REKLAMA




Robert G. Wasson - "W poszukiwaniu magicznych grzybów" ("Life" 13.05.1957)

Tym razem coś naszym zdaniem naprawdę ekstra - legendarny, przełomowy tekst Wassona opublikowany 60 lat temu na łamach "Life", który oddajemy Wam teraz w wersji jedynie delikatnie odświeżonej

Tagi

Źródło

Robert Gordon Wasson
LIFE Magazine (13 maja 1957)

Tłumaczenie

HEJA

Odsłony

19380

Wielkie przygody III: Odkrycie grzybów powodujących dziwne wizje

Autor tego artykułu, wiceprezes firmy J.P. Morgan & Co. Incorporated, razem ze swoją żoną, dr Valentiną P. Wasson, pediatrą z Nowego Jorku, spędził ostatnie cztery sezony wakacyjne w odległych górach Meksyku. Państwo Wassonowie natrafili na ślady dziwnych i dotychczas niezbadanych grzybów mających moc wywoływania wizji.

Przez ostatnie 30 lat badacze ci poszukiwali znaczenia dziko rosnących grzybów w kulturze. Ich podróże i badania prowadzone na całym świecie doprowadziły ich do zadziwiającego odkrycia w dziedzinie, w której byli pionierami. Teraz opublikowali swoje odkrycia w książce Mushrooms, Russia and History (Grzyby, Rosja i historia), dwutomowym, bogato ilustrowanym dziele, wydanym w ograniczonym nakładzie 500 sztuk, dostępnym w cenie 125 USD (Pantheon Books, New York) [obecnie praktycznie niedostępna - przyp. Tłum.]

PRZYGOTOWANIA DO CEREMONII, podczas której autor jadł grzyby halucynogenne i doznał wizji. Podczas obrzędu curandera Eva Mendez obraca grzyba w dymie z palonych aromatycznych ziół.

AUTOR - G. WASSON, w domu w Nowym Jorku z magnetofonem, zdjęciami grzybów i grzybowym kamieniem. Były dziennikarz, w 1928 zajął się bankierstwem.

W nocy z 29 na 30 czerwca 1955 roku, w niemal odciętej od światameksykańskiej wiosce [Huautla de Jimenez - przyp. tłum], gdzie większość mieszkańców nadal jeszcze nie mówi po hiszpańsku, mój przyjaciel Allan Richardson i ja, wraz z zaprzyjaźnioną indiańską rodziną, wzięliśmy udział w ceremonii "świętej komunii", która polegała na poświęceniu i konsumpcji "świętych" grzybów. Indianie w swoich praktykach religijnych zmieszali chrześcijańskie i przedchrześcijańskie elementy w sposób niedopuszczalny dla Chrześcijan, ale naturalny dla nich. Rytuał został odprawiony przez dwie kobiety, matkę i córkę. Obie są curanderas, czyli szamankami. Całość odbywała się w języku Mixeteco. Grzyby były z gatunku charakteryzującego się właściwościami halucynogennymi: powodowały wizje u tego, kto je spożył. Cierpkie grzyby przeżuwaliśmy i połykaliśmy, mieliśmy wizje, a przeżyte doświadczenie było porażające. Przybyliśmy z daleka, aby wziąć udział w rytuale grzybów, ale nie spodziewaliśmy się czegoś tak wstrząsającego, jak wirtuozeria odprawiających ceremonię curanderas i zadziwiające efekty grzybów. Richardson i ja byliśmy pierwszymi znanymi w historii białymi ludźmi, którzy jedli święte grzyby, które przez wieki były tajemnicą nielicznych plemion indiańskich żyjących z dala od wielkiego świata w południowym Meksyku. Dotychczas żaden antropolog nie opisał tego, czego byliśmy świadkami.

Z zawodu jestem bankierem, a Richardson jest fotografem w New York society i uczy sztuk plastycznych w szkole Brearley School.

Nieprzypadkowo jednak znaleźliśmy się w dolnej izbie krytej strzechą chaty ze ścianami z wypalanej na słońcu cegły. Dla nas obu była to po prostu ostatnia podróż do Meksyku w poszukiwaniu rytuałów związanych z grzybami. Dla mnie i dla mojej żony, która dzień później dołączyła do nas wraz z córką, była to kulminacja niemal 30-letnich poszukiwań i badań nad dziwną rolą grzybów w dawnej historii kulturalnej Europy i Azji.

I tak pewnego czerwcowego wieczoru znaleźliśmy się razem z Allanem Richardsonem daleko na południu Meksyku, nocując wraz z indiańską rodziną w sercu gór Mixeteco na wysokości ponad 1800 m.n.p.m. Mieliśmy tylko około tygodnia, więc trzeba było się spieszyć. Poszedłem do municipio, czyli ratusza, gdzie w pokoju na piętrze zastałem urzędnika, sindico, siedzącego samotnie przy wielkim stole. Był młodym indianinem, miał około 35 lat i całkiem dobrze mówił po hiszpańsku. Na imię miał Filemon [naprawdę Cayetano Garcia - przyp. tłum.]. Miał przyjazny sposób bycia, więc zaryzykowałem. Przechylając się ponad stołem, cichym głosem zapytałem się go poważnie, czy możemy sobie coś powiedzieć w tajemnicy. Wyraził zaciekawienie, co zachęciło mnie do dalszej rozmowy. "Czy - kontynuowałem - pomożesz mi poznać sekret świętego grzyba"? Użyłem nazwy w języku Mixeteco: 'nti sheeto, poprawnie wymawiając tę nazwę, z przytkaniem głośni i tonalnym wyróżnieniem sylab. Gdy Filemon otrząsnął się ze zdziwienia powiedział, że nic łatwiejszego. Poprosił mnie, abym odwiedził go w czasie sjesty w jego domu na obrzeżach miasteczka.

