Wartość doświadczenia psychotycznego - Alan W. Watts

Część I

Myślę, że większość z was wie z ogłoszeń odnośnie serii tych letnich seminariów i warsztatów, że noszą one nazwę "Wartość

Tagi

Źródło

Eseje

Odsłony

1930

Część I

Myślę, że większość z was wie z ogłoszeń odnośnie serii tych letnich seminariów i warsztatów, że noszą one nazwę "Wartość
doświadczenia psychotycznego". Wielu ludzi, którzy są zainteresowani w całkowicie nowym podejściu do problemu zwanego
dotąd zdrowiem psychicznym, uczestnicząc w tych seminariach i warsztatach robią coś, co jest nadzwyczaj niebezpieczne w
sensie potencjału rewolucyjnego, a to z tego powodu:

Żyjemy w świecie, gdzie odmienne opinie religijne nie są już niebezpieczne, gdyż nikt nie traktuje religii poważnie, stąd możecie być jak biskup Pike i kwestionować doktrynę Trójcy Przenajświętszej, rzeczywistość niepokalanego poczęcia i fizyczne zmartwychwstanie Jezusa, i wciąż pozostać biskupem o dobrej pozycji. Ale co wam nie ujdzie dziś na sucho lub z czym byłoby trudno wam ujść, to herezja psychiatryczna. Gdyż psychiatria jest brana na serio i, w rzeczy samej, zamierzam zaznaczyć paralele pomiędzy obecnymi czasami a średniowieczem, jeśli chodzi o to całe zagadnienie.

Gdy cofniemy się do czasów hiszpańskiej inkwizycji, to musimy pamiętać, że profesor teologii Uniwersytetu w Sewilli ma ten sam rodzaj społecznego prestiżu i pozycję intelektualną, którą dziś cieszy się profesor patologii ze Szkoły Medycznej w Stanford. Musicie też być świadomi tego, że ten teolog, jak dziś profesor teologii, jest człowiekiem dobrej woli, żywo zainteresowanym w ludzkim powodzeniu. Nie było tak, że on tylko opiniował, ten profesor teologii WIEDZIAŁ, że każdy kto ma heretyckie poglądy religijne, będzie cierpiał wiekuistą agonię najbardziej przerażającego rodzaju. A niektórzy z was powinni poczytać pełne wyobraźni opisy cierpień piekielnych napisane nie tylko w średniowieczu, ale również dość niedawno przez ludzi bardzo bystrych intelektualnie. Zatem motywowany prawdziwym miłosierdziem inkwizytor myślał, że najlepszą rzeczą, jaka mógł zrobić, to wypędzić torturami herezje z tego, kto był w jej mocy. Co gorzej, herezja była zaraźliwa i mogła zakazić innych ludzi narażając ich tym samym na śmiertelne niebezpieczeństwo I tak, z najlepszymi możliwymi intencjami, używano łamacza palców, koła, żelaznej dziewicy, ołowianego kota o dziewięciu ogonach i ostatecznie stosu, by doprowadzić tych ludzi do zdrowych zmysłów, gdyż nic innego nie wydawało się być dostępne.

Dziś prawdziwą herezją, i to dość osobliwie w samych Stanach Zjednoczonych, jest odmienny stan świadomości. Nie tyle
heretyckie poglądy, co posiadanie doświadczenia, które jest inne od "prawidłowego" doświadczenia. Ronald Lang, który będzie uczestniczył w tych warsztatach, zwrócił słuszną uwagę na to, że uczy się nas, które doświadczenia są dopuszczalne w ten sam sposób, jak uczy się nas jakie gesty, maniery i zachowanie jest dopuszczalne i społecznie akceptowalne. Zatem gdy osoba ma tzw. "dziwne" doświadczenia i próbuje je zakomunikować innym - gdyż naturalnie mówi się o tym, co się czuje - to patrzy się na taką osobę w bardzo dziwny sposób i pyta się jej: "Czy aby dobrze się czujesz?". Gdyż ludzie czują się bardzo nieswojo, gdy zdają sobie sprawę z tego, że znajdują się w obecności kogoś, kto doświadcza świata w sposób inny od ich własnego. Poddają w wątpliwość to, czy ta osoba jest nadal ludzka. Wygląda ona jak człowiek, lecz ponieważ jej doświadczenia są tak odmienne, zastanawiasz się, czy ona wciąż jest człowiekiem. Masz to samo mdłe uczucie, jak gdybyś, dla przykładu, został przedstawiony bardzo pięknej dziewczynie, ubranej formalnie, i aby podać sobie dłonie ona ściąga rękawiczkę i podaje ci do uściśnięcia szpon dużego ptaka. To byłoby przerażające, nieprawdaż?

