REKLAMA




Adam Włodek: Sześć godzin psychozy

Oto odkopany przez nas przy okazji przekopywania przepastnych archiwów istny klejnot: opublikowana w 1964 roku na łamach "Przekroju" bardzo ciekawa relacja krakowskiego poety z eksperymentu z LSD. Polecamy, styl niepodrabialny!

Tagi

Źródło

Przekrój nr 1026, 6 XII 1964
Adam Włodek

Odsłony

18017

Eksperymentowi poddałem się przed czterema laty w jednej z krakowskich klinik. Przedtem wypróbowali działanie leku na sobie lekarze, m.in. ten, który jako Lekarz (z dużej litery pisany) zacznie się za chwilę pojawiać w mojej relacji. Prócz mnie zgłosili się do eksperymentu także i inni "cywile".

Nie do mnie należy naukowe naświetlanie przyczyn, dla których uznano za wskazane zainicjować podówczas tę akcję. Jeśli idzie o mój punkt widzenia, sprawa jest jasna: o umożliwienie mi wzięcia udziału w eksperymencie prosiłem przede wszystkim z pobudek wchodzących w zakres psychologii artystycznej. Co oczywiście nie znaczy, że świadomość konkretniejszej przydatności wyników owego doświadczenia nie sprawiała mi satysfakcji.

Najpierw poinformowano mnie ogólnie o mechanizmie działania LSD i poddano stosownym badaniom, mającym na celu możliwie najpełniejsze wyeliminowanie ryzyka.

     Postanowiłem panować nad sytuacją, a nawet przeciwstawiać się działaniu specyfiku. Takie było moje założenie. Czy mi się udało?

Leży przede mną kopia sprawozdania złożonego na życzenie kliniki w parę dni po przeprowadzeniu doświadczenia. Obok - kopia notatek Lekarza, który "na gorąco" zapisywał wszystkie moje reakcje. Relacja niniejsza nie będzie więc zlepkiem wspomnień wywoływanych po czterech latach.

...Przedmiotem obserwacji byłem przez około 6 godzin. Zaczęło się od pobrania krwi, potrzebnej do całokształtu badań. I tu natychmiast odezwała się moja istniejąca od dzieciństwa awersja do kontaktów z igłą strzykawki. Nie wspominałbym o tym, gdyby nie fakt, że sprawa ta urosła do nieprawdopodobnych rozmiarów w dwie godziny później, już w czasie transu wywołanego przez LSD. Wtedy to Lekarz - przystępujący do ponownego pobrania krwi - przybrał w mej halucynacji postać głowonoga, czy też kłębowiska oplatających mnie nagle monstrualnych korzeni.

Po przyjęciu LSD - przez około pół godziny sądziłem, że specyfik w ogóle nie działa. Gdy w trakcie przechodzenia do innego budynku kliniki natknęliśmy się na dziedzińcu na chorego psychicznie, stawiającego opór doprowadzającym go tutaj członkom rodziny - w całkowitym przeświadczeniu o swej "normalności" symulowałem przed owym pacjentem chorego, który dobrowolnie poddał się leczeniu.

Pamiętam, że pragnąłem w ten sposób przyczynić się do uspokojenia tego nieszczęśliwego człowieka. Pamiętam również, jak bardzo byłem dumny z pozytywnego wyniku mojego manewru psychologicznego...

Do pokoiku przeznaczonego na eksperyment doszedłem w całkowitej jasności umysłu. Elementy umeblowania i dekoracji wnętrza odbierałem wizualnie tak samo, jak w parę dni później, gdy zjawiłem się tu ponownie w stanie naprawdę normalnym.

Zająłem miejsce w fotelu, naprzeciw Lekarza. Poczęstowany przezeń chlebem z masłem - zjadłem kanapkę z przyjemnością, powiedziałbym: z jakąś specjalną przyjemnością. Odbierając normalne wrażenia smakowe, doznawałem szczególnej satysfakcji z powodu samego gryzienia, żucia i przełykania. Bez jakichkolwiek zmian w odbieraniu wrażeń wypaliłem pierwszego papierosa. Ale bodajże już przy drugim zaczęły się sensacje.

Ponieważ zostałem poczęstowany papierosem z gatunku tych, które najmniej lubię - powstała we mnie nagła chęć odzwyczajenia się od palenia w ogóle. Chęć ta urastać zaczęła do rozmiarów sprawy najważniejszej w życiu. I w tym momencie uświadomiłem sobie dopiero, że jestem pod działaniem zastrzyku LSD.