Przybyliśmy tam z Allanem około trzeciej po południu. Dom Filemona znajduje się na zboczu góry, z jednej strony przylega do drogi przebiegającej na wysokości górnego piętra, z drugiej znajduje się głęboki wąwóz. Filemon natychmiast poprowadził nas wąwozem w dół do miejsca, gdzie rosła ogromna ilość świętych grzybów. Po sfotografowaniu zebraliśmy je do kartonowego pudełka i wyruszyliśmy z powrotem w górę wąwozu w duchocie upalnego popołudnia. Nie pozwalając nam odpocząć Filemon wysłał nas do położonej wyżej chaty, abyśmy poznali curanderę, kobietę, która będzie odprawiać grzybowy rytuał. Jego krewna, Eva Mendez [naprawdę Maria Sabina - przyp. tłum.], była curandera de primera categoria, szamanką najwyższej klasy, una Senora sin mancha, kobietą bez skazy. Znaleźliśmy ją w domu jej córki, która kontynuuje zawód matki. Eva leżała na podłodze na macie, odpoczywając po obrzędzie odprawionym ostatniej nocy. Była w średnim wieku, niska, jak wszyscy z plemienia Mixeteco, i miała uduchowiony wyraz twarzy, który natychmiast wywarł na nas wrażenie. Miała wielką osobowość. Pokazaliśmy grzyby kobiecie i jej córce. Wyraziły głośny zachwyt nad twardością, świeżością, pięknem i obfitością naszych młodych okazów. Poprzez tłumacza poprosiliśmy, aby tej nocy kobiety odprawiły dla nas obrządek. Zgodziły się.

W murach tego domu uczestniczyliśmy w grzybowych ceremoniach. Dom zbudowany z niewypalonej cegły, pokryty był słomą w ten sposób, że jej pęki wystawały ponad szczyt domu. Drzwi, w dolnej części po prawej, prowadzą do pokoju obrzędowego.

Po ósmej wieczorem około 20 osób zgromadziło się w dolnej izbie domu Filemona. Allan i ja byliśmy jedynymi obcymi i jedynymi, którzy nie mówili w języku Mixeteco. Tylko z naszymi gospodarzami, Filemonem i jego żoną, mogliśmy rozmawiać po hiszpańsku. Powitano nas w sposób, jakiego nigdy wcześniej nie doświadczyliśmy w kraju Indian. Wszyscy zachowywali się po przyjacielsku. Nie traktowali nas sztywno, jak obcych białych; należeliśmy do ich świata. Indianie byli ubrani w swoje najlepsze ubrania, kobiety miały na sobie tradycyjne stroje, huipile, a mężczyźni czyste białe spodnie przepasane sznurkiem i najlepsze serape na czystych koszulach. W sposób niemal ceremonialny Podali nam do czekoladę do picia i nagle przypomniałem sobie słowa wczesnego kronikarza hiszpańskiego, który pisał, że przed podaniem grzybów była pita czekolada. Poczułem, że się zaczyna: w końcu odkrywaliśmy, że starożytny rytuał komunii przetrwał i mamy być jego świadkami. Grzyby leżały w pudełku. Wszyscy odnosili się do nich z szacunkiem, ale nie w sposób ceremonialny. Są one czczone i nigdy nie są obiektem wulgarnych żartów, jak to często ma miejsce u białego człowieka w odniesieniu do alkoholu.Około godziny 22:30 Eva Mendez oczyściła grzyby z ziemi i odmawiając modlitwy przesunęła je nad dymem z żywicy copalu, palącego się na podłodze. Potem usiadła na macie naprzeciwko prostego ołtarza ozdobionego chrześcijańskimi obrazkami z Dzieciątkiem Jezus i chrztem w Jordanie. Następnie rozdzieliła grzyby pomiędzy dorosłych. Dla siebie i dla swojej córki zostawiła po 13 par. (Grzyby są zawsze liczone parami).

Byłem pełen wyczekiwania: obróciła się i dała mi sześć par w filiżance. Nie mogłem czuć się szczęśliwszy, to była kulminacja całych lat pracy. Również Allanowi dała sześć par. Jego uczucia były mieszane. Jego żona Mary zgodziła się na jego wyjazd dopiero, gdy wymusiła na nim obietnicę, że nie weźmie do ust tych paskudnych bedłek. Teraz miał dylemat. Wziął grzyby i usłyszałem, jak mamrocze: "Mój Boże, co powie Mary"! Jedliśmy je, żując powoli, przez pół godziny. Były niedobre, cierpkie i miały zjełczały zapach. Zdecydowaliśmy się dać odpór wszelkim efektom, aby lepiej zarejestrować wydarzenia tej nocy. Lecz nasze postanowienie wkrótce załamało się pod naporem grzybów.

