REKLAMA




Narkotyki, polityka i zabójczy uśmiech

Dla jednych był najgorszym koszmarem, jaki mógł spotkać ich kraj. Inni widzieli w nim zbawiciela i nazywali El Patron.

Tagi

Źródło

Małgorzata Pantke
Wirtualna Polska

Odsłony

5940

Dla jednych był najgorszym koszmarem, jaki mógł spotkać ich kraj. Inni widzieli w nim zbawiciela i nazywali El Patron. Pablo Escobar, swego czasu najpotężniejszy handlarz narkotyków na świecie, na wiele lat zmienił oblicze Kolumbii. Fala przemocy, którą wywołała jego działalność, nie opadła nawet po jego śmierci. Każdego roku w Kolumbii zostaje zamordowanych kilkanaście tysięcy ludzi. Kolumbia nie była oazą spokoju przed pojawieniem się Pabla Escobara i kartelu z Medellin. W kraju już wcześniej organizowały się zbrojne grupy "konserwatystów" i "liberałów", a lata 40. i 50. ubiegłego wieku określa się w historii Kolumbii jako „La Violencia” („Przemoc”). Dekadę później za broń chwycili lewicowi rebelianci. Działalność narkotykowych baronów dodatkowo skomplikowała losy wielu Kolumbijczyków. Partyzanci widzieli w narkotykach źródło finansowania rewolucji. Handlarze – możliwość spełniania zachcianek i zdobycia władzy.

Przez kokainę korumpowano, wymuszano, porywano i mordowano. W latach 80. kartel z Medellin kontrolował 80% światowego rynku kokainy. Mimo upływu niemal 20 lat od śmierci Escobara, kraj nadal boryka się z problemem narkotyków i przemocy. Tylko w ubiegłym roku w Kolumbii zabito 15 817 ludzi, z czego niemal połowa to ofiary płatnych morderców. Jak wynika z danych UNODC, tak wysokiego wskaźnika zabójstw nie ma nawet Uganda, gdzie trwa rebelia. W 2007 roku kolumbijskie władze przechwyciły 126 ton kokainy i tzw. bazy kokainowej – podaje Departament Stanu USA. Dla Amerykanów jest to o tyle istotne, że właśnie do Stanów Zjednoczonych trafia większość narkotyków z Kolumbii. Kokainowa wojna rozprzestrzeniła się również na inne kraje Ameryki Łacińskiej i zbiera krwawe żniwo m.in. w Meksyku. Pierwszy miliard Gdy mówi się o ludziach, którzy odmienili losy swojego narodu, myśli się głównie o wielkich przywódcach. Pablo Escobar nie był jednak mężem stanu, a przestępcą. Jego droga zaczęła się na obrzeżach Medellin – drugiego największego miasta Kolumbii. Kiedy w wieku 26 lat został aresztowany za posiadanie kokainy, nie przestraszył się więzienia. Na zdjęciu z policyjnych kartotek widać jego… hollywoodzki uśmiech. Do rozprawy przeciwko Escobarowi nie doszło. Policjant, który go zatrzymał, zginął, a sędziowie zostali zastraszeni.

Ten chłopak ze slumsów stał się dzięki narkotykom najbardziej wpływowym człowiekiem w kraju. Rocznie zarabiał ponad dwa miliardy dolarów. Za pieniądze z nielegalnego handlu mógł kupić wszystko, o czym tylko pomyślał. Na swojej hacjendzie Napoles urządził nawet prywatne zoo z najbardziej egzotycznymi zwierzętami. Miał własne samoloty i helikoptery; uwielbiał zabawę. Nigdy nie zapomniał jednak, skąd pochodził. Ze slumsów werbował część swoich „żołnierzy”, ale sponsorował też budowy szkół i boisk piłkarskich. Dla biedoty Medellin kazał stworzyć osiedle z setkami mieszkań. Część Kolumbijczyków szczerze kochała El Patrona. Kiedy więc został zastrzelony w 1993 roku, a policjanci robili sobie zdjęcia przy jego zwłokach, mieszkańcy dzielnic biedy płakali.

