REKLAMA




Kolumbijska koka odporna na amerykański plan niszczenia upraw

Kolejny rozdział amerykańskiej wojny z biznesem narkotykowym kończy się fiaskiem. Próby likwidacji kolumbijskich upraw koki, które pochłonęły 4,7 miliardów dolarów w ciągu sześciu lat, prawie w ogóle nie wpłynęły na zmianę cen, jakości czy dostępności kokainy na amerykańskich ulicach

Alicja

Kategorie

Źródło

Gazeta.pl

Odsłony

1851
Kolejny rozdział amerykańskiej wojny z biznesem narkotykowym kończy się fiaskiem. Próby likwidacji kolumbijskich upraw koki, które pochłonęły 4,7 miliardów dolarów w ciągu sześciu lat, prawie w ogóle nie wpłynęły na zmianę cen, jakości czy dostępności kokainy na amerykańskich ulicach Starania, zapoczątkowane w 2000 roku pod nazwą "Plan Kolumbia", miały na celu zmniejszenie o połowę upraw koki w Kolumbii w ciągu pięciu lat. Nie odniosły one jednak zamierzonego skutku. Eksperci od polityki narkotykowej twierdzą, że wojna z narkobiznesem stała się jeszcze trudniejsza i bardziej kosztowna, ponieważ uprawy koki, która jest najważniejszym składnikiem kokainy, zostały przeniesione na mniejsze i trudniej dostępne poletka. Według administracji prezydenta Busha, plantatorzy koki uciekli, a lewicowa partyzantka i prawicowe ugrupowania paramilitarne, które czerpały zyski z upraw koki, są bardzo osłabione. Kolumbia, najbliższy sprzymierzeniec Waszyngtonu w targanym konfliktami regionie, stała się bardziej stabilna, mówią oficjele. Ich zdaniem, plan przyniósł istotne sukcesy, w tym przyczynił się do wzrostu cen kokainy w ubiegłym roku. Eksperci od polityki narkotykowej nie zgadzają się jednak z ich wypowiedziami. Także niektórzy politycy kwestionują skuteczność oraz założenia wojny z biznesem narkotykowym. Plan wydawał się prosty. "Im bliżej źródła zaatakujemy, tym większe prawdopodobieństwo, że zatrzymamy przepływ narkotyków" - możemy przeczytać w raporcie Departamentu Stanu opublikowanym krótko po rozpoczęciu realizacji "Planu Kolumbia". "Jeśli zniszczymy uprawy lub nie dopuścimy do zbiorów, narkotyki nie zostaną wprowadzone do systemu". Z ostatnich danych wynika jednak, że: - Ilość obecnie uprawianych krzewów koki w Kolumbii jest taka sama jak w 2000 roku, na początku prowadzonej na wielką skalę akcji opryskiwania z powietrza, zgodnie z danymi Departamentu Stanu. - Ilość kokainy wytwarzanej przez Kolumbię, Peru i Boliwię, największych producentów liści koki i kokainy przekracza ogólnoświatowe zapotrzebowanie i najprawdopodobniej jest taka sama jak w połowie lat 90, dowodzi ONZ. - Z obserwacji prowadzonych przez rząd amerykański w ostatnim ćwierćwieczu wynika, że cena kokainy spadła, przy jednoczesnym utrzymaniu wysokiej czystości proszku, co oznacza, że dostępność narkotyku nie uległa zmianie. Popyt na kokainę zmalał w ostatnich latach w Stanach Zjednoczonych, jednak według ekspertów miało na to wpływ wiele czynników, w tym zmieniające się mody towarzyskie i lepsze techniki ścigania w kraju. Jednocześnie rośnie popyt w Brazylii, Europie, Afryce i innych miejscach. - Gdybyśmy spróbowali ocenić "Plan Kolumbia" na podstawie jego wstępnych podstawowych założeń, wyniki wojny z narkotykami okazałyby się co najmniej dyskusyjne - uważa Russell Crandall, były doradca w Białym Domu, autor książki "Driven by Drugs" o wojnie z narkotykami w Andach. - Możemy zamienić metafory, mówiąc, że to kolejny krok do zwycięstwa, światełko w tunelu. Często, niestety, zostają nam tylko zniechęcające rezultaty prób zmniejszenia ilości narkotyków i kokainy w Stanach Zjednoczonych - dodaje.