Curandera Eva Mendez wręcza Wassonowi porcję grzybów przeznaczoną na całonocne medytacje. Po prawej stoi Guy Stresser-Pean francuski antropolog, który towarzyszy Wassonowi, Guy rozpoczął już żuć swoją porcję.

Wasson je grzyby z kubeczka, w którym trzyma swoją wieczorną porcję , podczas gdy curandera modli się przy domowym ołtarzyku. Żuje powoli, tak jak nakazuje tradycja. . Przełknięcie całości - sześciu par grzybków zajęło mu 30 minut.

Przed północą Senora (tak zwracano się do Evy Mendez) ułamała kwiat z bukietu na ołtarzu i zgasiła nim płomień jedynej palącej się wciąż świecy. Do rana pozostaliśmy w ciemności. Czekaliśmy w ciszy przez pół godziny. Allan zmarzł i zawinął się w koc. Kilka minut później pochylił się i wyszeptał: "Gordon, mam wizje"! Powiedziałem mu, żeby się nie przejmował, bo ja też. Nadeszły wizje. Osiągnęły pełne nasilenie późno w nocy i trwały z taką samą intensywnością do około czwartej rano. Czuliśmy się trochę niepewnie na nogach, a na początku mieliśmy lekkie nudności. Położyliśmy się na rozściełanej macie, ale nikt nie spał z wyjątkiem dzieci, które nie dostały grzybów. Nigdy przedtem nie byliśmy bardziej przebudzeni, a wizje pojawiały się niezależnie od tego, czy mieliśmy otwarte, czy zamknięte oczy. Pojawiały się na środku pola widzenia, rozszerzały się, raz szybko, raz wolno, w tempie narzuconym przez naszą wolę. Miały jaskrawe kolory które zawsze harmonizowały ze sobą. Zaczęły się od motywów artystycznych, kanciastych jak dekoracje na dywanach, materiałach lub tapetach, albo jak na stole architekta. Następnie ewoluowały, przekształcając się w pałace, dwory, arkady, ogrody, wspaniałe zamki wyłożone półszlachetnymi kamieniami. Potem widziałem mitologiczną bestię ciągnącą królewski rydwan. Następnie stało się coś, jakby ściany naszego domu rozpłynęły się, a mój duch poleciał i byłem zawieszony w powietrzu, oglądając krajobrazy górskie z karawanami poruszającymi się po zboczach. Góry warstwa po warstwie wznosiły się do samego nieba. Trzy dni później, kiedy powtórzyłem doświadczenie w tym samym pokoju z tymi samymi curanderas, zamiast gór zobaczyłem ujścia rzek, klarowną wodę przepływającą przez nieskończone obszary trzcin do niezmierzonego morza, wszystko skąpane w pastelowym świetle unoszącego się nad horyzontem słońca. Tym razem pojawiła się postać ludzka, kobieta w prymitywnym stroju, stojąca i patrząca ponad wodą, enigmatyczna, piękna, jakby rzeźba, tylko że oddychała i miała na sobie tkane kolorowe ubranie. Wyglądało to tak, jakbym patrzył na świat, którego nie jestem częścią i z którym nie mam nadziei na nawiązanie kontaktu. Tam byłem, zawieszony w przestrzeni, samotne oko, niewidzialny, bezcielesny, widzący, ale niewidziany.

ALLAN RICHARDSON je grzyby na przekór obietnicy danej żonie.

Wizje nie były zamazane ani niejasne. Były wyraziste, linie i kolory tak ostre, że wydawały się bardziej realne niż cokolwiek, co kiedykolwiek widziałem w rzeczywistości. Czułem, jakbym teraz widział czysto, podczas gdy zwykłe widzenie daje niedoskonały obraz; widziałem archetypy, platońskie idee, które tkwią u podstaw niedoskonałego życia codziennego. Pomyślałem: czy święte grzyby mogą być tajemnicą starożytnych Misteriów? Czy cudowny ruch, którego doświadczałem, może być wyjaśnieniem zjawiska latających czarownic, odgrywającego tak istotną rolę w folklorze i baśniach północnej Europy? Refleksje te przychodziły mi na myśl równolegle z wizjami, ponieważ grzyby powodują rozszczepienie ducha, pęknięcie osobowości, rodzaj schizofrenii, gdzie część racjonalna nadal rozumuje i obserwuje wrażenia, które odbiera druga strona. Umysł jest jakby podłączony elastycznym sznurkiem do błąkających się zmysłów.