Albo załóżmy, że patrzysz na różę, do jej środka, gdzie schowane są jej płatki i nagle widzisz je jako otwarte usta, które zwracają się do ciebie słowami "Dzień dobry". Miałbyś wrażenie, że dzieje się coś niesamowitego. I w dość podobny sposób, w codziennych okolicznościach, siedzisz i pijesz w barze, gdzie obok ciebie zasiada ktoś pijany. I wygłasza ci "bełkotliwą tyradę pijacką", więc starasz się odsunąć trochę od tego człowieka, gdyż stał się on w pewien sposób nieludzki. W tym wypadku rozumiemy, że jest pijany, wiemy, co się z nim dzieje, i że mu to minie. Lecz co wtedy, kiedy dość niewytłumaczalnie ktoś oświadcza, że nagle doznał wrażenia, że żyje w minionych czasach, albo że jest oddzielony od wszystkich ogromną szklaną kopułą. Lub że nagle widzi wszystko w niewiarygodnie szczegółowych, poruszających się kolorach. Mówimy: "Cóż, to nie jest normalne. Zatem musi być z tobą coś nie tak". Więc fakt, że mamy tak pokaźny odsetek populacji tego kraju w szpitalach psychiatrycznych jest czymś, na co być może musimy spojrzeć z całkiem innego punktu, nie z takiego, że istnieje wysoki wskaźnik chorób umysłowych, lecz że mamy wysoki wskaźnik nietolerancji na zmienność świadomości.

W krajach arabskich, gdzie przeważa religia islamska, do osoby, którą określilibyśmy jako chorą umysłowo odnosi się z pewnym szacunkiem. Wioskowy idiota jest postrzegany z szacunkiem, ponieważ uważa się, że jego dusza nie jest w jego ciele, lecz że jest z Allachem. A ponieważ jego dusza jest z Allachem, to trzeba szanować to ciało i dbać o nie, nie jak o coś, co trzeba usunąć z pola widzenia, lecz jak o coś, co przypomina o tym, że człowiek może wciąż żyd na Ziemi, podczas gdy jego dusza jest w niebie. Bardzo odmienny punkt widzenia. Także w Indiach jest pewna różnica w stosunku do ludzi, których nazwałoby się stukniętymi, gdyż jest taki wiersz - starożytny poemat hinduski - który mówi: "Czasem nagi, czasem szalony, raz uczony, raz idiota, tak pojawiają się oni na Ziemi jako wolni ludzie".

Lecz w naszej postawie do tego typu zachować, które w swych początkach są zasadniczo nieszkodliwe, uważamy, że to, co ci
ludzie mówią, jest nonsensem. I że ich doświadczenie jest nonsensem. Czujemy się przez to zagrożeni, gdyż nie czujemy się dość pewnie w sobie. Osoba pewna siebie umie dostosować się z zadziwiającą prędkością do różnych rodzajów komunikacji. W
krajach obcych, na przykład, gdzie nie mówisz językiem ludzi, u których przebywasz, to gdy się tego nie wstydzisz, to możesz osiągnąć ogromny stopień komunikacji z innymi poprzez gesty lub nawet coś bardziej zaskakującego - ludzie mogą
porozumiewać się ze sobą przez zwykłe mówienie. Możesz dużo przekazać ludziom mówiąc inteligentnie nonsensy poprzez
naśladowanie obcego języka, wymawiając go tak, jak brzmi. Możesz tak zakomunikować uczucia, emocje, lubienie i nielubienie tego i tamtego; w bardzo prosty sposób. Lecz jeśli jesteś sztywny i niechętny, by spróbować tego rodzaju grę, to czujesz się zagrożony przez kogokolwiek komunikującego się z tobą w zabawny sposób. I tak ta sztywność ustanawia pewne błędne koło. Innymi słowy, w momencie gdy ktoś w niezwykły sposób komunikuje ci swój niezwykły stan świadomości, a ty wycofujesz się, to myśli on: "Czy ze mną jest coś nie tak? Wydaje się, że nikt mnie nie rozumie". Albo: "Co jest grane? Czyżby wszyscy nagle powariowali?'. Wtedy, gdy pogłębia się jego przerażenie, staje się coraz bardziej defensywny i w końcu staje się katatonikiem, czyli osobą, która się po prostu nie rusza. Wtedy to też zgarniamy go do instytucji, gdzie zostaje przejęty przez inkwizytorów, a jest to bardzo specyficzne kapłaństwo Wszyscy oni mają specjalne cechy, które kapłaństwo zawsze miało; mają odpowiednie stroje. Tak jak ksiądz katolicki nosi ornat podczas mszy, tak psychiatra, jak każdy lekarz, nosi długi biały fartuch i może mieć coś, co odnosi się do stuły, mianowicie stetoskop wiszący u jego szyi. Wtedy na mocy swego autorytetu, co często jest zupełnie wbrew wszelkiej wolności obywatelskiej, uwięzi tę nierozumianą osobę, która, jak zauważył Lang, przechodzi rytuał odczłowieczania. Zostaje odseparowana, a ponieważ szpitale są zapełnione ludźmi tego typu, będzie jej poświęcane bardzo mało uwagi. A trudno jest wiedzieć, co zrobić, gdy się już tę uwagę otrzyma.