Zarówno wtedy, jak i obecnie - nie byłbym w stanie sprecyzować dokładnie, na czym polegało stwierdzenie tego nadzwyczajnego stanu psychicznego. Wiem tylko, że wizualnym jego symbolem stało się żółte opakowanie leżących na stole nielubianych przeze mnie papierosów. I to do tego stopnia, że znacznie później, już w trakcie wygasania transu, bezpośrednio przed opuszczeniem kliniki - z olbrzymią satysfakcją zmiąłem i wrzuciłem do popielniczki puste już opakowanie.

Pamiętam jeszcze, że w związku z tym prowadziłem z Lekarzem jakąś "piętrową" dyskusję o różnych sposobach ujmowania problemów psychologicznych.

Podana mi w tym czasie herbata wydała mi się nieznośna w smaku (słodko-słono-gorzko-kwaśna). Jej smak przypominał mi pewną mieszankę na wzmocnienie serca, "narzuconą" mi przez pewnego zaprzyjaźnionego lekarza zamiast innej, bardziej przeze mnie lubianej. W tym momencie powstało we mnie wyolbrzymione oburzenie na owego lekarza, połączone z jakimś poczuciem gwałtu i krzywdy. Z trudem stłumiłem chęć wymienienia nazwiska "winowajcy" - ale też wielką przyjemność sprawiło mi właśnie stłumienie tej chęci. Już wtedy opanowanie to uznałem za dowód zaplanowanej samokontroli.

Podobną dyscyplinę narzuciłem sobie niebawem w związku z pojawieniem się pierwszej fali barwnych halucynacji wzrokowych. Zaczęły one występować natychmiast po każdorazowym przymknięciu oczu. Zadowolony w zasadzie z odbieranych obrazów - siłą woli podnosiłem jednak powieki. Pragnąłem udowodnić sobie, że nawet za cenę powrotu do "szarej" pseudorzeczywistości potrafię odmówić sobie świadomie najbardziej choćby fascynujących wrażeń.

Używam zwrotu "pseudorzeczywistość" dlatego, ponieważ nawet wtedy wiedziałem, że stan mój jest tylko pozornie normalny. Ale wiedziałem też, że gdy mam oczy otwarte jestem bardziej prawdziwy, bardziej podatny kontroli, choćby częściowej.

Z myślą o tym (a także z powodu wzrastającego coraz bardziej zmęczenia wzroku) poprosiłem wreszcie Lekarza, aby - bądź to słowami, bądź to nawet jakimiś stanowczymi ruchami - uniemożliwiał mi opieranie głowy na rękach, gdyż właśnie w tej pozycji najłatwiej następowało przymknięcie powiek powodujące barwne halucynacje.

Owe barwne halucynacje, polegające na niezwykle intensywnym wirowaniu i przekształcaniu się fantastycznych obrazów - kojarzyły mi się początkowo z kompozycjami malarskimi Legéra, z jego kubistycznie uproszczonymi postaciami i konstrukcjami puszczonymi jak gdyby w ruch filmowy.

Potem wizje przybrały wygląd jakichś przedhistorycznych roślin i zwierząt, co z kolei kojarzyło mi się z oglądanymi stosunkowo niedawno obrazami Wiesia Dymnego.

Najczęściej jednak podobne było wszystko do jarmarcznych zabawek dziecięcych, czy też do motywów czytanych w dzieciństwie baśni. Liczebność poszczególnych kształtów zwielokrotniona była na zasadzie "lustra w lustrze", ciągły ruch powodował coraz to nowe zestawienia najbardziej fantastycznych form.

Najpierwsze jednak halucynacje przeżywałem w "rzeczywistości" odbieranej z otwartymi oczami. Niedługo po uświadomieniu sobie działania LSD, w chwili szczególnego błogostanu, postanowiłem - zgodnie z przyzwyczajeniem nabytym przy pracy - pospacerować sobie trochę po pokoju.