USA broni programu antynarkotykowego

"Plan Kolumbia", zapoczątkowany przez administrację Clintona przejęli urzędnicy Busha. To już siódma administracja, która prowadzi walkę z narkotykowym biznesem, rozpoczętą za prezydentury Richarda M. Nixona. Urzędnicy Busha przekonują, że realizacja obecnego etapu, czyli drugiego największego programu pomocy zagranicznej po programie wsparcia dla Bliskiego Wschodu, musi jeszcze trochę potrwać, ale sam program zaczyna się sprawdzać. Twierdzą oni, że ilość kokainy przechwyconej w Andach potroiła się i wyniosła 180 ton w 2005 roku, w porównaniu z 60 tonami w 2001 roku. Liczba przemytników wydanych Stanom Zjednoczonym w ciągu ostatnich czterech lat sięgnęła 350. Liczba nielegalnych laboratoriów produkujących narkotyki, zniszczonych przez władze kolumbijskie wzrosła gwałtownie, z 317 w 1999 roku do 2 tys. w ubiegłym roku. Jednak liczni analitycy polityki narkotykowej, w tym doradcy rządowi nie są aż takimi optymistami. Nawet ci wyjątkowo pozytywnie nastawieni mówią, że w wojnie z narkotykami udało się zaledwie utrzymać przyjęte pozycje. - Nie można powiedzieć, że w Kolumbii czy w trudnym rejonie andyjskim odniesiono spektakularny sukces, ale nie jest to też ogromna porażka - tłumaczy Edwardo Gamarra, ekspert od polityki narkotykowej z Florida International University w Miami, który był konsultantem rządu amerykańskiego i ONZ. Eksperci ostrzegają, że postęp trudno zmierzyć. Dane o ilości aresztowań, akrów opryskiwanych upraw czy zarekwirowanych ton surowca nie wystarczą do nakreślenia dokładnego obrazu sytuacji w danym momencie, z tej prostej przyczyny, że nie sposób oszacować, jaką część nielegalnego handlu te dane przedstawiają. Ponadto z wszelkich wyliczeń wynika, że ilość produkowanej kokainy przewyższa popyt do tego stopnia, że nawet opisywane przez media przypadki przejęcia dużych partii towaru nie wpływają na podaż dostatecznie mocno, aby przyczynić się do zmiany cen lub dostępności. Sytuacja nie zmienia się od lat. Ceny koki nie zmieniają się Lepszym wskaźnikiem postępu w walce jest to, co widać na końcu łańcucha - cena, dostępność i czystość kokainy na amerykańskich ulicach - i tu wyniki wojny z narkotykami nie są zbyt obiecujące. - Ceny się nie zmieniają - mówi Richard Curtis, szef wydziału antropologii w Jon Jay College of Criminal Justice, który zajmuje się modelami rynku narkotyków od 30 lat. - Idą to w górę, to w dół w zależności od sezonu, ale ceny zasadniczo pozostały takie same, nie było też zmian w dostępności i czystości - dodaje. Krajowe wydatki na projekty związane z walką z biznesem narkotykowym przyćmiewają wydatki zagraniczne, w tym na przejmowanie transportów na morzu, opryskiwanie, patrole na granicach i inne programy, które pochłaniają w sumie ok. 4 miliardy dolarów rocznie. A jednak to wydatki zagraniczne na różne sposoby kształtują amerykańską politykę w regionie. Od 2000 roku samoloty do oprysków, kierowane przez amerykańskich i zagranicznych pilotów i latające w otoczeniu helikopterów bojowych, zrzuciły w Kolumbii substancje niszczące liście koki na obszarze przekraczającym powierzchnię Central Parku w Nowym Jorku 2 600 razy. W Peru i Boliwii, gdzie rządy sprzeciwiają się opryskom z powietrza, na tereny hodowli koki wkroczyły oddziały mające za zadanie ręcznie wyrywać rośliny, co nierzadko spotykało się z protestami. Plantatorzy krzewów koki, jak Jhon Freddy Romero nie sprawiają jednak wrażenia zmartwionych. Romeo gra ciągle w kotka i myszkę z amerykańskimi planistami antynarkotykowymi w południowym departamencie Kolumbii Guaviare, gdzie kokę uprawia się od 1970 roku. Amerykańskie samoloty do oprysków niezliczoną ilość razy zrzucały na jego małą farmę defolianty, zostawiając po sobie zwiędłe krzewy koki. Niezrażony farmer powtarza sprawdzoną strategię partyzanckich upraw, sadząc kokę na skraju lasu, gdzie trudniej jest prowadzić opryski. - To wszystko zostało opryskane, a potem znowu posadzone - opowiada 28-latek, wskazując ręką na 5-akrowe poletko koki. W całym kraju farmerzy robią podobne rzeczy. Na przykład ukrywają krzewy koki pod większymi bananowcami. Gdy ich rośliny zostają opryskane, przycinają łodygi, żeby ocalić korzenie. Niektórzy idą o krok dalej i wcierają w liście różne mieszanki mające osłabić szkodliwe działanie defoliantów.