Dostajesz się w tę kafkowską sytuację, gdy znajdziesz się, powiedzmy, w stanie Kalifornia w takiej instytucji, jak więzienie w Vacaville, które znajduje się w połowie drogi pomiędzy San Francisco a Sacramento. Zobaczysz wielki napis, mówiący "Ośrodek medyczny stanu Kalifornia". Stan ten słynie z eufemizmów. Kiedy przejeżdżasz pod niskim mostem zamiast "Niski most", będzie "Zmniejszona pozioma przestrzeń". Albo gdy zamierzasz przekroczyć most zwodzony, to zamiast być po prostu "Most zwodzony", jest "Wkraczasz na ruchome przejście." A kiedy powinno być prosto powiedziane "Więzienie", to mamy "Ośrodek medyczny stanu Kalifornia" lub " Ośrodek korekcyjny stanu Kalifornia", jak jest w Soledad. Vacacille jest miejscem, gdzie ludzie zostają zesłani na jedno- do dziesięcioletniego osadzenia. Jest tam personel nadzoru psychiatryczno-medycznego, coś z rodzaju służby społecznej, która bada więźniów raz na jakiś czas, gdyż jest ich tak dużo. Jest to więzienie o maksymalnej ochronie, otoczone ogrodzeniami o wiele bardziej niż samo San Quentin. Byłem tam wygłosić wykład więźniom jakiś czas temu. Chcieli, by ktoś porozmawiał z nimi o medytacji i jodze. Jeden z więźniów wziął mnie wtedy na bok - zadbany, typowy amerykański chłopiec. Został umieszczony tam prawdopodobnie za palenie zielska, nie pamiętam zbytnio jakie było wykroczenie. Powiedział: "Wiesz, jestem bardzo zakłopotany tym miejscem. Chcę się poprawić, wyjść stąd, dostać pracę i żyd jak zwykła osoba". Kontynuował: "Myślę, że oni nie wiedzą, jak się za to za brać . Po prostu odmówiono mi zwolnienia; stanąłem przed komisją i mówiłem do nich. Ale nie wiem, jakie są reguły gry i wydaje się, że członkowie komisji także tego nie wiedzą".

Więc, ja widzicie, mamy tu sytuację pełną zamętu. Taką, że gdy osoba dostaje się do szpitala psychiatrycznego i czuje przede wszystkim, że może powinna się uporządkować i porozmawiać rozsądnie z lekarzem. Lecz w system komunikacji pomiędzy nimi zostaje wprowadzony podstawowy element strachu i braku zaufania. Gdyż gdybym był złośliwy, to rozmawiając z kimś mógłbym interpretować każdą jego rozsądną uwagę jako coś bardzo złowieszczego, co by po prostu ujawniało moją własną paranoję. Psychiatra może bardzo łatwo popaść w paranoję, gdyż system, który on reprezentuje jest oficjalnie paranoidalny. Rozmawiałem z psychiatrą z Anglii zaledwie parę tygodni temu. Jedna z najbardziej czarujących kobiet, jakie napotkałem - starsza pani, bardzo inteligentna, dość ładna, bardzo rozsądna. Dyskutowaliśmy razem problem psychozy wywołanej LSD. Pytałem ją o rodzaje leczenia i o rzeczy z tym związane, a ona na początku wydała się być trochę w defensywie w trakcie tych pytać Weszliśmy na temat przeżycia, które oficjalnie zwie się "depersonalizacją", podczas którego czujesz, że ty i twoje doświadczenie zmysłowe, czyli że wszystko, co doświadczasz - ludzie, rzeczy, zwierzęta, budynki dookoła ciebie - są jednością. Spytałem: "Nazywacie do złudzeniem? Przecież to pasuje do faktów naukowych biofizyki, ekologii, biologii o wiele lepiej, niż nasze zwykłe normalne doświadczenie". "To nie mój problem - odparła - to może być prawdą, ale pracuję dla społeczeństwa, które czuje, że powinno zachować pewien przeciętny rodzaj normalnego doświadczenia i moja praca polega na przywracaniu ludziom tego, co społeczeństwo nazywa normalną świadomością. Nie mam innego wyboru, jak poprzestać na tym".

Zatem gdy ktoś dostaje się we wspomnianą sytuację, to jest mu bardzo trudno otrzymać uwagę i czuje się przerażony. Szpital psychiatryczny często przez samą swoją architekturę sugeruje pewną wielką wizję obłędu - wiecie, co mam na myśli – korytarze umysłu. Gubisz się w labiryncie i nie możesz się odnaleźć Nie jesteś pewien, kim jesteś, albo czy twój ojciec matka to naprawdę twoi rodzice, czy też za następne dziesięć minut będziesz wciąż pamiętał angielski. Czujesz się naprawdę zagubiony. A szpital psychiatryczny swoją architekturą i wszystkim innym reprezentuje tę sytuację. Nieskończone korytarze, wszystkie takie same. W którym się znajdujesz? Gdzie jesteś? Czy kiedykolwiek się wydostaniesz? I tak ciągnie się to monotonnie, dzień za dniem, za dniem i za dniem. I ktoś, kto okazjonalnie z tobą rozmawia nie patrzy ci wprost w oczy. Nie postrzega cię jako w pełni ludzkiego, patrzy na ciebie, jakbyś był dziwny. Więc co pozostaje ci do zrobienia? Najlepszą rzeczą jest stad się agresywnym, jeśli naprawdę chcesz się wydostać Cóż, wtedy powiedzą, że jest to dowód na to, że jesteś szalony. Wtedy, gdy stajesz się jeszcze bardziej agresywny, separują cię od innych i jedyną alternatywą, jaką masz, jedynym sposobem wyrażania siebie jest rzucanie gówna na ścianę. Wtedy powiedzą: "To już oczywiste. Ta osoba nie jest człowiekiem".