W tym samym czasie Senora i jej córka nie próżnowały. Kiedy nasze wizje były jeszcze w fazie początkowej, słyszeliśmy jak Senora rytmicznie macha ramionami. Zaczęła cicho i nieprzerwanie nucić. Wkrótce frazy przekształciły się w artykułowane sylaby, z których każda ostro przecinała ciemność. Stopniowo Senora przeszła do prawdziwej, brzmiącej starożytnie pieśni. Zdawało mi się, że wstępuję w Starożytny Świat. W miarę, jak zapadała noc, córka dołączała się do jej śpiewu. Śpiewały dobrze, pewnie, nigdy głośno. Ich pieśni były nieopisanie delikatne i poruszające, świeże, wibrujące, bogate. Nigdy nie zdawałem sobie sprawy, jak wrażliwym i poetyckim instrumentem może być język Mixeteco. Być może piękno śpiewu Senory było po części złudzeniem wywołanym grzybami; jeżeli tak, to halucynacje są również słuchowe, a nie tylko wzrokowe. Nie będąc muzikologami nie wiedzieliśmy, czy pieśni były w całości Europejskie, czy częściowo rdzenne. Od czasu do czasu śpiew osiągał kulminację i nagle cichł, po czym Senora wyrzucała z siebie mówione słowa, agresywne, gorące, dosadne, które jak ostrze noża przecinały ciemność. To grzyby mówiły przez nią, były słowami Boga, jak wierzą Indianie, będącymi odpowiedzią na pytania stawiane przez uczestników. To była Wyrocznia. W pewnych odstępach czasu, być może co godzinę, następowała krótka pauza, podczas której Senora odpoczywała, a niektórzy zapalali papierosy.

Rankiem po zjedzeniu grzybów Wasson z żoną przeglądają notatki sporządzone w ciemności. Słoiki zawierające grzyby póżniej zostały wysłane do Heima.

W pewnym momencie, gdy córka śpiewała, Senora wstała w ciemności w wolnym miejscu pokoju i zaczęła rytmiczny taniec klaszcząc i klepiąc się rękami. Nie wiedzieliśmy dokładnie, jak uzyskała ten efekt. Klaśnięcia czy klepnięcia były zawsze donośne i prawdziwe. O ile się orientujemy, nie używała żadnego instrumentu, tylko rąk i ewentualnie innych części ciała. Klaśnięcia i klepnięcia miały określoną wysokość, rytm czasami był skomplikowany, a szybkość i głośność zmieniały się subtelnie. Wydaje nam się, że Senora kolejno zwracała się na cztery strony świata, zmieniając kierunek zgodnie ze wskazówkami zegara, ale nie mamy co do tego pewności. Jedna rzecze jest pewna: ta tajemnicza perkusyjna wypowiedź była podobna do brzuchomówstwa, każdy odgłos dochodził z nieprzewidzianego kierunku i odległości, czasami tuż przy naszych uszach, czasami z oddali, z góry, z dołu, stąd i stamtąd, jak Duch w Hamlecie: hic et ubique. Byliśmy z Allanem zdumieni i oczarowani.

Leżeliśmy na naszej macie, robiąc w ciemności notatki i wymieniając szeptane uwagi, nasze ciała były bezwładne i ciężkie jak ołów, podczas gdy nasze zmysły swobodnie latały w przestrzeni, czuliśmy wiatr na zewnątrz, oglądaliśmy rozległe krajobrazy lub zgłębialiśmy zakamarki ogrodów o nieopisanej piękności. Przez cały ten czas słuchaliśmy śpiewania córki oraz nieziemskich klaśnięć i delikatnie kontrolowanych uderzeń niewidzialnych stworzeń tańczących obok nas.

Indianie, którzy zjedli grzyby, brali udział w wokalizach. W chwilach napięcia wydawali niezbyt głośne okrzyki zadziwienia i podziwu, odpowiadając na głosy śpiewających i w harmonii z nimi, spontanicznie, ale z wyczuciem.

Tej nocy zasnęliśmy około czwartej nad ranem. Allan i ja zbudziliśmy się o szóstej, wypoczęci i z jasnym umysłem, ale głęboko wstrząśnięci przeżytym doświadczeniem. Nasi gospodarze poczęstowali nas kawą i chlebem. Następnie udaliśmy się z powrotem do oddalonego o jakąś milę indiańskiego domu, w którym mieszkaliśmy.

Sądząc na podstawie dziewięciu ceremonii grzybowych, w których dotychczas brałem udział, niezbędnym elementem rytuału jest zgromadzenie, przynajmniej w kraju Mixeteco. Aby zgromadzenie mogło w pełni uczestniczyć w obrzędzie, musi być wychowane w tradycji, dlatego biali muszą stanowić zdecydowaną mniejszość. Nie oznacza to, że grzyby tracą moc, jeżeli nie są spożywane wspólnie. Moja żona i osiemnastoletnia córka Masza dołączyły do nas na drugi dzień po opisanej ceremonii i 5 lipca, leżąc w śpiworach, zjadły grzyby będąc same z nami. Również doświadczyły wizji. Widziały takie same olśniewające kolory; moja żona widziała kulę w Wersalu i figury w strojach z epoki tańczące menueta Mozarta. Później, 12 sierpnia 1955, sześć tygodni po tym, jak zebrałem grzyby w Meksyku, zjadłem je suche w sypialni w moim mieszkaniu w Nowym Jorku i stwierdziłem, że jeżeli czymkolwiek się różniły, to tylko tym, że miały większą moc halucynogenną.

