REKLAMA




Alan W. Watts - Radosna Kosmologia

Radosna kosmologia

Alan W. Watts - Radosna Kosmologia

Radosna kosmologia

PRZEDE wszystkim inaczej zaczyna płynąć czas. Podług biologicznego, a nie wskazywanego przez zegary rytmu. Nie ma pośpiechu. Nasze poczucie czasu jest nieustannie subiektywizowane i zależy od jakości naszej uwagi, czas płynie inaczej gdy jesteśmy czymś zainteresowani i inaczej gdy się nudzimy, inaczej również odczuwamy jego upływ, gdy wykonujemy rutynowe czynności, jak wtedy gdy mamy do wykonania coś konkretnego i nie cierpiącego zwłoki. Obecność sama w sobie okazuje się być wystarczająca, lecz nie jest statyczna. Przypomina taniec - nie sięga w przyszłość, ku określonym celom, lecz jest celem samym w sobie. Przychodzi i jednocześnie odchodzi, jest nasieniem i kwiatem. Istnieje zatem sposobność by odczuć każdy, najmniejszy nawet detal składający się na ruch, który objawia się teraz z nieskończoną wyrazistością. Normalnie nie w większym stopniu zauważamy pewne rzeczy, co przeoczamy je. Oczy widzą pewne typy i klasy obiektów - kwiat, liść, skałę, ptaka, ogień - i są to raczej mentalne obrazy rzeczy niż rzeczy same w sobie, surowe kontury wypełnione jakąś barwą, zawsze nieco mgliste, niewyraźne i nieciekawe. Lecz teraz w pełnym świetle ujawnia swą odwieczną strukturę rozwijający się pąk. Jest czas by ją dostrzec, jest czas na rozwinięcie w świadomości zawiłej gmatwaniny żyłek i naczyń włoskowatych, czas by zgłębić zieloność pąka, która nie jest przecież zielonym kolorem lecz całym spektrum barw - purpurą, złotem, skąpanym w słońcu turkusem oceanu, intensywnym blaskiem szmaragdu. Nie sposób ustalić gdzie kończy się kształt i zaczyna kolor. Pąk otwiera się uwalniając młode listki, które natychmiast rozsypują się w wachlarz i lekko wyginają w geście niewątpliwie towarzyskim, jakby mówiły "tak!". I w jakiś sposób jest ten gest zupełnie adekwatny, wręcz szokująco oczywisty. Jego znaczenie jest jasne w ten sam sposób jak zrozumiałe są kolor i faktura liścia rozświetlonego nie przez światło padające z zewnątrz lecz w nim zamieszkujące. Nie ulega wątpliwości, że światło jest tym, co akurat wydobywa z mroku, istnieje dla niego nierozerwalna trójca słońca, obiektu i oka, a chemiczna struktura liścia jest jego kolorem, jego światłem.

Jednocześnie jednak kolor i światło są darem oka dla liścia i słońca. Przezroczysta gałka oczna odkrywa to, co na zewnątrz jako świetlną przestrzeń, pozwala kwantom energii działać na galaretowate włókna znajdujące się w głowie. Ogarnęło mnie uczucie, że świat znajduje się jednocześnie w mej głowie i poza nią, i oba, wewnętrzny i zewnętrzny, zawierają się w sobie na podobieństwo nieskończonej ilości sfer mających wspólny środek. Jestem nadzwyczaj świadom, że wszystko co odczuwam jest tożsame z mym ciałem - światło, kolor, kształt, dźwięk i struktura są kategoriami i właściwościami mózgu zyskującymi status zewnętrznego świata. Nie postrzegam świata, nie staję w jego obliczu; poznaję świat poprzez nieustający proces zmieniający go we mnie, tak że wszystko co mnie otacza, cała przestrzeń, nie jest już dalekie, lecz jest we mnie.

Pierwszym uczuciem jest zmieszanie. Nie jestem pewien kierunku, z którego dobiegają dźwięki. Przestrzeń wydaje się odbijać je echem przypominającym głosy bębnów. Wzgórza wokół rozbrzmiewają turkotem jadącej ciężarówki, dudnienie i kolor-forma wzgórz wydają się tym samym. Chcę podkreślić, że nie jest to dziełem przypadku i w przyszłości będę się wyrażał w podobny sposób Wzgórza poruszają się w swym bezruchu. Znaczą one coś o tyle, o ile ulegają przeobrażeniu w mym mózgu, gdyż mózg jest narzędziem sensu. Porastające je sekwoje przypominają zielony ogień a miedzianozłota barwa spalonych przez słońce traw wzbija się wprost ku niebu. Czas zwalnia i wydaje się, że nastała wieczność, jej posmak przenosi się na wzgórza - połyskujące górskie szczyty, których obraz pojawia się niczym wspomnienie z niewyobrażalnie odległej przeszłości, obce, lecz jednocześnie znajome niczym ma własna dłoń. Zmieniony w świadomość, w elektryczną, wewnętrzną jasność nerwów, świat wydaje się być w nieuchwytny sposób nieistotny - jest obrazem utrwalonym na kolorowej kliszy, brzmieniem napiętej skóry bębna, przytłacza nie swym ciężarem, lecz raczej wibracjami interpretowanymi jako ciężar. Materialność jest wymysłem układu nerwowego, zastanawiam się więc, czy i on sam jest materialny? Z którego miejsca bierzemy swój początek? Czy porządek mózgu tworzy porządek świata, czy jest na odwrót? Oba zdają się być niczym jajko i kura, lub jak awers i rewers tej samej monety.

Fizyczny świat jest wibracją, kwantami energii, lecz wibracją czego? Dla oka jest to kształt i kolor, dla ucha - dźwięk, dla nosa - zapach, dla palców - dotyk, lecz są to różne języki jednej rzeczy, różne rodzaje wrażliwości, różne wymiary świadomości. Pytanie "czego dotyczą te różne formy?" zdaje się być pozbawione sensu. To, co jest światłem dla oka, dla ucha jest dźwiękiem. Mam obraz odczuć zmysłowych oddających nie jedną, wspólną dla nich rzecz, lecz siebie nawzajem, zamkniętych w kręgu współzależności. Poddany uważnej obserwacji, kształt staje się kolorem, ten z kolei wibracją przechodzącą w dźwięk stający się zapachem, potem smakiem, następnie dotykiem i znowu kształtem. (Dla przykładu widać wyraźnie, że kształtem liścia jest jego kolor. Liść nie posiada ograniczającego go konturu; konturem jest granica oddzielająca jedną barwną powierzchnię od innej). Widzę wszystkie te rodzaje wrażliwości jak tańczą w kręgu, zmieniając jeden sposób gestykulacji na inny. Gestykulacje te płyną w wielowymiarowej przestrzeni, wymiary te mógłbym opisać jako kolorowe emocjonalne tonacje, światła i dźwięki wywołujące radość lub strach, uniesienie bądź depresję. One również tworzą krąg współzależności, spektrum tak spolaryzowane, że by wyrazić jeden jego aspekt, sięgnąć trzeba po terminy przynależne innemu.