Uprawa koki

Miejscowi rolnicy mają dużą motywację do sadzenia i ochraniania pól koki, bo mało która uprawa daje tak duże i systematyczne zyski. - Każdy z nas ma z hektar koki - mówi jeden z plantatorów, 40-letni Joel Rubio z Caldas, departamentu położonego na zachodzie kraju i znanego bardziej z uprawy kawy. - Każdy to robi. A amerykańskie samoloty nadal opryskują. Według danych Departamentu Stanu, w związku z rozprzestrzenianiem się upraw koki w Kolumbii, w porównaniu z 2002 rokiem, konieczne jest prowadzenie oprysków na trzy razy większym obszarze, aby zniszczyć taką samą ilość krzewów. - To sam program opryskiwania utrudnia prowadzenie opryskiwania - twierdzi John Walsh, który analizuje politykę narkotykową USA dla Washington Office on Latin America, grupy non profit zajmującej się badaniami i prawami człowieka. - W związku z tym, zmniejsza się efektywność programu, a jednocześnie wzrasta koszt osiągnięcia takiego samego rezultatu. - Ci, którzy liczyli, że pieniądze zaczną się zwracać z nawiązką, zawiedli się - dodaje Walsh.

Rośnie ilość zasiewów

Z danych Departamentu Stanu wyłania się dużo bardziej posępny obraz niż ze statystyk ONZ. Rozbieżności przypisuje się różnicom w pomiarach satelitarnych. Ponadto, Stany Zjednoczone przeprowadziły w ubiegłym roku szeroko zakrojone badania, którymi objęto obszar Kolumbii większy o 81% i którego rezultaty ujawniły jeszcze większe ilości uprawianej tam koki. Dane wskazują, że po nagłych spadkach pod koniec lat 90, rośnie ilość zasiewów w Peru i Boliwii. Całkowita powierzchnia upraw w Andach jest obecnie wyższa niż w 2000 roku i taka sama jak w 1997 roku, co oznacza, że obszar zasiewów jest równy połowie powierzchni stanu Delaware. ONZ określiła te informacje jako niepokojące dodając, że wskazują one na konieczność zwiększenia ingerencji państwa w regionach upraw koki, gdzie panuje bezprawie. Jednocześnie należy zapewnić trwałą alternatywę dla biednych rolników. Na te dwie rzeczy w "Planie Kolumbia" przeznaczono dużo mniejsze środki. - Kolumbia jest jedynym krajem, w którym problem wypleniania roślin rozwiązywano już dziesięciokrotnie - wyjaśnia Sandro Calvani, szef biura ONZ ds. Narkotyków i Przestępczości w Bogocie, zajmującego się monitorowaniem rozmiarów pól koki. - Problem stanowią ponowne zasiewy.

