniejsze oddziaływanie, okazuje się bezproduktywna i wiedzie ku autodestrukcji. W takich przypadkach zażywanie kokainy w ogóle nie wywołuje stanów euforycznych, a służy jedynie jako środek do pokonania depresji i głodu wywołanych przez zażycie jakiś czas przedtem określonej dawki. To wszystko prowadzi do powtarzającego się, choć coraz bardziej krótkotrwałego, uczucia normalności i dobrego samopoczucia. W rzeczywistości nie jest to skutek działania jakiegoś składnika tego alkaloidu, lecz jest to rezultat szybkiego działania narkotyku i wzrostu jego mocy, jaki uzyskują producenci w procesie rafinowania.

Wszystko to przekonało mnie, że aby odkryć bezpieczny środek stymulujący, będący równocześnie czymś więcej niż kawa, herbata czy też yerba mate, a przy tym mniej groźny niż amfetaminy, należy szukać sposobu osłabienia silnego działania kokainy, a jeszcze lepiej czegoś zupełnie innego niż ten produkt, czegoś, dzięki czemu stan euforyczny będzie mógł utrzymać się przez wiele godzin. Oczywiście, nie można było znaleźć punktu wyjścia dla mych poszukiwań lepszego niż sama roślina - matka, jednym słowem koka, od której przecież pochodzi kokaina.

Wracając zatem do Kolumbii w maju 1973 roku nie byłem zainteresowany używaniem kokainy jako takiej. Natomiast moim głównym celem stało się poznanie zasad rządzących sztuką żucia liści koki. I chociaż było to sprzeczne z ortodoksyjnymi założeniami czysto akademickiej antropologii, a co więcej - nie wzbudziło szczególnego entuzjazmu władz Bogoty, byłem przekonany, że jedynie w ten sposób będę w stanie zrozumieć Indian, którzy w końcu powszechnie używali tego narkotyku, odgrywającego tak znaczącą rolę w ich codziennym życiu.

"Ich zachowanie i wygląd były odrażające. Wszyscy mieli policzki wypchane zielonymi liśćmi jakiejś rośliny, które żuli nieprzerwanie jak bydło na pastwisku. Ledwo umieli mówić. Każdy z nich miał na szyi zawieszone dwa bańkowate naczynia, jedno wypełnione tymi samymi liśćmi, które tak uparcie żuli, drugie zaś pełne białawej mączki, z wyglądu przypominającej sproszkowaną zaprawę murarską. Od czasu do czasu zwilżali śliną patyk trzymany w ręku, by następnie zanurzyć go głęboko w owym proszku i wepchnąć do ust, mieszając liście z mączką, my zaś zdziwieni takim postępowaniem, nie mogliśmy pojąć ich tajemniczych praktyk".

Tak w swoim liście pisał Amerigo Vespucci 4 września 1504 roku, opisując swą wyprawę ku północnym wybrzeżom Ameryki Południowej z roku 1499.

Jest wielce prawdopodobne, że list, który wyszedł spod pióra Amerigo jest pierwszym pisemnym przekazem dotyczącym zwyczaju żucia liści koki, a więc zwyczaju, który w początkach XVI wieku był o wiele bardziej rozpowszechniony niż ma to miejsce dziś.

Większość wczesnych opisów dotyczy zwyczajów panujących wzdłuż wybrzeży Karaibów, a więc miejsc, których dawny charakter znikł z powierzchni ziemi wraz ze zniknięciem stamtąd prawowitych mieszkańców. Co więcej, praktycznie wszystkie te relacje cechuje głębokie niezrozumienie tubylców i ich zwyczajów, tak jaskrawo widoczne w liście Vespucciego. Dopiero wiele lat później, po podboju Peru przez konkwistadorów w 1533 roku i założeniu tam w miarę stabilnej kolonii, podjęto pierwsze próby zmierzające do wyjaśnienia tego zadziwiającego zwyczaju.

Jednakże z biegiem lat wieści o niezwykłych właściwościach koki zaczęły docierać do Hiszpanii, wieści często nader zniekształcone, utożsamiano ją bowiem z tytoniem, który również był wówczas nowością.

