REKLAMA




Gwiazdy polskiego show-biznesu były klientami groźnego gangu narkotykowego.

Kuba Wojewódzki, Kora Jackowska, Tomasz Stańko i Stanisław Soyka - to tylko niektóre postaci polskiego show-biznesu, których nazwiska pojawiły się w jednym z największych śledztw narkotykowych ostatnich lat. W sprawie zarzuty usłyszało już prawie pięćdziesiąt osób, głównie gangsterzy, handlarze narkotyków i kurierzy.

Alicja

Kategorie

Źródło

Wprost

Odsłony

5343
Kuba Wojewódzki, Kora Jackowska, Tomasz Stańko i Stanisław Soyka - to tylko niektóre postaci polskiego show-biznesu, których nazwiska pojawiły się w jednym z największych śledztw narkotykowych ostatnich lat. W sprawie zarzuty usłyszało już prawie pięćdziesiąt osób, głównie gangsterzy, handlarze narkotyków i kurierzy. Czy do tej grupy dołączą także artyści i dziennikarze? - Ustalenia śledztwa wskazują, że wśród odbiorców narkotyków były osoby z show-biznesu, m.in. znani muzycy. Wszystkie szczegóły sprawy są jednak tajemnicą - mówi "Wprost" Magdalena Kluczyńska, rzecznik Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego.

Sklep z narkotykami

Sprawa prowadzona przez ABW dotyczy przemytu ogromnej ilości kokainy z Kolumbii i Rosji oraz marihuany z Holandii. Już teraz śledztwo obejmuje kilkaset osób. Większość zarzutów udało się postawić dzięki zeznaniom Konrada Ł. (personalia świadka zostały zmienione), jednego z najważniejszych handlarzy narkotyków, który przed dwoma laty uzyskał status świadka koronnego. Początki kontaktów Konrada Ł. ze światem show-biznesu sięgają wczesnych lat 90., kiedy sprowadzał on z Holandii gitary do sklepu lidera Perfectu Zbigniewa Hołdysa. Wtedy poznał pracującego dla muzyka Piotra C., ps. Ciepły. Po kłótni z Hołdysem Ciepły wraz z Konradem Ł. założyli własny sklep muzyczny. Wkrótce położony w Warszawie przy pl. Narutowicza Fun Music stał się w stołecznym świecie artystycznym miejscem niemal kultowym. I miejscem, gdzie były narkotyki. - Stałymi gośćmi byli Tomasz Stańko, Stanisław Soyka, muzycy Lady Pank, Kora i wielu innych artystów - chwali się "Wprost" Konrad Ł. Fun Music przestał działać po trzech latach, bo oficerowie CBŚ ostrzegli właścicieli, że na sklep szykuje się nalot. Ciepły pracował później jeszcze przez jakiś czas jako kierowca Konrada Ł. Potem w wyniku zeznań byłego szefa trafił za kratki. Do wszystkiego się przyznał i dobrowolnie poddał karze. Teraz jest już na wolności. Jednym z klientów Konrada Ł. miał być Kuba Wojewódzki, znany showman. Skruszony przestępca szczegółowo opisał organom ścigania, jak przyjeżdżał do Wojewódzkiego ze swoim dilerem o pseudonimie Aniołek. Miejscem transakcji były zwykle okolice warszawskiego liceum im. Batorego. - Z Aniołkiem u Kuby byliśmy z pięć, może siedem razy. Za każdym razem brał od dwudziestu do trzydziestu gramów kokainy - opowiada Konrad Ł. Śledczym do dziś nie udało się odnaleźć Aniołka, bo nawet świadek koronny nie zna jego personaliów. Dlatego ABW przesłuchała jako świadka Kubę Wojewódzkiego. - Na początku przesłuchanie potraktowałem jak fantastyczną przygodę, bo budynek agencji naprawdę budzi przerażenie - opowiada "Wprost" Wojewódzki. - Pokazali mi kilka zdjęć, niektóre ładne, inne brzydkie. Nikogo nie rozpoznałem. Mimo szczerej chęci, by pomóc w likwidowaniu narkomanii w IV Rzeczypospolitej, okazało się, że nie mogę tego zrobić. Przy tych ilościach, które biorę, to ja już własnej matki nie poznaję - żartuje showman. Ale później mówi już poważnie: - Nie mogę ujawniać szczegółów przesłuchania, bo proszono mnie o zachowanie tajemnicy. Jeszcze nie siedzę, ale diabli wiedzą - ucina. Gdy pytamy go, czy zdarza mu się "wciągać", mówi: - Przecież i tak nie przyznałbym się do tego publicznie, tak jak nigdy nie przyznam się do autoerotyzmu. Zresztą przy moim temperamencie, pogodzie ducha i odziedziczonej po rodzicach konfiguracji genów żadne wspomagacze nie są mi potrzebne - zapewnia. - Od czasu do czasu sięgnę po jointa, ale żadne chemikalia wciągane do nosa, wcierane w dziąsła czy wkładane do tyłka nigdy mnie nie interesowały. Dlatego żaden Aniołek mnie do swego "nieba" nie zaciągnie - zapewnia Wojewódzki.

