REKLAMA




Niespodzianka dla skazańca

Odsiadują wyroki, a żony i kochanki (choć nie tylko) próbują złagodzić im doskwierającą nudę. Wpadają na zdumiewające pomysły, aby przemycić do celi narkotyki, dopalacze, telefony komórkowe.

pokolenie Ł.K.

Kategorie

Źródło

niezalezna.pl
Grzegorz Broński

Odsłony

653

Odsiadują wyroki, a żony i kochanki (choć nie tylko) próbują złagodzić im doskwierającą nudę. Wpadają na zdumiewające pomysły, aby przemycić do celi narkotyki, dopalacze, telefony komórkowe. To towary najbardziej pożądane wśród skazańców i aresztowanych.

– Zmiana przepisów dotyczących zakupu paczek żywnościowych pomogła ograniczyć skalę tego procederu, ale oni ciągle szukają nowych sposobów, aby nas przechytrzyć – przyznaje kapitan Arleta Pęconek, rzecznik prasowy Dyrektora Okręgowego Służby Więziennej w Warszawie.

Na wspomnienie starych metod przemytu doświadczeni „klawisze” nie ukrywają rozbawienia. Problem wprawdzie poważny, ale jak nie zareagować śmiechem na oryginalne puszki z paprykarzem wypełnione... spirytusem! Do dziś nie wiadomo, jak to zrobili. A podobnych patentów było bez liku. Kiedyś dyrektor pewnego „kryminału” zorganizował niecodzienną ekspozycję – pokazał przechwycone przez strażników akcesoria. Swoista wystawa cieszyła się gigantycznym zainteresowaniem.

– Bo delikwenta z ciekawym pomysłem można docenić, nawet jeśli zasłużył na prokuratorskie zarzuty – przyznaje jeden z naszych rozmówców.

Niestety, nie brakuje również idiotów narażających ludzkie życie. Na tak ostre określenie zasłużył adwokat, który przed kilkoma laty chciał wejść na „enki”, czyli oddział dla szczególnie niebezpiecznych osadzonych, mając w aktówce... broń. Pistolet z magazynkiem ostrej amunicji. Wtedy nikomu nie było do śmiechu.

Zakazane, czyli pożądane

Zasady są proste – po wyroku przestępca trafia do zakładu karnego i musi podporządkować się obowiązującemu regulaminowi. A ten zakazuje posiadania wielu przedmiotów czy substancji. Alkoholu skazaniec się nie napije, na lekarstwa musi mieć specjalną zgodę, a o narkotykach czy innych środkach odurzających (modnych ostatnio dopalaczach) nie warto nawet wspominać. W aresztach śledczych panuje jeszcze większy rygor, bo podejrzani, których zamknięto z reguły z obawy przed matactwem, mają utrudniony kontakt ze światem zewnętrznym. Widzenia są ściśle reglamentowane, jedynie za zgodą prokuratora bądź sądu, listy podlegają cenzurze, a przepustki to marzenie ściętej głowy. Dlatego w „śledczaku” chodliwym towarem są telefony komórkowe. Oczywiście, zakazane tak samo jak prochy. Ale przez to bardzo pożądane.

Major Elżbieta Krakowska z Biura Dyrektora Generalnego Służby Więziennej poinformowała „Codzienną”, że od lat liczba „ujawnień” przedmiotów niebezpiecznych i niedozwolonych utrzymuje się na podobnym poziomie. W 2010 r. odnotowano 800 wypadków, trzy lata później – 698, a w zeszłym roku – 909. W jaki sposób ludzie z zewnątrz próbują dostarczyć osadzonym coś zakazanego?

– Widzenia, korespondencja, paczki higieniczno-odzieżowe i sprzęt RTV lub tzw. wrzutki, przerzucanie tych przedmiotów przez ogrodzenie zewnętrzne więzienia – tłumaczy major Justyna Bednarek z Okręgowego Inspektoratu Służby Więziennej w Katowicach, na którego terenie działa najwięcej tzw. jednostek penitencjarnych, a przebywa w nich ponad 20 tys. osób.

Faszerowane paczki

Dawniej każdy osadzony miał prawo do otrzymywania paczek żywnościowych, czyli krewni przebywający na wolności mogli podesłać coś do jedzenia, kupowanego bądź własnej roboty. I właśnie z tymi przesyłkami strażnicy mieli największy problem.

Prezerwatywy wypełnione spirytusem i zatopione w butelkach ketchupu czy pomarańcze nasączone wódką to banał, który nikogo nie ekscytował. Co innego puszki, które potrafiono tak ostrożnie otworzyć, włożyć towar do środka i zalutować, że gołym okiem nikt nie był w stanie odkryć majstrowania. Doświadczeni klawisze znali jednak większość numerów. Przed laty hitem wśród anegdot stała się opowieść o orzechach włoskich, które bardzo delikatnie rozłupano, wydrążono, a po włożeniu narkotyku, posklejano. Nie dotarły jednak do adresata.

