Pije góral do górala - alkoholowe rytuały na Podhalu

Sam Tischner nam gadał: "Jakby górale nie pili, toby się wyzabijali". Dopiero na AA załapałem, że to metafora - zwierza się Jasiek, trzeźwy alkoholik z Białki Tatrzańskiej. Artykuł Natalii Gańko z Polityki

Anonim

Kategorie

Źródło

Polityka nr 36/2002 (2366)

Odsłony

12615
Górka, czyli duszpasterstwo Gubałówki, trzeźwości ojców jezuitów w Zakopanem, stoi wyżej niż urzędowa komisja walki z alkoholizmem. Jezuici rezydują na południowym stoku a komisja leży w dole, czyli w Zakopanem. Poza tym człowiek do komisji trafia z sądowego nakazu, trochę jak strącony do piekieł, a kaplica ślubów trzeźwości jest tylko dla chętnych, gotowych wspiąć się na Górkę.

- Górka nie jest instytucją odwykową - mówi ojciec Jan Ożóg (siwowłosy, w góralskich skarpetach i pionierkach), kierownik kaplicy ślubów trzeźwości wyposażonej w drewniany ołtarz i klęcznik przybrany koronką. - Wiara to warunek dla wytrwania w niepiciu. Wiadomo, że - jak mówił porucznik w "Ekstradycji" - alkoholikowi łatwo przestać pić, ale trudno nie zacząć.

Ojciec Ożóg czasami porównuje się do biura: - Przyjmuję poważnych interesantów, wystawiam dokument. Dokument, czyli legitymacja z obrazkiem Matki Bożej Nieustającej Pomocy - arkusik składany jak prawo jazdy - ma podpis księdza oraz właściciela. Obok przyrzeczenia: "Nie będę pił żadnego alkoholu" bardzo ważny jest dzień wystawienia legitymacji oraz jej termin ważności. Bo można ślubować na miesiąc, na pół roku albo najciężej na dwanaście miesięcy i dłużej. Dokument honoruje nie tylko wspólnota Kościoła.

- Jak kogo nowego mam nająć, to wolę pytać o papierek z Górki - mówi Tadeusz Gąsienica, właściciel firmy przewozowej z Witowa, wsi zwanej Chicago od źródła napływu pieniędzy. Wojtek niedawno wrócił z Ameryki. Założył firmę i flanelową, kraciastą koszulę. - Nowym zawsze w legitymację patrzę. Na ile ślubowane, ile dyspens... zysk jest tylko z trzeźwego. Tu ludzie najpierw są religijni, a potem pracowici.

Ojciec Ożóg się śmieje: - Jak kto dobrze zna górali, to wie, że bez dyspens nie da rady. Jak który ślubował niepicie, a nadarzy mu się tradycyjne święto z obowiązkową wódką, to co ma robić? Nie wypić - grzech przed ludowym zwyczajem. Wypić - grzech przed Bogiem. Lepiej się nie gryźć i wziąć na dzień zwolnienie. Utarło się, że można je kupić. A to nieprawda! To symonia - ciężki grzech kupczenia sakramentami. Ojciec Ożóg cieszy się wynikami: rok zeszły to na dwa tysiące ślubowań, tylko setka dyspens. Policjant z Poronina: - Nieraz złapię za kierownicą takiego wypitego. Ledwo stoi, ale wyciąga obrazek Matki Boskiej, robi oczy. Pijaczysko mówi, że ślubował, ale ma dobową dyspensę. Ciupaga sama się w kieszeni otwiera. Ale puszczam takiego. Jestem tutejszy.

Gdzie się zaczyna wstyd

"1,1 promila alkoholu miał we krwi 19 letni Adam R. z Czarnej Góry, który ok. godz. 23.00 porwał autobus kursowy z postoju w Białce Tatrzańskiej. Funkcjonariusze straży granicznej pojazd znaleźli w rowie przy Łysej Polanie w chwili, gdy pijany kierowca usiłował nim ponownie wyjechać na drogę. Adam R. miał przy sobie plik biletów oraz kleszcze do ich kasowania" ("Tygodnik Podhalański" 4/98).

