REKLAMA




Dzieje na haju

„Ten żyje, kto pije” – uznał polski barokowy poeta Wespazjan Kochowski, gdzieś pomiędzy tworzeniem poezji patriotycznej i religijnej, które były jego specjalnością. Była to najwyraźniej nasza odpowiedź na wcześniejsze o kilka lat stwierdzenie Kartezjusza „Myślę, więc jestem”. Ale tylko to drugie papież umieścił w XVII w. w Indeksie Ksiąg Zakazanych.

Tagi

Źródło

Bartek Chaciński
współpraca Jędrzej Winiecki

Odsłony

4647

„Ten żyje, kto pije” – uznał polski barokowy poeta Wespazjan Kochowski, gdzieś pomiędzy tworzeniem poezji patriotycznej i religijnej, które były jego specjalnością. Była to najwyraźniej nasza odpowiedź na wcześniejsze o kilka lat stwierdzenie Kartezjusza „Myślę, więc jestem”. Ale tylko to drugie papież umieścił w XVII w. w Indeksie Ksiąg Zakazanych.

Wszystko wskazuje na to, że po raz pierwszy człowiek upił się jeszcze w epoce kamiennej, spożywając przypadkowo sfermentowany miód. Potem zaczął sam wytwarzać piwo, wino, a wreszcie wódkę. Nie był już trzeźwy, budując kulturę egipską, grecką, a wreszcie chrześcijańską. „W Nowym Testamencie Jezus zaaprobował spożywanie alkoholu” – przypomina prof. Bert L. Vallee z Harvardu. Dlaczego? Bo cud w Kanie Galilejskiej to nic innego jak symbol przewagi alkoholu nad wodą. Często brudną, zanieczyszczoną – zdrowiej było pić alkohol. Wielokrotnie próbowano się nim nawet leczyć, na przykład w czasie wielkiej epidemii dżumy w XIV w. Okazał się wówczas kompletnie bezskuteczny, ale przynosił ulgę.

Choroby rozprzestrzeniały się między innymi przez to, że nie potrafiliśmy skutecznie oczyszczać wody pitnej. I zapewne nie bez przyczyny pomysły na całkowite zakazy picia alkoholu zaczęły się pojawiać dopiero po tym, jak nauczyliśmy się na przemysłową skalę kontrolować czystość wody.

W sztuce alkohol lał się zawsze strumieniami. Literatura ma swoją tradycję pisania o piciu – od François Villona kiedyś, po Charlesa Bukowskiego w XX w. „Na tym polega kłopot z piciem, pomyślałem, nalewając sobie drinka. Gdy wydarzy się coś złego, pijesz, żeby zapomnieć. Kiedy zdarzy się coś dobrego, pijesz, żeby to uczcić. A jeśli nie wydarzy się nic szczególnego, pijesz po to, żeby coś się działo” – konstatuje ten ostatni w powieści „Kobiety”.

Nie zabrakło picia w malarstwie (alkoholikiem był Jackson Pollock, autor najdroższego obrazu w historii „No. 5, 1948”, zginął zresztą prowadząc samochód po pijanemu) ani w filmie. „Cały świat jest o trzy drinki do tyłu. Gdyby Stalin, Truman i cała reszta walnęli sobie po trzy drinki, złapaliby trochę luzu i ONZ nie byłoby nam potrzebne” – mówił gwiazdor filmu Humphrey Bogart, który wróci jeszcze w tym tekście jako piewca tytoniu – nie bez przyczyny te dwie używki kultura połączyła w sposób szczególny. Większość sztuki to, nie da się ukryć, mocna alkoholowa propaganda. Do rzadkości należą próby takie jak naszej noblistki Wisławy Szymborskiej, która zaproponowała cykl wierszyków odwodzących od picia, stosownie nazwanych „odwódki” („Od siwuchy w brzuchu rozruchy”, „Od martini potencja mini” itd.).

Najsłynniejsza próba delegalizacji alkoholu w kulturze Zachodu, amerykańska prohibicja (niedotycząca spożycia podczas ceremonii kościelnych) w latach 1920–33 poniosła sromotną klęskę. „Doprowadziła do rozwoju przestępczości i zinstytucjonalizowanej hipokryzji – pisze Daniel Okrent w swojej najnowszej książce „Last Call. The Rise and Fall of Prohibition” (więcej o niej w POLITYCE 33). „W dodatku pozbawiła rząd dochodu, obnażyła braki systemu politycznego i ograniczyła prawa obywatelskie”.