Poszukiwania tajemniczego grzyba, które wiele lat temu podjęliśmy z żoną, rozpoczęły się od spaceru w lesie. W 1926 w Londynie wzięliśmy ślub, krótko po tym, jak Walentyna obroniła dyplom z medycyny na Uniwersytecie Londyńskim. Moja żona urodziła się i wychowała w Moskwie. Ja pochodzę z Great Falls w stanie Montana i mam pochodzenie anglo-saksońskie. Późnym latem 1927 roku jako nowożeńcy spędzaliśmy wakacje w Catskills. Pierwszego dnia po południu wyruszyliśmy piękną górską ścieżką wiodącą przez las przecinany ukośnymi promieniami zachodzącego słońca. Byliśmy młodzi, beztroscy i zakochani. Nagle moja żona oddaliła się. Spostrzegła w lesie dzikie grzyby, przebiegła przez dywan suchych liści i w uwielbieniu uklęknęła przed pierwszym skupiskiem, potem przed następnymi. W ekstazie nazywała każdy gatunek w ujmującym rosyjskim języku. Pieściła grzyby i delektowała się ich ziemistym aromatem. Jak wszyscy anglo-saksoni nie znałem świata grzybów i czułem, że im mniej wiem o tych gnijących, zdradliwych rzeczach, tym lepiej. Dla niej były one pełne wdzięku, nieskończenie ponętne dla wnikliwego umysłu. Nalegała, abyśmy je zebrali, śmiejąc się z moich protestów i kpiąc z mojego przerażenia. Do domku przyniosła całą sukienkę grzybów, które oczyściła i ugotowała. Zjadła je tego samego wieczoru sama. Będąc dopiero co żonatym myślałem, że następnego ranka obudzę się jako wdowiec.

Te dramatyczne okoliczności, zagadkowe i bolesne dla mnie, wywarły na nas obojgu silne wrażenie. Od tego dnia szukaliśmy wyjaśnienia dziwnego rozłamu kulturowego, dzielącego nas w tak mało istotnej dziedzinie życia. Zbieraliśmy wszelkie informacje dotyczące stosunku Indoeuropejczyków i sąsiadujących z nimi ludów do dzikich grzybów. Próbowaliśmy ustalić, jakie rodzaje grzybów znają poszczególne narody, jak je wykorzystują, a także poznać ich rodzime nazwy. Wgłębialiśmy się w etymologię tych nazw, próbując dotrzeć do metafor ukrytych w ich źródłosłowach. Szukaliśmy grzybów w mitach, legendach, balladach, przysłowiach, u pisarzy, którzy czerpali inspirację z folkloru, w kliszach języka potocznego, w slangu i pozostałościach zachowanych w nieprzyzwoitym języku. Szukaliśmy ich na kartach historii, w sztuce i w Piśmie Świętym. Nie interesowało nas, czego ludzie uczą się o grzybach z książek, lecz co niewykształcony lud zna z dzieciństwa, ludowa spuścizna przekazywana w rodzinach z pokolenia na pokolenie. Okazało się, że znaleźliśmy się na nowym obszarze badań.

W miarę upływu lat wiedzieliśmy coraz więcej; odkryliśmy zadziwiającą prawidłowość w naszych danych: każdy z ludów indoeuropejskich odziedziczył kulturową "mikofobię" lub "mikofilię", to znaczy: odrzuca świat grzybów i nie ma na jego temat żadnej wiedzy, albo zna go zadziwiająco dobrze i kocha go. Obszerne i niejednokrotnie zabawne dowody na poparcie tej tezy zajmują wiele rozdziałów w naszej książce, która może stanowić przyczynek do dalszych badań naukowych. Odkryliśmy, że Rosjanie są wielkimi mikofilami, podobnie jak Katalończycy, których słownictwo dotyczące grzybów zawiera ponad 200 nazw. Starożytni Grecy, Celtowie i Skandynawowie byli mikofobami, podobnie jak ludy anglo-saksońskie. Jeszcze inny fenomen przykuł naszą uwagę: dzikie grzyby od najwcześniejszych czasów były przesiąknięte czymś, co antropologowie nazywają mana, nadprzyrodzoną aurą. Samo słowo "toadstool" [bedłka, dosł. "stołek ropuchy" - przyp. tłum.] mogło pierwotnie znaczyć "stołek demona", i było nazwą rosnącego w Europie grzyba powodującego halucynacje. W starożytnej Grecji i Rzymie wierzono, że pewne rodzaje grzybów zostały stworzone przez uderzenie pioruna. Później odkryliśmy, że ten mit, nie mający podstaw we współczesnej nauce, nadal funkcjonuje u wielu ludów na całej Ziemi: Arabów z pustyni, ludów Indii, Persji i Pamiru, Tybetańczyków i Chińczyków, mieszkańców Filipin i Maorysów z Nowej Zelandii, a nawet u Zapoteków z Meksyku. Wszystkie nasze dowody razem doprowadziły nas wiele lat temu do odważnej hipotezy: czy jest możliwe, że dawno temu, na długo przed pojawieniem się historycznych zapisów, nasi przodkowie czcili święty grzyb? Wyjaśniałoby to aurę nadprzyrodzoności, otaczającą wszystkie grzyby. Byliśmy pierwszymi, którzy wysunęli hipotezę o istnieniu świętego grzyba w dalekim kulturalnym podłożu ludów europejskich. Od razu pojawił się następny problem: jaki rodzaj grzyba był czczony i dlaczego?