Pytanie, czy nasze społeczeństwo jest chore, było zadawane wiele razy ostatnio w telewizji. Słyszałem cudownie pięknego
psychoanalityka z tępym niemieckim akcentem. Wspaniale mówił: "Do jezd dość oszywizte, że społeszeństwo jest dość
besnadżejne". Słyszałem też czterech czerwonoskórych Amerykanów mówiących: "Większość ludzi w naszym kraju to dobrzy
ludzie, to jest DOBRE społeczeństwo, lecz mamy bardzo chorą mniejszość".

Teraz to, co zamierzam uczynić w pierwszej części tego seminarium, to postawić fundamentalne pytanie o wszystkie nasze
podstawowe idee odnośnie tego, czym jest choroba, a czym zdrowie, co jest normalne, a co obłędem. Gdyż myślę, że
powinniśmy zacząć od tego skromnego punktu wyjścia, że naprawdę tego nie wiemy. Mówi się, że krótko przed swoją śmiercią
Robert Oppenheimer przyglądając się technologii, a szczególnie technologii nuklearnej powiedział: "Obawiam się, że jest
doskonale oczywiste, iż świat zmierza do piekła, że jest na drodze do samozniszczenia. I jedynym sposobem, aby do tego nie doszło jest nie podejmowanie żadnych prób przeciwdziałania temu." Zastanówcie się nad tym. Gdyż łatwo jest dowieść, że głównym źródłem problemów w dzisiejszym świecie są właśnie ludzie z dobrymi intencjami. Jak profesor teologii z Uniwersytetu w Sewilli czy profesor psychiatrii skądkolwiek bądź. Idea, że wiemy, kto jest chory, kto się myli. Żyjemy obecnie w sytuacji politycznej, gdzie zachodzi ogromnie fantastyczna rzecz. Każdy wie, przeciwko czemu występuje, lecz nikt nie wie, za czym się opowiada. Gdyż nikt już nie myśli w terminach tego, czym mógłby być wielki styl życia. Powodem tego, że mamy biedę, jest to, że nie mamy wyobraźni. Nie ma ziemskiego powodu; nie ma wcale fizycznego, technicznego powodu dla obecności biedy gdziekolwiek. Jest bardzo wielu ludzi gromadzących to, co uważają za bogactwo, lecz to są tylko pieniądze. Nie wiedzą, jak ich użyć, nie wiedzą, jak się nimi cieszyć, ponieważ nie mają wyobraźni.

Ogłaszam intencję, nie datę, poprowadzenia seminarium dla nadzwyczajnie bogatych ludzi, zatytułowane "Czy jesteś bogaty i
czujesz się nędznie?", gdyż prawdopodobnie tak z wami jest. Z niektórymi nie, ale z większością tak. Chodzi o to, że mamy
sytuację, gdzie każdy wie, przeciwko czemu jest, nawet jeśli mówi: "Jestem przeciwko wojnie w Wietnamie. Jestem przeciwko
dyskryminacji rasowej - czy - jestem przeciwko każdej kolorowej rasie" i tak dalej. No tak, ale co z tego wynika? To nie wystarczy, to po prostu za mało. Musisz mieć jakąś zupełnie konkretną wizję tego, czego byś chciał i dlatego czynię poważną propozycję, by każdy idący na studia miał na egzaminie wstępnym zadanie napisania eseju o swoim pojęciu nieba i to jak najbardziej szczegółowo. Nie może, na przykład, napisać: "Chciałbym żyd z bardzo piękną kobietą". Co masz na myśli poprzez "piękną kobietę"? Dokładnie co i jak? Szczegółowo. Do ostatniej okrągłości jej bioder, do każdej ekspresji jej charakteru, jej podejścia do ludzi, zainteresować, w ogóle wszystko. Bądź szczegółowy! I tak o wszystkim. "Chciałbym mieszkać w pięknym domu". Co dokładnie masz na myśli poprzez "piękny dom"? Nagle musisz przestudiować architekturę i w końcu ten wstępny esej o "Mojej idei nieba" staje się twoją rozprawą doktorską. W sytuacji, gdy wszyscy wiemy, przeciwko czemu jesteśmy, a nie wiemy, za czym jesteśmy, to wiemy także przeciwko KOMU jesteśmy. Określamy różne typy ludzkie jako nieludzkie, całkowicie irracjonalne. Ludzie mówią: "Ech, ci murzyni, oni są zupełnie niewykształceni, nigdy się niczego nie nauczą i nie da się już nic z tym zrobić – są beznadziejni, trzeba się ich pozbyć". Zwolennicy Bircha mówią podobne rzeczy. Inni, liberałowie, mówią tak o zwolennikach Bircha: "Oni są głupi, trzeba się ich pozbyć". Jedynym tego wynikiem, tym, co mogą ludzie wymyślić w tej sytuacji, to "zbrój się".