Dziś państwa zachodnie ograniczają dostęp do alkoholu nieletnim, regulują dostępność, kontrolują produkcję i import. Uznawany jest dość powszechnie za środek odurzający świetnie oswojony przez kulturę, choć co roku staje się przyczyną śmierci 2,5 mln ludzi na świecie, co stanowi prawie 4 proc. wszystkich zgonów (szacunkowe dane WHO). Ubiegłoroczny raport narkotykowy Unii Europejskiej zwraca uwagę – obok rosnącego rynku dopalaczy i nadużywania leków – na wzrost spożycia alkoholu i problem przyjmowania go wraz z innymi używkami. I właśnie te „inne” są od ponad stu lat przedmiotem największych kontrowersji i dyskusji.

Opium ludu

Od epoki kamiennej eksperymentujemy również z Papaver somniferum (co się tłumaczy z łaciny: mak przynoszący sen). Brunatny sok od wieków pozyskiwany podobną metodą, przez nacinanie niedojrzałej makówki, był używany w celach religijnych, kulinarnych i oczywiście rekreacyjnych. Stał się też podstawą anestezjologii. Powszechnie stosowali go już medycy w starożytności, silniejszego leku znieczulającego nie znał ani żyjący w X w. perski mistrz Awicenna, ani lekarze niosący pomoc ofiarom XIX-wiecznych konfliktów – w czasie wojny secesyjnej naszpikowano rannych pół milionem pigułek morfiny, składnika opium.

W Europie opium było sprawą traktowaną bardzo poważnie: wpierw tępione przez inkwizycję, potem, aż do XVIII w., domena lekarzy, dziedzictwo Paracelsusa, ojca nowoczesnej medycyny i wynalazcy laudanum, nalewki z maku tak chętnie popijanej w XIX w. przez kobiety.

Inaczej w Chinach, gdzie od XV w. opium służyło przede wszystkim do zabawy i wzmacniania sił witalnych. Państwo Środka jako jedno z pierwszych próbowało ograniczyć gigantyczny napływ opium z Indii, którym Anglicy płacili za chińskie towary – herbatę i jedwab. Skończyło się dwiema wojnami opiumowymi, uzależnieniem państwa od europejskich mocarstw kolonialnych, a społeczeństwa – od błogiej mgiełki puszczanej w specjalnych melinach. Zwyczaj palenia opium rozpowszechnił się wraz z liczną chińską diasporą. Głównie na fali niechęci do Chińczyków zaczęto przykręcać opiumową śrubę (co poskutkowało pierwszymi narkotykowymi prawami dotyczącymi właśnie opium). Trudniej było zauważyć, że do szybkiego wzrostu liczby uzależnionych bardziej niż Chińczycy przyczyniali się lekarze, masowo przepisujący leki na bazie opium kobietom – na bóle menstruacyjne, i dzieciom – na kaszel. Ten ostatni specyfik pod koniec XIX w. zawierał heroinę, pochodną morfiny, którą stworzyli niemieccy chemicy, sądząc, że nie będzie tak bardzo uzależniać. Uzależniała znacznie bardziej, ale zanim się zorientowano, koncern Bayera zdążył wyprodukować całe tony tej substancji. Leczniczy substytut heroiny, metadon, używany w terapiach uzależnienia do dziś, wynaleziono zresztą również w Niemczech (w 1941 r.) – i nazwano początkowo na cześć imienia przywódcy III Rzeszy dolfiną. Prawdopodobnie dlatego, że Hitler uzależniony był od opiatów, które zażywał w celach przeciwbólowych. Niektórzy spekulują, że stan, w jaki się wprowadził, mógł zadecydować o losach wojny.