Czasami obraz fizycznego świata bardziej niż taniec gestów przypomina tkaninę. Światło, dźwięk, dotyk, smak i zapach są osnową tworzącą wymiar doznania, będący jednym continuum lub polem. Krzyżujący się z osnową wątek reprezentuje wymiar znaczenia - moralne i estetyczne wartości, osobiste lub indywidualne własności, prawdy logiczne i formy ekspresji - te dwa wymiary przenikają się wzajemnie, tworząc charakterystyczne kształty na podobieństwo zmarszczek na powierzchni wody, którą jest zmysłowe doznanie. Osnowa i wątek wspólnie łopoczą, unoszą się na wietrze, ta swoista tkanina nie jest płaska i statyczna lecz porusza się w wielu kierunkach na podobieństwo płynących i krzyżujących się impulsów wypełniających przestrzeń. Czuję, że świat znajduje się na czymś, niejako w ten sposób jak kolorowa fotografia znajduje się na filmie, łącząc i nadając wyraz skrawkom koloru, z tym, że filmem jest tutaj gęsty deszcz energii. Widzę, że tym czymś jest mój mózg - "ten magiczny warsztat tkacki", jak nazwał go Sherrington. Mózg i świat, osnowa doznania i wątek znaczenia wydają się nierozłącznie przenikać. Mają wspólne granice i nie sposób określić jednego nie biorąc pod uwagę drugiego.


Słucham muzyki organowej. Tak jak liście wydawały się gestykulować, tak organy zdają się przemawiać. Nie jest to rejestr vox humana, lecz każdy dźwięk wydaje się wydobywać z przestronnego, wilgotnego ludzkiego gardła. Gdy, używając pedałów, muzyk porusza się powoli w dół skali, dźwięki zdają się rozlewać niczym kałuże. Przy uważniejszym słuchaniu ujawniają swą strukturę - rozchodzące się kręgi wibracji, ząbkowane na podobieństwo grzebieni, już nie wilgotne i gładkie, jak żywe gardło, lecz mechanicznie przerywane. Dźwięk rozpada się na niezliczoną ilość osobnych wibrujących zgrzrzytów. W miarę słuchania przerwy znikają, czy też każdy zgrzrzyt kolejno ulega rozmazaniu. Miękkość i twardość, ciągłość i porowatość, gładkość i szorstkość wydają się zmieniać w siebie lub być różnymi poziomami, na których objawia się jedna rzecz.

Motyw ten powraca na setki różnych sposobów - nierozłączna biegunowość przeciwieństw lub obustronność i wzajemność wszystkiego co zawiera w sobie świadomość. Teoretycznie łatwo jest pojąć, że percepcja opiera się na kontrastach - figury i tła, światła i cienia, wyraźnego i mglistego, mocnego i słabego. Lecz zwyczajna uwaga wydaje się nie mieć dość mocy by uchwycić oba te przeciwieństwa na raz, w jednym momencie. Jesteśmy w stanie postrzegać sensualnie lub konceptualnie, kolejno przerzucając uwagę na te dwa aspekty poznania; wydajemy się nie być zdolni zauważyć kształtu bez względnej nieświadomości tła. Lecz w tym nowym świecie obustronność rzeczy jest całkiem dobrze widoczna na każdym poziomie. Ludzka twarz, na przykład, jest jasna w każdym swym aspekcie - jej ogólny wyraz wraz z pojedynczym włosem i zmarszczką. Twarze zdradzają każdy wiek, te charakterystyczne cechy, które ujawniają wiek podeszły, sugerują też młodość przez implikację; kształt czaszki przywołuje obraz nowonarodzonego niemowlęcia. Asocjacje powstające w mózgu zdają się być symultaniczne, nie objawiają się kolejno, stwarzają obraz życia, które może być przerażające w swej dwuznaczności bądź radosne w swej jedności.

Podjęcie jakiejkolwiek decyzji może być wręcz niemożliwe z powodu paraliżującej świadomości, że nie ma sposobu by osiągnąć dobro pomijając przy tym zło czy też niemożliwe jest działanie pod wpływem godnego zaufania autorytetu bez chęci, u podstaw której leży niedoświadczenie, by to zrobić. Jeśli rozsądek przywodzi na myśl obłęd i utratę wiary to właściwie jestem psychotykiem roszczącym pretensje do bycia zdrowym, przerażonym idiotą, okresowo podejmującym próby, by nad sobą zapanować? Spojrzałem na swoje życie jak na arcydzieło wyrosłe z obłudy - ten zmieszany, bezradny, pożądliwy i odrażająco wrażliwy mały embrion, którego hoduję w swym wnętrzu, uczy się, krok po kroku, jak się przystosować, układać, terroryzować, wyłudzać, schlebiać, blefować w mym imieniu, by brano mnie za osobę kompetentną i godną zaufania. Czy ktokolwiek z nas wie, jak doszło do tego upadku?


Słucham księdza śpiewającego psalmy w asyście chóru zakonnic. Jego dojrzały, szkolony głos rozbrzmiewa spokojnym autorytetem Jedynego, Świętego, Katolickiego i Apostolskiego Kościoła, wiarą dającą wieczne zbawienie świętym, a wtórują mu mniszki, wydawałoby się naiwnie, z dziecięco niewinnym oddaniem. Słuchając dalej zauważam, że śpiew księdza wkracza w wyższe rejestry, pęcznieje niczym pompatyczny balon; oto pełna rozmyślnej obłudy muzyka mistrza podstępu, a jej celem jest zastraszenie owych biednych mniszek, klęczących pokornie w swych stallach. Słucham uważniej. Mniszki wcale nie są tak bojaźliwe. Ich pokora jest wystudiowana. Ich poddańczy pokłon równie dobrze mógłby być zamknięciem szponiastej dłoni. Jak mało kto, zakonnice wiedzą, co jest dla nich dobre: jak ugiąć się, by przetrwać.

Lecz ten bez wątpienia cyniczny wgląd jest jedynie stanem przejściowym. Jestem pod wrażeniem biegłości, z jaką ksiądz radzi sobie ze swoją rolą, podziwiam czystą odwagę z jaką prowadzi ów seans władzy, mając świadomość, że jest w nim tylko aktorem. Być może jedyną wiedzą jaka mu jest potrzebna jest znajomość reguł ceremonii. Jeśli w głębi ludzkiego jestestwa nie ma niczego, co by można uznać za prawdę, to szczerość jest zwykłym zuchwalstwem; prawdziwa szczerość objawia się w niczym nie skrępowanym udawaniu.

Lecz udawanie polega na nieszczerości w działaniu. Pozostaje zatem znaleźć prawdziwego wykonawcę. W głosie kapłana słyszałem pierwotny skowyt bestii zamieszkującej dżunglę, lecz został on zniekształcony, zaszyfrowany, poddany rafinacji i wtłoczony w ramy kształtującej się od wieków kultury. Każdy nowy koncept, dodatkowy szlif, był jak gambit w grze, polegającej na uczynieniu skowytu bardziej wyrazistym. Wpierw surowe, otwarte wołanie o zaspokojenie najprostszych potrzeb, tych najbardziej podstawowych, jak głód i potrzeba seksu lub też dźwięki towarzyszące ich zaspokajaniu, tworzą pulsujące echo. Potem pojawia się zaczarowany rytm, zmieniający nastrój od błagalnego po zastraszający. Następnie słowa precyzujące potrzebę, wyrażające prośbę i dobijające targu. Potem już, znacznie później, zaczyna się gra, w której zwycięstwo osiąga się okrężną drogą. Właściwy kobietom fortel, polegający na poddaniu się, by osiągnąć zamierzony cel, najwyższa pochwała porzucenia świata na rzecz ducha, przebiegłość słabości dowodząca jej wyższości nad siłą mięśni - łagodne dziedzictwo ziemi.