A to stwarza błędne koło, gdyż pozostali też się zbroją. Więc punkt, z którego musimy zacząć jest taki, że nie wiemy, kto jest zdrowy, a kto chory. Kto ma racje, a kto nie. Ponadto musimy zacząć, uważam, od założenia, że skoro tego nie wiemy, to nie da się nic z tym zrobić

Jest takie tureckie przysłowie, które chciałbym tu przytoczyć: "Kto śpi na podłodze, nie może spaść z łóżka". Zatem powinniśmy uczynić z tego początek - podstawowe założenie o życiu, że nawet gdybyśmy mogli ulepszyć społeczeństwo, ulepszyć siebie, to nigdy nie bylibyśmy pewni tego, że kierunek, w którym się ruszyliśmy wiedzie ku lepszemu.

Chińska, taoistyczna historia opowiada o pewnym farmerze. Uciekł mu koo, więc tego wieczora wszyscy sąsiedzi zebrali się i mówili: "Jaka szkoda", na co odparł: "być może". Następnego dnia koo wrócił i przyprowadził ze sobą siedem dzikich koni. "Cudownie - rzekli - ty to masz szczęście!", a farmer: "być może". Kolejnego dnia jego syn wdrapał się na jednego z tych dzikich koni i próbował go ujeździć, lecz został zrzucony i złamał nogę. Wtedy wszyscy sąsiedzi powiedzieli: "To okropne, że twój syn złamał nogę". "być może" - rzekł farmer. Dzień później przybyli do wioski oficerowie od poboru, by wcielać młodych mężczyzn do armii. Odrzucili jego syna z powodu złamanej nogi, co zebrani skomentowali: "Wspaniale! Patrz, jak wszystko wyszło na dobre", na co farmer odpowiedział: "być może".

Nigdy tak naprawdę nie wiadomo, w którym kierunku biegnie postęp. Stanowi to dziś fantastyczny problem dla genetyków,
którzy myślą, że w pewnym stopniu kontrolują kod DNA i RNA, co umożliwia im stworzenie rodzaju istot ludzkich, które
powinniśmy mieć Krzyczą więc: "Hurra!", lecz po chwili myślą i mówią: "Zaraz, zaraz, ale jaki to ma być rodzaj człowieka?" Zmartwiło to ich bardzo i zaledwie jakiś czas temu komitet narodowy, w skład którego wchodzili absolwenci wyższych uczelni i genetycy, zebrał się na Uniwersytecie Kalifornijskim i poprosił grupę psychologów, teologów i filozofów, by przybyli i zastanowili się z nimi nad tym i ich w tej kwestii oświecili. Mnie również zaproszono, a to znaczy, że oni są NAPRAWDĘ zdesperowani. Więc powiedziałem im: "Słuchajcie, jedyną rzeczą, jaką możecie zrobić, to być pewnymi, że utrzymujecie szeroką rozmaitość różnych rodzajów ludzi, gdyż nigdy nie wiadomo, co wydarzy się dalej. Potrzebujemy zatem ogromnego, że tak powiem bogatego zasobu różnych rodzajów ludzkiej inteligencji, zdolności i talentów. Tak, by zawsze był pod ręką rodzaj człowieka odpowiedni do nagłej sytuacji, która może się pojawić". Widzicie więc, że jest całkowicie błędne rozumowanie w idei prawienia ludziom kazań To dlatego porzuciłem kaznodziejstwo, jak często mówiłem nie z powodu tego, że kościół nie praktykował tego, co prawił w kazaniach, lecz dlatego, że je właśnie prawił. Nie możesz mówić ludziom, jaki styl życia powinni przyjąć, gdyż gdyby postąpili zgodnie z twoją sugestią, mógłbyś stworzyć rasę potwory. Spójrzcie na to z takiego punktu, że rasa ludzką jest rasą potworów.

