Dżentelmeni nie rozmawiają o narkotykach

Guy Ritchie nakręcił film o dilerze narkotyków. Niestety, o narkotykach nie dowiemy się z niego nic ciekawego.

pokolenie Ł.K.

Kategorie

Źródło

Narkopolityki
Łukasz Muniowski
Komentarz [H]yperreala: 
Tekst stanowi przedruk z podanego źródła. Pozdrawiamy!

Odsłony

277

Guy Ritchie nakręcił film o dilerze narkotyków. Niestety, o narkotykach nie dowiemy się z niego nic ciekawego.

Głównym bohaterem filmu Dżentelmeni jest diler marihuany. W jego roli obsadzony został Matthew McConaughey, aktor znany z klasycznych stoner movies jak Uczniowska balanga i bardzo niedoceniony Plażowy haj. Ten wybór castingowy mógłby sugerować, że Ritchie będzie chciał powiedzieć swoim nowym obrazem coś o substancjach psychoaktywnych. Okazji do tego nie brakuje – narkotyki w Dżentelmenach są wszędzie i występują pod różnymi postaciami. Niestety, widać, że przy pracy nad scenariuszem nie pojawił się nawet cień refleksji nad tym, czym właściwie są i jaką rolę pełnią w kulturze.

Dla Ritchiego nie są niczym więcej niż rekwizytem, zakazanym owocem, który kusi egzotyką. Reżyser w wywiadach unika odpowiedzi na pytania o stosunek do legalizacji konopi, mówiąc, że nie jest pewien swojego stanowiska. Wystarczy jednak spojrzeć na jego dotychczasowe filmy, żeby poznać odpowiedź. Autorowi gangsterskich komedii opłaca się narkotykowe status quo. Narkotyki to nieodzowny element półświatka, który tak upodobał sobie Ritchie. W RocknRolla pokazuje zniszczonych przez życie heroinistów. W Porachunkach cała intryga osnuta jest wokół nielegalnych upraw marihuany. W Revolverze dorzuca do mieszanki hazardzistów, a w Przekręcie rosyjskich gangsterów.

Wiesz, co się liczy

Mickey Pearson, główny bohater Dżentelmenów, jest prominentnym dilerem, mieszka w Anglii, ale pochodzi z Ameryki. Chce zostawić za sobą nielegalny biznes i cieszyć się zasłużoną emeryturą. Mickey ma talent do wszystkiego, czego się dotknie. Dostał się na Oxford, ale rzucił studia, by zająć się zarabianiem naprawdę poważnych pieniędzy, handlując ziołem. Potencjalny kupiec biznesu Mickeya, miliarder Matthew Berger (Jeremy Strong), jest pod wrażeniem przestępczej infrastruktury, ale próbuje zbić cenę, co prowadzi do serii intryg i zwrotów akcji, do których reżyser już zdążył przyzwyczaić swoją widownię w poprzednich filmach. Jak zwykle serwuje skręta z cockneya, strzelanin, pościgów, żartów śmiesznych i mniej śmiesznych.

W najnowszym filmie widać jedynie echa zmian, które dotyczą narkotyków w świecie pozafilmowym. Berger w pewnym momencie stwierdza, że cała operacja Michaela w szerszej perspektywie pozbawiona jest sensu z racji nieuchronnej legalizacji. Ritchie nie jest jednak zainteresowany tym wątkiem. Nie eksploruje tego, jak zmiany w prawie narkotykowym wpływają na filmowe postaci.

Tak samo jak jego bohaterowie czerpie korzyści z faktu, że obrót marihuaną pozostaje zakazany. Bo przecież nie ma nic bardziej nudnego niż zakup grama konopi w legalnym kalifornijskim sklepie. Gangsterskie porachunki mają dużo większy dramatyczny potencjał. Legalna uprawa konopi nie robi takiego wrażenia jak podziemna „blantacja”; powielone komputerowo niemal do granic absurdu sztuczne roślinki mają zachwycać liczbą, tworząc wrażenie imperialnej potęgi – w końcu rzecz dzieje się w Wielkiej Brytanii.

Chiński smok

Bohaterowie Dżentelmenów handlujący ziołem mają ewidentny problem z heroiną i jej użytkownikami. Traktują ich po prostu z obrzydzeniem. Gdy Ray (Charlie Hunnam), prawa ręka Mickeya, zostaje wysłany do nory heroinistów, daje im wykład o tym, jak bezsensowne jest branie tej używki, skoro jej moc uzależniająca jest tak dobrze znana. Zasuszeni i bladzi, mogą tylko słuchać błyskotliwego Raya, który zachwala zalety starych i sprawdzonych sposobów odurzania się, jak miks pół na pół z tytoniem, butelka wina i Barry White w głośnikach. Kręci nawet jointa, by pokazać młodym, jak się to robi, po czym zaciąga się kilka razy i wyrzuca go do zlewu. Widocznie wypicie całej butelki whisky nie jest czymś strasznym, ale do marihuany lepiej podchodzić ostrożnie, kilka buszków wystarczy.

