Więcej informacji: Grzyby w Narkopedii [H]yperreala
Chce się podzielić moim doświadczeniem, które totalnie różniło się od każdego poprzedniego psychodelicznego tripu.
3,5g psilocybe cubensis na pusty żołądek + soplówka jeżowata 500mg. Początek 14:30.
Praktycznie zaraz po skończeniu przeżuwania zaczęłam czuć jakiś efekt, ale dopiero po 15 minutach zaczęły mi się pojawiać kolory i wyraźniejsze wzory, cevy były już na tym etapie zaskakująco mocne, szybkie i jasne jak setki jarzeniówek pod powiekami, reszta czucia była właściwie normalna.
Stwierdziłam, że już się położę z opaską na oczach, żeby popracować nad moja intencją, fraktalne wzory bardzo szybko zmieniły się we fraktalne obiekty-tunele jak w kalejdoskopie, stwierdziłam, że spróbuję je zepchnąć, podzielić swoją świadomość, żeby popracować nad tym nad czym miałam zamiar, jednak wzory nie były na to podatne. Więc stwierdziłam, że poczekam, że pewnie to zwyżkowa część fazy i zaraz zacznie schodzić. Dopiero w tym momencie zaczęłam czuć, że jest mi przeraźliwie zimno - w poprzednich doświadczeniach to było uczucie, które następowało po ok. 30 minutach i było pierwszym zwiastunem tripu.
Jednak to wszystko szło coraz dalej i zaczęłam czuć takie charakterystyczne elektryczne mrowienie ciała i wiedziałam, że się odkleiłam od ciała fizycznego, że jestem jeszcze z nim połączona, ale jednocześnie przesunięta w fazie. Ten stan był jak zawsze niesamowicie przyjemny, ale ciągle czułam bodźce z ciała, które były tak zwielokrotnione, że już nie byłam w stanie rozpoznać gdzie jest moja ręka a gdzie noga i właściwie co w ogóle czuję. Znajdowałam się w ogromie wymiarów na raz, całe moje istnienie się gięło i falowało. W pewnym momencie muzyka zaczęła brzmieć jak z baaardzo oddalonej studni, coraz wolniej, aż dźwięki się zaczęły rozdzielać obniżać, a każdy z nich był zwielokrotniony i drgający.
Wtedy się zorientowałam, że wszystko brzęczy nieskończenie, że jestem wielowymiarowym bytem i to czego doświadczam grubo wykracza poza wymiary naszej fizycznej rzeczywistości. Zresztą ta rzeczywistość-tutejsza, była jedną z nieskończonej liczby, była jak miniaturowa ledwo widoczna zakładeczka w bezkresie, a ja byłam tym wszystkim jednocześnie.
Rzucałam intencje w tą przestrzeń, próbowałam sama z nimi coś robić, ale jedynie czułam nieskończony przepływ energii przez wszystko, wszystko było idealnie na swoim miejscu, nic nie mogłam z tej perspektywy zrobić, jedynie być i obserwować. Czułam się w tym wszystkim totalnie samotna, jakbym była jedynym istnieniem, uczucia i emocje były bardzo odległym konstruktem, trudnym do zrozumienia, sama fizyczna rzeczywistość wydawała się nieznacząca. Jedynie czułam, że gdzieś jakaś mikra część mojej wielowymiarowej świadomości, jest przyklejona do rzeczywistości fizycznej i stara się zadbać o moje ciało i bycie tam, trochę jak bot, to był czysty intelekt i lata wypracowanych wzorców umysłowych. Posiadanie ciała gdzieś w tym ogromie, wydawało się niesamowicie dziwne
Nic się w tym wszystkim nie zmieniało, byłam tylko ja wielowymiarowo. Próbowałam przywołać moich opiekunów, z którymi się spotykam w LD lub jak wyskoczę z ciała, ale totalnie nic nie następowało. Dodam, że koncept czasu i przestrzeni też wydawał się totalnie absurdalny.
Ta mała część mnie zakotwiczona w ciele, zaczęła mi sygnalizować, że chyba powinnam coś z tym stanem zrobić. Więc zdjęłam opaskę z oczu i okazało się, że to nic nie zmieniło. W odniesieniu do wielowymiarowości, jedynie dołączył fizyczny wymiar w formie wizualnej, ale był nadal jedynie drobinką w ogromie. Starałam się analizować co widzę i przywołać pojęcie siebie takiej jaką mam na co dzień. Dawało to taki efekt, że trochę bardziej się aktywował mój bot-ja i wszedł w kontakt z moim partnerem, który mnie obserwował przez cały proces i czasem reagował jak coś mówiłam.
Wszystko co obserwowałam, pomijając ogrom fraktalnych wzorów i kolorów, które wręcz przypominały tandetne wypluwy pierwszych wizualnych AI (tych nakarmionych fotami zwierzaków) - było rozstrojone, tak jakby wiele rzeczywistości nakładało się na siebie jednocześnie i nieskończenie drgało-bzyczało, sama drgałam i bzyczałam, byłam cała elektryzująco mrowiąca.
