REKLAMA




Uderzenie prokuratury w handel dopalaczami. Efekty są w Elblągu!

Jak informuje Gazeta Wyborcza sklep z dopalaczami, który działał w Elblągu przez kilka lat, został w końcu zamknięty. „Wyborcza” ustaliła, że to efekt dużego śledztwa, obejmującego kilka województw.

Jak informuje Gazeta Wyborcza sklep z dopalaczami, który działał w Elblągu przez kilka lat, został w końcu zamknięty. „Wyborcza” ustaliła, że to efekt dużego śledztwa, obejmującego kilka województw.

Z ustaleń dziennikarzy Gazety Wyborczej wynika, że likwidacja sklepu z dopalaczami jest efektem dużego śledztwa, obejmującego kilka województw, które prowadzone jest obecnie pod nadzorem Prokuratury Regionalnej w Białymstoku.

A wszystko zaczęło od zatrzymania 20-latka, który sprzedawał dopalacze w podobnym do elbląskiego sklepie przy ulicy Jagiellońskiej w Olsztynie. Miał doprowadzić przez to około 30 osób do narażenia na utratę zdrowia lub śmierci.

W trakcie dalszego śledztwa ustalono, że podejrzany miał m.in. bliskie powiązania z osobami prowadzącymi sklep w Elblągu, którego klienci również trafiali do szpitali w wyniku zagrażającego życiu zatrucia dopalaczami. Prowadzący sklep zamknęli go, obawiając się aresztowania.

– W śledztwie występuje obecnie już 12 podejrzanych, a część jest jeszcze poszukiwana listami gończymi. Zarzuty dotyczą głównie wprowadzania do obrotu substancji niebezpiecznych dla życia i zdrowia wielu osób, w postaci tzw. dopalaczy, pod pozorem zafałszowanych produktów przeznaczonych do dioram modelarskich. Grozi za to kara do 12 lat więzienia – mówi Paweł Sawoń, zastępca prokuratora regionalnego w Białymstoku.

Sklep z dopalaczami przy ulicy Bałuckiego w centrum Elbląga w ciągu ostatnich pięciu lat był zamykany już kilka razy. Niestety, na krótko. Gdy do szpitali trafiali młodzi ludzie w wyniku zatrucia dopalaczami kupionymi w tym miejscu, inspektorzy sanepidu wchodzili do lokalu, zabezpieczyli cały podejrzany towar oraz wydawali nakaz wycofania go z obrotu, a potem zniszczenia.

Właściciele sklepu byli także obciążani kosztami związanymi kontrolą i badaniem towaru. W sumie przez kilka lat mieli zapłacić ponad pół miliona złotych.

To jednak nie powodowało likwidacji sklepu, bo po kilku dniach handel dopalaczami odbywał się w tym samym miejscu ponownie, tak jakby nic się nie wydarzyło.

– To walka z wiatrakami. Zabieramy wszystko, ale zapasy są szybko uzupełniane i następnego dnia albo jeszcze tego samego półki znowu są zapełnione. To jest naprawdę ogromny biznes, z którego korzyści czerpie bardzo wiele osób – komentował w rozmowie z „Wyborczą” Marek Jarosz, szef Powiatowej Stacji Sanepidu w Elblągu.

Tłumaczył, że gdy były wystawiane decyzje o zamknięciu sklepu, handlarze mieli na to sposób: – Likwidowali starą działalność, ale od razu, żeby interes się nadal kręcił, zakładali nową działalność pod zmienioną nazwą spółki, w tym samym miejscu i z tymi samymi ludźmi. W takiej sytuacji wszystkie działania, które podejmował sanepid wobec spółki X, tak naprawdę stawały się bezprzedmiotowe. Gdy pojawia się spółka Y, wtedy trzeba zaczynać całe postępowanie administracyjne od samego początku.

Mieszkańcy budynków sąsiadujących z elbląskim sklepem, w którym sprzedawane były dopalacze, teraz odetchnęli z ulgą.

– Przez ostatnie kilka lat żyliśmy w ciągłym stresie, bo sklep był otwierany codziennie, i od wczesnego ranka do godzin nocnych koczowali tutaj uzależnieni od dopalaczy narkomani. Niektórzy zachowywali się agresywne w stosunku do przechodniów, domagając się np. pieniędzy na zakup towaru. Często dochodziło do bójek, również z użyciem noża – mówi nam pan Jerzy z ul. Bałuckiego.

– Nieraz wzywałam policję, widząc, jak klienci tego sklepu palą albo wciągają dopalacze do nosa – dodaje młoda kobieta z sąsiedniej kamienicy. – Ćpali wprost na ulicy, kompletnie niczym się nie przejmując, a gdy w końcu nadjeżdżał radiowóz, to uciekali do pobliskiego parku. Mam teraz nadzieję, że również właściciel lokalu, który przez te wszystkie lata był głuchy na nasze prośby i wynajmował lokal handlarzom narkotyków, teraz poniesie tego konsekwencje. Wiedział przecież doskonale, kto mu płaci i na czym zarabia.
Prokuratura, tłumacząc się tzw. dobrem dalszego postępowania, nie ujawnia jednak szczegółów śledztwa. Prokurator Sawoń dodaje jedynie, że sprawa jest rozwojowa i „zachodzi jeszcze konieczność uzyskania szeregu opinii biegłych różnych specjalności”.

Oceń treść:

Brak głosów
randomness