Okazało się, że nasze domysły nie były zbyt daleko idące. Dowiedzieliśmy się, że na Syberii żyje sześć prymitywnych plemion - tak prymitywnych, że antropologowie traktują je jak cenne muzealia do swoich badań - które w rytuałach szamańskich używają grzybów halucynogennych. Odkryliśmy, że Dyakowie z Borneo i mieszkańcy Mount Hagen w Nowej Gwinei również stosują podobne grzyby. W Chinach i Japonii natknęliśmy się na starożytną tradycję boskiego grzyba nieśmiertelności, a w Indiach, według jednej ze szkół, Budda podczas ostatniej wieczerzy zjadł talerz grzybów i w ten sposób został przeniesiony w Nirwanę.

Kiedy Cortez podbił Meksyk, jego następcy informowali, że Aztekowie używali pewnych grzybów w obrzędach religijnych, podając je - jak określali to hiszpańscy mnisi - w demonicznej świętej komunii i nazywając je teonanacatl, czyli "Ciało Boga". Ale nikt w owym czasie nie podjął się szczegółowego badania tych praktyk, a nawet do dziś antropologowie nie zwracali na nie większej uwagi. Byliśmy zainteresowani grzybami znalezionymi w Meksyku i przez lata poświęcaliśmy kilka wolnych godzin naszego cennego czasu na poszukiwania świętego grzyba w Ameryce Środkowej. Uważamy, że odkryliśmy go na pewnych freskach w Dolinie Meksyku, datowanych na około 400 r. n.e., a także w "kamiennych grzybach" wyrzeźbionych na wzgórzach zamieszkiwanych przez Majów w Gwatemali, z których jeden lub dwa należą do najstarszych rzeźb kamiennych, datowanych prawdopodobnie na 1000 r. p.n.e.

Na drugi dzień po grzybowym doświadczeniu jedynie omówiliśmy je z Allanem. Uczestniczyliśmy z naszymi przyjaciółmi z plemienia Mixeteco w obejmującym śpiew i taniec szamańskim rytuale, którego dotychczas w Nowym Świecie nie opisał żaden antropolog. Rytuał wykazywał analogie z szamańskimi praktykami niektórych archaicznych ludów Paleo-syberyjskich. Ale czy znaczenie tego, czego byliśmy świadkami, nie sięga dalej? Grzyby halucynogenne są naturalnym produktem dostępnym prawdopodobnie w wielu częściach świata, między innymi w Europie i Azji. W początkach swojej ewolucji człowiek, gdy po omacku wydostawał się z prymitywnej przeszłości, doszedł do momentu odkrycia tajemnicy grzybów halucynogennych. Ich działanie, tak jak to widzę teraz, mogło wywrzeć na nim głębokie wrażenie i stanowić zapalnik dla nowych idei. Grzyby odsłoniły przed nim światy wykraczające poza znane mu horyzonty, w przestrzeni i w czasie, nawet światy na innej płaszczyźnie istnienia, być może niebo i piekło. Dla łatwowiernego prymitywnego umysłu grzyby musiały umocnić ideę cudowności. Wiele emocji ma miejsce zarówno w świecie człowieka, jak i zwierząt. Ale bojaźń, cześć i obawa przed Bogiem są właściwe tylko człowiekowi. Mając na uwadze uświęcone znaczenie bojaźni, ekstazy i caritas, zrodzonych przez święte grzyby, mamy podstawy pytać, czy jest możliwe, aby zaszczepiły one w człowieku prymitywnym amą ideę boga.

Prawdopodobnie nie jest przypadkiem, że pierwsza odpowiedzią, jaką dawał mówiący po hiszpańsku Indianin, gdy był pytany o działanie grzybów, było: Le llevan ahí donde Dios está, czyli "Przenoszą Cię tam, gdzie jest bóg". Taką odpowiedź otrzymywaliśmy w wielu przypadkach, od Indian z różnych obszarów kulturowych, tak jakby pochodziła z jakiegoś katechizmu. Zawsze znajdowali się tacy - mistycy i niektórzy poeci - którzy mieli dostęp do świata wizji, do którego kluczem są grzyby, bez pomocy narkotyków. William Blake znał tajemnicę: "Kto nie wyobraża sobie w (...) silniejszym i lepszym świetle niż jego śmiertelne oko może zobaczyć, nie wyobraża sobie w ogóle". Ale mogę poświadczyć, że te grzyby czynią wizje dostępnymi znacznie większej liczbie osób. Oczywiście wizje, których doświadczaliśmy, musiały pochodzić z naszego wnętrza. Ale nie przypominały niczego, co widzieliśmy na własne oczy. Gdzieś w nas musi znajdować się miejsce, gdzie te wizje są uśpione, dopóki nie zostaną wywołane. Czy wizje są podświadomym przekształceniem rzeczy przeczytanych, widzianych i wyobrażanych, tak zmienionych, że ich nie rozpoznajemy? A może grzyby sięgają do głębszych źródeł, które są prawdziwym Nieznanym?