Nie byłam w stanie odnaleźć się w czasie i przestrzeni tu-i-teraz, emocje nadal były czymś przedziwnym, ale moje ciało je miało, co zaobserwowałam, kiedy zaczęłam bardziej analizować sytuację i co czuję.
Martwiłam się, że to doświadczenie za bardzo wypompowało moje ciało, więc stwierdziłam, że muszę coś zjeść mimo, że pojęcie głodu było takim samym absurdem, jak czas i przestrzeń. Oczywiście, miałam problemy z poruszaniem się, po prostu ilość bodźców płynących z ciała była przytłaczająca i jeśli korzystałam z wyrobionych odruchów świadomie je przywołując to było okej, ale jak tylko się zaczęłam przyglądać tej bio-maszynie, to było to strasznie trudne do ogarnięcia.
W końcu po zjedzeniu jajecznicy, którą w sumie po części byłam karmiona, ze względu na zwiechy i ciągłe odpływanie, zaczęłam wracać. W momencie, kiedy jadłam jajecznicę była godzina 19. Do ok. 21 właściwie wszystko wróciło do względnej normy.
Gdybym nie zjadła jajecznicy, czułam, że to mogło się jeszcze długo ciągnąć, jakkolwiek dziwnie to nie brzmi przy stanie braku pojęcia czasu, który wtedy miałam.
Dodam, że w poprzednich doświadczeniach wszystko przebiegało zupełnie inaczej od opisanego wyżej - były o wiele bliższe klasycznym, ciepłym doświadczeniom z poczuciem bycia częścią całości przez, którą się przelewa ogromna meta-świadomość. Kiedyś raz przesadziłam z dawką, ponieważ nie wiedziałam ile gram powinno się zjeść i zalała mnie fala informacji płynących jedna na drugiej ze straszną prędkością, co wydawało mi się stanem ekstremalnym. Tu nic takiego nie miałam, ten stan był stały, niezmienny.
Dodam, że dzień wcześniej mój partner po 3g nie czuł nic i musiał dojeść 2g po 30 minutach, więc myślałam, że 3,5 g to będzie u mnie stan średniej fazy, tym bardziej, że wydawało mi się, że już wiedziałam dobrze co jak i gdzie i po poprzednich podróżach.
Czułam się w tym wszystkim totalnie samotna, jakbym była jedynym istnieniem
Odnośnie samotności, to wydaje mi się, że w tym konkretnym przypadku doświadczyłam po prostu swojego istnienia, czym jestem jako byt - że jestem wielowymiarową świadomością, której perspektywa grubo wykracza poza fizyczne-tutaj.
W poprzednich doświadczeniach, nie czułam się wielowymiarowa, czułam tylko, że jestem małą częścią ogromnej świadomości.
Ta samotność i w ogóle całe doświadczenie niewiele miało współnego z cielesnością;)
Gdy w jednej szafie rosną 4 odmiany:
- PE+
- B+
- Kolumbijskie
- Jedi Mind Fuck
To trzy pierwsze odmiany rosną w normie, a ostatnia nietypowo: z ciastka pojawiło się najwięcej szpilek, dosłownie całe porosło, z każdej strony, niestety maluszki od kilku dni rozrastają się tylko na ilość, objętość pojedynczych grzybków pozostaje bez zmian.
Czy mieliście taki przypadek? Co mogło na to wpłynąć i co poprawić?
26 grudnia 2023Mario Escobar pisze: A może wcześniej doświadczałaś stanu kropli wody będącej częścią wszechoceanu, zaś tym razem byłaś po prostu... Całym oceanem? Tak naprawdę to jedno i to samo, różnica wyłącznie polega na odmiennej perspektywie.
10g świerzych =1 g suszonych (porządnie)
Generalnie jadłem golden teachery bardziej suszone ale 3,5g + to zazwyczaj mocno działało , raz 5,5g ale to było zdecydowanie za dużo. Dawki poniżej 3g suszonych są raczej takie lekkie .
Przy 2 g już wizuale jakieś lekkie się pojawiają. Przy 1 gramie to bardziej poprawa nastroju , zmiana percepcji dotyku i zachwycenie jak mignie światło przed tobą .
Wejście było jak zwykle mocne, szybkie, jakby czas się zaginał. Nie miałem jakiejś konkretnej intencji, zatem uznałem, że "uleczcie mnie" zadziała jak wytrych, którym otworzę każde drzwi. Kalejdoskop barw, tym razem bardziej w odcieniach morskich, czy błękitnych, nadawał tym pierwszym minutom nieco chłodnego wyrazu. Miałem dreszcze, ciało zaczęło drgać, by pozbyć się napięcia, rozpiąć gorset krępujący mnie od wewnątrz i od zewnątrz. Nagle pojawił się półprzezroczysty "lekarz" (wszak chciałem leczenia!). Podłączył się do mnie, jakby był pół świadomym bytem, pół aparaturą szpitalną. Diagnoza - jestem zdrów. Przez moment poczułem się jak starszy człowiek w przychodni, dla którego wizyta u lekarza jest najprostszą formą ucieczki od samotności w domu.