Dobre wspomnienia o Escobarze zachowała również jego rodzina.
– Nie mam mu, jako ojcu, nic do zarzucenia. (...) Był niestety też osobą, która popełniła błąd i weszła na drogę przemocy – mówi w rozmowie z Wirtualną Polską syn Pablo Escobara, który po śmierci ojca zmienił nazwisko na Sebastian Marroquin. Sam nie poszedł w ślady kokainowego króla. Do Polski przyjechał promować dokument „Grzechy mojego ojca”, w którym podkreśla, że ścieżka, którą wybrał Escobar była usłana trupami. Polityka i kłopoty Escobar pragnął być jednak kimś więcej niż handlarzem narkotyków. Zaangażował się w politykę z ramienia Partii Liberalnej. Gdy wyszło na jaw skąd pochodzi jego majątek, ugrupowanie usunęło go ze swoich list. Mimo to w 1982 roku Escobar został wybrany do kolumbijskiego Kongresu. Nie zasiadał tam jednak długo. Marzenie o polityce wystawiło na świecznik Escobara i jego interesy. Król kokainy był wściekły. Z jego zlecenia zginął ówczesny minister sprawiedliwości Rodrigo Lara Bonilla, który publicznie krytykował narkobiznes. Escobar miał coraz większe kłopoty. W siłę zaczął rosnąć konkurencyjny kartel narkotykowy z Cali. El Patron bardziej niż prywatnej wojny we własnym kraju obawiał się jednak ekstradycji do Stanów Zjednoczonych. Tam czekałoby go dożywocie albo kara śmierci. Strachem postanowił wymusić od władz to, czego chciał – zerwania umowy ekstradycyjnej. W tym okresie zginęło około 50 sędziów. Prawdopodobnie również dzięki wsparciu Escobara zbrojna grupa M-19 zaatakowała w 1985 roku budynek Sądu Najwyższego w Bogocie. Królowi kokainy przypisuje się także zlecenie w 1989 roku zamordowania Luisa Carlosa Galana, kandydata na prezydenta, który chciał walczyć z przemytnikami narkotyków. Galan został zastrzelony podczas wiecu – nie pomogło to, że miał 18 ochroniarzy. Na konto El Patrona spadł także zamach bombowy na samolot linii Avianica, w którym zginęło ponad 100 osób, porwania dziennikarzy oraz atak na siedzibę DAS (Urzędu Bezpieczeństwa). W tym ostatnim celem był generał Miguel Maza Marquez. W zamachu zginęło prawie 70 osób. Marquez przeżył. „Escobar zużył dwa tysiące sześćset kilogramów dynamitu w dwóch kolejnych zamachach na generała – najwyższy hołd, jaki kiedykolwiek złożył wrogowi” – tak opisuje to w swojej książce „Raport z pewnego porwania” kolumbijski pisarz i dziennikarz, Gabriel Garcia Marquez.

Kolumbia przełomu lat 80. i 90. to zamachy, strzelaniny, porwania, skorumpowani urzędnicy i policjanci, walki konkurencyjnych karteli, lewicowych partyzantów i prawicowych "paramilitares" oraz bezsilność tych polityków, którzy nie chcieli być w kieszeni handlarzy narkotyków. Własne więzienie i śmierć Pod koniec lat 80. Escobar miał w kraju już tylu wrogów, że musiał wyjechać. Bliscy ofiar, których kazał zlikwidować, utworzyli nawet własną bojówkę – Los Pepes. Na krótko El Patron znalazł schronienie u panamskiego dyktatora Manuela Noriegi, a potem Sandinistów w Nikaragui. Do Kolumbii wrócił w 1991 roku i pozwolił się zamknąć w więzieniu, bo tylko jego mury gwarantowały mu względne bezpieczeństwo. Nie było to jednak zwykłe kazamaty, a specjalnie wybudowany dla Escobara obiekt. La Catedral miała wygodne sypialnie, salę do gier, boisko piłkarskie, a nawet domek dla córki króla kokainy - gdyby go chciała odwiedzać. Sam również wychodził ze swojego więzienia, a przede wszystkim bez przeszkód prowadził interesy. Żaden inny przestępca nie zakpił w ten sposób z wymiaru sprawiedliwości. Escobar wytrzymał w La Catedral ponad rok. Uciekł w lipcu 1992 roku i od tego czasu musiał się ukrywać. Czy to z tęsknoty złamał własne zasady i zadzwonił do rodziny, której pilnowała policja? Nie wiadomo. 2 grudnia 1993 roku policja odnalazła kryjówkę El Patrona w dzielnicy Los Olivos w Medellin. Pablo Escobar zginął w strzelaninie z funkcjonariuszami. Z obawy o własne życie wyjechała z kraju żona Escobara, syn i córka. 17 lat walki z narkobiznesem Śmierć potężnego handlarza narkotyków nie powstrzymała fali zbrodni w Kolumbii. Rozpoczęła się natomiast walka o podział rynku narkotykowego.

Medellin przez wiele lat było uznawane za najniebezpieczniejsze miasto na świecie. Praktycznie rządziły nim młodociane gangi "pistolocos" – szalonych pistoletów. W 1994 roku prezydentem kraju został Ernesto Samper. Jak ocenia polski podróżnik i autor „Na szlaku koki”, nowy przywódca dotrzymał obietnic wyborczych walki z narkobiznesem tylko pozornie. W ręce policji oddali się przywódcy kartelu z Cali, bracia Orejuela - chcieli w ten sposób uniknąć ekstradycji do USA. Kolumbia widziała już wiele takich fars. Sprawiedliwość dosięgła narkotykowych bossów w 2005 roku. Zostali odesłani do Stanów Zjednoczonych i skazani na 30-letnie wyroki. Kolejne rządy próbowały się uporać z narkotykami, kładąc największy nacisk na działania militarne.