W połowie XIX w., w czasie pierwszej wojny opiumowej, substancja była już rozpoznawalnym problemem, dzięki czemu wygłoszone w 1843 r. zdanie Karola Marksa o tym, że „religia jest opium ludu”, mogło zostać masowo zrozumiane. Dość przerażające zderzenie zachodniej kultury z narkotykiem opisywały „Wyznania angielskiego opiumisty” Thomasa De Quinceya, a potem „Sztuczne raje” Charlesa Baudelaire’a, który zanotował, że „dla robotników z manufaktur opium stanowi najtańszą rozrywkę, gdyż z uwagi na niskie płace nie mogą sobie pozwolić na piwo czy wódkę”. W Anglii, gdzie francuski poeta obserwował początki plagi, pijano chętnie piwo z rozpuszczonym w nim kawałkiem opium. Poza robotnikami narkotyk zażywali wielcy poeci i pisarze: George Byron, Peter Shelley i Walter Scott. Wśród narkotykowych literatów XX w. wyróżniał się William S. Burroughs, uzależniony od heroiny przez większość życia.

W raporcie z badania dla medycznego pisma „The Lancet” sprzed trzech lat, kiedy zebrano w jednym miejscu mądre głowy z wielu dziedzin, by porównać ze sobą cechy 20 najpopularniejszych substancji odurzających, heroina została numerem jeden we wszystkich kategoriach. Wygrała w kategorii „przyjemność” (nie wiemy, czy naukowcy biorący udział w badaniu testowali ją na sobie), ale, niestety, bezwzględnie zwyciężyła też w kategoriach psychicznego i fizycznego uzależnienia, szkód społecznych i śmiertelności. Także według „American Scientist”, ów główny towar eksportowy Afganistanu jest najniebezpieczniejszym narkotykiem. Wystarczy pięciokrotnie większa dawka i, zamiast odlecieć na łono Morfeusza, przenosimy się na stałe do Hadesu. I pewnie dlatego obrosła w dziesiątki nekrologów (Janis Joplin, Sid Vicious z Sex Pistols, aktor John Belushi), a nie w żarty – jak alkohol czy następna bohaterka zachodniej cywilizacji, marihuana.

Jak rosła trawka

Swoją Biblię Jan Gutenberg wydrukował w 1455 r. na papierze z włókna konopnego. Był to jednak najwyraźniej szczyt tolerancji Kościoła dla konopi. Roślina była wprawdzie używana w Europie od setek lat, w Azji od tysięcy – i już wtedy znano jej działanie odurzające – ale preferujący alkohol Kościół bał się jej tak samo jak większości naturalnych ziół o właściwościach psychoaktywnych.

Jednym z celów inkwizycji było więc wyplenienie popularnego chwastu razem z wykorzystującymi go wiedźmami. Bo skąd niby miały się pojawiać wszystkie średniowieczne smoki i demony, jeśli nie z wizji i halucynacji? Tak przynajmniej widział problem Michel Foucault w swojej „Historii szaleństwa”. Pierwszym zachodnim prawem tępiącym marihuanę był w każdym razie zakaz kościelny – bulla papieża Innocentego VIII, która uznała marihuanę za satanistyczny sakrament. Prawdopodobnie dlatego François Rabelais (doktor medycyny) w „Gargantui i Pantagruelu” nie zająknął się nawet o konopiach, chociaż opisał ich działanie dość dokładnie – ziele występujące w swojej książce zakamuflował pod nazwą Pantagruelion. Dzięki jego wzmiance wiemy jednak, że już w XVI w. zachodnia elita paliła – i się zaciągała.

W XIX w. haszysz – ekstrakt z żywicy konopi – był już modny w kręgach bohemy artystycznej. Francuski Klub Haszyszystów skupiał malarzy (m.in. Eugène Delacroix) i literatów (Honoré de Balzac, Victor Hugo), którzy lubili sobie poeksperymentować z przywożonymi ze Wschodu używkami. Niekoniecznie palili, spożywali też haszysz – na wzór metody podpatrzonej w krajach arabskich – w formie konfitury z dodatkiem cukru, przypraw i migdałów, co skrupulatnie odnotował Baudelaire.

Wiele wskazuje na to, że popalał i Szekspir. W jego domniemanym domu w Stratford-upon-Avon znaleziono fajkę, a na fajce resztki substancji, którą dziewięć lat temu naukowcy zidentyfikowali jako ślady konopi. Oscar Wilde palił za to z całą pewnością, wyprzedzając hipisów w swoim opisie tej czynności: „Wciągnij dym trzy razy, a potem pokój i miłość”. Już w jego czasach z fanaberii artystów marihuana i haszysz zmieniły się w używkę masową.