Pojawiły się myśli. Rzeczy z życia codziennego, małe utrapienia, niesnaski, trochę goryczy. Nie chciałem się ich tak łatwo pozbywać, choć dobrze wiedziałem, że tego typu bagaż zostawiamy w lobby i nigdy nie upominamy się o jego zwrot.
Puściłem w końcu ster i dostałem nagrodę. Poprzednie doświadczenia skupiały się na byciu albo Obserwatorem, albo Myślicielem. Tamtej nocy przyszedł czas na uczucia. Jak to jest być czystym uczuciem? Reakcją na mniej lub bardziej przyjemne bodźce, bez wiedzy o tym, jak to się zaczęło i jak to się skończy? Pierwsze skrzypce grało wspomnienie miłości, od którego rozpoczęła się emocjonalna reakcja łańcuchowa: troska, o ukochaną osobę, przeistaczająca się w strach i umartwienie, gdy nie mamy od niej wieści przez jakiś czas. Ulga, gdy wszystko jest w porządku i zaraz potem złość, dlaczego tak długo się nie odzywała. Bez miłości te emocje albo nie istnieją, albo mają zupełnie inny, znacznie płytszy wydźwięk.
Poczułem się zmęczony. Skamieniałem na bliżej nieokreślony czas, wpatrując się w jeden punkt na sufitowej lampie. Zobaczyłem wtedy przeogromną neuronalną przestrzeń, wypełnioną miliardami błysków, połączeń i odniesień by nagle, jakby zupełnie samorzutnie, zdać sobie sprawę, że... oto jestem. Nie byłem i stałem się. A raczej byłem wcześniej, choć nie byłem tego świadom. Mogę sobie wyobrazić, że w ten sposób Artificial General Intelligence (AGI) przedstawi kiedyś swój własny mit stworzenia.
Nie odzywałem się do siebie przez dłuższy czas. Wciąż nie jestem przekonany do swojego głosu, gdy jestem pod Ich wpływem, gdyż brzmi nazbyt obco i nienaturalnie. Przyszedł jednak moment w którym poczułem, że sama myśl nie wystarczy i dopiero wypowiedziane słowa sprawią, że je na dłużej zapamiętam. Rzekłem więc: jedyne, czego nam wszystkim tak naprawdę brakuje, to umiar.
I choć w życiu codziennym rzeczywiście już wcześniej starałem się funkcjonować w opcji minimum, tak po tych słowach dostrzegłem, jak wiele zbędnych elementów tworzy strukturę naszej rzeczywistości.
Kiedy zaś kolejna podróż? Kto wie, może w tej kwestii też należy się wykazać umiarem.
Rzetelna historia kryminalizacji konopi (USA + kontekst międzynarodowy)
Narkomani i nędza. Niemcy wolą się tu nie zapuszczać. "Sytuacja nie do przyjęcia"
Marihuana to gorsze wyniki w nauce i stres emocjonalny
CBŚP zlikwidowało nielegalne laboratorium narkotyków. Zabezpieczono ponad pół tony klofedronu
Skuteczne działania funkcjonariuszy Centralnego Biura Śledczego Policji doprowadziły do ujawnienia nielegalnej fabryki syntetycznych narkotyków na Dolnym Śląsku. Zatrzymano jedną osobę i zabezpieczono znaczne ilości wyjątkowo niebezpiecznej substancji.
Alkohol znika ze stacji paliw, a jednak... nadal tam będzie. To nie zakaz, a zmiana reguł
Czy alkohol zniknie ze stacji paliw? Na razie nic na to nie wskazuje. Napoje procentowe jedynie mogą przestać być widoczne, a chętni na taki asortyment wciąż będą mogli zrobić zakupy. Za tak zwaną sprzedażą bezwitrynową opowiada się branża paliwowa. Rozwiązanie to miałoby wpłynąć na ograniczenie zakupów impulsywnych i zmniejszyć społeczne koszty nadużywania alkoholu.
Mikrodawkowanie LSD przegrywa walkę z depresją ze zwykłą kawą?
Przez ostatnią dekadę w Dolinie Krzemowej (ale nie tylko) funkcjonowało przekonanie, że mikrodawkowanie psychodelików to „szwajcarski scyzoryk” dla mózgu – poprawia fokus, libido i leczy depresję. Najnowsze, rygorystyczne badanie kliniczne pokazuje jednak coś zupełnie innego. Pacjenci przyjmujący placebo (w tym przypadku kofeinę) radzili sobie z depresją lepiej niż ci na LSD.