W każdej z naszych kolejnych podróży do Indian południowego Meksyku pogłębialiśmy naszą wiedzę o wykorzystaniu świętych grzybów, a jednocześnie pojawiały się nowe pasjonujące pytania. Znaleźliśmy pięć różnych obszarów kulturowych, w których Indianie wspominają o grzybach, ale użycie w poszczególnych rejonach różni się znacznie. Potrzebne są wnikliwe badania uczonych antropologów w każdej dziedzinie, we współpracy z mikologami. W tej drugiej dziedzinie de facto jest niewielu prawdziwych specjalistów. Grzyby są niedocenianym obszarem nauk przyrodniczych. Na całym świecie jest znany profesor Roger Heim. Ma on nie tylko ogromną wiedzę o grzybach. Jest także niezwykłym naukowcem w innych dziedzinach, człowiekiem przesiąkniętym humanizmem. Obecnie jest dyrektorem Museum National d'Histoire Naturelle w Paryżu. We wczesnej fazie naszych poszukiwań udzielał nam rad, a w 1956 przekonaliśmy go, aby towarzyszył nam w kolejnej wyprawie i badaniach w terenie. Pojechał z nami także chemik, profesor James A. Moore z Uniwersytetu Delaware; antropolog Guy Stresser-Pean z Sorbony; ponownie też dołączył do nas jako fotograf nasz wielki przyjaciel Allan Richardson.

Tym razem celem było zidentyfikowanie grzybów halucynogennych i zapewnienie dostarczenia odpowiedniej ich ilości do badań laboratoryjnych. Jest to znacznie trudniejsze, niż laik może sobie wyobrazić. Mimo iż wcześni hiszpańscy pisarze pisali o świętych grzybach cztery wieki temu, żaden antropolog ani mikolog, aż do naszego pokolenia, nie był wystarczająco zainteresowany zbadaniem problemu. O grzybach wiedzieli Indianie należący do najodleglejszych od nas kulturowo szczepów, zaszyci w górach daleko od autostrad, oddzieleni barierą swojego języka. Należało zdobyć ich zaufanie i przełamać podejrzliwość wobec białych. Trzeba było liczyć się z fizycznym dyskomfortem i ryzykiem zachorowania w wioskach indiańskich w porze deszczowej, kiedy rosną grzyby. Od czasu do czasu spotyka się białych w porze suchej w tej części świata, ale gdy nadchodzą deszcze, ludzie ci - misjonarze, archeolodzy, antropolodzy, botanicy, geolodzy - znikają. Są też inne trudności. Z siedmiorga curanderos, których obserwowałem podczas przyjmowania grzybów, tylko dwie, Eva Mendez i jej córka, były oddanymi ich czcicielkami. Niektóre z tych osób były podejrzane. Raz widzieliśmy curandero, który wziął tylko symboliczną dawkę grzybów, inny z kolei jadł i podawał nam grzyby, które w ogóle nie miały właściwości halucynogennych. Gdybyśmy spotkali tylko jego, odeszlibyśmy myśląc, że słynne właściwości grzybów są złudzeniem, uderzającym przykładem autosugestii. Czy była to próba oszukania, czy wysuszone grzyby z czasem utraciły swoje osobliwe działanie? Albo, co jest bardziej interesujące antropologicznie, niektórzy szamani celowo zamieniają autentyczne gatunki na inne, uciekając przed tym, co jest zbyt święte, aby można było to znieść? Nawet gdy zdobyliśmy zaufanie doświadczonego praktyka jak Eva, aby ceremonia była idealna, atmosfera musiała być odpowiednia i nie mogło zabraknąć grzybów. Jak się przekonaliśmy, czasami nawet w porze deszczowej grzybów jest mało.

Obecnie wiemy, że w Meksyku używanych jest siedem rodzajów grzybów halucynogennych. Ale nawet w wioskach, gdzie są czczone, nie wszyscy Indianie je znają. Czasami curanderos, w dobrej wierze lub aby usatysfakcjonować gościa, podają inne grzyby. Jedynym pewnym testem jest zjedzenie grzybów. Razem z profesorem Heimem ustaliliśmy ponad wszelką wątpliwość prawdziwość informacji o czterech gatunkach. Innym sposobem jest uzyskanie wielu informacji od obcych sobie informatorów, najlepiej z różnych obszarów kulturowych. To udało nam się z kilkoma innymi rodzajami. Mamy obecnie pewność co do czterech gatunków, uzasadnione przypuszczenia co do dwóch innych, a także skłonni zaakceptować siódmy. Co najmniej sześć z nich jest prawdopodobnie nieznanych nauce. Być może w przyszłości odkryjemy więcej gatunków.

Grzyby nie są używane jako środki lecznicze, same w sobie nie mają działania terapeutycznego. Indianie "konsultują" się z nimi, gdy muszą zmierzyć się z poważnymi problemami. Jeśli ktoś jest chory, grzyb powie, co było przyczyną choroby i czy pacjent przeżyje, czy umrze, a także co należy zrobić, aby przyspieszyć wyzdrowienie. Jeśli grzyb wyda wyrok śmierci, wierzący pacjent i jego rodzina pogodzą się z losem. Chory będzie tracił apetyt i szybko umrze, a przygotowania do stypy zostaną rozpoczęte już przed jego śmiercią. Grzybów można poradzić się w sprawie skradzionego osła i dowiedzieć się, gdzie go można znaleźć i kto go zabrał. Jeśli ukochany syn poszedł w świat - na przykład dostał się do USA jako nielegalny imigrant - grzyb może służyć jako poczta: poinformuje, czy syn żyje, czy jest w więzieniu, ożenił się, ma kłopoty lub dobrze mu się powodzi. Indianie wierzą, że grzyby stanowią klucz do tego, co nazywamy postrzeganiem pozazmysłowym.