Myślałem o tym dziś popołudniu, jadąc tu z Monterey i patrząc na pasma autostrad oraz wszystkie te małe autka jadące po nich. Rozważałem, że gdyby nasza planeta była fizycznym ciałem, jak moje własne, to czy nie czułbym, że jest to jakiś rodzaj inwazji dziwnych bakterii zjadających mnie. Czy możliwe byłoby, że ptaki, pszczoły i kwiaty - generalnie zwierzęta - są rodzajem zdrowych bakterii. Pszczoły i ptaki poruszają się to tu, to tam, komponują się z lasami i polami, prowadząc dość niezorganizowany, lecz bardzo interesujący tryb życia, podczas gdy istoty ludzkie tną wszystko prostymi liniami. Tory kolejowe... Pokrywają się śmieciami... Ptak może mieć małe gniazdko, lecz nie musi otaczać się samochodami, książkami, budynkami, nagraniami fonograficznymi i uniwersytetami oraz zaśmiecać cały krajobraz masą ozdóbek. Ludzie czynią z tego przedmiot swej dumy. "Widzicie, to jest kultura!" Wielkie osiągnięcie, postawić budynek. Możesz dostać za to pieniądze. Nie dostaniesz pieniędzy za profesorów, ale dostaniesz je za nowe budynki. Więc zaśmiecamy naszą Ziemię, która może czuć, tak jak my czujemy się, gdy zachorujemy i nasza skóra staje się pokryta świerzbem, rozprzestrzeniającym się po całym ciele - syfilis! Czy jesteśmy syfilisem na naszej planecie? Nie bądźcie zbyt pewni tego, że nie. Rozważcie poniższe:

Pamiętajcie, że mówię te rzeczy, by was sprowokować, by wprowadzić was w lekki obłęd, wzbudzając w was wątpliwość co do
wszystkich założeń, które uważacie niewzruszenie za prawdę. Jest dość możliwe, że całe przedsięwzięcie człowieka, by
kontrolować wydarzenia na Ziemi swoją świadomą inteligencją, swym językiem, matematyką i nauką jest klęską. Mówimy: "Patrz na nasz sukces, jak wiele chorób uleczyliśmy. Jak wiele głodu zostało zażegnane. Patrz, jak bardzo podnieśliśmy standard życia". Tak, ale ile czasu to zajęło?

Nawet jeśli powiemy, że to zaczęło się z brzaskiem znanej historii, to jest to tylko maleńki fragment czasu w porównaniu z czasem istnienia ludzkości. A jeśli chodzi o rewolucję przemysłową, to zawęża się to do jeszcze bardziej malusieńkiej drobinki czasu. Skąd mamy wiedzieć, ze to jest postęp? Skąd wiemy, ze to jest sukces? To może być porażka o niewyobrażalnych proporcjach. być może. Prawda jest taka, że tego nie wiemy. Oczywiście możliwe jest, że każda gwiazda na niebie była kiedyś planetą, na której powstały inteligentne formy życia, które z kolei odkryły sekret energii atomowej, wysadziły się w powietrze w skutek reakcji łańcuchowej, a pozostałe resztki zaczęły po pewnym czasie wirować, formować się w planety, na których powstały kolejne inteligentne formy życia. Po milionach lat, gdy gwiazda centralna zaczęła stygnąć, wysadzili się w powietrze ponownie i tak się toczy ten proces. Jest to oczywiście teoria Hindusów. Nie dosłownie, lecz mają oni teorię, że życie, każda manifestacja wszechświata zaczyna się we wspaniały sposób, a potem podupada. W takim razie tak jest ze wszystkim. Czyż nie wszystko w końcu rozpada się na kawałki, starzeje się i zamiera? Dlaczego różne gatunki, różne planety, dlaczego różne wszechświaty nie miałyby przechodzić przez ten sam proces?

To jest zupełnie przewrotny pogląd dla naszego zdrowego rozsądku. Uważamy, że wszystko powinno wzrastać, udoskonalać się i stawać się lepsze i lepsze. Spójrzcie na to odwrotnie, bo może być zupełnie inaczej. A o to kolejna myśl. Wiemy, że prawda, że to, jak rzeczy się mają, jest interakcją, albo lepiej - transakcją pomiędzy światem fizycznym a naszymi narządami zmysłów, wiemy zatem to, że istnienie jest relacją. W ten sposób pewne - nazwijmy je wibracjami elektrycznymi - drażnią narządy zmysłów o pewnej strukturze. To jest ograniczony sposób mówienia o tym, ale wygodny na tę chwilę. Zatem zgodnie ze strukturą narządów zmysłów, wibracje będą manifestowane na różne sposoby. Innymi słowy, mogę ruszyć palcem w ten sposób i jeśli będzie to szarpnięcie struny skrzypiec, to będzie to "ping!". W tym wypadku mój palec i jego ruch pojawi się jako "ping!". Lecz gdy szarpnę strunę basową, to będzie to "dong!", więc i mój palec będzie tym "dong!". Gdyby ten sam ruch był skierowany na błonę bębna, "bęc!", to palec byłby tym "bęc!", zatem czym jest ten ruch tak naprawdę? Jest wszystkim, z czym wchodzi w interakcję. Jeśli przemknie on przez czyjąś skórę, to nie znam na to dźwięku; będzie to uczucie. Jeśli odbędzie się on przed moimi oczami, będzie to ruch.

Zależnie od budowy, nazwijmy to receptora, tym właśnie będzie rzeczywistość Za receptorami - zmysły wcale nie są takie proste - są one nierozłączne od nadzwyczaj złożonej struktury neurologicznej. To nie wszystko - jest jeszcze system standardów kulturowych, co do tego, które wydarzenia mają być zauważane, a które ignorowane. Co jest ważne z pewnych względów, jak np. przetrwanie, a co jest nieistotne, zatem przekształcamy dalej wybiórczość narządów zmysłów oraz całego układu nerwowego zgodnie z układem wybiórczym tego, co jest kulturowo akceptowane jako realne i nierealne, ważne i nieważne.