Mimo sporządzenia dokładnego opisu cudownych skutków żucia liści koki, wydaje się niezaprzeczalnym fakt, że zwyczaj ten nigdy naprawdę nie przyjął się w Europie. Pod tym względem koka została błyskawicznie zdystansowana, a następnie wyparta przez dwie inne rośliny również przywiezione do Europy z Nowego Świata. Mam na myśli wspomniany już wcześniej tytoń oraz ziarna kakao. Te dwie rośliny, a w miarę upływu czasu ich pochodne, już w XVII wieku stały się powszechne w użyciu. Taki stan rzeczy wytłumaczyć można sobie chyba jedynie trudnością w opanowaniu sztuki żucia liści koki, przynajmniej w porównaniu z łatwością wdychania dymu tytoniowego, czy picia kakao albo czekolady.

Bolesne wypalanie miękkiej błony śluzowej w ustach, co jest nieuniknioną konsekwencją nieostrożnego dawkowania owego proszku uzyskanego z owoców lime, jak również sam proces żucia, powszechnie uznany za nieestetyczny i opisywany zwykle jako "obrzydliwy", zahamowały szerokie rozpowszechnienie koki wśród Hiszpanów w Nowym Świecie, a co za tym idzie, przeszczepienie tego zwyczaju na grunt europejski.

Ta sytuacja nie uległa zmianie i dziś, mimo jakże łatwego dostępu współczesnych społeczeństw do znacznie bardziej niebezpiecznych narkotyków w szerokim asortymencie. Można wysnuć z tego wniosek, iż żucie liści koki w przeciwieństwie do wciągania w nozdrza kokainy, raczej nie stanie się modnym trendem.

Okazało się, że prosty odruch estetycznej odrazy od całkowitego potępienia dzieli bardzo niewielki dystans. Aby zaś bezwzględny zakaz żucia koki poprzeć czymś więcej niż tylko argumentem odnoszącym się do owej "odrazy", władze hiszpańskie niezwłocznie zwróciły się o dodatkowe argumenty do niezaprzeczalnego autorytetu w postaci kościoła.

Ponieważ kościół przyzwyczajony był do opowieści o czarownicach i ich "maściach do latania" (była to charakterystyczna obsesja średniowiecznej Europy), zażywanie jakichkolwiek psychoaktywujących substancji roślinnych było generalnie uznawane za swego rodzaju diabelską perwersję. Zakrojone na szeroką skalę polowania na czarownice, które miały miejsce w Europie, stały się wzorem dla represji kulturowych stosowanych w Ameryce. Rzeczą powszechną stało się nazywanie faktu używania tego narkotyku przez Indian barwnym określeniem "hablar con el demonio" ("rozmowa z diabłem"). W rezultacie niezwykłej inwigilacji dokonywanej przez świętych ojców, zażywanie środków halucynogennych o działaniu psychodelicznym, wpływających ponadto dodatnio na potencję, stało się wkrótce skrywaną, wręcz tajną praktyką. Dlatego też z owych czasów zachowało się bardzo niewiele zapisów na temat tych środków.

Jednak przypadek liści koki odbiegał nieco od normy, bowiem uznawane one były przez Indian nie tylko za roslinę o magicznej mocy, ale również stosowane były przy codziennej pracy na roli jako środek pobudzający i usuwający zmęczenie. Właśnie dlatego zażywanie liści koki trudno było skryć przed oczyma nowych panów i może także dlatego koka wybrana została za pierwszoplanowy cel misjonarskiej kampanii, która wówczas narzucana była prawowitym mieszkańcom Ameryki. Pierwsza eklezjastyczna rada Limy (1551) zdecydowała się całkowicie i do końca potępić kokę uznając ją za główną przeszkodę w szerzeniu chrześcijaństwa. Diego de Robles ujął to w sposób wielce kategoryczny: "Koka to roślina, którą wynalazł sam diabeł, by całkowicie zniszczyć tutejszych mieszkańców".

Oceń treść:

0
Brak głosów
randomness