Kiedy tak słucham, dostrzegam w tym jednym głosie obecność wielu jednocześnie etapów historii człowieka jak i echa wydarzeń rozgrywających się przed jego pojawieniem. Każdy następny krok w grze jawi się na wzór pierścieni widocznych w ściętym drzewie. Lecz jest to cała hierarchia manewrów, prześcigających się wzajemnie forteli, symbolizujących próby ukrycia treści, które niesie pierwotny skowyt. Niekiedy skowyt ten zmienia się z godowego nawoływania spragnionego zwierzęcia w bezsilny płacz dziecka i słyszę wtedy zwykłą ludzką melodię - jej przepych i ceremonialność, jej ludyczność, jej grozę i jej ufną uroczystość - melodię śpiewaną przez dziecko wzywające swą matkę. I wtedy nachodzi mnie chęć, by żałośnie zapłakać. Żal mi samego siebie. Wracam w tę ciemność, w której byłem niegdyś zagubiony, i która istnieje tak, jak pierwotny skowyt rozbrzmiewa w pieśni duchownego.

Biedny dzieciaku! I zarazem - ty samolubny mały bękarcie! Kiedy tylko próbuję znaleźć prawdziwego wykonawcę, tę siłę sprawczą tkwiącą u podstawy każdej rzeczy, dostrzegam tylko niezgłębioną ambiwalencję. Za maską miłości znajduję wrodzone samolubstwo. W zakłopotanie wprawia mnie czyjeś pytanie: "Czy kochasz mnie naprawdę?", i nie mogę odpowiedzieć twierdząco, nie przecząc jednocześnie, jedyną satysfakcjonującą odpowiedzią staje się: "Tak, kocham cię tak bardzo, że mógłbym cię zjeść! Moja miłość do ciebie jest identyczna z mą miłością własną. Kocham cię z czystego samolubstwa". Nikt nie chce być kochanym z poczucia obowiązku.

Będę więc szczery. "Tak, pożądam cię z czystego samolubstwa i kocham cię ponieważ sprawiasz, że czuję się cudownie - przynajmniej w tej chwili". Lecz teraz zastanawiam się, czy owa szczerość nie jest podszyta przebiegłością. Stać mnie na to, by nie udawać przed nią, że jestem kimś lepszym - inaczej niż inni, którzy mówią, że kochają ją dla niej samej. Dostrzegam, że zawsze istnieje pewien fałsz w byciu szczerym, tak jakbym mógł powiedzieć otwarcie: "Moje wyznanie jest kłamstwem". Istnieje pewna nieszczerość w każdej próbie samookreślenia. Kłopot w tym, że nie widzę tyłu, a tym bardziej środka swej własnej głowy. Nie mogę być uczciwy ponieważ nie wiem w pełni kim jestem. Ma świadomość wypływa z centrum, którego nie jestem w stanie dostrzec - i tu jest pies pogrzebany.

Najmniejszą niepodzielną jednostką życia jest coś, co nazwę Eenie-Weenie - są to ruchliwe, małe nukleony próbujące bezskutecznie uprawiać miłość same ze sobą. Cała bajeczna zawiłość roślinnego i zwierzęcego świata, jak również ludzkiej cywilizacji, jest tylko ogromnym zbiorem tych Eenie-Weenie próbujących stworzyć inne Eenie-Weenie. Kocham samego siebie, lecz nie mogę siebie odnaleźć, nie ukrywając się jednocześnie. Jak gdybym gonił własny ogon. Czy ameba nie dzieli się na dwoje próbując rozwiązać ten problem?

Próbuję sięgnąć głębiej, do podstaw Co rozumiem przez miłość własną? Pod jaką postacią rozpoznaję siebie? Zawsze, jak się wydaje, jako coś osobnego, coś obcego. Oglądany krajobraz reprezentuje również mój stan wewnętrzny, stan neuronów w mej głowie. Kamień, który trzymam w ręku, postrzegam jako oplatające go palce. I nic nie jest bardziej mi obce nad moje ciało - odczucie pulsu, oko patrzące w lustro, szokująca świadomość, że "ja" jest czymś istniejącym w zewnętrznym świecie. Nie ma w istocie sposobu, by oddzielić siebie od innego, miłość własną od miłości innego. Cała wiedza o sobie jest wiedzą o innym i cała wiedza o innym jest wiedzą o sobie. Widzę teraz, że ja i inny, znajomy i obcy, wewnętrzny i zewnętrzny, przewidywalny i nieprzewidywalny implikują się wzajemnie. Jedno z nich poszukuje, podczas gdy inne się ukrywa i im bardziej jestem świadom ich wzajemnego związku, tym wyraźniej widzę je jako całość. Nawiązuję intymny kontakt ze wszystkim, co wydaje się obce. We wszystkim co obce, groźne, straszne, niezrozumiałe i dalekie rozpoznaję siebie. Jest to wciąż moje "ja", które znajduję, gdy sięgam pamięcią daleko, daleko wstecz - bynajmniej nie moje empiryczne ego wczorajszego dnia, nie moja pozorna osobowość.

Owo "ja", które zaczynam rozpoznawać, zapomniane, lecz teraz znane mi lepiej niż cokolwiek innego, sięga daleko poza me dzieciństwo, poza czas, gdy dorośli oszukiwali mnie, próbując wmówić mi, że jestem kimś innym, kiedy, ponieważ byli więksi i silniejsi, mogli zarażać mnie swymi wyimaginowanymi obawami, wprawiać w zakłopotanie i onieśmielać, prowadząc swą skomplikowaną grę, której zasad jeszcze wtedy nie znałem. (Sadyzm nauczyciela tłumaczył jej zasady w ten sposób, że dowodził jego wyższości w grze). Przed tym wszystkim, daleko poza czasem, gdy byłem embrionem w łonie matki, majaczy postać tak-zawsze-znajomego obcego, który jest wszystkim tylko nie mną, i którego rozpoznaję z radością nieporównywalnie większą niż ta, którą odczuwają kochankowie spotykając się po wiekach rozłąki, jako moje prawdziwe "ja". To ten stary dobry sukinkot, który wplątał mnie w całą tę grę.

Jednocześnie wszystko wokół nabiera posmaku trwania od zawsze, raz zapomnianego, teraz przypomnianego. Jesteśmy w ogrodzie otoczonym ze wszystkich stron wzgórzami, pełnym fuksji i kolibrów, w dolinie otwartej na ocean, gdzie mewy znajdują schronienie przed sztormem. Gdzieś pośrodku dwudziestego stulecia, letnim popołudniem siedzimy na tarasie, przy stole, jedząc ciemny domowy chleb i popijając białe wino. A jednak wydaje mi się, że jesteśmy tam od zawsze, ludzie mnie otaczający nie są już banalnymi i dokuczliwymi małymi osobowościami, pozbawieni zostali imion, adresów, numerów polis ubezpieczeniowych i dat zgonów. Objawiają się raczej jako nieśmiertelne archetypy, nie tracąc jednak swego człowieczeństwa. Ich, tak różne, charaktery, zdają się, podobnie jak głos księdza, posiadać historyczny wymiar, lecz są jednocześnie niepowtarzalne i wieczne, są mężczyznami i kobietami lecz także bogami i boginiami. Jako, że staliśmy się bezczasowi, mamy okazję dobrze się sobie przyjrzeć. Nasza ludzka forma staje się niezmiernie cenna i, jakby na podkreślenie tego, nasze oczy zamieniają się w klejnoty, włosy w złotą przędzę, a ciało w delikatną kość słoniową. Istnieje pomiędzy nami coś na kształt eucharystycznej miłości i bezwarunkowej wzajemnej akceptacji.

