Dżentelmeni nie rozmawiają o narkotykach

Guy Ritchie nakręcił film o dilerze narkotyków. Niestety, o narkotykach nie dowiemy się z niego nic ciekawego.

pokolenie Ł.K.

Kategorie

Źródło

Narkopolityki
Łukasz Muniowski
Komentarz [H]yperreala: 
Tekst stanowi przedruk z podanego źródła. Pozdrawiamy!

Odsłony

270

Guy Ritchie nakręcił film o dilerze narkotyków. Niestety, o narkotykach nie dowiemy się z niego nic ciekawego.

Głównym bohaterem filmu Dżentelmeni jest diler marihuany. W jego roli obsadzony został Matthew McConaughey, aktor znany z klasycznych stoner movies jak Uczniowska balanga i bardzo niedoceniony Plażowy haj. Ten wybór castingowy mógłby sugerować, że Ritchie będzie chciał powiedzieć swoim nowym obrazem coś o substancjach psychoaktywnych. Okazji do tego nie brakuje – narkotyki w Dżentelmenach są wszędzie i występują pod różnymi postaciami. Niestety, widać, że przy pracy nad scenariuszem nie pojawił się nawet cień refleksji nad tym, czym właściwie są i jaką rolę pełnią w kulturze.

Dla Ritchiego nie są niczym więcej niż rekwizytem, zakazanym owocem, który kusi egzotyką. Reżyser w wywiadach unika odpowiedzi na pytania o stosunek do legalizacji konopi, mówiąc, że nie jest pewien swojego stanowiska. Wystarczy jednak spojrzeć na jego dotychczasowe filmy, żeby poznać odpowiedź. Autorowi gangsterskich komedii opłaca się narkotykowe status quo. Narkotyki to nieodzowny element półświatka, który tak upodobał sobie Ritchie. W RocknRolla pokazuje zniszczonych przez życie heroinistów. W Porachunkach cała intryga osnuta jest wokół nielegalnych upraw marihuany. W Revolverze dorzuca do mieszanki hazardzistów, a w Przekręcie rosyjskich gangsterów.

Wiesz, co się liczy

Mickey Pearson, główny bohater Dżentelmenów, jest prominentnym dilerem, mieszka w Anglii, ale pochodzi z Ameryki. Chce zostawić za sobą nielegalny biznes i cieszyć się zasłużoną emeryturą. Mickey ma talent do wszystkiego, czego się dotknie. Dostał się na Oxford, ale rzucił studia, by zająć się zarabianiem naprawdę poważnych pieniędzy, handlując ziołem. Potencjalny kupiec biznesu Mickeya, miliarder Matthew Berger (Jeremy Strong), jest pod wrażeniem przestępczej infrastruktury, ale próbuje zbić cenę, co prowadzi do serii intryg i zwrotów akcji, do których reżyser już zdążył przyzwyczaić swoją widownię w poprzednich filmach. Jak zwykle serwuje skręta z cockneya, strzelanin, pościgów, żartów śmiesznych i mniej śmiesznych.

W najnowszym filmie widać jedynie echa zmian, które dotyczą narkotyków w świecie pozafilmowym. Berger w pewnym momencie stwierdza, że cała operacja Michaela w szerszej perspektywie pozbawiona jest sensu z racji nieuchronnej legalizacji. Ritchie nie jest jednak zainteresowany tym wątkiem. Nie eksploruje tego, jak zmiany w prawie narkotykowym wpływają na filmowe postaci.

Tak samo jak jego bohaterowie czerpie korzyści z faktu, że obrót marihuaną pozostaje zakazany. Bo przecież nie ma nic bardziej nudnego niż zakup grama konopi w legalnym kalifornijskim sklepie. Gangsterskie porachunki mają dużo większy dramatyczny potencjał. Legalna uprawa konopi nie robi takiego wrażenia jak podziemna „blantacja”; powielone komputerowo niemal do granic absurdu sztuczne roślinki mają zachwycać liczbą, tworząc wrażenie imperialnej potęgi – w końcu rzecz dzieje się w Wielkiej Brytanii.

Chiński smok

Bohaterowie Dżentelmenów handlujący ziołem mają ewidentny problem z heroiną i jej użytkownikami. Traktują ich po prostu z obrzydzeniem. Gdy Ray (Charlie Hunnam), prawa ręka Mickeya, zostaje wysłany do nory heroinistów, daje im wykład o tym, jak bezsensowne jest branie tej używki, skoro jej moc uzależniająca jest tak dobrze znana. Zasuszeni i bladzi, mogą tylko słuchać błyskotliwego Raya, który zachwala zalety starych i sprawdzonych sposobów odurzania się, jak miks pół na pół z tytoniem, butelka wina i Barry White w głośnikach. Kręci nawet jointa, by pokazać młodym, jak się to robi, po czym zaciąga się kilka razy i wyrzuca go do zlewu. Widocznie wypicie całej butelki whisky nie jest czymś strasznym, ale do marihuany lepiej podchodzić ostrożnie, kilka buszków wystarczy.