Wpływ polityki na wojnę z narkotykami

- Nawet jeśli założymy, że to prawda, to jest to niewielka zmiana - mówi Peter Reuter, ekspert ds. polityki narkotykowej na uniwersytecie Maryland oraz szef Centrum Badań nad Polityką Narkotykową w instytucji badawczej Rand Corp. Uczestniczył on w pracach zespołu badającego ceny i czystość kokainy na zlecenie Białego Domu. Według Białego Domu, metoda wyciągania wniosków była przejrzysta, jednak ostatnie zapewnienia o sukcesach sprowokowały krytyczne opinie nawet wśród niektórych polityków republikańskich w Kongresie. W kwietniowym liście do Waltersa, senator Charles E. Grassley, reprezentujący stan Iowa i przewodniczący grupie ds. Międzynarodowej Kontroli Narkotyków, zastanawia się czy dane nie zostały dobrane tak, aby "stworzyć bardziej różowy, ale niekoniecznie wierny obraz obecnej sytuacji". Grassley powiedział w jednym z wywiadów, że "to zastanawiające, że przy rosnącej powierzchni oprysków wzrasta też liczba upraw". "Nie mam zamiaru teraz się wycofać, ale uważam, że jest dużo uzasadnionych pytań, które trzeba zadać", dodał. Senator pozostał wprawdzie zwolennikiem oprysków, ale oznajmił też, że planiści antynarkotykowi "będą musieli poszukać sposobów przystosowania się do nowych metod upraw". Wojna z biznesem narkotykowym nie pozostaje bez wpływu na politykę w regionie. Grassley zgadza się z urzędnikami, którzy łączą plany opryskiwania z udzielaniem pomocy władzom Kolumbii w zakresie ostrego zwalczania przemocy poprzez zwiększanie bezpieczeństwa w miastach, co z kolei ułatwia walkę z lewicową partyzantką. Wprawdzie kartele krzykliwych baronów narkotykowych pokroju Pablo Escobara należą już do przeszłości, a lewicowi buntownicy muszą mieć się na baczności, ale działają za to dowódcy prawicowych bojówek paramilitarnych, które zarządzają trasami przemytu narkotyków. Skandale korupcyjne związane z biznesem narkotykowym wybuchały nawet wśród wysokich oficerów kolumbijskiego wywiadu i armii. W innych krajach wojna z narkotykami przyczyniła się do destabilizacji, co jest szczególnie widoczne w Boliwii, której obecny prezydent Evo Morales był kiedyś liderem związku hodowców koki. Sprzeciwia się on nieustającym wysiłkom Waszyngtonu mającym na celu wyplenienie krzewów koki. Epidemia narkotykowa w USA osłabła Władze Stanów Zjednoczonych podtrzymują pogląd, że wojna z narkotykami w Ameryce Łacińskiej, w połączeniu z lepszym egzekwowaniem prawa, przyczyniła się do wzrostu bezpieczeństwa w amerykańskich miastach w porównaniu ze szczytowym okresem epidemii zażywania cracku w latach 80 i wczesnych 90. - Wyeliminowaliśmy liczne miejsca sprzedaży na wolnym powietrzu, odzyskaliśmy wiele dzielnic - twierdzi Bridget Brennan, specjalna prokurator ds. narkotyków w Nowym Jorku. - W wielu dzielnicach problem nadal istnieje, ale jest mniejszy niż 15 lat temu. Narkomani, nawet ci biorący kokainę, dziś raczej unikają cracku. Wyniki sondażu na temat zdrowia oraz stosowania narkotyków dowodzą, że użycie kokainy wśród studentów zmniejszyło się o 60% w porównaniu z rokiem 1985. Nie oznacza to jednak, że uzależnienie od kokainy odchodzi w Ameryce do przeszłości. Niektóre badania rządowe sugerują, że rośnie liczba nastolatków po raz pierwszy sięgających po ten narkotyk. Liczba napędzających rynek osób nałogowo zażywających kokainę wprawdzie spada, ale nadal wynosi od dwóch do trzech milionów, jak szacują eksperci. Statystyki nie odzwierciedlają sytuacji w południowej części dzielnicy Bronx, gdzie zarówno narkomani, jak i ich opiekunowie z CitiWide Harm Reduction, centrum wymiany igieł i poradnictwa mówią, że nie odczuli skutków wojny z narkotykami. Osoby uzależnione mówią, że kokainę można zdobyć tak samo łatwo jak kiedyś, a jej gram kosztuje 40 dolarów lub mniej, podczas gdy wiele lat temu kosztował 100. 45-letni Walter Droz, który zażywa kokainę od 30 lat potrząsa tylko głową, gdy słyszy zapewnienia o postępach w Kolumbii. - Skoro kokaina jest coraz bardziej dostępna, to jak oni mogą być tak bezczelni, żeby mówić, że to działa? - pyta. - Jeśli wiesz gdzie szukać, zawsze znajdziesz to, czego ci trzeba. Juan Forero, The New York Times, gazeta.pl, 2006-09-07

Oceń treść:

Brak głosów
Zajawki z NeuroGroove
  • Marihuana

Juz od dawna planowalem zapalic MJ...pierwszy raz. Bez zadnych obaw czy

wahan, po prostu bylem zdecydowany aby w koncu to zrobic. Jednak prawdziwym

uzywkowiczom zawsze wiatr w oczy...po wysluchaniu wszelkich rad co do

pierwszego razu, postanowilem zapalic w samotnosci, jednak jeszcze nie

wiedzialem kiedy przejde ten chrzest. Wczesniej mialem wiele problemow z

zalatwieniem ziela, ale tak to juz jest, kiedy nie ma sie zbyt duzych

znajomosci...juz prawie dawalem za wygrana, gdy nagle przyjaciolka

  • 4-HO-MET
  • Retrospekcja

wakacyjny wyjazd, pozytywne nastawienie, w otoczeniu przyjaciół, lasy i polany

Fuck the Club! - czyli gdzie zaprowadził mnie maHOMET..

 

  • N2O (gaz rozweselający)




autorzy: machabeus & yojoe





I. Podstawy







Tylko informujemy!





Nie popieramy używania N2O.

Podtlenek azotu, poza euforią i zakręconą jazdą, może wywoływać dezorientację lub przyprawić o mdłości. W najgorszym wypadku (przedawkowanie) może spowodować głupotę, a nawet może cię zabić.

  • Marihuana

To była ostatnia sobota. Zwyczajny ciepły majowy dzień. Przynajmniej tak mi się wydawało. Około 17 wpadła do mnie dziewczyna. Postanowilismy spalić bata.

I tak tez miało być tym razem.

Pech chciał ze brakło nam bletek. Zmuszeni byliśmy więc polecieć ze szkła.

Osobiście nie przepadam za tą metodą ale cóż było robić.


Ubiłem duże działo zwyczajnej lufki. Dawka mniejsza przecież niz w joyu. Przysmażylismy to z myślą o następnej. Nic ztego.