Ella, która sprawuje pieczę nad ogrodem, jest dobroczynną Circe - czarodziejką, córką księżyca, przyjaciółką kotów i węży, zielarką i uzdrowicielką - posiadaczką ślicznie pomarszczonej, najmłodziej wyglądającej starej twarzy jaką kiedykolwiek widziano, jej srebrnoczarne włosy falują ogniście. Robert jest manifestacją Pana, lecz Pana byków, nie ropuch, z kędziorami sterczącymi na podobieństwo rogów - muskularna inkarnacja wybujałej wesołości. Beryl, jego żona, jest przybyłą z lasu nimfą, rusałką z rozkołysanymi włosami i roztańczonym ciałem, które zdawało się nagie nawet gdy była ubrana. Ona to upiekła chleb, który jemy i który smakuje jak Prawdziwy Chleb, bez porównania lepiej niż babcine wypieki. Oto mamy i Mary, ukochaną w zwyczajnym, szarym świecie, lecz w tym jest ona światłem i złotem wcielonym, córką słońca, o oczach jak wieczorne niebo - stworzeniem w każdym wieku: dzieckiem, podlotkiem, panną, matroną, starowiną i zwłokami - zawsze tak samo kochaną.

Próbuję oddać słowami numinalny i archetypowy charakter tych postaci. Stały się one tak mi bliskie, jakbym znał je od wieków lub raczej jakbym rozpoznawał w nich dawno niewidzianych przyjaciół, pochodzących z początków czasu, z krainy poprzedzającej wszystkie światy. Jest to związane z rozpoznaniem mej własnej starożytnej tożsamości, o wiele starszej niż ślepe podrygi Eenie-Weenie, jakby najdoskonalsza forma jaką może przybrać świadomość istniała w jakiś sposób już u prapoczątków rzeczy. Spoglądamy na siebie ze zrozumieniem, z uczuciem, że znaliśmy się w odległej, skrywającej coś przeszłości - coś milczącego, straszliwego, niewyrażalnego - fakt, że, spoglądając w poprzek czasu, jesteśmy i zawsze byliśmy jednym. Odkrywamy oto zdumiewający spisek uknuty przez mistrza iluzji, mocą którego wydajemy się być odrębni.

Szok rozpoznania. We wszystkim co inne, obce, dalekie - uciekających galaktykach, tajemnicy śmierci, terrorze choroby i szaleństwa, wyobcowaniu, mrożącym krew w żyłach świecie morskich potworów i pająków, przyprawiającym o mdłości labiryncie mej jaźni - pośród tego wszystkiego skradam się ku sobie, by nagle wrzasnąć "Hoo!". Straszę sam siebie do utraty zmysłów i nie zdaję sobie z tego sprawy. Znalazłem się w labiryncie i nie wiem, gdzie jest wyjście. Nie wiem również, gdzie jestem, gdyż zgubiłem plan skomplikowanego i powikłanego systemu korytarzy, w którym rozgrywa się ta gra w chowanego. (Byłby ten labirynt drogą, którą przeszedłem, gdy formowały się zwoje mego mózgu?). Lecz teraz zasada działania labiryntu jest jasna. Jest to mechanizm, który sprawia, że rzecz zwraca się ku sobie, jak ku czemuś obcemu, w dodatku na wiele różnych sposobów, tworzących oszałamiającą mozaikę. Rzecz w tym, że dualności i opozycje nie są rozłączne, lecz spolaryzowane: nie spotykają się i konfrontują lecz są odpryskami wspólnego środka. Zwykłe myślenie nie uwzględnia polaryzacji i względności ponieważ posiłkuje się rozgraniczającymi terminami lub skrajnościami czy biegunami, pomijając to co jest między nimi zawarte. Różnica między przodem a tyłem, byciem i nie byciem, ukrywa ich jedność i obustronność.

Postrzeganie zmysłowe jest zawsze odczuwaniem kontrastów. Świadomość jest wyspecjalizowana w rozróżnianiu i wszystko co do niej trafia jest definiowane, klasyfikowane czy postrzegane na zasadzie kontrastu. Lecz człowiek nie żyje samą tylko świadomością; taka linearna, krok po kroku realizowana i opierająca się na postrzeganiu kontrastów uwaga nie jest w stanie organizować funkcjonowania tak skomplikowanego systemu jak ludzkie ciało. Ciało jest "wszechwiedzące" w swej nieświadomości lub nadświadomości ponieważ zajmuje się relacjami miast kontrastami, harmoniami raczej niż dysonansami. Ono "myśli" na sposób rośliny, która się rozwija, a nie jak botanik, który opisuje jej wzrost. Dlatego właśnie Sziwa posiada dziesięć rąk: by reprezentować taniec życia, wszechmoc, która pozwala zająć się niepoliczalną ilością rzeczy jednocześnie. 6

Wydaje się, że w doświadczeniu, które próbuję tutaj opisać, treści nadświadome przedostają się do świadomości. Widzimy świat, tak jak widzi go cały organizm i jest to ważki powód, dla którego napotyka się ogromne trudności przy próbie przetłumaczenia tego rodzaju wglądu na język opierający się na klasyfikacjach i kontrastach. W stopniu, w jakim człowiek skoncentrowany jest na świadomości, ma on do czynienia ze sprzecznością, konfliktem i dysonansem. Ignoruje on, nieświadomie odczuwaną, zdumiewającą perfekcję, z jaką działa organizm i dlatego u większości ludzi obserwuje się godny ubolewania rozziew między inteligentną organizacją ich ciał, a trywialną świadomością. Lecz w tym innym świecie sytuacja ulega odwróceniu. Zwykli ludzie zdają się być bogami przez to, że świadomość wycofuje się i zajmuje należne sobie miejsce uznając wyższość organizmu. W wyniku tego procesu miłość, jednia i harmonia zyskują pierwszeństwo przed wojną i podziałem.

To, co pomija świadomość, to fakt, że granice są wspólną własnością obszarów, które dzielą, tak że ich zmiana przekształca podzielone strony. Przypomina to chiński symbol yin-yang - dwie ryby, czarna i biała, wpisane w okrąg przedzielony krzywą o kształcie litery S. Wypukła głowa jednej z ryb jest jednocześnie wklęsłym ogonem drugiej. Trudniej jednak dostrzec, że moja skóra i jej ruch należą w równym stopniu do mnie jak i do zewnętrznego świata, lub że sfery wpływów poszczególnych istot ludzkich mają wspólne powierzchnie, tak jak pokoje mają wspólne ściany. Tak więc poruszenie mej powierzchni jest również poruszeniem twojej. Możesz w swym pokoju robić co zechcesz tak długo, jak i ja będę mógł robić co zechcę w swoim. Lecz pokój oznacza tu samego człowieka, tak więc moja ekspansja wiąże się z twoim ustępstwem i vice versa.


Mój wzrok przyciąga teraz gęstwina krzaków - zawiłość roślinności pleniącej się we wszystkie strony. Dzięki organizującemu i tworzącemu relacje umysłowi widzę, że rozplątania wymaga nie ten żywy gąszcz, lecz labirynt dróg, którymi niezdarnie biegną me myśli. Każda gałązka zajmuje odpowiednie, przynależne sobie miejsce a wszystkie one, pozornie chaotycznie rozsypane, tworzą arabeskę skonstruowaną z subtelnością większą niż owe bajeczne plecionki zdobiące marginesy manuskryptów Celtów. Tak usposobiony widzę las pośród jesieni, wszystkie jego, prawie nagie, konary i gałązki ułożone zostały nie w bezładnej krzątaninie, lecz są owocem koronkowej pracy zaklętego jubilera; oto jego maswerk rysujący się na tle nieba. Przegniły pień dźwigający na swym grzbiecie zastępy grzybów, a także całe zagony mchu, wyszły, jak się wydaje, spod ręki Celliniego - natchnione przez ducha: agat, bursztyn, nefryt i kość słoniowa, cały ten substrat leśny, gąbczasty i szorstki, rzeźbiony był z nieskończoną cierpliwością i kunsztem. Jest dla mnie zagadką czy ten niezwykły porządek jest jedynie częścią mej wizji, w ten sposób, jak me ciało jest częścią świata, czy też istniał od zawsze i jest jego cechą.