Oficjalnie nie paliłem

Kuba Wojewódzki nie jest jedyną gwiazdą show-biznesu pojawiającą się w śledztwie. Konrad Ł. opowiedział również o innych artystach, którym sprzedawał narkotyki - sam albo przez swoich dilerów. - Marihuanę kupował m.in. Stanisław Soyka. Ja jeździłem do niego albo on do mnie - opowiada świadek koronny. - To jakieś nieporozumienie - dziwi się Stanisław Soyka. Przyznaje, że w przeszłości palił blanty. - Jeździłem do znajomych, którzy mieli przez siebie wyhodowane rośliny. Zresztą wtedy przepisy tego nie zakazywały. Nigdy jednak nie jeździłem do żadnego dilera ani żaden diler nie przyjeżdżał do mnie - twierdzi Soyka. Inny obciążany przez Konrada Ł. artysta to znany trębacz jazzowy Tomasz Stańko. - To był najbardziej uciążliwy klient, bo odzwyczajał się od palenia. Jeździłem do niego cztery razy dziennie i sprzedawałem po pół grama. Kiedyś mu powiedziałem, żeby wziął od razu więcej, a on na to, że nie, bo rzuca - wspomina Konrad Ł. W rozmowie z "Wprost" Tomasz Stańko początkowo przyznał, że palił jointy. Pytany o szczegóły sprowadzania narkotyków, zasłania się niepamięcią. - Niespecjalnie pamiętam tamten okres, ale starałem się raczej nie robić żadnych dealów. Pamiętam, że znałem jakiegoś człowieka, który chwalił się sprzedawaniem większej ilości towaru. Ale ja wtedy dużo nie paliłem - opowiada Stańko. Po chwili jednak wszystkiemu zaprzecza. - Nie mam powodu, żeby publicznie opowiadać o rzeczach, których nie używam. Oficjalnie mogę powiedzieć, że nigdy w życiu niczego nie paliłem - ucina.

Hasz w oponie

Mimo znanych nazwisk klienci narkotykowej siatki to dla śledczych jedynie płotki. Z dotychczasowych ustaleń wynika, że grupa Konrada Ł. działała pod patronatem mafii mokotowskiej, która po rozbiciu "Pruszkowa" stała się najbardziej niebezpieczną grupą przestępczą w Polsce. W ciągu kilku lat sprzedała kilka ton marihuany, haszyszu, kokainy i amfetaminy o wartości ponad 180 mln zł. Świadek koronny, który zadenuncjował całą organizację, w drugiej połowie lat 90. zorganizował prawdziwą narkotykową megahurtownię. Konrad Ł. przyznaje, że zanim zyskał mocną pozycję w narkobiznesie, inwestował w małe kluby na Mokotowie i Woli. Dawał właścicielom pieniądze na wyposażenie, a ci w zamian pozwalali mu handlować narkotykami. - Przerzuty większej ilości towaru zaczęły się dopiero w czasach sklepu na placu Narutowicza - opowiada Konrad Ł., który zaczął wtedy kupować marihuanę i haszysz u Polaków mieszkających w Holandii. Najpierw przemytnicy przewozili używki w autobusach rejsowych, później w oponach lub specjalnie przerobionych zbiornikach na paliwo samochodów osobowych. Z czasem zaczęła się też współpraca z rezydentem polskiej mafii w Kolumbii, który organizował dostawy kokainy. Narkotyk trafiał do Polski ukryty pod pokładem jachtu bądź w żołądkach kurierów docierających nad Wisłę przez Amsterdam. Dostawcą była też mafia rosyjska, która w Sankt Petersburgu urządziła centrum dystrybucyjne dla gangów z całej Europy. - Miałem całą sieć kurierów, w tym nie budzące podejrzeń osoby niepełnosprawne. Przez jakiś czas kontrolowałem nawet 80 proc. rynku marihuany w Polsce - chwali się Konrad Ł.