Dopóki siedziałem uwagę moją przyciągała fotografia na ścianie, przedstawiająca rozsypane owoce. (Dopatrzyłem się w nich stosu ludzkich czaszek, widzianych w dzieciństwie w katakumbach pewnego kościoła). Po rozpoczęciu "obchodu" zainteresowałem się szczególnie intensywnie fotogramem przedstawiającym układ elipsoidalnych, przecinających się wzajemnie linii. Fotogram ten, ujęty w dwie szyby, przybrał w moich oczach postać wirującego układu przestrzennego, z którego coraz konkretniej wyłaniała się demonicznie uśmiechnięta mtwarz ludzka, ze szczególnie wydatnymi ustami.

 Wszystkie te wrażenia nie traciły nic ze swej "prawdziwości" nawet wtedy, gdy próbowałem je zdemaskować dotykaniem szyby pokrywającej fotogram.

W tym samym czasie zaabsorbowały mnie ciągłe zmiany w proporcjach między odległościami dzielącymi poszczególne przedmioty w pokoju. Dysproporcje te przybrały nawet charakter złudzeń dotykowych. Pamiętam, że gdy chciałem usunąć z podłogi i porządnie poskładać leżący na niej podłużny chodnik - odnosiłem przez dłuższą chwilę wrażenie, że chodnik w miarę składania staje się coraz dłuższy. Pamiętam też niezwykłe poczucie triumfu, gdy wreszcie udało mi się poskromić to wrażenie i odłożyć na kanapę poskładany, sprowadzony do właściwych rozmiarów, chodnik.

Następnie uwagę moją przykuł kąt pokoju, w którym znajdowała się umywalka. Cienie, padające od kurków oraz opatrzona trupią czaszką i piszczelami nalepka ostrzegająca przed wyłożoną trutką na szczury - stworzyły wrażenie jakiejś potwornej pajęczyny, rzutującej na cały pokój. Koniecznością stało się dla mnie zerwanie nalepki i poproszenie Lekarza o usunięcie trutki, w której dopatrywałem się jakiegoś rojowiska robaków. Wydawało mi się również, że kąt pokoju z umywalką zapada się w głąb, wciągając w tę rozpadlinę również mnie.

Na podobnej zasadzie oparte było wrażenie, że widoczny zza okna czerwony mur sąsiedniego budynku - w połączeniu z betonową osłoną okna położonego poniżej poziomu podwórza - tworzą jakąś otchłań, szokującą mnie swoją głębią. Szokowało mnie również szczególnie zestawienie kolorów: czerwonego muru i zielonych liści krzewów.

Z niezwykłą ostrością docierały do mnie wtedy odgłosy pracujących dość daleko motorów oraz głosy ludzkie, dochodzące z sąsiedniej salki wykładowej. W pewnym momencie powstało we mnie przypuszczenie, że wykład dotyczy eksperymentu przeprowadzanego ze mną i że "podłączony" jestem do magnetofonu zainstalowanego na użytek słuchaczy.

Ten zespół wrażeń był szczególnie przykry. Powstało poczucie osaczenia. "Piwniczne" usytuowanie pokoiku, w którym przebywałem, dawało również skojarzenia z więzieniem. Bardzo niechętnie odpowiadałem na pytania Lekarza, odnosząc wrażenie, że podlegam przesłuchaniu śledczemu.

Mimo to jednak - i mimo wspomnianego już przeobrażenia w jakiegoś "głowonoga" przy pobieraniu krwi w czasie transu - Lekarz był dla mnie przez cały czas trwania eksperymentu najbardziej pewnym łącznikiem z światem przeżyć, pamiętanym jako obiektywny. Był jedynym gwarantem, że cały proces przebiega właściwie o że w odpowiednim momencie wrócę do normalnego życia. Nawet potem, gdy inne kontaktujące się ze mną osoby byłem skłonny uważać za elementy halucynacji - przez cały czas uważałem Lekarza za postać najzupełniej realną.

W jednej tylko kwestii nie miałem do niego zaufania. Chodzi o rzecz w miarę wstydliwą i w miarę zabawną. Stosunkowo szybko odczułem chęć załatwienia najprostszej potrzeby fizjologicznej. Początkowo nie ujawniałem tego - wreszcie jednak uznałem za konieczne zapytać o drogę do ubikacji. Nie byłem jednak w stanie wykorzystać efektu uzyskanej informacji - sądziłem bowiem, że pobyt mój w owym miejscu jest tylko złudzeniem, że znajduję się nie w ubikacji, lecz nadal w pokoju. Tym razem zapewnienia Lekarza, któremu zwierzyłem się z moich obaw, poczytałem za objaw pobłażliwości dla człowieka znajdującego się w stanie bądź co bądź "chorobowym". I dopiero po wygaśnięciu transu, już poza obrębem kliniki, zlikwidowałem ten jakże zawiły wtedy problem.