Ów nowy tryb, w którym pracuje świadomość, pozwala w cudowny sposób dostrzec ze wzmożoną uwagą porządek w modelowaniu natury, większej fascynacji dostarcza teraz studiowanie struktury paproci, formacji kryształów, znaków na morskich muszlach, takich jednokomórkowych klejnotów zamieszkujących oceany, jak radiolaria, bajecznej architektury nasion i pąków, inżynierii kości i szkieletów, aerodynamiki piór i zadziwiającego przepychu oko-kształtnych malunków na skrzydłach motyli i ptaków. Cała ta subtelna organizacja jest być może ściśle funkcjonalna z punktu widzenia reprodukcji i zachowania gatunku. Zgadzając się z tym trzeba zauważyć, że przetrwanie tych stworzeń równoznaczne jest z ich istnieniem - w jakim celu?

Coraz bardziej oczywiste staje się pokrewieństwo między porządkiem natury, a muzyką - muszle i chrząstki zbudowane są jak fugi, we włóknach i naczyniach włoskowatych znajduję kontrapunkty, czuję pulsujący rytm dźwięku, światła i nerwów. Są nieoddzielne - węzełek, ganglion, przeplatanie się elektronicznych ścieżek, obwodów i impulsów, które ciągną się i szemrzą w czasie i przestrzeni. Cały ten wzór wiruje jak dym prześwietlony promieniami słońca lub siatka zmarszczek skrząca się w płytkiej wodzie. Zmieniając się bez końca w siebie, wzór ten jest wszystkim. Węzły i oka sieci przechodzą bezustannie jedne w drugie. "Pustka tworząca wizję". Istnieje sama dla siebie. Grunt pod moimi stopami rozwiewa się i zaczynam płynąć.

Fantazyjne obrazy, widoczne po zamknięciu oczu, zdają się odsłaniać sekret funkcjonowania mózgu, zachodzących w nim asocjacyjnych i zmatrycowanych procesów, systemów zarządzających naszym odczuwaniem i myśleniem. Bardziej jeszcze niż poprzednia, wizja ta przypomina gigantyczną wariację na pewien temat - paprocie kiełkujące z paproci, z których z kolei kiełkują kolejne paprocie, rosnące w wielowymiarowej przestrzeni, kalejdoskopowe królestwa witraży lub mozaik, lub też zawiłe struktury molekuł - systemy różnokolorowych kul, z których każda składa się z kompleksu innych, mniejszych kulek, powielane w nieskończoność.7 Byłby to wewnętrzny wgląd w proces, który, gdy otwieram oczy, organizuje świat na przekór jego przypadkowości?

Jeszcze tego samego popołudnia Robert zabiera nas do stodoły, z której usuwa niepotrzebne graty i ładuje je do swego starego, pyszniącego się rozbebeszoną tapicerką Buicka. Widok śmieci przywołuje dwa najważniejsze dla ludzkości pytania, "Co zrobić z tym wszystkim?" oraz "Kto to posprząta?". Istoty żyjące przypominają pod pewnymi względami rury, do których z jednej strony rzeczy wpadają, a z drugiej wylatują - aż do zużycia. Odwieczny problem polega na tym, co zrobić z tym, co już opuściło rurę, zwłaszcza, gdy jest tego tak dużo, że rury czują się przytłoczone tą obfitością. Pytania te mają podtekst metafizyczny. "Co zrobić z tym wszystkim?" jest pytaniem o ostateczne miejsce każdej rzeczy - o Siłę Sprawczą, Ziemię Świętą, podstawy moralności, przyczynę działania. "Kto to wszystko posprząta?" to pytanie o ostateczną odpowiedzialność, o to, jak rozwiązać nasze ciągle mnożące się problemy tak, by nie zrzucać ich brzemienia na następne pokolenia.

Kontempluję oto wielką tajemnicę śmieci w jej najczystszej formie: ich stos w aucie Roberta urósł do takich rozmiarów, że tylko miejsce kierowcy jest wolne od starych połamanych framug, pordzewiałych piecyków, zwojów drutu, zmiażdżonych puszek, elementów starodawnych fisharmonii, bezimiennego plastikowego szmelcu, bezgłowych lalek, rowerów pozbawionych kół, wymiotujących pierzem poduszek, bezzwrotnych butelek, cycatych manekinów, romboidalnych ramek, potrzaskanych klatek i niepojętego kłębowiska strun, okablowania, pomarańczowych łupin, skorupek, obierek i żarówek - wszystko to garnirowane upiornie białym chemicznym proszkiem zwanym przez nas "anielskim gównem". Jutro radośnie wyekspediujemy to wszystko na tutejsze wysypisko śmieci. I co potem? Czy istnieje ogień, który stopi i spali tę nieustannie rosnącą górę szmelcu - szczególnie teraz, gdy przedmioty, które wytwarzamy coraz bardziej przypominają śmieci, zanim jeszcze zostaną wyrzucone? Odpowiedź na to pytanie znajduje się tuż przede mną. Widok samochodu Roberta nie pozostawia złudzeń.

Boska komedia. Wszystko rozpływa się w śmiechu. Dla Roberta ta wielka sterta cudownie absurdalnych odpadków jest czystą kreacją, arcydziełem nonsensu. Zbiera je do kupy i starannie przywiązuje do beczkowatego, pokracznego i kiedyś pewnie szykownego kabrioletu, następnie przygląda się swemu dziełu, zadowolony, jakby wybierał się na paradę. Będzie tam reprezentował amerykański styl życia. W naszym śmiechu nie ma ironii, w tym stanie świadomości wszystko ma boskie pochodzenie. Zwieńczenie dzieła cywilizacji w postaci monumentalnej sterty śmieci nie jest bezmyślnym obrzydlistwem, lecz własną karykaturą - stwarzaniem fenomenalnie absurdalnych kolaży z abstrakcyjnych wizerunków umyślnej, lecz łagodnej kpiny z naszych pretensji. W świecie nie ma niczego niewłaściwego, a nawet głupiego. Poczucie niewłaściwości elementu bierze się z niemożności dopasowania go do struktury, którą współtworzy oraz niepewności, co do jego miejsca w szeregującej wszelkie zdarzenia hierarchii - to, co niedozwolone na poziomie 28, jest właściwe na 96. Mówię tutaj o poziomach bądź etapach w labiryncie zwrotów i przemian, gambitów i przeciwgambitów, w który uwikłane jest życie, i z którego wyrasta - kosmologicznej zasadzie, na której opiera się wieczna gra elementów yang i yin, światła i ciemności, gra, która ledwie na pewnym jedynie poziomie zdaje się być poważną bitwą między dobrem, a złem. Jeśli dopasowanym nazwiemy tego, który ową grę bierze na serio, trzeba oddać mu podziw za jego głębokie zaangażowanie, za odwagę bycia tak bardzo poza, że nie może on już dostrzec miejsca, w którym rozpoczął.

