REKLAMA




Narkoman jak alkoholik

Osób uzależnionych od narkotyków przybywa w zastraszającym tempie

Anonim

Kategorie

Źródło

Nowe Państwo

Odsłony

3650

To prawdziwa pandemia - uważa Marek Kotański, szef i założyciel Monaru. Tymczasem brakuje ośrodków, przychodni, gdzie uzależnieni mogliby się leczyć. A przecież uchwalona niedawno ustawa antynarkotykowa wprowadza przepis o przymusowym leczeniu

Terapeuci oceniają, że mamy w kraju 80-100 tysięcy narkomanów. Kotański mówi nawet o 200 tysiącach; plus jakieś 2 miliony (przede wszystkim młodych ludzi) eksperymentujących z narkotykami. - Młodzież otwarcie mówi: wy, starzy, macie wódkę, my wolimy trawę. Dla nich przypalenie skręta jest rzeczą najoczywistszą na świecie. Dla niektórych to dopiero początek tej przygody - mówi Łukasz Ługowski, dyrektor szkoły dla tak zwanej trudnej młodzieży.

Jak i gdzie leczyć

Dlatego coraz wyraźniej widać, że stosowany w Polsce system leczenia uzależnień jest przestarzały i nieskuteczny. Dramatycznie brakuje łóżek na oddziałach detoksykacyjnych, miejsc w ośrodkach. W Warszawie, gdzie narkomanów jest najwięcej, bo przyjeżdżają tu z całego kraju, jest zaledwie... 20 miejsc na detoksie (odtruciu). Niedawno Kotański uruchomił własny oddział dla 50 osób. To jednak niewiele pomogło - na odtrucie czeka się w kolejce po dwa, trzy miesiące. W dodatku po wyjściu ze szpitala najczęściej trafia się w pustkę - na miejsce w ośrodkach trzeba czekać kolejne kilka miesięcy. - Ja nie doczekałem i znowu zacząłem brać - mówi Wojtek, mieszkaniec Dworca Centralnego.

Tymczasem Sejm zaledwie trzy miesiące temu zaostrzył przepisy o posiadaniu narkotyków. A przy okazji wprowadzono zapis o przymusowym leczeniu osób uzależnionych. W praktyce ten przepis jest martwy, bo narkomanów po prostu nie ma jak i gdzie leczyć. - Do wszystkich placówek zajmujących się tym problemem ustawiają się kolejki. Nie wiem, co zrobimy, jeśli dostaniemy klienta z nakazem leczenia - nie ukrywa Piotr Jabłoński, dyrektor biura do spraw narkomanii. Na szczęście dla wszystkich, takie wyroki jeszcze nie zapadły.

Szkoły ćpania

- Ośrodki to nie zawsze jest najlepsze wyjście. One znakomicie się sprawdzały u starego narkomana - tego ze strzykawką kompotu, tułającego się po dworcach czy melinach, człowieka z marginesu - mówi Janusz Sierosławski z Instytutu Psychiatrii i Neurologii. - Dzisiaj, kiedy po narkotyki sięgają menedżerowie, studenci, ludzie z tak zwanych dobrych domów, nierzadko mający bardzo dobrą pracę, trzeba zmienić system leczenia.

Ośrodki to pozostałość jeszcze po czasach komunistycznych, kiedy problem narkomanii oficjalnie nie istniał i dlatego uzależnionych należało oddzielić od zdrowego społeczeństwa, ukryć ich w odludnych miejscach.

Dzisiaj psychiatrzy i terapeuci mówią, że najlepsze wyniki dałaby terapia podobna do tej, jaką przechodzą alkoholicy. A więc zamiast pobytu w jakimś oddalonym i odosobnionym ośrodku, lepiej prowadzić terapię indywidualną i grupy wsparcia w miejscu zamieszkania. Wtedy pacjent nie przeżywa szoku związanego z powrotem do domu, gdzie ciągle czekają starzy kumple z towarem. I tak jak w wypadku alkoholików, trzeba wciągnąć do leczenia rodzinę, by wiedziała, jak się zachować i pomóc. W dodatku takie leczenie jest wielokrotnie tańsze i skuteczniejsze - chociażby właśnie dzięki kontroli rodziny i stałemu kontaktowi z lekarzem.