Tak też doradzali im Amerykanie, dostarczając jednocześnie Kolumbijczykom sprzęt wojskowy i wysyłając samoloty, które spryskiwały uprawy krasnodrzewu. Jest jeszcze jeden powód, dla którego Stanu Zjednoczone interesują się Kolumbią – ropa naftowa. Kraj ten ma w tym roku osiągnąć rekordowy poziom produkcji 800 tys. baryłek dziennie. Interesy narkotykowych bossów, kompanii naftowych, partyzantów i rządu często się pokrywają. W 2000 roku amerykański Kongres zatwierdził Plan Kolumbia – pomoc dla tego kraju w walce z partyzantką i narkotykami. Kosztował on Amerykanów około pięciu mld dolarów. Według Białego Domu plan odniósł sukces, czego dowodem ma być spadek ataków terrorystycznych i porwań. - Pomoc trafiała do Kolumbii w większości w postaci kontraktów dla amerykańskich fabryk broni, które dostarczały m.in. helikoptery. Dzięki lepszemu sprzętowi, armia mogła lepiej walczyć z terroryzmem – ocenia Łukasz Czeszumski, reporter i autor książki o narkobiznesie w Ameryce Łacińskiej, „Biały szlak”.

Czy jednak Plan Kolumbia okazał się skuteczny w walce z handlarzami kokainy? W 2009 roku, według danych Gallupa, aż 39% Kolumbijczyków przyznało, że w ich sąsiedztwie handluje się narkotykami. Odsetek ten był większy o cztery punkty procentowe w porównaniu z badaniem przeprowadzonym dwa lata wcześniej. Niepokoi też raport amerykańskiego Biura Narodowego ds. Kontroli Narkotyków (ONDCP) z 2008 roku: 74% kokainy na świecie i 90% w USA pochodzi z Kolumbii. Kraj nadal jest więc „przysypany” białym proszkiem. – Produkcja kokainy w Kolumbii to wolna amerykanka. Jedne fabryki mieszczą się w miastach, inne są ukryte w dżungli przy obozach partyzantów i mogą zatrudniać nawet 100 osób, a na wsi są też w zwykłych domach – mówi w rozmowie z Wirtualną Polską Czeszumski.

Zamiast walki – legalizacja?

W Kolumbii coraz częściej zaczyna się mówić o legalizacji narkotyków, jako sposobie na powstrzymanie związanej z handlem kokainą przemocy. Za takim rozwiązaniem opowiada się nawet senator Rodrigo Lara Restrepo – syn ministra sprawiedliwości zastrzelonego na zlecenie Escobara. – Organizacje mafijne zawsze szukają sposobu, by kontrolować państwowe instytucje. Największym zagrożeniem nie jest przemyt sam w sobie, ale ryzyko, że zmieni on kraj w narkodemokrację – powiedział w wywiadzie dla miesięcznika „Gente” Restrepo, który należy do partii Radykalna Zmiana. Jednak zezwolenie na produkcję i sprzedaż kokainy tylko w Kolumbii nie rozwiąże problemów tego kraju. Największym rynkiem zbytu dla „białego proszku” są Stany Zjednoczone. Łukasz Czeszumski obawia się również, że takie rozwiązanie mogłoby się przyczynić do zwiększenia przestępczości związanej ze spożyciem narkotyków, a na wprowadzenie pełnej legalizacji nie jest przygotowane obecnie żadne państwo.

Syn Pablo Escobara zapytany o legalizację nie chce odpowiadać wprost. - Tego typu deklaracje płynące z moich ust mogą być odczytane i wykorzystane przeciwko mnie. Powtarzam, by w tej kwestii słuchać tego, co mają do powiedzenia autorytety: Rodrigo Lara Restrepo i Juan Manuel Galan – powiedział Wirtualnej Polsce Sebastian Marroquin. Kolumbijczycy częściowo wypowiedzą się na temat legalizacji pod koniec maja, gdy odbędą się wybory prezydenckie. Swojego kandydata na to stanowisko ma także Radykalna Zmiana, do której należy Rodrigo Lara Restrepo. W Kolumbii nie ma jednak prostych rozwiązań i jasnych podziałów. W 2008 roku kilku członków tej partii zostało oskarżonych o powiązania z paramilitarnymi oddziałami AUC, które również są wplątane w narkobiznes…

Artur Domosławski, autor „Gorączki latynoamerykańskiej”, tak opisywał sytuację w Kolumbii: „ten dramat nie jest czarno-białym westernem, w którym są dobrzy i źli; w którym sprawiedliwy prezydent, ktokolwiek nim jest, jak samotny szeryf walczy z bandą Złego”.

Małgorzata Pantke, Wirtualna Polska
Współpraca: Sylwia Mróz, Michał Staniul
Książki cytowane w artykule: G. Garcia Marquez „Raport z pewnego porwania”, J. Suchocki „Na szlaku koki”, A. Domosławski „Gorączka latynoamerykańska”.

Oceń treść:

Average: 10 (1 vote)