Narkobiznes pod parasolem

Z ustaleń śledztwa wynika, że Konrad Ł. miał bardzo przemyślany system sprzedaży narkotyków. Ukrywał je m.in. w wynajętych skrytkach na warszawskim Dworcu Centralnym. Kiedy klienci dzwonili do niego z konkretnym zamówieniem, nakazywał im przynieść odpowiednią należność do zaprzyjaźnionego dworcowego sklepu muzycznego. Po potwierdzeniu u wspólnika, że kupiec zostawił gotówkę, Konrad Ł. przekazywał nabywcy numer konkretnej skrzynki. - Nie musiałem nawet widzieć klientów, co mi zresztą bardzo odpowiadało. Grupie mokotowskiej płaciłem do kilkunastu tysięcy dolarów za "opiekę", a oni w zamian podsyłali mi swoich ludzi i pilnowali, by dilerzy kupowali tylko ode mnie - opowiada świadek koronny. Konrad Ł. twierdzi też, że przez lata był bezkarny, bo parasol ochronny roztoczyli nad nim funkcjonariusze Centralnego Biura Śledczego. Dzięki układowi z nimi nie był zatrzymywany ani on, ani jego podwładni. W zamian pomagał funkcjonariuszom w zatrzymywaniu innych handlarzy heroiną i producentów amfetaminy.

Bezkarni artyści

Na całym świecie narkotykowi dilerzy zabiegają o to, by wśród ich klientów były znane osoby, najlepiej gwiazdy show-biz-nesu. To najlepsza reklama - gwarancja dla innych klientów, że towar od nich jest sprawdzony, czysty, bezpieczny. Poza tym znane nazwiska wśród odbiorców narkotyków gwarantują bezkarność, bo trudno jest policji zatrzymać gwiazdę czy zrobić przeszukanie w lokalu, gdzie ona przebywa. Dilerzy powołują się również na gwiazdy jako swoich klientów, by sprzedawać narkotyki ich fanom, często ślepo naśladującym swoich idoli. W Polsce zażywanie narkotyków od lat jest nieodłącznym elementem artystowskiego szpanu. Oficjalnie jednak zarówno policja, jak i artyści udają, że problemu nie ma. Niewielu polskich twórców przyznaje się choćby do palenia marihuany, chociaż wiadomo, że w środowisku show-biznesu (ale także biznesu) na dużą skalę używa się amfetaminy i kokainy. Najodważniejsza jest wokalistka Maanamu Kora Jackowska, która opowiada o paleniu "trawki" i o używkach popularnych wśród hipisów w latach 80. Żaden rockman nigdy wprost nie przyznał, że zażywał kokainę czy heroinę, choć to, że brali, jest powszechnie znane. Hipokryzji sprzyjała niejasna sytuacja prawna osób zażywających narkotyki: to, co było tylko modą, innym razem stawało się przestępstwem, za które (przynajmniej teoretycznie) można było trafić za kratki. Od lat 80 posiadanie niewielkiej ilości narkotyków było przestępstwem, ale nie nakładano za to żadnych kar. Po wejściu w życie nowej ustawy posiadanie narkotyków na własny użytek nie było przestępstwem, co wykorzystywali dilerzy. Dlatego w 2000 r. znowelizowano przepisy. Teraz posiadanie nawet minimalnej działki jest zagrożone karą więzienia do trzech lat. Kupujący u Konrada Ł. artyści mogą jednak spać spokojnie. Choć ABW zapowiada, że wkrótce można się spodziewać kolejnych zatrzymań, prowadzący śledztwo prokuratorzy nieoficjalnie przyznają, że muzycy czy dziennikarze, którzy kupowali dla siebie drobne ilości narkotyków, ich nie interesują. Dla nich najważniejsza jest narkotykowa siatka, która jeszcze kilka lat temu kontrolowała większą część narkobiznesu w Polsce.

Oceń treść:

Average: 5 (3 votes)

Komentarze

Anonim (niezweryfikowany)
jezdzil do niego 4 razy w ciagu dnia i po pol grama sprzedawal :) chyba bral za dojazd jak w pizzeri :]
Anonim (niezweryfikowany)
Niezły koleś kit pociska. Wielki hurtownik bawił by się w sprzedaż po 0,5g? Śmiech na sali.
Anonim (niezweryfikowany)
Heh, nie wiemy po ile on mu te 0,5 robił. Jakby mi ktoś płacił powiedzmy 60pln za 0,5g to też bym 4 razy dziennie jeździł ;)
Qwert (niezweryfikowany)
Wiem wiem... odpowiadam na komentarz sprzed 8 lat, ale skoro gosciu wypal 2 g dziennie "gdy rzucal" to ile musial palic na co dzien :)