Rezultatem narzuconej sobie samokontroli stała się niezwykle ostra podejrzliwość. Nie ustąpiła ona nawet w najbardziej końcowej fazie transu.

Tuż przed opuszczeniem kliniki mianowicie znalazłem się na moment "sam na sam" z leżącymi na stole notatkami Lekarza. Nie zapoznałem się przez prostą lojalność z ich treścią - postanowiłem jednak oznaczyć je w taki sposób, abym następnie po eksperymencie, kiedy zostaną mi przez Lekarza udostępnione, mógł sprawdzić, że to te same. Dokonałem na każdym arkuszu sygnatur, pozwalających na przekonanie się w stosownej chwili o autentyczności notatek. Oczywiście już na drugi dzień skwitowałem ten zabieg ironicznym uśmiechem.

Była taka chwila, podczas najintensywniejszej kolorowej halucynacji, kiedy wydawało mi się, że nie powrócę już do normalnego życia, że już na zawsze pozostanę kimś niezdolnym do udowodnienia swej normalności ludziom ze swego otoczenia. Niebawem jednak oświadczyłem (raczej pomyślałem, bo w zapiskach Lekarza nie ma o tym ani słowa) coś w rodzaju: "A jednak jeszcze spróbuję!" - i rozpoczął się znów proces samokontroli.

Z całkowitym już spokojem przeżywałem przejście poprzedniego nastroju w stan, w którym zacząłem przypuszczać, że chyba tak wygląda agonia i śmierć. To znaczy: chciałem, żeby w ten sposób mogła nadchodzić śmierć. Całkowite uspokojenie, absolutny brak jakichkolwiek lęków typu metafizycznego. Uświadomienie sobie błahości spraw, które dotąd w normalnym życiu skłonny byłem często uważać za pierwszoplanowe...

Więcej na ten temat nie potrafię (a może nawet nie chcę) powiedzieć, choć niejedno jeszcze pamiętam. Łączy się z tym poczucie posiadania jakiejś nieznanej mi dotychczas tajemnicy, tajemnicy wyłącznie mojej. I chociaż zgodziłbym się chyba na powtórzenie za mną doświadczenia z LSD bardzo piękna wydaje mi się myśl o niepowtarzalności tak sugestywnego i głębokiego przeżycia.

Z transu wychodziłem stosunkowo powoli, na zasadzie filmu puszczonego w odwrotnym kierunku. Poczucie obiektywnej realności odzyskiwałem poprzez informacje towarzyszących mi osób. Na wyraźną moją prośbę opowiadano mi co znajduje się w polu mego widzenia - i dopiero, stwierdzając zgodność tych informacji z moimi spostrzeżeniami, dopiero wtedy upewniałem się, że wszystko wraca "na swoje miejsce".

W drodze z kliniki do domu odczuwałem jeszcze odurzenie, podobne do zamroczenia alkoholowego. Na pierwszy plan zaczęła się jednak wysuwać radość z powrotu do normalnego życia.

Ale były również momenty przykre: nawet po godzinnym śnie w domu drażniły mnie jeszcze zestawienia kolorów podobne do tych, które drażniły mnie w transie. I dopiero po owym krótkim śnie zaczęła wracać zdolność do odbierania mniej więcej normalnych wrażeń smakowych. A po powróceniu smaku pojawił się niewspółmiernie intensywny głód, utrzymujący się do późnych godzin nocnych.

Pojawiła się też chęć przebywania w gronie większej ilości osób - ale po urzeczywistnieniu tego nie znajdowałem w sobie dostatecznych możliwości do prowadzenia normalnego życia towarzyskiego.

Po północy zapadłem w ciężki, nieco męczący sen. Spałem z krótkimi przerwami przez cały następny dzień i następną noc. Jeszcze na trzeci dzień musiałem walczyć z sennością i lekkim osłabieniem. Ale na tym już skończyły się wszelki sensacje.