Jest więc możliwość, że tak złożony system wybiórczy może mieć przeogromną liczbę odmian, i że ludzie, których nazywamy
szalonymi, mają inny układ szacowania. Mogą mieć inne struktury neuronowe, jak oczywiście jest w przypadku syfilisu czy raka mózgu. Lecz co z czymś na innym poziomie, poziomie selektywności, która odnosi się do tego, co nazywam warunkowaniem
społecznym? Znamy przysłowie, że geniuszowi niedaleko do szaleństwa Skąd mamy wiedzieć, czy pewna zmiana z strukturze
całego układu sensorycznego jest chorobą czy też wzrostem - jakimś rodzajem ulepszenia człowieka? Cóż, mamy pewne bardzo
surowe standardy, które do tego celu stosujemy, lecz nigdy nie ma w tej kwestii zupełnej pewności, gdyż to, co nazywamy
zdrowiem psychicznym jest prawidłem pospólstwa. Te zdrowie jest po prostu głosem organizmów, które uważają się za ludzi,
zbierają się razem i mówią: "Jest tak, jak to widzimy". Pamiętacie pewnie fragment "Księgi dżungli" Kiplinga, gdzie wyśmiewane są małpy, które za każdym razem, gdy się zbiorą, wykrzykują "Wszystkie tak mówimy, więc to musi być prawda!"

Tu z kolei wyłaniają się głębokie polityczne problemy. Jak większość ma tolerować, wchłaniać i oceniać mniejszość? To
akademicki problem. Mamy standardy odnośnie tego, kim są dobrzy uczeni, godni zaufania naukowcy - dajemy im tytuły
magisterskie. Wszyscy oni zbierają się, by podtrzymywać owe standardy. Lecz w pewnym momencie uświadamiają sobie, że
zawężają im się horyzonty, że rzeczy nie mają się tak, jak powinny; wtedy ktoś mówi: "Stary taki a taki, którego zawsze
uważaliśmy za szalonego i bardzo nieortodoksyjnego, nagle wysunął ideę, którą wszyscy musimy rozważyć". Można by rzec, że
każde grono profesorskie musi zawierać w sobie przynajmniej pięć procent odszczepieńców Każda kultura musi znosić w sobie
obecność licznych dziwnych ludzi. Nie ma możliwości, że każdy w Stanach Zjednoczonych stanie się hippisem. Lecz powinno
powinszować się, że duża liczba młodych ludzi jest hippisami, nawet jeśli samemu nie chce się żyd w taki sposób. Nie mówiąc już o odmiennych rasach, które są wśród nas - Murzyni, Meksykanie, Chińczycy, Japończycy i inni. Jest to ogromnie ważne, gdyż, jak powiedziałem genetykom, to zachowuje różnorodność A kultura, która nie czuje się dość pewnie z w sobie - wracam tu jakby do punktu wyjścia - nie potrafi tego znieść

W Anglii, jak pamiętam, panuje o wiele większe poczucie bezpieczeństwa Gdy byłem piętnastoletnim chłopcem, to w bardzo
ortodoksyjnej anglikańskiej szkole oznajmiłem pewnego razu, że jestem buddystą. Nikt nawet nie podniósł brwi. Tutaj, gdy ktoś ogłasza, że jest kimś dziwnym, to zaraz idzie się z tym do dyrektora i jest duży problem, wciąga się w to FBI, i jeszcze tych i tamtych. Lecz wtedy powiedziano: "Ot co, buddysta!", pozytywnie zachęcając mnie do mojego odmiennego zainteresowania, i dając mi pierwszą nagrodę na zajęciach religijnych. Dokładnie taka sama odprężona postawa jest potrzebna tutaj.

Zadajmy kilka pytań, które nie wymagają odpowiedzi. Czy amerykańska rodzina jest takim ciężarem, że kilkoro dzieci żyjących w komunach wolnej miłości stanowi fundamentalne zagrożenie dla tej pierwszej, i że zepsuje to wszystkich naszych grzecznych chłopców i dziewczęta? Czy amerykańskie uniwersytety są tak nudne, że kilku studentów-outsiderów zakładających swe własne uniwersytety jest zagrożeniem dla całego systemu i zepsuje pozostałe grzeczne dzieci? Czy garstka dzieciaków chodzących w brodach i długich włosach może zmienić naszych chłopców w dziwaków?