Prawem, które po raz pierwszy regulowało obrót marihuaną, była Konwencja Haska z 1911 r. – ta sama, która normowała handel opium. Ale prawdziwą wojnę trawce wypowiedzieli Amerykanie. Meksykanie palili na potęgę, sprowadzająca się z Meksyku do USA siła robocza przywoziła ze sobą używkę, przy okazji nadając jej popularną dziś na całym świecie nazwę – od mariguana. Amerykanie bali się etnicznych mniejszości, a przy okazji ich tradycyjnych substancji odurzających, które miały wpływać na przestępczość. Ostatecznie w 1937 r., po długiej kampanii („W przypadku Meksykanów do 80 proc. morderstw dochodzi po zażyciu marihuany” – pisali redaktorzy „The Christian Century”), za to bez badań naukowych, ograniczono również obrót marihuaną.

Postacią numer jeden w światowej walce z tą ostatnią (amerykańskie stanowisko podchwytywały inne kraje) był Harry J. Anslinger, szef nowo powstałego Federal Bureau of Narcotics. Jak do dziś twierdzą obrońcy marihuany, miał on duże wsparcie koncernu chemicznego DuPont, sprzedającego technologię produkcji papieru z celulozy, konkurencyjną wobec papieru z włókien konopi (który ostatecznie zresztą wypadł z rynku, stanowi dziś poniżej 1 proc. produkcji).

Opozycją dla Anslingera był za to ruch, który tworzył się wokół wykonawców i odbiorców muzyki. Na południu Stanów Zjednoczonych blues od początku przynosił odniesienia do trawki. A jeszcze wyraźniej – jazz. Muzycy jazzowi dużo podróżowali i grali mnóstwo koncertów. Nie mogli zbyt dużo pić, bo – jak wskazuje Martin Booth w książce „Cannabis” – alkohol osłabiał działanie zmysłów. Z kolei po opium zasypiali. Marihuana stanowiła dobry kompromis. „Istotna była też tajemnica, dreszczyk robienia czegoś na bakier z prawem, do którego stale dążą artyści” – tłumaczył artystów Booth.

Historię muzyki można tak dopowiedzieć do czasów współczesnych – przez aresztowania za posiadanie trawki w okresie hipisowskim i filozoficzny ruch rasta, który związał się z muzyką z Jamajki. Dla Boba Marleya marihuana nie była już zwykłą używką, tylko świętym zielem.

Masowy w ostatnich dekadach XX w. ruch hiphopowy przejął właśnie od reggae ulubioną używkę i uznał ją za element codziennego życia („Blanty kręcę, po to mam ręce” – rapowała polska grupa Molesta). Dziś 3–4,3 proc. ludzi na całym świecie (według „World Drug Report 2010” przygotowywanego przez ONZ) pali marihuanę i, mimo zakazów, atmosfera wokół niej się zmienia. Może dlatego, że jest zjawiskiem coraz lepiej przebadanym.

W 1997 r. Światowa Organizacja Zdrowia przygotowała raport dotyczący używek, który wypowiadał się na temat nikłej szkodliwości marihuany – i w trosce o społeczne dobro został utajniony. Dopiero brytyjski „New Scientist” udostępnił go opinii publicznej. Znalazło się w nim zdanie: „Konopie stwarzają w społeczeństwach Zachodu o wiele mniej poważne zagrożenia zdrowotne niż alkohol i tytoń”. To przemówiło do opinii publicznej w połączeniu z informacją o niewielkim bezpośrednim zagrożeniu dla życia. Dawka śmiertelna przekracza dawkę aktywną 40 tys. razy, a żeby popełnić marihuanowe samobójstwo, trzeba by było wypalić mniej więcej 600 skrętów jeden po drugim.

Trend się odwraca. Początkiem była Holandia, gdzie już w latach 70. marihuanę zdekryminalizowano, ale poddano ścisłej kontroli. Do dziś wiele krajów europejskich (Portugalia, Czechy, częściowo Niemcy) złagodziło prawo dotyczące trawki. W Ameryce masowo stosuje się ją w celach medycznych, a Kalifornia – stan, gdzie rozwinęła się produkcja i sprzedaż medycznej marihuany (z przeznaczeniem dla chorych na raka, AIDS czy stwardnienie rozsiane) – przygotowuje się do listopadowego referendum w sprawie jej legalizacji. Jeśli zakończy się ono pozytywnie, marihuana zacznie powracać w kraju, który prawie sto lat temu wypowiedział jej wojnę.

