REKLAMA




Narkodeforestacja: co to jest, i dlaczego lasy są niezauważaną ofiarą narkotyków?

Istnieje specjalnie stworzona nazwa odnosząca się do negatywnego wpływu narkotyków na lasy, którą jest właśnie „narkodeforestacja”, czyli inaczej mówiąc wylesiania związane z produkcją, jak i konsumpcją narkotyków. O dziwo narkodeforestacja nie ma miejsca tylko w krajach rozwijających się, ale występuje również w krajach wysoko rozwiniętych, takich jak na przykład USA.

pokolenie Ł.K.

Kategorie

Źródło

Monitor Leśny
Rafał Chudy

Odsłony

152

Jedną z niezauważanych ofiar użytkowników kokainy i marihuany są lasy. Istnieje nawet specjalnie stworzona nazwa odnosząca się do negatywnego wpływu narkotyków na lasy, którą jest właśnie „narkodeforestacja”, czyli inaczej mówiąc wylesiania związane z produkcją, jak i konsumpcją narkotyków. O dziwo narkodeforestacja nie dzieje się tylko w krajach rozwijających się, ale występuje również w krajach wysoko rozwiniętych, takich jak na przykład USA. W tym poście, chciałbym zaprezentować Wam dwie sytuacje, w których narkodeforestacja ma miejsce. Myślę, że obie Was zaskoczą i będą ciekawostką.

Kokaina zabija lasy w Ameryce Centralnej

Powyższy tytuł nie powinien być dla wielu zaskoczeniem. Nie wiem jak Wy, ale jak ja sobie marzę, na przykład, o wyprawie do lasów kolumbijskich, to pierwsze zagrożenie jakie przychodzi mi do głowy, to nie jest tam jakiś jadowity wąż, pająk czy drapieżnik, ale handlarze narkotyków i ich nielegalne plantacje koki. Od razu Pablo Escobar stoi przed moimi oczami i jego cały gang z Medellín. Natknięcie się na taką plantację, za pewne, nie wróży nic dobrego. Jednakże, to nie plantacje koki, z których produkuje się kokainę, stoją często za narkodeforestacją w Ameryce Południowej, a zwłaszcza w Centralnej. Oryginalnie termin „narkodeforestacja”, stworzony przez naukowców z Uniwersytetu Stanowego w Oregonie (USA), wskazuje nie na proces wylesiania lasów pod plantacje koki, lecz na proces wylesiania lasów pod budowę luksusowych haciend dokonywany przez samych baronów narkotykowych, którzy chcą wyprać swoje brudne pieniądze z handlu narkotykami.

David Wrathall, geograf i współautor ostatnio opublikowanego artykułu w Environmental Research Letters, powiedział:

Otóż, okazuje się, że jedną z najlepszych metod wyprania brudnych pieniędzy z handlu narkotykami jest zagrodzenie wielkiej połaci leśnej, wycięcie drzew i zbudowanie swojego rancza z bydłem. Jak do tej pory, jest jeden z nierozpoznanych czynników za wylesieniami i degradacją lasów w Ameryce Centralnej.

Według badań i samego artykułu, handel kokainą może być odpowiedzialny za ponad 30% wszystkich wylesień w Hondurasie, Gwatemali, Nikaragui w ciągu ostatniej dekady.

David Wrath w wywiadzie udzielonym OregonLive wspomniał, że narkodeforestacja mogła zostać zapoczątkowana przez tak zwaną „wojnę z narkotykami”, czyli polityce promowanej głównie przez USA, opierającej się na całkowitym braku tolerancji dla osób handlujących narkotykami, jak i je zażywającymi.

David Wrathall dodał:

Od roku 2000, Stany Zjednoczone zaostrzyły egzekwowanie przepisów dotyczących narkotyków na Karaibach i w Meksyku, co tylko „popchnęło” handlarzy narkotyków do udawania się w miejsca trudniejsze do inwigilacji i patrolowania. Lasy ameryki centralnej świetnie nadawały się do takich przedsięwzięć. Napływ brudnych pieniędzy z handlu narkotykami w te nowe obszary spowodował tylko to, że handlarze natychmiastowo zaczęli przystępować do ich prania.

D. Wrathall zaproponował kilka pomysłów na rozwiązanie problemu wylesień w Ameryce Centralnej. Po pierwsze, David wspomina, że należy doprowadzić do deeskalacji i demilitaryzacji „wojny z narkotykami”. Po drugie, kluczem do sukcesu może być wzmacnianie pozycji miejscowej ludności, którzy powinni zacząć sprzyjać funkcję włodarzy nad powierzonymi im, na zasadach prywatnych, lasami.

Marihuana zabija lasy w Ameryce Północnej

Druga sytuacja, którą chciałbym opisać i rozszerzyć jednocześnie termin narkodeforestacja to tak zwana „zielona gorączka”, którą przeżywa obecnie hrabstwo Humboldt w Kalifornii (USA). Tak w nawiasie, hrabstwo Humbodt nazywane jest często w USA „ziołowym niebem w Kalifornii Północnej”. Zielonej gorączki doświadczyli mocno Bułgarzy, Laotańczycy a także Teksańczycy, którzy zaczęli masowo zalewać to hrabstwo i zakładać na dużą skalę legalne plantacje marihuany na prywatnych posesjach, ale także i nielegalne „na dziko” w lasach publicznych. Wszystko zaczęło się od momentu, kiedy to Kalifornia kompletnie zalegalizowała marihuanę. Od tej chwili narkodeforestacja zaczęła wzrastać wykładniczo. Plantatorzy marihuany zaczęli wycinać drzewa pod swoje szklarnie z marihuaną, oraz pod strome drogi do nich prowadzące. Poniżej, możecie zobaczyć filmik (po angielsku, ale wiadomo o co chodzi), który pokazywał sytuację w hrabstwie Humboldt w roku 2012.