Opowiedziałem większość wrażeń zanotowanych przed czterema laty bezpośrednio po wygaśnięciu organicznych skutków doświadczenia z LSD. Notatki moje pokrywają się w ogólnych zarysach z zapiskami Lekarza - jeśli nie weźmiemy pod uwagę zasadniczej różnicy między sytuacją psychiczną obserwatora a sytuacją, w której znalazł się obserwowany "obiekt".

Najzabawniejsze rozbieżności istnieją wtedy, gdy ja przypominam sobie momenty szczególnej precyzji mej rozmowności - a w zapiskach Lekarza czytam: "...trudno zanotować jego słowa, jest silnie rozkojarzony...".

Wspomniałem już o motywach, jakimi kierowałem się przystępując do eksperymentu. Wspomniałem o korzyściach psychicznych, jakie z tego doświadczenia wyniosłem. Ale mimo wszystko podzielam zdanie dr Harry Ashera: "...jeżeli stan w jakim znajdowałem się... był rzeczywiście stanem schizofrenicznym, to współczucie moje dla osób dotkniętych tą chorobą wzmogło się stokrotnie".

Adam Włodek


WŁODEK Adam, ur. 8 VIII 1922 w Krakowie, zm. 19 I 1986 tamże. Całą swą działalnością związany był z krakowskim środowiskiem literackim; od 1950 przez lat kilkanaście opiekował się Kołem Młodych przy ZLP. Debiutował 1943 w konspiracyjnej Bibliotece Poetów; wiersze wojenne zebrał następnie w tomiku Najcichszy sztandar (1945), ogłosił ok. 10 tomików poezji, będących wyrazem zarówno ogólnonarodowych doświadczeń historycznych (zwłaszcza lat wojny), jak też przeżyć i refleksji osobistych: Wiersze wybrane . Wydał szkice wspomnieniowe Nasz łup wojenny (1970), o starcie pisarzy krakowskich swego pokolenia. W opracowaniu Włodka ukazały się m. in. Hejnał poetycki - wiersze o Krakowie (1953), Krakowski Almanach Młodych (1964) i Drugi Krakowski Almanach Młodych (1980), Wiersze wybrane J. Laua (1973). Przełożył utwory: J. Pilařa, V. Dvořačkowej, F. Halasa, K. Biebla, J. Seiferta, opracował Antologię poezji czeskiej i słowackiej XX w. (1971). Przełożył też m. in. Utwory poetów rosyjskich (W. Majakowski), niemieckich (R. M. Rilke) i angielskich (O. Wilde). Wiersze Włodka przełożono ma języki: bułgarski, czeski, niemiecki i rosyjski.

(za: Literatura polska. Przewodnik encyklopedyczny , wyd. 7, Warszawa 1990.)

    Włodek był też - o czym Przewodnik nie informuje - pierwszym mężem polskiej laureatki Nagrody Nobla, Wisławy Szymborskiej.


   Tekst Adama Włodka został opublikowany w "Przekroju" nr 1026 z dnia 6 XII 1964 r. Redakcja poprzedziła go następującym wprowadzeniem:

 Lek zwany LSD wywołuje objawy schizofrenii. Kto zażyje minimalną dawkę tego niebezpiecznego środka wytwarzanego ze sporysza, czuje się przez kilka godzin tak jak chory psychicznie. Drukowaliśmy w P. 1022 relację brytyjskiego naukowca dra Ashera, który dokonał na sobie eksperymentu z LSD. Dziś - relacja polskiego pisarza.

Oceń treść:

10
Average: 9.5 (2 votes)

Komentarze

Ksajtras (niezweryfikowany)

Już niedługo koniec, bedzie po sesji, nie mogę sie doczekać miętolenia z buzi bibułki z nagą rowerzystką.

zewsząd i znikąd (niezweryfikowany)

Bardzo ciekawa możliwość przeczytania takiego starego tekstu, jeszcze sprzed całej histerii... Od dłuższego czasu interesowało mnie, co wyniklo z badań nad LSD, które podobno prowadzono w Polsce; najwyraźniej tu można znaleźć trochę materiałów...

kosmaa

Ciekawy tekst. Wyraźnie można dostrzec iż Adam przeżył lekkiego bad tripa ;). Nie dziwie mu się, s&s było hujowe. Dlatego lsd uznano za schizofreniogenne i niebezpieczne. Każdy zwyczajny człowiek zareagował by podobnie siedząc w obskurnym pokoju z nieznajomym facetem zadającym pytania przypominające że jesteśmy pod wpływem narkotyku.