Palenie lub zdrowie

Jeszcze jedna rzecz nie wydarzyłaby się bez konopi – Kolumb nie podbiłby Ameryki, gdyby nie konopne liny na jego statkach. Z kolei gdyby on nie dotarł na ten kontynent, nie przywiózłby na miejsce alkoholu, który – kompletnie nieznany wśród Indian – przyczynił się do upadku ich cywilizacji. A przy okazji znacznie ułatwił podbój kontynentu. Indian zgubił właśnie brak kultury picia, tak jak nas (na co zwraca uwagę prof. Jerzy Vetulani z Instytutu Farmakologii PAN w Krakowie na łamach pisma „Wszechświat”) brak odpowiedniego, ukształtowanego tradycją, podejścia do opium czy liści koki.

W rewanżu Ameryka dała Kolumbowi tytoń. Ten z kolei przez Indian używany był w sposób kontrolowany, do celów rytualnych, a po przyjeździe do Europy dokonał prawdziwego spustoszenia. Początkowo podchodzono do niego ze strachem i zakazano na terytorium dzisiejszych Niemiec, w Szwajcarii, Rosji i na terenie imperium osmańskiego, które obejmowało dzisiejszą Turcję i większość wybrzeża Morza Śródziemnego, dziś rejony wielbiące tytoń. Ale bez względu na zakazy rozprzestrzenił się na całą Europę poprzez Półwysep Iberyjski. Popularyzował go francuski ambasador Jean Nicot, sławiąc lecznicze własności rośliny. I paradoksalnie jego nazwiskiem ochrzczono zawartą w tytoniu substancję o działaniu silnie toksycznym – nikotynę.

Papierosy – obecne w przestrzeni publicznej, na zdjęciach, potem także w telewizji – stały się symbolem wolności (saksofonista Dexter Gordon czy aktor James Dean, dysydenci pokroju Jacka Kuronia czy Vaclava Havla). A wśród kobiet – symbolem emancypacji.

Rüdiger i Margit Dahlke piszą (w książce „Psychologia błękitnego dymka”) o tym, jak papierosy stały się dla milionów ludzi sposobem odmierzania czasu, a czas przeznaczony na wypalenie stał się powszechnie rozpoznawalną jednostką. Same papierosy bywały substytutem pieniędzy, a podczas konfliktów zbrojnych – począwszy od wojny secesyjnej – rozdawały je swoim żołnierzom władze państw, przyczyniając się do rozpowszechnienia nałogu.

Przemysł tytoniowy z kolei okazał się modelowym przykładem, jak dobrze można zarabiać na używkach w czasach industrializacji (rozpowszechnienie papierosy zawdzięczają ich maszynowej produkcji) i reklamy. Jednocześnie stał się polem niezwykłych i dość przykrych zbiegów okoliczności.
 
Najbardziej znana postać z reklamówek tytoniowych, słynny Marlboro Man, twardziel z papierosem w zębach, to zarazem symbol zmiany kierunku wiatru, jaka nastąpiła w latach 50. To wtedy zaczęły się pojawiać dane o szkodliwości palenia i odpowiedzialności tytoniu za wiele chorób.

W Marlboro Mana oryginalnie wcielało się trzech różnych aktorów. Wszyscy zmarli na raka płuc. Humphrey Bogart, który w filmie „Casablanca” wypalał na ekranie 13 papierosów, zmarł z kolei na raka krtani. Bohaterowie, którzy budowali mit twardziela w kulturze, przechodzili zresztą regularnie na stronę rosnącej społecznej kampanii antynikotynowej.

Film został najdłużej miejscem, gdzie papierosy wciąż mogły być cool, a palenie przyjemne – gdy w reklamie dawno tego zakazano, a telewizja oczyściła antenę. Tak jak marihuana splotła się z historią muzyki, tak nikotyna – z jego historią. O ile jednak wcześniej palili główni bohaterowie, teraz robią to postacie knujące coś złego, czarne charaktery albo przynajmniej ludzie ze społecznych nizin – tak wynika z badań hitów kręconych w ostatnich dekadach.