Głos w filmie mówi o około 600 miejscach wylesionych i wykorzystanych pod szklarnie z marihuaną na przełomie lat 2012/2013. Kiedy byłem na sympozjum „Mapping the Course 2017”, organizowanym w Vancouver, w stanie Waszyngton, na początku tego roku, jeden z prezenterów miał prezentację co się dzieje w Humboldt ostatnio. Wspomniał on między innymi o tym, że w 2017 roku już zaobserwowano 10 000 szklarni (niezły wzrost z 600 do 10 tys. przez 4 lata, nie?).

Największym zmartwieniem dotyczącym narkodeforestacji w hrabstwie Humboldt są ekosystemy majestatycznych sekwoi, o które ekolodzy i przyrodnicy walczyli zacięcie przez ostatnie lata, aby je chronić i odtwarzać.

Natalynne DeLapp, dyrektor Environmental Protection Information Center, powiedział in 2016 dla portalu EcoWatch:

Jedynym największym zagrożeniem dla naszego środowiska w tym momencie są nieuregulowane prawnie plantacje marihuany. W ciągu ostatnich 20 lat doświadczyliśmy wykładniczego wzrostu produkcji marihuany na wzgórzach hrabstwa Humboldt, co przyczyniło się do dewastacji środowiska przyrodniczego.

Osobiście, również bliżej przyjrzałem się temu „ziołowemu niebu” w Kalifornii za pomocą mapy Google, i obrazy jakie ujrzałem są naprawdę drastyczne. Na zdjęciach poniżej, możecie ujrzeć przybliżenia, aż do pojedynczych szklarni marihuany, obok miasta Briceland. Tak, te żółte kropki to wylesione tereny pod szklarnie.

Moja krótka opinia

Protesty przyrodników w Kalifornii (uważam, że to lepsza nazwa niż pejoratywne – ekocentryści czy ekologianie, tak często słyszane z ust Dyrektora LP) można śmiało porównać do protestów przyrodników w Polsce odnośnie możliwości wycinania drzew na własnym podwórku.

Jeśli chodzi o prywatne posesje na których właściciele wylesili teren i założyli szklarnie marihuany, to myślę, że przyrodnicy raczej nie mają szans. Nawet w tak lewackich stanach, jakimi właśnie są stany zachodnie USA (np. Kalifornia, Oregon, Waszyngton). Mówię, lewackie gdyż te stany są kompletnym zaprzeczeniem stanów południowo-wschodnich (tj. Georgia, Floryda, Texas). Tutaj ludzie dość często stają po stronie państwa i jego interwencji w życie zwykłych ludzi. Te stany były zawsze po stronie Demokratów i chyba już nic tego nie zmieni. Jednakże, prawo własności, bez względu na stan, jest w USA święte (czego niestety nie można powiedzieć o Polsce).

Innymi słowy, gdyby przyrodnicy chcieli wpłynąć na decyzję prywatnych właścicieli działek o zaprzestaniu hodowania marihuany, to musieliby im to jakoś zrekompensować (np. finansowo). Taki argument z reguły gasi zapędy przyrodników. Dlatego też większe szanse mają przyrodnicy jeśli chodzi o walkę na ziemiach publicznych, które zawsze były i będą podatne na tego rodzaju akcje. Mogą oni mianowicie tropić nielegalnych plantatorów i donosić na nich na policję, czy do innych urzędów. Co mogą zrobić jeszcze? Ponadto, przyrodnicy mogą pozwać władze stanu Kalifornia za błędne decyzje odnośnie miejscowego planu zagospodarowania terenu (o ile taki w ogóle istnieje) i przeznaczeniu terenów cennych przyrodniczo na prywatne działki. Pozwy sądowe są w USA normą, i szanse przyrodników oceniam na spore. W Stanach dość często ludzie pozywają publiczne instytucje i wygrywają.

W Polsce jak myślę o takich pozwach to mam tylko przed oczyma sprawę np. Romana Kluski z Optimusa i piekło jakie mu urząd skarbowy zgotował. Ogólnie, ten drugi argument o planie zagospodarowania terenu, bardziej dotyczy Polski, w której mamy do czynienia z kompletnym bałaganem, gdzie ktoś może postawić sobie dom. Uważam, że plany zagospodarowania przestrzennego robione są często tak bezmyślnie, że często zamiast wydzielać specjalne obszary pod budowę domostw, mamy krajobraz całkowicie pofragmentowany niczym ser szwajcarski, albo właśnie niczym prywatne działki leśne…

Źródło: Sessnie E et al. 2017. A spatio-temporal analysis of forest loss related to cocaine trafficking in Central America. Environmental Research Letters, Volume 12, Number 5.

Oceń treść:

Average: 10 (2 votes)
randomness