- Najtrudniej jest nauczyć górala mówić wódce "nie" - twierdzi Danuta Bomba, szefowa komisji przeciwdziałania alkoholizmowi. - W opinii przeciętnego mieszkańca Podhala picie jest regionalne. Wrosło w górski pejzaż. W ankiecie wśród dzieci szkół podstawowych padło pytanie: "Kiedy pierwszy raz napiłeś się alkoholu?". Aż 64 proc. w wieku 10-12 lat ma już inicjację za sobą.

Na spotkania z rodzicami takich dzieci zaprasza się Tatrzańskie Stowarzyszenie Pomocy Osobom Uzależnionym Rodzina. Szefowa Halina Zięba straszy konsekwencjami: - Ludzie! Na Podhale już sześć lat temu przyjechały narkotyki. Jak wasz dzieciak jest pijany, to mu hamulce puszczają. Niczego nie odmówi. Niedawno na pogotowie trafił jedenastolatek. Przedawkował heroinę. Powiedział, że pił wódkę, a tamtego z ciekawości spróbował. Magda Bukowska, psycholog z Rodziny w Zakopanem, zawdzięcza dobry kontakt z pacjentami temu, że przyjechała aż z Pomorza. - Ufają mi, bo jestem nietutejsza - wyjaśnia. - Nie znam gwary, po wsi nie rozpowiem, co usłyszę. Pracy mi nie brakuje. Przychodzą całe rodziny: ojciec alkoholik, matka tzw. DDA - dorosłe dziecko alkoholika - z domu wyniosła picie, córka wychodzi właśnie za alkoholika, a brat do wódki bierze narkotyki. Taka rodzina przychodzi do poradni tylko przez najmłodszego. Picie to nie problem - jest regionalne. Narkoman to wstyd i strach.

Od święta do święta

"Policjant, który w nocy z piątku na sobotę zabezpieczał ślady po rozboju, został potrącony przez pijanego kierowcę. Doznał między innymi: złamania miednicy, otwartego złamania lewej nogi oraz wstrząsu mózgu. Na policjanta najechał fiat 126 p" ("TP" 9/98). Według Anny Żurowskiej, etnografki z Zakopanego, spożycie alkoholu na Podhalu na tle picia ogólnopolskiego wzmacnia geografia alkoholowa. - Podhale leży w strefie krzyżujących się kultur. Z jednej strony zimny wschód i picie wódki dla rozgrzewki, z drugiej ziemie zachodnie i tradycje śląskie, wielkopolskie, czyli popularność wina oraz dużo piwska.

Jan Kantor w 1907 r. pisał o tatrzańskich zwyczajach: "Już w dniu krztu, przed wyjściem do kościoła rodzice krzestni przynosili dary dla krześniaka: jedna przynosiła oscypek, albo bryndze. Krzesnoojcowie przynosili wódke - liter, albo dwa - góra". Obrzędy związane z zawarciem związku małżeńskiego otwierały tak zwane podłazy, czyli wzajemna do siebie skłonność młodych. Jeśli kawaler został zaakceptowany, następowała oficjalna wizyta: "Siadają ku stołu, kielisek wódki, jedzenie i rodzice młodego pytają, co rodzice panny mają zamiar dać".

W dniu ślubu panna młoda wysyłała druhny z flaszką wódki i muzyką do pana młodego. Po cepowinach, czyli zmianie wianka - symbolu panieństwa - na chustkę kaźmierkulę - znak stanu małżeńskiego, miało miejsce zabieranie przez druhny kapelusza pana młodego: "Nie dom kapelusa/nie dom na mój dusiu/ pokil nie przyniysis/liter śpirytusu". - Podhale żyje od święta do święta - mówi Anna Żurowska. - To zamknięty krąg, suto zakrapiany. Nawet zakup świni na targu pieczętuje tzw. litkup, czyli wspólna flaszka. Poza tym picie kawalerskie, weselne, stypowe, przed wojskiem i po...