Miałem kiedyś zabawne doświadczenie, gdy będąc w Anglii uczestniczyłem w mszy w opactwie Westminster. Zabrałem ze sobą
żonę, bo bardzo chciałem, by zobaczyła to, co jest sercem brytyjskiego establishmentu. Dziekan Westminsteru jest niemal jak Dalajlama. Odprawiano to eleganckie wiktoriańskie nabożeństwo - piękne stroje, chór, itp. - i gdy procesja wychodziła, to pierwszy szedł chór składający się z małych chłopców z odpowiednio obciętymi włosami, narzutkami i czerwonymi czapeczkami na głowach. Było sporo starszych chłopców noszących te narzutki, tak jak to zwykle jest w brytyjskich szkołach publicznych. Wiecie, że publiczne szkoły tu nie są wcale publiczne, lecz prywatne i bardzo ekskluzywne, a szkoła Westminster jest jedną z przodujących, jak Eaton czy Harrow. Nagle ci chłopcy w narzutkach obrócili się, ukazując te ogromne fryzury Beatlesów opadające im na twarze. Nie wierzyłem własnym oczom, gdyż sam chodziłem do King's Scholar i w naszych czasach byliśmy bardzo porządni, z krótkimi czuprynami. Za tymi chłopcami szli zwykli ludzie, którzy nie należeli do King's Scholar, zatem nie nosili narzutek, lecz mieli na sobie czarne spodnie w pasy, czarne płaszcze, kołnierze na sztorc i czarne krawaty. Boże, co jest grane? To jest opactwo Westminster! Lecz dziekan nawet nie uniósł brwi, przyjmował to wszystko naturalnie. Czuj się doskonale bezpieczny. Wiedział, że jest tym, kim jest. Wierzył, że Jezus panuje nad wszystkim, i że jest w porządku, oraz że jeśli chcesz przyjść i zrobić coś odmiennego, to nie ma sprawy.

I to jest postawa, którą musimy wziąć pod rozwagę względem wszystkiego, co heretyckie, psychotyczne i dziwne. Gdyż nie
wiemy, co jest w porządku, kto jest zdrowy na umyśle, ani gdzie kończy się świat. W tym względnym wszechświecie nie lgniemy do niczego, uczymy się pływać, a wiecie, czym jest pływanie. Jest to pewna odprężona postawa względem wody, na powierzchni której nie pozostajesz poprzez trzymanie się jej, lecz poprzez oddanie się jej - i dokładnie tak samo jest ze związkami z ludźmi dookoła nas.

 

 

 

 

 

 

Oceń treść:

Average: 9.8 (4 votes)
Zajawki z NeuroGroove
  • 4-HO-MET
  • Pierwszy raz

Nastawienie: podekscytowanie, długo czekałem by skosztować metocynę. Liczyłem na spotkanie z drugą stroną życia, przybliżenie do Matki Natury, przeżycie enteogeniczne i mistyczne. Byłem sam, miałem nadzieję na uzyskanie mistycznych i osobistych doświadczeń, a do tego towarzystwo nie sprzyja. Miejsce: najpierw dom, spacer do sklepu i parku, potem znowu dom.

W dniu wczorajszym doszła długo oczekiwana paczka. A w niej 100 mg 4-HO-MET. Dawkowanie wg Shulgina to 10-20 mg doustnie. Nie czekając długo zażyłem ~10 mg doustnie i zaczekałem na efekty. Była godzina 13.07. Po regulaminowych 30 minutach poczułem się jakbym wziął antydepresant: citaproam, albo tianeptynę. Jednak uznałem że to było za słabo. Po godzinie wziąłem drugą taką samą porcję. Od tej pory zaczyna się właściwy opis podróży.

  • 25I-NBOMe
  • Pierwszy raz

Byłem bardzo pozytywnie i optymistycznie nastawiony do podróży, miałem ze sobą dwóch kolegów, benzo na wypadek niepożądanych efektów np. bad trip Akcja początkowo rozgrywała się w parku, gdzie jest pusto i spokojnie

Z domu wyszedłem nastawiony pozytywnie i optymistycznie, wychodząc o godzinie 15:55 włożyłem blotter z 1mg 25i-nbome na dziąsło i uderzyłem na miasto, po drodze do sklepu po wodę i pepsi w puszcze na wypadek nudności związacnych z bodyloadem, o którym wcześniej naczytałem się wiele złego ale o tym później

16:20 już po zakupach spotkałem dwóch znajomych i poszliśmy do parku, zaczynało się już ściemniać więc usiedliśmy spokojnie na ławce i czekaliśmy aż zacznę odczuwać pierwsze efekty

  • LSD-25

Tego lata, zdarzyło mi się być na kwasie w dużym zbiorowisku ludzi (duży, pokojowo zorientowany festiwal ogólnopolski).

  • Dekstrometorfan
  • Tripraport
  • Tytoń

W porządku, co by tu dużo mówić.

Dzwonek do drzwi- tak zaczyna się dzisiejsza historia. Za drzwiami mój przyjaciel Kleofas (imię zmienione), z którym to niejedną lufę się wspólnie usmażyło. Zaparkował skuter nieopodal mego domu, wszedł po schodach na taras, nacisnął ten przycisk, czeka. Widzę przez szybkę niecny uśmiech. Otwieram i zapraszam go do środka. Udajemy się do mojego pokoju, w którym pożeramy czerwone tabletki. Popite sokiem z czerwonego grejpfruta. Przyjacielowi dostało się 420mg DXM, mnie- 540. Jego wagę szacujemy na 75 kg, moja to równe 90.

randomness