Rosnące w laboratorium w Paryżu kultury grzybów przywiezione z Meksyku przez Heima. Jest to gatunek Psilocybe mexicana Heim.

Stopniowo właściwości grzybów stają się znane. Jedzący je Indianie nie popadają w uzależnienie. Gdy kończy się pora deszczowa grzyby znikają nie pozostawiając za sobą żadnego fizjologicznego pragnienia. Każdy gatunek ma inną moc halucynogenną, dlatego jeśli brakuje jednego, Indianie mieszają różne gatunki, szybko obliczając odpowiednią dawkę. Curandero zwykle bierze dużą dawkę, a inni dowiadują się, jaka jest ich własna. Wydaje się, że w miarę używania nie ma potrzeby zwiększania dawek. Niektóre osoby potrzebują więcej niż inne. Zwiększenie dawki intensyfikuje doświadczenie, ale w zasadzie nie przedłuża działania. Grzyby, jeżeli w ogóle, wyostrzają pamięć, a zarazem kompletnie niszczą poczucie czasu. Opisanej nocy żyliśmy przez eony. Gdy wydawało nam się, że sekwencja wizji trwa przez lata, nasze zegarki pokazywały upływ zaledwie kilku sekund. Nasze źrenice były rozszerzone, puls mieliśmy wolny. Wydaje się, że grzyby nie mają kumulatywnego działania na organizm ludzki. Eva Mendez bierze je od 35 lat, a gdy jest ich dużo, robi to co noc.

Grzyby stawiają przed naukowcami problem chemiczny. Jaki składnik w nich zawarty uwalnia dziwne halucynacje? Obecnie jesteśmy pewni, że różni się on od takich znanych środków, jak opium, kokaina, meskalina, haszysz itp. Ale wiele czasu zajmie chemikom wyizolowanie go, określenie struktury molekularnej i synteza. Problem może wzbudzić czysto naukowe zainteresowanie. Czy odkrycie to pomoże w leczeniu zaburzeń psychicznych?

Od tego dnia, kiedy 30 lat temu w Catskills po raz pierwszy wraz z żoną odczuliśmy dziwność dzikich grzybów, wiele podróżowaliśmy i odkryliśmy. Otwiera to tylko perspektywy dla dalszych badań. Wybieramy się teraz na piątą wyprawę do zamieszkiwanych przez Indian wsi meksykańskich, mając zamiar powiększyć i udoskonalić naszą wiedzę o roli, jaką grzyby odgrywają w życiu tych ludów. Ale Meksyk jest tylko początkiem. Trzeba zweryfikować wszystkie dowody związane z pierwocinami naszych własnych europejskich kultur, aby przekonać się, czy grzyby halucynogenne odgrywały w nich jakąś rolę, a tylko zostały przeoczone przez potomnych.

PODZIĘKOWANIA

W odkrywaniu Ameryki Środkowej autorowi i pani Wasson pomogli: Robert J. Weitlaner; Carmen Cook de Leonard i jej mąż, Donald Leonard; Eunice V. Pike, Walter Miller, Searle Hoogshagan i Bill Upson z Summer Institute of Linguistics; a także Gordon Ekholm z American Museum of Natural History w Nowym Jorku; Stephan F. de Borhegyi, dyrektor Stovall Museum na Uniwersytecie Oklahoma. Jesteśmy wdzięczni za materialną pomoc przyznaną przez American Philosophical Society i Geschickter Fund for Medical Research, a także Banco Nacional de Mexico za wypożyczenie prywatnego samolotu i pomoc doskonałego pilota, kapitana Carlosa Borja. Dziękujemy za przewodnictwo mikologiczne Rogerowi Heimowi z Museum National d'Histoire Naturelle w Paryżu. Wiele cennych rad udzielili: Roman Jakobson z Harvard University, Robert Graves z Majorki, Adriaan J. Barnouw z Nowego Jorku, Georg Morgenstierne z Uniwersytetu w Oslo, L. L. Hammerich z Uniwersytetu w Kopenhadze, Andre Martinet z Sorbony i Rene Lafon z Faculte des Lettres z Bordeaux. W artykule nazwy miejsc i imiona osób zostały zmienione, aby zapewnić im anonimowość.

PODZIĘKOWANIA DLA TŁUMACZY I EDYTORÓW

Wersja polska:

Pomysł tłumaczenia i przetłumaczenie części głównej - HEJA

Reszta - redakcja hyperreal.pl

Oceń treść:

10
Average: 10 (1 vote)

Komentarze

Acid dzik (niezweryfikowany)

dawno temu gdy jeszcze nieznane były mi tajemnice drugej strony tej wesołej teraz gdy zebrałem wyczerpujoncy materiał pomorz mi się zapoznać zy nowimi ciekawostkami

i (niezweryfikowany)

napisze tylko:KOCHAM TEN STAN.Każdy kto spotkał te cudowne roślinki na swojej drodze-wie o czym piszę.