Przepijanie, zdrówkowanie

"Mieszkaniec Piekielnika po zakrapianej alkoholem imprezie stał o trzeciej nad ranem w okolicy przystanku autobusowego. Nagle został zaatakowany przez mężczyznę, który podbiegł do niego, zdjął mu buty (warte 40 zł) i uciekł" ("TP" 7/98).

Józef Pitoń ma orli nos, błyszczące oczy, pracuje w Domu Ludowym Kościeliska, pisze wiersze o Podhalu. Wyjaśnia: - Jeśli góral pije, to trochę ze swej natury, z fantazji i góralskiej muzyki. A ona już taka; drapie w gardło, ściska duszę. I góralowi przy niej rzewnie, samotno. Czasem więc wypije i zagada wedle obyczaju do najbliższej duszy: Jak ktoś pije - to zaś postaw i ty! I jest już ich dwóch do przepijania.

Przepijanie to tradycyjne picie z jednego kieliszka (echo czasów, gdy brakowało naczyń). Góralski porządek obowiązuje: pije jeden do drugiego, po kolei. Szkło, niczym puchar przechodni, przejmuje kolejny autor toastu. Pusty kieliszek trzeba strzepnąć. Zamaszyście za siebie, by niedopite krople upadły na ziemię - dla przodków, tych, co już nie mogą.

Szymek Gąsienica Gładczan, ratownik TOPR, syn właściciela zakopiańskich karczm Zohylina - Bąkowa, z dumą wspomina pradziada: "co jak se popił, to zaraz mu ochota do bitki przychodziła". - Jak rozrabiał, chłopy na sposób się brali - mówi Szymek, wychylając się zza dębowej ławy i pobrzękując kostkami lodu w szklance. - Gdy pradziad bałamutę zaczynał w karczmie, to kilku poważniejszych go za ręce brało i wiodło w pole. Chałupę w rogu nieco dźwigali i pod odchylony węgieł włosy wsadziwszy opuszczali dom na powrót: pokiel się pijok nie wysuma, a sami dalej w karczmie kwaterkami wódki do siebie zdrówkowali, przepijali.

Trzeźwe wideo

"Ponad 2 promile alkoholu miał we krwi mężczyzna, który na Uroczysku Bębeńskim wyciął dwa świerki i lekko pobił leśniczego" ("TP" 25/98). "Chcesz dostać w mordę, to idź na Olczę"- rekomendował Władysław Mrowca Piekarz swoje rodzinne strony, czyli najmocniej wysuniętą na północ dzielnicę Zakopanego. Kryte gontem chałupy - podhalański Bronx. Olcza zwyczajowo witała obcych ciupagą, a zabawy ludowe kończyła z policją - tak było dawniej.

- Hej, gorący śpirytus w żyłach płynął - pokrzykuje Władysław (figura dżokeja, właściciel lokalu Szałas Kuźnia, w 2000 r. bohater konnej wyprawy w góralskim stroju dookoła Polski). Wspomina rzewnie: - Wesele, co się trupem nie słało, ludzie na języki brali. U mojej siostry na zaślubinach, choć nikt nie poległ, to jeszcze stary styl był. W remizie, jak chłopy się na ciupagi wzięli - baby rzucać się zaczęły, przeszkadzać. Raz, dwa je przez zamknięte okna powyrzucali. A jak wróciły z policją, to dopiero był udany koniec ludowej zabawy.