W innej scenie Mickey utwierdza się w przekonaniu o swojej wyższości moralnej nad chińskim gangsterem George’em, który handluje heroiną. Zarzuca mu i jego produktowi, że „niszczą świat”. Jego monolog zestawiony jest z obrazkami przedawkowania nastoletniej dziedziczki Laury, którą Ray dopiero co wyciągnął z meliny.

Napięcie między białymi i Chińczykami przez cały film jest trochę podejrzane. Nie dość, że Ritchie wpisał do scenariusza żałosne żarty z obcobrzmiących nazwisk, to zdaje się przypisywać im odpowiedzialność za rozprzestrzenianie się heroiny po świecie.

Konsekwentny konserwatyzm

Ritchie nigdy nie zanurza się na tyle głęboko w świat przestępczy, by podjąć choćby próbę zrozumienia swoich bohaterów i ich motywacji. Gangsterka w jego wydaniu to atrakcja w parku rozrywki, momentami efektowna i przyjemna, ale wyrzucona z pamięci zaraz po tym, gdy przejażdżka się kończy. Broń i narkotyki to wymowne rekwizyty, których wartość podnosi fakt, że nie każdy z widzów ma do nich dostęp, pewnie nawet nie każdy widział je na własne oczy.

Z kolei wszechobecność marihuany to relatywnie bezpieczna transgresja, na którą nawet establishment przymknie oko. Zatrzymanie jej w szarej strefie służy bowiem zbyt wielu stronom. Dżentelmeni to film, który działa, dopóki świat w nim przedstawiony spowity jest aurą tajemniczości. Kiedy dojdzie już do tej legalizacji rynku konopnego, w sprawie której Ritchie wciąż nie wyrobił sobie zdania, jego filmowe dzieła bardzo niekorzystnie się zestarzeją.

Oceń treść:

Average: 8 (1 vote)
Zajawki z NeuroGroove
  • Grzyby halucynogenne
  • Użycie medyczne

Codzienna depresja

Cześć wszystkim,

dzisiaj nie będzie o kosmitach, czy sigma Plateau. Dzisiejsza opowieść to opowieść o upadku i ponownych narodzinach. Opowiem Wam jak zaczęła i jak zakończyła się moja przygoda z amfetaminą, a na koniec jako bonus dorzucę historię o pożegnaniu z kodeiną. Mam nadzieję, że komukolwiek to pomoże, jeśli zobaczy, że nie jest sam i rozpozna u siebie pułapki myślenia, w które wpadałem ja.

Moja historia z amfetaminą

  • LSD-25

Jakis czas temu , zdaje sie ze z rok postanowilem zrobic sobie uczte,

kupilem 2 kwasy, mialem je zarzucic z kumplem ale zdaje sie ze mial

jakies egzaminy, wiec przelezaly jakis tydzien, az pewnego wieczoru cos

mnie podkusilo i zjadlem je sam. zaczelo sie jak zwykle ,lekkie

naspidowanie itd. , puscilem pink floyd i po jakims czasie wszystko

wygladalo jak choinka na boze narodzenie , cienie tanczyly, wzorki na

tapecie i wykladzinie przesuwaly sie i zmienialy kolory, muzyka plynela

  • LSD-25
  • Tripraport

Pozytywne nastawienie, chęć przeżycia samotnego nocnego tripa, domek nad jeziorem, pełnia księżyca, Jowisz na południowym niebie, niecały miesiąc do przesilenia letniego. 24h bez jarania trawy (dla mnie to spora przerwa) 3 piwa wypite w ciągu dnia, ostatni łyk ponad 2h przed zarzuceniem

T+0

Około północy zarzuciłem karton i wyszedłem z kumplem połazić nad jezioro i inne miejsca pogadać, w domu spał mój brat i rano wstawał do pracy, więc nie chcieliśmy hałasować

T+90min.

  • Grzyby halucynogenne
  • Retrospekcja

wszystko opiszę w tripie

Od małego miałem problemy ze sobą, a właściwie z rodziną. Napierdalali mnie ojciec, matka, siostra, brat, i w chuj osób w szkole. Bałem się wszystkiego i wszystkich, a wystarczyło żeby ktoś krzyknął i prawie sikałem w majtki. Szukałem miłości, akceptacji i ciepła. Chciałem pomagać, a czasami jak widziałem jak komuś dzieje się krzywda czułem niemal fizyczny ból. Byłem jednym z tych gości, którym zabieraliście kanapki, podstawialiście nogę w szkole na korytarzu, laliście w pysk, wyrzucaliście rzeczy do kibla w akademiku. Pizdą.

randomness