Hollywoodzkie superprodukcje ograniczają dziś pokazywanie tytoniu na ekranie. W USA pojawiły się nawet propozycje, by podwyższyć kategorie wiekowe filmom, w których pojawiają się papierosy, oraz by opatrywać filmy na DVD obowiązkowymi ostrzeżeniami o szkodliwości palenia. Problem jest żywy i u nas – za kilka dni w Łodzi odbędzie się festiwal „Wypalone kino”, który ma pokazać filmy z papierosem w tle i zainspirować dyskusję na temat kina i kampanii antynikotynowej.

Cała historia ostatnich 30 lat w wypadku papierosów to zmiany prawa mające na celu wyeliminowanie ich z mediów, a następnie z przestrzeni publicznej. Ogranicza się dostęp do tytoniu nieletnim, informuje o skutkach, próbuje się nawet walczyć z pożarami wywoływanymi paleniem (w samej UE 11 tys. rocznie), nie ma jednak mowy o delegalizacji.

Tytoń zażywa wciąż 1,2 mld ludzi, z czego 5,4 mln rocznie umiera w konsekwencji swojego nałogu. Odsetek palaczy rośnie wprawdzie w państwach rozwijających się, ale w krajach Zachodu się zmniejsza.

 – Ograniczanie palenia to dobry przykład, że można sobie radzić społecznie ze szkodliwymi substancjami. Pokazuje, że najważniejsze jest w tym kreowanie mody, konsekwentna zmiana wzorców postępowania – uważa prof. Jerzy Vetulani.

Kultura ekstazy

Syntetycznie wytwarzane narkotyki miały być lekarstwami. Albert Hoffman w 1938 r. cierpliwie pracował w swym laboratorium w Bazylei nad nowym środkiem przeciw migrenie, gdy któregoś popołudnia poczuł się dziwnie i zobaczył kalejdoskopowe, barwne wzory. Stwierdził, że wyprodukował coś ciekawego – następnego dnia wziął więc minimalną dawkę substancji, nad którą pracował, i tak zaczął się pierwszy w dziejach ludzkości trip po LSD. „Dźwięki zmieniły mi się w sensacje wzrokowe, tak, że przy każdym tonie i dźwięku powstawał odpowiadający mu kolorowy obraz” – pisał szwajcarski uczony w sprawozdaniu z doświadczeń na samym sobie.

Ecstasy – pochodna wynalezionej jeszcze w XIX w. amfetaminy – też miała być lekarstwem, pomagać przy krwotokach. A stała się – jak nazwał ją potem chemik Alexander Shulgin – aspiryną dla duszy. Po lekarzach syntetycznymi narkotykami każdorazowo interesowały się wojsko i tajne służby.

Amfetaminę rozdawano żołnierzom w czasie II wojny światowej. A wizja wywołania halucynacji czy psychozy w sztabie wroga była na tyle kusząca, że pierwsze eksperymenty z LSD prowadzono już na początku lat 50. – głównie na rekrutach wojskowych. W obozie komunistycznym polem doświadczalnym była Czechosłowacja, gdzie również podawano kwas (jak go później nazywali hipisi) w armii. CIA próbowało (bezskutecznie) namówić Hoffmana, by wziął udział w eksperymentach, które kontynuowano przez 20 lat, z dwiema ofiarami śmiertelnymi, w tym jednym samobójczym skokiem z okna. I to dzięki wojskowym zakupom substancja z laboratoriów szwajcarskiego Sandozu w takiej masie dotarła do USA, gdzie zyskała wkrótce rzeczników w rosnącym ruchu kontrkulturowym.

Najbardziej znanym z nich był Timothy Leary, psycholog z Harvardu, który po pierwszym psychodelicznym – jak je nazwano – doświadczeniu rozpoczął program badawczy obejmujący podawanie LSD studentom ochotnikom, a potem także chorym psychicznie i więźniom. To on opisał ideologię kwasowych tripów – czyli podróży w głąb siebie – która nadała ton kulturze hipisowskiej: „podłącz się, dostrój, odpadnij”. Gdy zdelegalizowano kwas w październiku 1968 r., w środku gorącego przewrotu młodzieżowego, też dopisał do tego teorię. Nazwał zjawisko wojną psychodeliczną i uważał, że kultura psychodeliczna toczy walkę z kulturą alkoholu. „Jacy ludzie są podatni na to psychodeliczne zagrożenie? – pytał w swojej książce „Polityka ekstazy”. – Młodzi. Obcy rasowo i narodowościowo. Twórczy. Ponad 90 proc. używających roślin i substancji psychodelicznych należy do którejś z tych kategorii”.

