Godzina 10:00.
Markowi Antrimowi udało się nawet przekonać policjantów z LAPD, że jest prawdziwym gliną od narkotyków wykonującym prawomocny nakaz przeszukania...
Zastępca szeryfa hrabstwa LA i jego dwaj wspólnicy stawią się w piątek w sądzie federalnym oskarżeni o napad z bronią i spisek w celu dystrybucji substancji kontrolowanej. Wszyscy trzej przebywają obecnie za kratkami, oczekując na proces. Same zarzuty nie oddają jednak sprawiedliwości historii, jaka się za nimi kryje.
Przedstawiając się jako śledczy od narkotyków wykonujący nakaz przeszukania w magazynie [warehouse] konopi w centrum Los Angeles, zastępca Mark Antrim i jego wspólnicy dokonali napadu, w którym zagarnęli ponad milion dolarów w marihuanie i gotówce. Warte odnotowania jest, że funkcjonariuszom LAPD odkrycie faktu napadu zajęło kilka dni i mogłoby wcale nie mieć miejsca, gdyby prawnik magazynu nie skontaktował się z Departamentem Szeryfa w Los Angeles.
We wczesnych godzinach rannych 29 października zastępca Mark Antrim, wraz z Erikiem Rodriguezem i Kevinem McBride, przybyli do magazynu marihuany w Los Angeles w nieoznakowanym Fordzie Explorerze. Tablica rejestracyjna na pojeździe identyfikowała go jako należący do szeryfa Temple City Station. Wszyscy trzej nosili naszywki biura szeryfa. Magazynierom powiedzieli, że wypełniają nakaz przeszukania.
Wyposażeni w policyjne pasy, z pistoletami w kaburach i długą bronią w rękach, Antrim, Rodriguez i McBride zatrzymali trzech pracowników i dwóch ochroniarzy i zgodnie z pisemnym oświadczeniem Departamentu Sprawiedliwości umieścili ich na tyle Forda Explorera. Przetrzymując pracowników i strażników w pojeździe, Antrim i jego załoga przystąpili do załadunku towarów z magazynu, funtowych paczek konopi i zwitków gotówki, do wypożyczonej ciężarówki.
Kradzież trwała prawie dwie godziny, nim funkcjonariusze LAPD przybyli na miejsce zdarzenia. Jeden z pracowników zatrzymanych podczas fałszywego nalotu zdążył wezwać policję za pomocą telefonu komórkowego. Kiedy policja przybyła w odpowiedzi na wezwanie, wspólnicy Antrim opuścili scenę. Antrim został i chociaż ani nie był funkcjonariuszem ds. narkotyków, ani nie wykonywał prawdziwego nakazu przeszukania, zdołał przekonać oficerów, że "nalot" był legalny. W rezultacie funkcjonariusze, którzy przybyli w odpowiedzi na wezwanie pracownika, opuścili miejsce zdarzenia, po 15-minutowej rozmowie z Antrimem.
Jeszcze bardziej niewiarygodny wydaje się fakt, że po tym, jak ludzie z LAPD odjechali, Antrim kontynuował rabunek. Zadzwonił po swoich wspólników, którzy powrócili na miejsce i dalej pomagali ładować do ciężarówki konopie indyjskie, sejfy i kasy. Wymagało kilku dni i wezwania wysłanego do biura szeryfa przez adwokata reprezentującego magazyn, by odkryto, że Antrim w istocie obrabował placówkę, a nie wykonał nakaz przeszukania.
Kiedy agenci federalni przeszukali rezydencję Antrima, znaleźli w niej ponad 300 000 $ w gotówce i broń palną. Agenci znaleźli także kilka kilogramów konopi w rezydencji McBride'a. Departament Sprawiedliwości podaje, że zastępca i jego wspólnicy zagarnęli w sumie 600 funtów marihuany i 100 000 $ w gotówce.
Departament szeryfa w Los Angeles twierdzi, że bardzo poważnie podchodzi do przestępczych działań jednego z jego deputowanych. Współpracuje obecnie ze śledczymi federalnymi. W wydanym oświadczeniu zastępca dyrektora biura terenowego FBI w Los Angeles opisał zachowanie Antrima jako "rażący poziom korupcji, który stanowił zagrożenie dla ofiar i funkcjonariuszy policji".
Jest to w pełni prawdą. Ryzyko mogłoby zostać złagodzone, gdyby legalny przemysł konopny w Kalifornii nie musiał posługiwać się dużymi ilościami gotówki. Federalny zakaz używania konopi indyjskich ogranicza jednak podstawowe usługi bankowe dla firm produkujących konopie indyjskie. W rezultacie wiele z nich zmuszone jest do akceptowania ryzyka związanego z posiadaniem dużej ilości gotówki. Stanowi to dla podmiotów przestępczych zachętę do kierowania swojej uwagi na tego typu placówki.
Negatywne myśli na temat niezdanego egzaminu, szukaniu nowej szkoły i braku przyjaciół. Samotność i przygnębienie. Myślenie o następnym odcinku kolejnej sieczki. Miejsce: Nowy świat, Warszawa. Godzina 10-11 rano. Brak śniadania. Ważę 56 kg.
Godzina 10:00.
Był to czwartek a następnego dnia miałem wolne, więc w bardzo dobrym nastroju postanowiłem udać się na mały melanż do znajomych.
Był to czwartek a następnego dnia miałem wolne, więc w bardzo dobrym nastroju. Postanowiłem udać się na mały melanż do znajomych. Mieliśmy coś zjarać a potem pójść na miasto się napić. Do jarania mieliśmy świeżo zakupioną maczankę Melmac Invaders, którą już znaliśmy (kilka miesięcy wcześniej często ją przypalaliśmy). Wszytko działo się w mieszkaniu u kolegi Sebastiana a potem u drugiego kolegi Tomka, który mieszka w tym samym bloku, tylko parę klatek dalej.
Wiek: 22
Doświadczenie: mj, hash, amfa, gałka, DXM
Set & Setting: pokój, wrzut o 20.00, wywalenie na łóżku i jakiś marny film z Gibsonem (Edge of Darkness bodajże). Ostatni posiłek jadłem 2h temu żeby nieco ulżyć i tak katowanemu żołądkowi i przyśpieszyć działanie.
Dawka: 900mg+50g bimbru na 72kg przepite lemoniadą cappy
T+0
Wygodnie ułożony na łóżku wrzucam pierwsze opakowanie Acodinu. Film zaczyna się nieciekawie i dalej będzie tak samo (ale mniejsza z tym)
Ciepły czerwcowy dzień, grupka znajomych, obce miasteczko
Na wstępie powiem, że nie był to mój pierwszy raz. Paliłam THC niejednokrotnie, często po przyjęciu z moim organizmem nie dzieje się absolutnie nic, czasem mam głupawkę lub substancja delikatnie mnie zmula. Nic specjalnego. To jednak był na tyle interesujący trip, iż postanowiłam go spisać. Czas określony jest bardzo ogólnie.
* * *
Był to słoneczny dzień czerwca. Półmetek wakacji - okresu imprez i wypadów ze znajomymi. Wraz z dobrymi kolegami wybrałam się pociągiem na darmowy koncert do miejscowości niedaleko miasta, w którym mieszkam.