W innej scenie Mickey utwierdza się w przekonaniu o swojej wyższości moralnej nad chińskim gangsterem George’em, który handluje heroiną. Zarzuca mu i jego produktowi, że „niszczą świat”. Jego monolog zestawiony jest z obrazkami przedawkowania nastoletniej dziedziczki Laury, którą Ray dopiero co wyciągnął z meliny.

Napięcie między białymi i Chińczykami przez cały film jest trochę podejrzane. Nie dość, że Ritchie wpisał do scenariusza żałosne żarty z obcobrzmiących nazwisk, to zdaje się przypisywać im odpowiedzialność za rozprzestrzenianie się heroiny po świecie.

Konsekwentny konserwatyzm

Ritchie nigdy nie zanurza się na tyle głęboko w świat przestępczy, by podjąć choćby próbę zrozumienia swoich bohaterów i ich motywacji. Gangsterka w jego wydaniu to atrakcja w parku rozrywki, momentami efektowna i przyjemna, ale wyrzucona z pamięci zaraz po tym, gdy przejażdżka się kończy. Broń i narkotyki to wymowne rekwizyty, których wartość podnosi fakt, że nie każdy z widzów ma do nich dostęp, pewnie nawet nie każdy widział je na własne oczy.

Z kolei wszechobecność marihuany to relatywnie bezpieczna transgresja, na którą nawet establishment przymknie oko. Zatrzymanie jej w szarej strefie służy bowiem zbyt wielu stronom. Dżentelmeni to film, który działa, dopóki świat w nim przedstawiony spowity jest aurą tajemniczości. Kiedy dojdzie już do tej legalizacji rynku konopnego, w sprawie której Ritchie wciąż nie wyrobił sobie zdania, jego filmowe dzieła bardzo niekorzystnie się zestarzeją.

Oceń treść:

Brak głosów
Zajawki z NeuroGroove
  • Dekstrometorfan
  • Katastrofa

odklejenie, nawet nie do końca świadomość, że będę ćpać

Jest to raport nietypowy, ale obiecuję, że już ostatni - na temat DXM/DXO.

Tym razem o moim rekordzie. Jak można przeczytać w poprzednich raportach, 450mg dawało mi delirium i halucynacje kosmitów, a 600mg posyłało na IV Plateau. Jednak jeszcze zanim się o tym przekonałem, moją pierwszą dawką powyżej 330, było... 810mg. Rozłożone w czasie na 3 dawki, więc "funkcjonowałem" w świecie rzeczywistym 😆 to był najbardziej pojebany trip w moim życiu, a żadnej z 3 paczek Acodinu nie kupiłem sam.

  • Kodeina
  • Pierwszy raz

Wzgórze, 12-13 sierpień - noc spadających perseidów

Pierwszy raz z opoidami. Najśmieszniejsze jest to, że mieliśmy oglądać gwiazdy, a nie pamiętam szczerze żadnej.

 

17:00

Zapaliłem papierosa i spojrzałem na moich znajomych (powiedzmy, że będą to A, K, R) z ironicznym smutkiem w oczach, po chwili gałki oczne zostany zwrócone w stronę zarzącego się ogniska, a później na A - "Ej no, kołujemy się na coś czy nie?" - odpowiedziałem, że na mieście jest syf, a zapasy K się skończyły. Po chwili otworzyłem swojego browara jak moi rówieśnicy i spoglądałem w niebo.

17:15

  • Etanol (alkohol)
  • Marihuana
  • Metoksetamina
  • Metylon
  • Miks
  • N2O (gaz rozweselający)

Brak pomysłu na imprezę psytrance, początkowo miało być na trzeźwo, jednak nastrój miejsca pociągnął za sobą decyzje o wrzuceniu czegokolwiek.

22:00

Trensy w klubie zawsze spoko. Super muzyka, piękne dekoracje, swoi ludzie. Akurat tak się złożyło, że dotarłam na miejsce wraz z otwarciem imprezy, sama - znajomi mieli dojechać później. Przywitałam się z tymi, których zastałam już na miejscu i znalazłam kącik, poduszeczkę, usiadłam, zapaliłam papierosa. Kupiłam piwo na barze. Spokojnie czekałam na znajomych.

23:00

  • MDMA (Ecstasy)








12:30 spożycie xtc ibn ladenów na spółę z samiczką