Jan Szymański, rzecznik prasowy policji w Zakopanem, zaciera ręce nad zasypanym papierami biurkiem: - Zbójnicki czas Olczy był w latach 70.-80. Największe gwiazdy: Gąsienice Daniele, Gawlaki Socki, Walkosze Koślawy. Dwa pokolenia tych rodzin chowałem tu - w komisariacie. Teraz to wszystko biznesmeny.

Wizerunek Olczy zmieniła koniunktura. Kto w sezonie turystycznym nie przyjął w gościnę przyjezdnych, czyli ceprów - ten tylko od święta zmieniał chleb z oscypkiem na schabowego. Stało się jasne: ceper to kopalnia dutków. - W latach 90. góral szukał kapitału. Kierunek: Ameryka - mówi Krystyna Stoch, sekretarz gminnej komisji rozwiązywania problemów alkoholowych. - Gazda wracał i oprócz pieniędzy przywoził nowe zwyczaje. Dawniej można było zauważyć wielkie grupowe spotkania świętujących lub snujących się wspólnie. Teraz grupki te wyraźnie stopniały kryjąc się w zaciszu swych domostw przed telewizorem, bogatym stołem. Nawet na weselach trudno dziś zobaczyć pijanych, agresywnych gości. Górale mówią, że to wszystko przez kamery wideo, które do końca imprezy uwieczniają obraz biesiadników.

Chory jesteś

"Jeden z klientów sklepu przy ulicy Ludzimierskiej wszedł do sklepu z butelką piwa. Gdy ekspedientka zwróciła mu uwagę, by w sklepie nie pił, ten wyrwał z lady kasę fiskalną i rzucił nią o kraty" ("TP" 12/98).

Z Ameryki dla "Tygodnika Podhalańskiego" pisze Miłosz Sowa: "Ktoś, kto już w Polsce nadużywał alkoholu i zwyczajnie go lubi, po przyjeździe do USA znajduje się w alkoholowym raju".

Tak było z Jaśkiem z Białki Tatrzańskiej, dziś anonimowym alkoholikiem zakopiańskiej grupy AA Giewont. - Pracowałem na budowie w Chicago - wspomina, głęboko zaciągając się kolejnym Marlboro. - Ciężko było, za chałupą, babą się ckniło, ale najmniej na godzinę zarobiłem 5 dolarów. Starczyło na pół litra. Podłej, bo podłej, ale przecież nie o smak chodziło, tylko coby zobracało. Ostremu piciu sprzyjały też zabawy z otwartym barem. Dawali tyle drinków, ile się zmoże, bo koszt wliczony w cenę biletu. W Ameryce można raz czy dwa zgłosić w poniedziałek bossowi, że jest się chorym. Więcej nie uwierzy. W końcu wyleciałem z roboty.

Jasiek spuszcza oczy i wyznaje, że żył na ulicy. - Ale poznałem tam ludzi i nikt nie brał mnie za degenerata, przestępcę. Mówili: chory jesteś. Wysłali na polskojęzyczne AA. Tam usłyszałem o znanych alkoholikach - gwiazdach filmowych, artystach estrady. Im się udało, pomyślałem, mogę i ja.

Wołanie z sieni

"19 kwietnia około godziny 16.30 ciągnikiem własnej konstrukcji podążał główną drogą Witowa Wojciech K. W tym samym czasie przez wieś przejeżdżał policyjny Land Rover, który jechał tuż za ciągnikiem. Jako że "samoróbka" Wojciecha K. nie rozwijała nadmiernej prędkości, policjanci postanowili wyprzedzić ciągnik. Ten zbyt gwałtowny manewr przestraszył Wojciecha K. i doprowadził do "przytulenia się" obu pojazdów. Żona Wojciecha K. widząc, że policjanci chcą zabrać jej męża, ze szczerością stwierdziła: "Co wy od niego chcecie, on całe życie jeździ po pijaku, ten jeden raz możecie mu darować". Alkomat wykazał, że Wojciech K. miał 3,66 promila alkoholu we krwi" ("TP" 17/95).