Im bardziej prozaiczne, bardziej przerażająco zwykłe było wszystko, tym mocniejszy był impuls do zachwytu nad pomysłowością, z jaką boskość ukrywała się domagając ujawnienia, nad rozmiarem tej kosmicznej joie de vivre doskonalącej swój taniec. Przychodzi mi teraz na myśl stacja benzynowa w gorące popołudnie. Kurz i obłoki spalin, typowy facet w baseballówce i sportowe auta, jednostronnie krzykliwe plakaty, kojąca jednowymiarowość - nie ma nic poza nami, ludkowie! Widzę ludzi, którzy udają, że nie dostrzegają, że są wcieleniami Brahmy, Wisznu i Sziwy, że więzienia ich ciał pełne są milionów bogów, że kurz jest poświatą otaczającą klejnoty. Jakże uroczyście słuchaliby, nie rozumiejąc, gdybym podszedł i zagadnął "Cóż to za żarty sobie stroisz? Daj spokój Sziwa, ty stary łobuzie! Dobrze udajesz, ale nie ze mną te numery." Lecz świadome ego nie wie, że ciało, ten boski organ, udaje tylko, że jest.8 Kiedy ludzie udają się do guru, mistrza duchowego, w poszukiwaniu właściwej drogi, on jedynie podsyca ich poczucie ułudy, aż zbici z tropu sami je porzucają. Milczy, lecz błysk w jego oku przemawia do nieświadomego - "Ty wiesz... Ty wiesz!"

W pełnym przeciwieństw świecie zwykłej świadomości człowiek ma, zgodnie ze swą wolą, poczucie bycia w naturze, nie będąc jej częścią. Lubi to, bądź nie. Akceptuje to, lub odrzuca. Działa albo podlega działaniu. Lecz w podstawowej nadświadomości całego organizmu ten podział nie istnieje. Organizm i otaczający go świat stanowią jedną, zintegrowaną strukturę działania, w którym nie ma przedmiotu ani podmiotu, twórcy ani tworzywa. Na tym poziomie nie ma rzeczy zwanej bólem i innej, zwanej mną, która bólu nie lubi. Ból i "odpowiedź" nań, są jednym. Być świadomym tego, to poczucie, że wszystko co mi się przydarza zależy ode mnie. Lecz jest to jedynie powierzchowne odczuwanie faktu, że zdarzenia zewnętrzne są tożsame z tymi wewnątrz ciała. To jest owa "pierwotna tożsamość", która wymyka się wszelkim próbom opisu zwykłym językiem i nie mieści się w konwencjonalnej definicji człowieka.

Aktywność i pasywność są dwiema fazami, składającymi się na ten sam akt. Nasiono unoszące się w otulinie puchu dryfuje w powietrzu tknięte westchnieniem niewidzialnego odrzutowca. Chwytam je za włosek między kciuk i palec wskazujący i ze zdumieniem patrzę, jak te małe stworzenie skręca się i wyrywa, jakby walczyło o wolność. Zdrowy rozsądek podpowiada mi, że to sprawka wiatru, a nie działanie ziarenka ostu. Lecz teraz widzę, że "inteligencja" nasiona przejawia się w postaci tych delikatnych jedwabnych czułek, które umożliwiają mu poruszanie się w żywiole wiatru. Mając ten aparat, rusza się wraz z wiatrem. Czy, mając to na uwadze, istnieje podstawowa różnica między stawianiem żagla, a używaniem wiosła? Jeśli tak, to ten pierwszy sposób wydaje się być bardziej inteligentnym wysiłkiem. W istocie, nasienie nie w większym stopniu zamierza poruszać się na wietrze, niż ja zamierzam mieć ręce i nogi.

Jest to żywy dowód na wzajemność woli i świata, aktywnego i pasywnego, wnętrza i zewnętrza, siebie i nie-siebie, przywołujący aspekt doświadczenia o wiele bardziej zagadkowy od punktu widzenia zwykłej świadomości, a mianowicie dziwne i pozornie bezbożne przekonanie, że "ja" jestem Bogiem. W zachodniej kulturze takie przeświadczenie jest atrybutem szaleństwa. Lecz w Indiach zakłada się niemal automatycznie, że jądro człowieka, atman, jest jądrem kosmosu, brahmanem. Dlaczego nie? Ta ciągłość świata czyni go całościowym, uświęca go i uzdrawia bardziej, niż pustka ziejąca między Przyczyną i jej skutkami. Jasne jest, że owo "ja" będące Bogiem to nie ego, że świadomość siebie idzie w parze z nieświadomością wspólnej granicy między mną, a resztą świata. Lecz w szerszym, mniej ignoranckim stanie świadomości jestem zmuszony przyznać, że wszystko czego pożąda ma wola i co zamierzam zrobić jest powiązane z resztą, której się wyrzekam. Granice mej woli, forma i kształt każdej czynności, do której się przyznaję, są identyczne z granicami wszystkich zdarzeń, które nauczyłem się postrzegać i definiować jako obce i zewnętrzne.

Poczucie siebie nie ogranicza się już do ciała. Moje indywidualne istnienie zdaje się wyrastać z całości uniwersum na podobieństwo włosa wyrastającego z głowy, czy kończyny z ciała, tak, że jądro mnie jest również jądrem wszystkiego. Odkrywam, że w zwykłym stanie świadomości notorycznie staram wykluczyć się z tej totalności i pozostaję przez to w nieustającej defensywie. Lecz co staram się uchronić? Tylko czasami obrona ta ma na celu ochronę przed fizycznym uszkodzeniem, czy poczuciem braku. Bronię raczej swej obronnej postawy: zataczam kręgi wokół kręgów zatoczonych wokół kręgów otaczających nicość. Straże strzegą fortecy zajmującej miejsce w umocnieniach będących częścią osłony radarowej. Działania militarne są zewnętrzną parodią walki ego przeciw światu; bezpieczni są tylko strażnicy. W następnej wojnie siły powietrzne jako jedyne przetrwają dłużej od kobiet i dzieci.

Wracam poprzez labirynt swego mózgu, poprzez wiodące na manowce niepoliczone zwroty, nieustannie krążąc, zagubiony w lesie. Znowu w tunele - pokrętne strategie przeżycia i zachowania statusu dorosłego życia, niekończące się pasaże pamiętane w snach - wszystkie przemierzone ulice, korytarze szkół, niepewne ścieżki wytyczone przez raczkujące dziecko między nogami stołów i krzeseł, ciasne i krwawe wyjście z łona, wytrysk nasienia, bezczasowa wędrówka po przewodach i gąbczastych jaskiniach. W głąb zwężających się kanałów, do punktu, gdzie droga staje się tym, który nią kroczy - ku cienkiej wiązce molekuł, błędnie uważającej się za element struktury organicznego życia. Na powrót w bezkresny i wirujący taniec w kosmicznej przestrzeni otaczającej zaczątek świata, środek środków najbliższy memu wnętrzu, dalszy od najdalszych galaktyk.

W głąb i wreszcie poza - poza kosmiczny zamęt, ku zrozumieniu w nim siebie, zagubionego wędrowca, zapomnianego, lecz nagle znajomego pierwotnego impulsu wszystkich rzeczy, najwyższej tożsamości, ukrytego światła, ostatecznego centrum będącym mną bardziej, niż ja sam. Stojąc w ogrodzie Elli czuję, ze spokojem tak głębokim, że zdaje się go dzielić z całym światem, że oto ostatecznie przynależę, że wróciłem do domu poza domem, do dziedzictwa, które w niepojęty sposób przyszło mi przyjąć w spadku po wszystkich mych przodkach. Trącane niczym struny harfy, osnowa i wątek świata rozbrzmiewają wspomnieniem triumfalnych hymnów. Pewniki, w których szukałem oparcia, stały się punktami wyjścia. Nieuchwytna substancja przenikająca wszystkie formy daje poznać się jako gest mej dłoni. Lecz jak mogłem się kiedykolwiek zgubić? Dlaczego wplątałem się w ten pokrętny wir obrony dla niej samej, który jest konwencjonalnym mną?


