REKLAMA




Narkotyki zakontraktowane w myjni

paczki z amfetaminą

Anonim

Kategorie

Źródło

Dziennik Łódzki

Odsłony

2776

Rozbicie międzynarodowej grupy narkotykowych przemytników to wynik współpracy policjantów z łódzkiego Centralnego Biura śledczego i wydziału do zwalczania przestępczości zorganizowanej w Warzburgu

W tirach z Łodzi do Niemiec i Holandii przewozili paczki z amfetaminą. W drodze powrotnej wkładali w instalacje gazowe ciężarówek marihuanę i haszysz. Sprzedaż szła w obie strony, a ponieważ towar odbierali u producentów, więc jedno euro, zainwestowane w kraju, po powrocie przynosiło ośmiokrotny zysk.

O tym, że handel narkotykami to interes nie tylko zyskowny, ale i ryzykowny, przekonało się dziewięć osób, skazanych w Bawarii na kary od trzech do sześciu lat więzienia. Rozbicie międzynarodowej grupy narkotykowych przemytników to wynik współpracy policjantów z łódzkiego Centralnego Biura śledczego i wydziału do zwalczania przestępczości zorganizowanej w Warzburgu.

Organizator tego przemytu, 40-letni Krzysztof W. z Sokołowa Podlaskiego, czeka na proces w łódzkim areszcie śledczym. Prokuratura Okręgowa w Łodzi przygotowuje dla niego i pięciu innych członków grupy akt oskarżenia.

Za łatwym groszem

Krzysztof W. wyjechał do Holandii przed pięciu laty. Został zaangażowany do pracy w myjni samochodowej dla tirów w miejscowości Venlo, tuż przy niemieckiej granicy. Dorabiał, sprowadzając na Podlasie używane samochody.

W Holandii poznał emigrantów z Ukrainy, którzy pracowali nocami na nielegalnych plantacjach marihuany i haszyszu. Dla W. zajęcie też się znalazło. Dowiedział się, że miękkie narkotyki można nabyć w Holandii dosłownie za grosze, a w Polsce ten sam towar kosztuje cztery razy drożej.

W myjni poznał Marcina J., 26-latka ze Zgierza, który mieszkał od kilku lat w Niemczech. Przyjechał z ojcem Tadeuszem J. (lat 48), kierowcą tira. Obaj szukali łatwego grosza.

Groźne "Grześki" z Bałut

33-letni Grzegorz F. i 32-letni Grzegorz M. znani byli w środowisku handlarzy nielegalnym alkoholem na Bałuckim Rynku. Krążą legendy, że ochraniali tiry przywożące do Łodzi spirytualia. Ich widok budził respekt, a w środowisku mieli poważanie, bo widywano ich w towarzystwie Tadeusza S., jednego z domniemanych szefów łódzkiej "ośmiornicy". Zajmowali się także wstawianiem automatów do salonów i barów. W interesach działali roztropnie, inwestując w nieruchomości: domy w okolicach Aleksandrowa i mieszkania własnościowe w Łodzi.

Nie wiadomo, kiedy zainteresowali się narkotykami. Policjanci ustalili, że po amfetaminę zgłosił się do nich Marcin J. Dwukrotnie wziął w komis trzykilogramowe paczki i rozliczył się z towaru. Gdy za trzecim razem poprosił o 15 kg, "Grześki" z Bałut postanowiły włączyć się do interesu.

W Łodzi kilogram amfetaminy (99 procent czystości) można nabyć w hurcie za 8 tys. zł, podczas gdy za naszą zachodnią granicą płacą 15 tys. zł (w przeliczeniu z euro), ale można im też podrzucić amfetaminę wymieszaną pół na pół z talkiem, sodą oczyszczoną czy kreatyną.

Stać! Policja

Narkotyki zostały przewiezione z Łodzi samochodem osobowym i przeładowane do tira w okolicach Wrocławia. Wiktor J. dla zmylenia celników pojechał cysterną, przewożącą ciekłe substancje na polsko-czeskie przejście do Kudowy, a do Niemiec dostał się od strony południowej. Kiedy znalazł się w Bawarii, zacierał ręce z radości. Piętnaście woreczków z amfetaminą leżało w szoferce na wyciągnięcie ręki. Poczuł się bezpiecznie, gdy we wstecznym lusterku ujrzał znajomą hondę, którą podróżowały "Grześki" z Bałut. Umówili się na przejęcie towaru w Dettelbach koło Warzburga. Część miała zostać w Niemczech, a część zostać przewieziona do Holandii, do Krzysztofa W.

Jakież było zdziwienie całej trójki, gdy na parkingu usłyszeli łamaną polszczyzną: Stać! Policja. Funkcjonariusze wydziału do zwalczania przestępczości zorganizowanej z W?rzburga zatrzymali także trzech swoich rodaków, którzy rozprowadzali towar z ł?odzi w Bawarii. Amfetamina, która po odebraniu z laboratorium miała prawie sto procent czystości, dotarła do Niemiec jako proszek o czystości 40 procent.

Zatrzymany na pasach

Krzysztof W. zapadł się pod ziemię. Listy gończe rozesłane przez niemiecką policję nie skutkowały. Łódzkie CBś otrzymało jednak informację, że przyjedzie spotkać się z rodziną w Jastrzębiej Górze. Był lipiec, w 15-tysięcznym miasteczku przebywało 30 tysięcy turystów. Zatrzymanie szefa grupy zlecono gdańskim policjantom.

Przyjechali do Jastrzębiej Góry bez większych nadziei i przypadkiem zobaczyli Krzysztofa W., wychodzącego ze sklepu. Kiedy przechodził przez jezdnię, otworzyły się przed nim drzwi i usłyszał to samo, co wcześniej jego kompani: stać, policja!

Niebawem do aresztu trafili także: jego żona Agnieszka (lat 36), brat Michał (lat 33) i kolega Andrzej K. (lat 32), którzy zajmowali się dystrybucją marihuany na Podlasiu. Osoby zatrzymane w Polsce czekają na proces. (jusz)

Oceń treść:

0
Brak głosów