Twórczy muzycy byli w każdym razie tubą propagandową syntetycznych substancji odurzających. Beatlesi na początku swojej kariery muzycznej, gdy grali w Hamburgu koncerty dzień po dniu, wspomagali się amfetaminą, która przy okazji osłabiała głód, co było o tyle pożyteczne, że nie było ich stać na jedzenie. Harry Shapiro w książce „Waiting for the Man” o narkotykach w muzyce pop przytacza słowa ówczesnego menedżera grupy: „Któregoś dnia John [Lennon] był tak podkręcony, że gdy podbiegł do nich przesadnie rozentuzjazmowany fan, kopnął go w twarz, a potem rzucił w niego stołowym nożem”.

O ile modna przez całą epokę rock’n’rolla amfetamina wywoływała agresję, to LSD miało być używką pokoju. Ci sami Beatlesi zostali nim poczęstowani w połowie lat 60. przez zaprzyjaźnionego dentystę. To wtedy Lennon uznał, że cały dom George’a Harrisona jest gigantyczną żółtą łodzią podwodną, stąd też wzięły się dziecięco proste, kolorowe rysunki i pomysł późniejszego filmu.

Ecstasy, do połowy lat 80. legalna w USA, a do 1977 r. w Wielkiej Brytanii, związała się z kolei z amerykańskimi klubami tanecznymi – kolebką disco, a potem techno. Jej historia była o tyle analogiczna do poprzednich substancji, że klientelę w tych klubach stanowili przede wszystkim czarni, w dodatku w znacznej mierze homoseksualiści. Odgrywała tak samo rytualną rolę jak LSD w czasach hipisów, przy okazji pozwalając przetańczyć całą noc. A nie lubiano jej tam między innymi dlatego, że jednocześnie nie pozwalała właścicielom klubów zarabiać na alkoholu – klientela na miejscu piła wodę, a zarabiali tylko okoliczni dilerzy.

Kiedy moda na ecstasy przywędrowała do Europy razem z nową kulturą taneczną, imprezy urządzano nielegalnie, zwykle na wolnym powietrzu, rozstawiano w umówionym miejscu sprzęt i puszczano muzykę. Alkohol nie był potrzebny. Otoczka buntu stale towarzyszyła całemu ruchowi, a pierwsze lata rave’ów (tak te imprezy nazywano) były czasem nieustających zmagań z policją, początkowo tępiącą je ze względu na zakłócanie porządku, potem – za narkotyki. „Południowa Walia uczestniczy w walce przeciw śmiertelnemu niebezpieczeństwu tak zwanych designer drugs ze Stanów Zjednoczonych” – pisała lokalna gazeta w połowie lat 80.

Designer drugs, czyli dopalacze. To wtedy – mówiąc w największym skrócie – zaczęła się współczesna historia wynajdywania zamienników nielegalnych substancji, przynoszących podobne efekty co amfetamina czy ecstasy. Na rynku pojawiały się kolejne środki, które następnie poszczególne kraje dopisywały do swoich ustaw narkotykowych. Jak długo może to trwać?

Wszystko wskazuje na to, że kolejne substancje można syntetyzować w nieskończoność – mówi prof. Vetulani. – Jeśli skończą się pomysły na kolejne środki psychoaktywne w laboratoriach, zaczną się poszukiwania na polach i w lasach. Ludzie pójdą tropem czarownic, z których każda miała zestaw naturalnych trucizn i leków.

Powiedzieć, czym to się skończy, to duże ryzyko. Podobne do tego – jak twierdzi Vetulani – które bierzemy na siebie, skacząc do mętnej wody. Jedyne, co można stwierdzić na pewno, to że substancje odurzające nie znikną. A z dziejów prób uporania się z nimi widać, które metody są mniej, a które bardziej skuteczne.

Oceń treść:

Brak głosów
randomness