W domu odkrywam, że wszystkie sprzęty ożyły. Wszystko przemawia. Stoły stoją, naczynia naczynią, mury się murzą, instalacje instalują się - jest to świat zdarzeń, nie rzeczy. Robert nastawia gramofon, nie wiem jednak jaką płytę. Obserwując w skupieniu obrazujący się obraz, jestem tylko częściowo świadom muzyki i nie wiem, czy słyszę instrument, czy też załamujący się ludzki głos. Wijący się, pomarszczony i tańczący pojedynczy strumień dźwięku przypomina miękkie warknięcia wydawane przez instrument zaopatrzony w stroik - być może jakiś obój. Następnie dołączają się ludzkie głosy. Jest to pieśń bez słów, coś jak "łooo - łaaa - łeee", sprawdzające giętkość śpiewających je gardeł. Czegóż ten Robert słucha? Mam wrażenie, że to jakiś jego przyjaciel, nagrany podczas sesji nonsensownych zaśpiewów. Śpiew staje się wykwintnym, wybujałym i czarującym trelem, gulgotem, pohukiwaniem i wyciem - nic nie znaczącym i zrodzonym z czystej przyjemności. Następuje pauza. Po czym pojawia się głos, "Dit!" Inny zdaje się odpowiadać, "Da!" Dalej, "Dit-da! Di-dittty-da!" Coraz szybciej. "Da-di-dittty-di-ditty-da! Di-da-di-ditty-ditty-da-di-da-di-ditty-da-da!" I tak dalej, aż do utraty zmysłów. Okładka płyty, którą pokazuje mi teraz Robert, nosi nazwę "Klasyczna muzyka Indii" i podpisał się na niej Alaina Danielou, poważny, ezoteryczny i należycie wyedukowany znawca muzyki hindu oraz, obok Rene Guenon i Anandy Coomaraswamy, przedstawiciel najbardziej formalnej, tradycyjnej i skomplikowanej interpretacji jogi i wedanty. Jakoś mało odpowiada mi styl Danielou, tego pandity panditów, z jego rozświergotanymi delirycznymi wylewami. Czuję się nabrany. Lub, że ktoś nabiera Danielou.

Choć może nie. Zdecydowanie nie! Moje zrozumienie nabiera nagle kryształowej czystości, w miarę jak wszystko otwiera się przede mną, sięgając do głębi mego jestestwa, a także czasu oraz przestrzeni. Świat staje się oczywisty. Ogarnia mnie bezbrzeżne zdumienie, na myśl że dla mnie, bądź kogokolwiek innego, życie mogłoby stanowić problem czy zagadkę. Wołam do wszystkich, chcę poczuć ich bliskość.

"Słuchaj, jest coś, co muszę ci powiedzieć. Nigdy nie było to dla mnie tak jasne. Nie ma znaczenia, czy to zrozumiesz, ponieważ jesteś doskonały, nawet jeśli o tym nie wiesz. Życie jest aktem, lecz nie ma nikogo, żadnej rzeczy, która by go wykonywała. Wydarza się samoistnie, nie wymaga niczyjego uczestnictwa. Nikt nim nie kieruje; powstaje samo z siebie na sposób dowolny. Jest ruchem, dźwiękiem, kolorem; przez nikogo nie stwarzane, nikomu się nie przytrafia. Nie ma żadnej zagadki życia; jest to bezcelowa gra, a jej regułą jest entuzjazm. Podstawą jest sam akt. Czas, przestrzeń i różnorodność tylko go komplikują. Nie domaga się tłumaczeń, gdyż są one kolejnym stopniem złożoności, nowymi manifestacjami życia poczętego z życia, aktami powielającymi akt pierwotny. Ból i cierpienie są po prostu ekstremalnymi formami gry i w całym wszechświecie nie ma rzeczy, której można by się bać, ponieważ nie istnieje nikt, kto odczuwałby ten strach! Nie istnieje substancjonalne ego. Ego jest rodzajem powielacza, wiedzą o wiedzy, obawianiem się strachu. Jest ozdobnikiem, wariacją na temat doświadczenia, rodzajem podwójnego odbicia lub echa, tożsamym z niepokojem wahaniem świadomości."

Oczywiście, stwierdzenie, że życie jest tylko aktem, bezpodmiotową czynnością, na nic i nikogo nieukierunkowaną, brzmi raczej pusto i powierzchownie niż radośnie. Lecz mnie wydaje się, że ego, ta substancjonalna jednostka, opatrzona jest raczej znakiem ujemnym. Oznacza wyobcowanie z doświadczenia, brak partycypacji. W tym momencie odczuwam wraz z całym światem, wolny od chronicznego oporu przeciw doświadczeniu, oporu, który wstrzymuje bieg życia i zmusza nas do przybrania pozy kiepskiego tancerza. Nie muszę jednak pokonywać tego oporu. Wiem, że jest on, że ego jest tylko wirem w strumieniu - jego częścią - i że tak naprawdę nie istnieje. Nie istnieje punkt, w którym można by się z życiem skonfrontować, lub mu się przeciwstawić.


Wracam do ogrodu. Kolibry wznoszą się i opadają w godowym tańcu niczym piłeczki żonglera ukrytego za krzakami. Na stole pojawiły się owoce i więcej wina. Oto pomarańcze - obrazy słońca, którymi drzewo odwzajemnia jego ciepło. Liście, bladozielone, i o żółtym świeżym odcieniu, które pamiętam z dziecięcych lat spędzonych pośród lasków Kentu, gdzie gęsto było od dopiero co rozkwitłych pąków na gałęziach leszczyn pośród dryfujących mgieł. Czarne i wilgotne pnie, konary i gałązki skryte za rozświetloną zielenią. Krzewy fuksji, splątane maswerki łodyg obsypane tysiącami balerin o kolorze magenty, ubranych w purpurowe peniuary. Za nimi celujące w popołudniowe, bliskie zmierzchu niebo, gigantyczne eukaliptusy, których każdy, podobny do bambusowego liść, kołysał się oddzielnie. Wszystko to wyglądem swym przypomina ów melodyjny nonsens i niepohamowaną biegłość w śpiewie hinduskich muzykantów.

Przypominam sobie słowa starożytnej tantrycznej księgi: "Fale biorą się z wody, płomienie z ognia, a fale uniwersalne z nas". Nakładające się gesty, falowanie fal - liście przemieniające się w gąsienice, trawa w krowy, mleko w dzieci, ciała w robaki, ziemia w kwiaty, ziarna w ptaki, kwanty energii w opalizujące i rozbrzmiewające echem labirynty mózgu. Zostaje wciągnięty w ten nieskończony, radosny kosmologiczny taniec wraz z jego pełnymi bólu dysonansami, zwiastującymi przemianę: trawione końcówki nerwów, elektryczne węże pełznące wśród traw, pikujący jastrząb, ból spracowanych mięśni, bezsenne noce spędzone na prowadzeniu nieubłaganej buchalterii, której wymaga przetrwanie w cywilizacji.