Witów, dwadzieścia minut furmanką do Słowacji. Karczma u Adama, pod rzeźbionym sosrębem, w cieple kominka i gorzałki - miejscowi - same chłopy. Dla bab miejsca tu nie ma. Mówi się: ta kobieta, co lubi wypić, jest płona - gorsza, mniej charakterna. Jej gazdówka - gospodarstwo - węgłami się wymyka, biednieje.

Krystyna Górecka, właścicielka karczmy, przystojna blondynka, przedstawia się: - Ceperka, to znaczy przyjezdna, zawsze obca, wytykana palcem. Nawet po dwudziestoletnim rezydowaniu w Tatrach nie może pogodzić się z dyskryminacją kobiet w barach. - Same góralki nie narzekają. Klną się, że gdyby chciały, to w karczmie by piły. Ale czasu żałują. Chłop przeważnie w polu albo w Ameryce zarabia. Baba dom prowadzi.

Krystyna przyjechała z Wielkopolski, wyszła za mąż za górala, urodziła syna, kupiła karczmę, jak się szybko okazało - klub tylko dla panów. Wieczór, w karczmie brak miejsc, tytoniowy dym otula pyski zawieszonych na ścianach wypchanych popiersi kozic. Wojtuś zwany Księdzem z powodu ucieczki z seminarium (- Skłonność do pięknych kobiet), wspomina czasy, gdy góral do karczmy szedł, by muzykować: - Nie było Big Bradera w telewizorze, więc po robocie dla rozrywki góral brał gęśle - góralskie skrzypce - i szedł do karczmy. Z gorzałką, łzą w oku, do rana grał z kompanami - wzdycha Wojtuś i składa ręce jak do pacierza nad szklanką piwa.

O północy w szerokich drzwiach pojawia się pierwsza postać w chustce na głowie. To tradycja: kobiety przychodzą po mężów. Dla Krystyny to koniec pracy. Sprząta ze stołów. W drzwiach kolejne kobiety - w imię przyzwoitości nie przekraczają progu karczmy. Wołają po nazwisku, z sieni. Parami z mężami odchodzą do chałup.

Zwidy jakie macie?

"15 grudnia ub.r. Józef B. wybrał się rowerem do sklepu mięsnego. Pech chciał, że wracając do domu z zakupioną wędliną na swojej drodze spotkał trzy osoby: najpierw dwóch kolegów, z którymi wypił dwie wódki, a potem miejscowego policjanta, który oprócz kary grzywny w wysokości 200 zł wręczył zakaz prowadzenia pojazdów i odwiózł do aresztu" ("TP" 2/01).

Hanka z Murzasichla ma piękny, tęgi warkocz, dwoje dzieci i uśmiech nastolatki - lubi słodkie CinCin tylko od święta. Haftując kolorowe parzenice na koszuli wyjaśnia: - Ten chłop co nie pije, nie pali - to go mysami cuć. Ale bez przesady.

Hanka pamięta, jak przed kilkunastu latyz sąsiadką znalazły złoty środek na męża, który nie znał umiaru. - Cwaniak był, krucafuks. Już w robocie z czerwoną gębą od gorzałki woził koniem turystów Doliną Kościeliską. Wracał z pracy i prosto do stajni. Wiedział, że jak od razu nie posłuży u konia, to na drugi dzień na kacu rady nie da. Jak już nakarmił, poczyścił, do karczmy ruszał w tany. Wzięłyśmy się więc raz na sposób: on z chałupy, my do stajni i dalej konia złotą farbą w talary malować. Blisko zadu końskiego podciągłyśmy wóz, a z przodu w góralską cuchę, w kapelusz grabie ubrałyśmy. Tak postawiłyśmy woźnicę. Pijok w nocy wrócił. Zajrzał do konia i rykiem całą chałupę obudził. A żona spokojnie, tylko w głowę się puka: zwidy jakie macie? Mi wszystko w stajni normalnie się widzi, do lekarza idźcie!

