REKLAMA




Nikt nie rodzi się potworem. O tym jest kolejny sezon „Narcosa”

Marcin Zwierzchowski z "Polityki" w rozmowie z producentem serialu „Narcos: Meksyk”.

pokolenie Ł.K.

Kategorie

Źródło

Polityka
Marcin Zwierzchowski
Komentarz [H]yperreala: 
Tekst stanowi przedruk z podanego źródła.

Odsłony

147

Zdaniem handlarzy narkotyków nasz serial zachowuje pewną równowagę. Bo nie przyglądamy się tylko kartelom, ale też tym, co robią politycy – mówi Eric Newman, producent serialu „Narcos: Meksyk”. Premiera 16 listopada na Netflixie.

Po latach w Kolumbii jeden z flagowych seriali Netflixa w czwartym sezonie przenosi się na północ – do Meksyku. Erick Newman swoją opowieść o wojnach narkotykowych zaczął od przedstawienia życia i śmierci Pablo Escobara. W trzeciej serii sportretował kartel z Cali, który próbował zająć miejsce zmarłego bossa. „Narcos: Meksyk” to już wojna rozgrywająca się pod samą granicą USA.

Opowieść o prawdziwych dramatach

Będzie to opowieść o opieszałości rządu USA i antynarkotykowej agencji DEA, która długo wolała nie zauważać wzmożonej aktywności karteli za południową granicą. Punktem przełomowym było brutalne zabójstwo agenta Kikiego Camareny (w serialu Michael Peña), który głośno domagał się większego zaangażowania w Meksyku. Jego szefa, agenta Jamesa Kuykendalla, zagra Matt Letscher, a na czele kartelu staną Diego Luna jako Félix Gallardo, Joaquín Cosio jako Don Neto oraz Alejandro Edda jako Joaquin „Chapo” Guzman.

MARCIN ZWIERZCHOWSKI: – Pomysł na „Narcos” przyszedł do pana ponad dekadę temu. Co jest takiego w tej historii, że pozostała z panem tak długo?

ERIC NEWMAN: – O kartelu z Cali usłyszałem w 1995 r. Jako ktoś, kto stara się być na bieżąco z wydarzeniami na świecie – co zresztą staje się coraz bardziej frustrujące – byłem zaskoczony, że oto toczy się wojna, o której nie miałem pojęcia. Konflikt rozgrywający się w cieniu, toczony z niewieloma sukcesami ze strony rządu amerykańskiego. Politycy widzieli tylko kryminalną stronę problemu, a uzależnionych postrzegali jako przestępców. Wszystkie zawarte w tej historii sprzeczności, nieudolność organów państwowych i korupcja bardzo do mnie przemawiały.

Jak na pana wpłynęły te wszystkie historie, ich brutalne szczegóły?

Dobre pytanie. Czasem byłem wstrząśnięty. Ale nawet w najokropniejszych historiach znajdzie się sporo humoru. Na handlarzy narkotykami i uzależnionych też można spojrzeć z empatią. Co zresztą jest konieczne, żeby o nich opowiadać. Nie wierzę, że źli ludzie tacy się po prostu rodzą. Po prostu znaleźli się w jakiejś sytuacji, bo dokonali paru złych wyborów. Przemoc to tylko jedna z konsekwencji. Skupianie się na przemocy odczłowiecza. Myślenie o ludziach w taki sposób – jak o zwierzętach – niespecjalnie pomaga.

Czy bohaterowie tamtych wydarzeń chętnie otwierają się przed panem i ekipą?

Nikt nie lubi gadać bardziej niż byli politycy, byli policjanci, byli dziennikarze i byli przemytnicy narkotyków. Mogą nawijać całymi dniami. Czasem plotą bzdury. Często powtarzam, że we własnej opowieści każdy jest albo ofiarą, albo bohaterem. Najgorsi są przemytnicy, bo przeważnie starają się siebie chronić, zatajają niektóre fakty, nie są szczerzy.

Bardzo pomocne okazały się rodziny. Przy nowym sezonie wsparli nas była żona Kikiego Camareny i jego były szef James Kuykendall. Opowiedzieli nam osobiste wersje tej historii. Oczywiście musimy się też przebić przez masę źródeł tekstowych, część jest po hiszpańsku (często ta najważniejsza), sporo po angielsku. Research to kluczowy element pracy.

Członkowie karteli widzą w sobie bohaterów. W „Narcos” to oni są na pierwszym planie. Jak ich pokazywać, żeby byli interesujący, a zarazem ich nie wybielać?

Wybrali pewną ścieżkę w życiu – nie bez powodu. Gdy opowiada się ich historie, należy wyjaśnić, że stworzyły ich okoliczności, ale ich nie usprawiedliwiać. Dobrym przykładem jest „Upadek” o ostatnich chwilach Hitlera zaszytego w berlińskim bunkrze, który ma świadomość, że koniec jest już bliski. Widz zapomina, kim są ci ludzie i co zrobili. Zapominamy, że to Joseph Goebbels, Hitler – widzimy tylko żałosnych, uwięzionych ludzi. To niesamowite, co może dobra opowieść.

W jednej ze scen naszego serialu Pablo Escobar leży martwy na dachu. Trochę nam go żal, bo go lubiliśmy. A potem sobie przypominamy, kim był i ile osób zginęło na jego rozkaz. Sprawić, żeby widzowie współczuli bohaterom, którzy wydają się nieludzcy – to wyzwanie.

Czy często odchodzi pan od faktów dla dobra produkcji?

Nasz cel to ustalić, dlaczego ktoś zrobił to, co zrobił. A później jak najwierniej to odwzorować. Ktoś nazwał to, co robimy, mianem „pulp non-fiction”. Podoba mi się to określenie. Bo w dużej mierze tworzymy historie non-fiction, ale – jak w każdej opowieści czy biografii – czasem brak nam wiedzy. Zgadujemy najlepiej, jak potrafimy, biorąc pod uwagę wszystko, co już wiemy. Chcemy być jak najbliżej faktów i angażować widzów, więc dajemy sobie nieco twórczej swobody.

Niektórzy bohaterowie serialu nadal żyją, a wojna, o której on opowiada, wciąż się toczy. Nie boi się pan? Serial nie powstaje w Hollywood, ale tam, gdzie kartele naprawdę działały.

Od ludzi, którzy rozmawiali z handlarzami narkotyków, wiem, że „Narcos” zachowuje pewną równowagę. Bo nie zajmujemy się wyłącznie kartelami, ale też rządami: Kolumbii, Meksyku, USA. Sadzę, że wina leży po obu stronach. Może w pewnym względzie handlarze ponoszą mniejszą odpowiedzialność, bo nie zawiedli publicznego zaufania. Handlarz narkotyków sprzedaje narkotyki – to jego zadanie. Ale jeśli policjant odwraca wzrok, to mamy problem. I jeśli polityk też nie chce tego widzieć, bo albo się boi, albo ktoś mu za to zapłacił, to znaczy, że system jest dziurawy. Chciwość i korupcja są dużo bardziej niebezpieczne. A narkotyki to w dużej mierze problem zdrowotny.

Oceń treść:

Brak głosów