Jakże obco i naturalnie zarazem jest nie postrzegać już bólu jako problem. Problem bólu pojawia się wraz ze skłonnością samoświadomości do zwierania obwodu, jakim jest mózg i wypełniania go pełnym wahania echem - jest to wstręt do wstrętu, strach przed strachem, ucieczka przed ucieczką, wina z powodu winy - myśl łapie się w pułapkę samej siebie i pozostaje zawieszona w bezustannej oscylacji. W normalnym stanie świadomości człowiek żyje jak ktoś, kto próbuje mówić w sali o nadmiernej akustyce: jest zmuszony ignorować wplatające się w wątek wypowiedzi nieskończone powtórzenia, w których powraca jego zniekształcony głos. W mózgu również powstają tego rodzaju echa i odbicia obrazów doświadczeń zmysłowych, myśli i uczuć, trajkoczące wciąż i wciąż w tunelach pamięci. Kłopot bierze się stąd, że mylimy te odkładające się sukcesywnie informacje z inteligentnym komentarzem do tego, co właśnie robimy, nie potrafimy odróżnić danych, którymi posiłkuje się inteligencja, od sposobu ich przetwarzania. Niczym zbyt duża ilość alkoholu, samoświadomość sprawia, że widzimy się podwójnie i ten podwójny obraz bierzemy za rzeczywistość - "ja" mentalne i "ja" materialne, kontrolujący i kontrolowany, refleksyjny i spontaniczny. W ten sposób zamiast cierpieć, cierpimy na cierpienie i cierpimy na cierpienie z powodu cierpienia.

Jak to już zostało powiedziane, jasność pojawia się w momencie gdy ja poddaje się. Oznacza to zaprzestanie identyfikacji siebie z owymi pogłosami i zwierciadlanymi odbiciami. W przeciwnym razie jesteśmy skazani na pełen niepewności taniec w gabinecie luster, prowadzeni przez swe własne zwielokrotnione odbicie. Poruszamy się w zaklętym kręgu, próbując osiągnąć coś, co już zrobiliśmy. Tracimy kontakt z naszą prawdziwą tożsamością, którą nie jest ta gra obrazów lecz wielki samospełniający się w niepodległym pamięci momencie akt. Dar pamięci i zatrzymywania czasu tworzy iluzję, w której przeszłość jawi się w teraźniejszości jako podmiot czynności, sprawca tego, co się wydarza. Żyjąc przeszłością, kierując się echem, nie jesteśmy w pełni tutaj, lecz zawsze spóźnieni pojawiamy się przy stole, zastając puste naczynia. Czy nie jest teraz bardziej niż kiedykolwiek jasne, że przeszłość nadąża za teraźniejszością, jak kilwater za płynącym okrętem i jeśli jesteśmy po to, by żyć, tutaj jest odpowiednim na to miejscem?

Nadchodzi wreszcie wieczór i zamyka dzień, który zdawał się przebiegać poza porządkiem świata. U położonego wyżej końca ogrodu, ponad polaną, stoją półkolem drzewa, niezmiernie wysokie na tle gór, o bujnym listowiu, sprawiające wrażenie gaju przesłaniającego wejście do jakiejś starożytnej świątyni. Zapada zmierzch i w jego głębokiej niebiesko-zielonej przezroczystości milkną ptaki i nasze rozmowy. Patrzymy na zachód słońca siedząc rządkiem na pokrytym wypaczonymi i połamanymi deskami sekwojowym dachu, którego płaszczyzny z dwóch stron obejmują ziemię. Po zachodniej stronie, na kwadracie trawy poniżej, pasą się dwa białe kozły, a światło w kuchni stojącego dalej domu Roberta wskazuje, że jego żona przygotowuje właśnie kolację. Czas udać się do środka, zostawić ogród budzącym się gwiazdom.

Znowu muzyka - klawesyn i orkiestra smyczkowa, Bach w swych najjaśniejszych momentach. Kładę się i zamykam oczy. Przez cały dzień falami nadpływało ku mnie ze wszystkich stron umysłowej róży wiatrów przeczucie mej pierwotnej tożsamości jako bycia jednym ze źródłem wszechświata. Widziałem też, że owo źródło w sobie tylko ma początek i pobudkę i jego duchem jest bezgraniczna igraszka, wielowymiarowy taniec życia. Wszystko rozwiązało się same, lecz kto w to uwierzy? Czy będę wierzył samemu sobie, gdy wrócę już do normalnego stanu świadomości? Teraz wydaje mi się to bez znaczenia. Cała ta gra polega przecież na zabawie w chowanego, szukaniu i gubieniu, tak więc strata wpisana jest w jej reguły. Jak daleko zatem mogę się posunąć szukając?

Jakby w odpowiedzi na moje pytanie, przed oczami staje mi symboliczna forma tego, co Eliot nazwał "nieruchomym punktem w wirującym świecie" 9. Spoglądam z wysokiego okna w dół, na rozległy dziedziniec wyłożony, podobnie jak ściany, ceramiką zdobną w niezwykłe, zawiłe arabeski koloru złota, purpury i nieba. Mogłaby to być jedna z komnat perskiego dworu, gdyby nie nadzwyczajne proporcje i barwy tchnące przednaturalną delikatnością. W centrum znajduje się spore zagłębienie w formie gwiazdy i róży, obramowane inkrustacjami ze złota, cynobru i obsydianu.

Tam właśnie, przy dźwiękach muzyki, odbywa się jakiś rytuał. Na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie majestatyczne i królewskie, jakby to rycerze w lśniących zbrojach i ubrane w barwne suknie damy tańczyli przed swym monarchą. Nastrój obrazu zmienia się, gdy dworzanki przemieniają się w anioły o ognistozłotych skrzydłach, a w centrum pojawia się oślepiający płomień. Wpatrując się tam, dostrzegam przez moment twarz jak gdyby Chrystusa Pantokratora z bizantyjskich mozaik i czuję jak anielice cofają się kryjąc swe twarze w skrzydłach z pełnym czci strachem. Twarz jednak znika. Płomień jaśnieje, uskrzydlone istoty cofają się przed nim już tylko z czułością - nie znają wobec niego uczucia gniewu. Jego ciepło i blask - "różne języki płomienia" - zakwitają miłością tak ujmującą, że wiem, że spoglądałem wtedy w serce wszystkich serc.

6 Tak o tym pisze Nietzsche, wkładając w usta Zaratustry słowa: "Powiadasz "ja" i dumny jesteś z tego słowa. Większe jednak od niego, w co nie zechcesz wierzyć, jest twoje ciało i jego wielki rozum: ono nie mówi "ja", ono "ja" czyni."

F. Nietzsche, Also sprach Zarathustra (frag. tłum. M. P. Markowski) (przyp. tłum.)

7 Kto wie, czy Watts nie użyłby terminu fraktal, który pojawił się jednak dopiero 10 lat później za sprawą B. Mandelbrota. (przyp. tłum.)

8 "Człowiek świadomy sam siebie myśli, że myśli. Od dawna uważano za błędny pogląd, że świadomy podmiot myślący, że myśli, nie jest tożsamy z organem wytwarzającym myśli. Świadoma osoba jest tylko jednym z krótkotrwałych komponentów, z których składa się osoba myśląca." L. L. Whyte, The Unconsciouns Before Freud (Basic Books, New York, 1960), str. 59.

9

"W wirującego świata - nieruchomym punkcie. Ani cielesnym, ani bezcielesnym,
Ani od, ani do; w nieruchomym punkcie - tam trwa taniec,
Lecz ani ruch, ani bezruch. I nie mów mi, że to stałość,
Gdzie przeszłość i przyszłość są połączone. Ani ruch od, ani do,
Ani w górę, ani w dół."

T. S. Eliot Cztery kwartety (tłum. K. Boczkowski) (przyp. tłum.)

Kategorie

LSD

Komentarze

Świetna ksiazka. :) Dobrze oddaje tzw. SEDNO sprawy. Chociaz, tyle wersji ile ludzi. :l)

Słyszałem taką opinię, że organy - to instrument martwy, pozbawiony ciepła dotyku, ludzkiego głosu... coś jak orkiestra rogowa, tyle że gorszy, bo bardziej zmechanizowany :)

randomness