Kto choć raz oglądał sensacyjny film opowiadający o więziennych realiach, widział strażników krojących ciasto od matki skazanego, kiełbasę wysłaną przez żonę, otwierającego słoiki z gotowymi potrawami... Tam bowiem upychało się woreczki z prochami.

– Po zmianie przepisów paczki żywnościowe osadzeni i ich krewni, mogą robić jedynie za pośrednictwem więziennej kantyny. Dzięki temu słynne historie z nafaszerowanymi konserwami to przeszłość – zapewnia „GPC” kapitan Pęconek.

Zmorą więziennych strażników jest za to... postęp technologiczny. Aparaty telefonicznie stają się coraz mniejsze, a przez to łatwiej je ukryć. Na szczęście, funkcjonariusze znają się na swojej robocie i wiedzą, gdzie szukać, aby znaleźć. Chociażby w pieczonych kurczakach, świeżo parzonym baleronie albo kawałku żółtego sera. Niby owiniętego w oryginalną czerwoną folię, ale gdy został pocięty na plasterki wypadła nowiutka „komórka”.

W biustonoszu i ustach

Paczki z wałówką zlikwidowano, ale słabym punktem pozostają widzenia. Podczas wielu spotkań dochodzi do prób przekazania osadzonemu czegoś zakazanego. Kapitan Pęconek zapamiętała żonę, która w ustach próbowała przemycić woreczek z narkotykami dla męża.

– Ale też przekazują książki, w których pojedyncze kartki są nasączone narkotykami. Podobnie wykorzystują znaczki pocztowe – opowiada rzeczniczka stołecznego inspektoratu.

Do klasyki należy ukrywanie zabronionych przedmiotów w biustonoszach, a na pisk wykrywacza metalu panie często odpowiadają „to druty usztywniające”. I jest kłopot, bo strażnik-mężczyzna nie zrobi osobistego przeszukania. Poza tym skazańców lub tymczasowo aresztowanych odwiedzają kobiety z dziećmi, także niemowlakami, pieluchy są idealną skrytką.

– Osoby odwiedzające, a są to przecież najczęściej osoby bliskie skazanym, członkowie ich rodzin, próbują „przemycić” substancje odurzające w odzieży, paskach, sznurówkach, w noszonej biżuterii, długopisach – wylicza major Bednarek.

Narkotyki, dopalacze, alkohol – to wszystko ma „urozmaicić” pobyt w celi. Ale czy ludzie z zewnątrz pomagają się z niej wydostać?

– Od lat nie spotkałam się z wypadkiem próby przekazania brzeszczota do piłowania krat – zapewnia ze śmiechem kapitan Pęconek.

Takie historie jednak bywały, choć dawno temu. Matka osadzonego w areszcie (nie w Warszawie) wniosła torbę, a pod usztywniającą tekturką na dnie strażnicy odkryli piłkę do metalu i dwanaście brzeszczotów. Co ciekawe, kobieta nie miała pojęcia, co wnosi. Została wykorzystana przez wspólnika syna. Inny przypadek – w rękawie kurtki mającej trafić do więźnia odsiadującego długi wyrok, zaszyty był gaz obezwładniający, z kolei pod podpinką dwa podrobione dowody osobiste oraz prawo jazdy.

Uwaga na prawnika

Z osadzonymi – bez różnicy, w areszcie czy zakładzie karnym – kontaktują się krewni lub prawnicy. O ile można jakoś zrozumieć żony, matki, kochanki, dzieci, że chcą pomóc krewniakowi siedzącemu za murem, to zdumiewa udział w takich numerach prawników. Dziś rzekomo problem jest marginalny, ale kiedyś był całkiem spory. Adwokaci dostarczali telefony komórkowe, grypsy, pośredniczyli w kontakcie ze świadkami... Do kuriozalnej sytuacji doszło też kiedyś w areszcie w centralnej Polsce, w którym siedział znany lobbysta. Podczas widzenia poskarżył się adwokatowi, że przemoczył buty. Mecenas tak się wzruszył ciężkim losem klienta, że zdjął z nóg swoje i wymienili się obuwiem!!!

Przestroga na koniec – jeśli któryś z czytelników „Codziennej” będzie musiał odwiedzić krewniaka w areszcie lub więzieniu (nie życzymy, ale życie płata różne niespodzianki) radzimy dobrze sprawdzać kieszenie przed przekroczeniem bramy. Później tłumaczenia „Oj, zapomniałem” nikt nie będzie słuchał.

Oceń treść:

Brak głosów