Rasa wulkaniczna

"Zbigniew J. z miejscowości Sierpc o godzinie 8.00 rano jechał samochodem przez środek Krupówek mając 3,36 promila alkoholu we krwi. Mężczyzna prowadził Forda bez prawa jazdy, które zatrzymano mu wcześniej również za jazdę w stanie nietrzeźwym" ("TP" 13/01).

Jasiek Karpiel Bułecka z Zakopanego, architekt, muzyk o posturze Janosika, teatralnie bije się w szeroką pierś i pokrzykuje: - Alkoholików u nas nie ma! Górale piją twórczo! Przecież widać, jak Podhale wygląda. Te domy, potężne, solidne nie powstały z resztek niedopitych. Jasiek tłumaczy, że góral musi się napić, bo jego kraina ma złożone pochodzenie etniczne: czynnik polski to jakieś sześćdziesiąt procent, reszta to mieszanka bałkańska, niemiecka i najróżniejsze inne wpływy. Jednym słowem rasa wulkaniczna. - Tu wykształcił się inny człowiek, odcięty od świata górami, podszyty wiatrem halnym. Jasiek jak każdy Podhalańczyk powtarza za śp. księdzem Józefem Tischnerem: "Żeby górale nie pili, toby się wyzabijali" i dodaje: - Jest też inny ksiądz, który propaguje na Podhalu całkowitą abstynencję. Ale to jest bzdura i nigdy do tego nie dojdzie. Jak jest wesele bezalkoholowe, to ono nigdy nie jest wesołe. Dlaczego? Bo zawsze sztuczne.

Na koniec Jasiek zachwala: - Tu też kaca nikt nie ma! Czasem, może jak się kto w kierpcach prześpi, to na drugi dzień go głowa boli

Oceń treść:

0
Brak głosów

Komentarze

Wrak (niezweryfikowany)
Ja tez nigdy kaca nie mialem, mimo, ze ostro popic lubie... To chyba dlatego, ze rodzina matki z gor pochodzi... ;-)
Józek Beskicka (niezweryfikowany)
Żałosne.
Zajawki z NeuroGroove
  • 2C-I

Wpakowałem się na imprezę z dziewczyną, na początku wlałem w siebie trochę alkoholu (całkiem sporo jak na mnie). Chciałem się także załapać na zioło, którego zapach unosił się w ubikacji, ale już wszystko poszło z dymem, kiedy zapytałem :)

  • Grzyby halucynogenne
  • Przeżycie mistyczne

Znajduje się w raporcie

Dawno mnie tu nie było i jakoś nie miałem ochoty zabrać się za raporty ale mam trochę czasu więc opowiem wam moje doświadczenia z wojownikami psylocybami. Opiszę tu 6 tripów - 3 samotne i 3 z towarzyszami oraz to jak na mnie wpłynęły.

Pierwsza wycieczka: 2G

  • Szałwia Wieszcza

Nie było to moje pierwsze spotkanie z Salvią, paliłem wcześniej zarówno ekstrakt jak i liście, nie uzyskałem jednak satysfakcjonujących efektów. Tym razem się przyłożyłem, skonstruowałem wymyślny cybuch do równie wymyślnej fajki wodnej, sprawdziłem po jakim czasie palnik się wypala. Minuta, czyli w sam raz. Do dyspozycji(Thanks for dr. Zielarz) miałem 3 duże, 2 małe liście i łodygę, która podobno również zawiera Salvinorin. Pocięłem łodygę na kwałeczki, pokruszyłem liście i podzieliłem wszystko na dwie części po około 0,7g.

  • 25I-NBOMe
  • Pierwszy raz

Jak zwykle wynajęty pokój. Dobry humor z okazji końca sesji.

25I-NBOME nie ma smaku, ale nie je się go dla kulinarnych walorów. Pozwala za to zostać fraktalem.

 

randomness