Pracownicy monarowskich ośrodków przyznają, że zaledwie kilka procent ich podopiecznych na trwałe wychodzi z nałogu, bo dla niektórych ośrodek jest doskonałą szkołą ćpania... Nic dziwnego, skoro wrzuca się tam do jednego worka wieloletnich narkomanów po przejściach i licealistów popalających sobie od kilku miesięcy. Nie oznacza to, oczywiście, że ośrodki w ogóle należy zlikwidować - są pomocne w leczeniu najcięższych przypadków. Ale na pewno bez rozwiniętej sieci opieki ambulatoryjnej z modą na branie sobie nie poradzimy.

Sami sobie winni?

W Warszawie jest właściwie jedno miejsce, gdzie narkomanów leczy się nową metodą. Chodzi o przychodnię na Dzielnej, która ma pod swoją opieką 1700 pacjentów z całego województwa mazowieckiego i prowadzi dla nich terapie indywidualne, grupowe, grupy wsparcia. Są także zajęcia dla rodzin. - To jedna z najlepszych przychodni nie tylko w Warszawie, ale i kraju. Ma fantastyczny, dobrze przeszkolony personel - entuzjazmuje się ksiądz Arkadiusz Nowak, doradca ministerstwa zdrowia do spraw narkomanii i AIDS.

Placówka może jednak przestać istnieć. Powód: kasa chorych nie podpisała z nią kontraktu. - Wszystko przez to, że postanowiliśmy się usamodzielnić - mówi doktor Ewa Sisicka, kierownik poradni. - Wtedy zaczęły się schody, których końca nie widać. Na razie mamy pieniądze do końca marca, co będzie potem, nie wiem.

Dzielna przez lata podlegała ZOZ na Nowowiejskiej. Po wielu dyskusjach i namowach, między innymi Mazowieckiej Kasy Chorych (!), placówka postanowiła się usamodzielnić. Miało to doprowadzić do racjonalizacji wydatków, sprawniejszego zarządzania. Dyrekcja na Nowowiejskiej przyklasnęła temu pomysłowi, po czym - gdy sprawa była na finiszu - przeniosła poradnię do siebie.

Poradnia na Dzielnej została oficjalnie zamknięta, wywieziono nawet meble, część personelu przeszła do nowej placówki. - A przecież Dzielna istnieje od lat 70., wszyscy narkomani o niej wiedzą i dlatego jest szansa, że tu przyjdą - mówi rozgoryczona pracownica.

Na razie, dzięki uporowi pozostałych i pomocy przyjaciół, przychodnia działa. Ma status placówki niepublicznej, ale nie oznacza to, że pobiera od pacjentów opłaty. Pieniądze zdobywa z najróżniejszych źródeł. Za mało na pokrycie wydatków na cały rok. Kasa chorych jest jednak nieugięta. - Brakuje nam 350 milionów złotych na niezbędne świadczenia. W tej sytuacji musimy wybierać, czy dać na okulistykę - ale przecież z jednym okiem można żyć - czy na programy kardiologiczne, bo jak siądzie serce, to już nie ma ratunku. Mówiąc krótko - dzielimy biedę - tłumaczy Krzysztof Szlubowski, rzecznik Mazowieckiej Kasy Chorych. - W tej sytuacji trudno przejmować się narkomanami, którzy przecież na własne życzenie wpakowali się w uzależnienie.

Kasa odwołała więc wszystkie konkursy na usługi specjalistyczne, w tym na leczenie uzależnień. A przecież wartość kontraktu dla Dzielnej nie jest duża - zaledwie 280 tysięcy... Nie mówiąc już o tym, że zgodnie z ustawami o przeciwdziałaniu narkomanii i ochronie zdrowia psychicznego to do państwa należy obowiązek pokrycia kosztów leczenia uzależnień. Tylko poprzez biuro do spraw narkomanii (finansowane z budżetu) wydajemy na ten cel około 100 milionów rocznie. W większości - na mało skuteczne ośrodki.

Oceń treść:

0
Brak głosów
randomness