Amsterdam już nie chce narkoturystów. „Idea coffee shopów była szaleństwem w latach 70. i pozostała

„Idea coffee shopów była szaleństwem w latach 70. i pozostała nim do dziś”.

pokolenie Ł.K.

Kategorie

Źródło

Newsweek
Jacek Pawlicki
Komentarz [H]yperreala: 
Tekst stanowi przedruk z podanego źródła. Pozdrawiamy!

Odsłony

123

Burmistrz Amsterdamu Femke Fenema postuluje, by słynne na całym świecie coffee shopy stały się klubami tylko dla mieszkańców miasta. To początek końca polityki tolerancji wobec miękkich narkotyków.

Jeśli jej propozycję zaakceptuje rada miasta, do Amsterdamu będziemy jeździć głównie po to, by zobaczyć „Słoneczniki” van Gogha czy „Straż nocną” Rembrandta.

Pod koniec lat 90. pracowałem w Brukseli jako korespondent jednej z największych polskich gazet. Dwa, trzy razy do roku jeździliśmy do Amsterdamu na weekendowe wypady. Dojazd z Brukseli zajmował nam 2-3 godziny, więc w ciągu jednego dnia można było zwiedzić Rijksmuseum, przejść się wzdłuż kanałów, zjeść frytki z majonezem a na deser wypalić jointa w którymś z coffee shopów w centrum miasta.

Do Amsterdamu tylko po to, żeby zapalić jointa?

Wtedy nikt w Europie nie skarżył się jeszcze na zalew weekendowych turystów. Termin „overtourism” czyli „przeturystycznienie”, którego ofiarą padły w ostatnich kilku latach Wenecja, Dubrownik, Barcelona i właśnie Amsterdam miał się dopiero narodzić. U progu XXI wieku nikomu przez myśl nie przechodziło, że do zamieszkałego przez 700 tys. ludzi miasta poprzecinanego kanałami i wąskimi, klaustrofobicznymi uliczkami, przyjeżdżać może rocznie prawie 9 mln ludzi – a od od maja do października grubo ponad milion miesięcznie...

Po dwudziestu paru latach od moich weekendowych wypadów do Holandii w Amsterdamie kończy się tam pewna epoka. Władze lokalne z błogosławieństwem rządu ograniczają zarówno prostytucję w dzielnicy Czerwonych Latarni jaki i sprzedaż konopi indyjskich w kafejkach marihuanowych.

Od ponad 40 lat sprzedaż niewielkiej ilości miękkich narkotyków jest w Holandii dozwolona w koncesjonowanych kafejkach nazywanych popularnie coffee shopami. Jest ich w tym kraju 570, każda musi mieć licencję od lokalnych władz, podobną do naszej koncesji na sprzedaż alkoholu. Klient ma prawo kupić do 5 g marihuany i wypalić skręta w kafejce, albo zabrać towar ze sobą. Pod warunkiem oczywiście, że jest dorosły, to znaczy ukończył 18 lat.

Coffee shopy to dziecko „gedoogbeleid”, czyli narodzonej w połowie lat 70. za rządów lewicy polityki tolerancji wobec miękkich narkotyków. Polityka ta wywodziła się z liberalnego założenia, że skoro nie można czemuś zapobiec, trzeba starać się to kontrolować. Gedoogbeleid miała na celu wyciągnięcie miękkich narkotyków z rąk kryminalnego półświatka i kontrolowane zmniejszanie ich użycia.

Zdania co do tego, czy się powiodła są podzielone. Zwolennicy gedoogbeleid argumentują, że tak, bo w Holandii jest mniej przestępstw narkotykowych niż w innych krajach Europy. Przeciwnicy powiadają, że gedoogbeleid to fiasko, bo spożycie marihuany rośnie, zaś intratny biznes pozostał w rękach mafii. Zapominają jednak przy tym z reguły dodać, że państwo też coś z tego ma. Szacuje się, że działające w Holandii coffee shopy odprowadzają do fiskusa ok. 400 mln euro rocznie. Nie mówiąc już o milionach, które zostawiają w Amsterdamie turyści, wabieni perspektywą zapalenia jointa w jednej z kultowych kafejek. Takiej jak np. Grey Area, gdzie na jointa przyjeżdżali amerykański raper Snoop Dogg czy gwiazda country Willie Nelson.

Debata o tym, czy i jakie korzyści z legalizacji miękkich narkotyków mają holenderskie miasta toczy się od kilkunastu lat. Coraz częściej pojawia się w niej nowy argument – narkoturystyki. Stowarzyszenia mieszkańców, policja i władze miejskie Amsterdamu mają dosyć tłumów, które jeszcze przed pandemią wpadały na kilka godzin do miasta, by zapalić jointa i pooglądać kobiety wyginające się w burdelowych okienkach. Z badania zamówionego przez władze miasta w zeszłym roku wynika, że prawie 60 proc. myślących o przyjeździe do Amsterdamu cudzoziemców wybiera się tam głównie z uwagi na te dwie atrakcje. I nie bez powodu – w końcu nigdzie indziej w Europie tego nie doświadczą.

Koniec z marihuanową Mekką

– Marihuanowi turyści sprawiają problemy – mówi burmistrz Femke Fenema. – Nie chcemy turystów, którzy przyjeżdżają tylko po to, by się upić i upalić – tłumaczy. Fenema, rządząca Amsterdamem od 2018 roku, wywodzi się z postępowej, centrolewicowej partii GroenLinks (Zielona Lewica). Nie domaga się więc zamknięcia wszystkich kafejek marihuanowych czy delegalizacji miękkich narkotyków. Chodzi jej tylko o ograniczenie dostępności, słowem kontrolowanie rynku. – Rynek konopii indyjskich jest zbyt duży i przegrzany. Chcemy go zmniejszyć i sprawić, by był łatwy do kontrolowania – argumentuje Fenema.

Pani burmistrz uważa, że czas najwyższy pozbyć się łatki marihuanowej Mekki, jaka przylgnęła do jej rodzinnego miasta. – Amsterdam to miasto międzynarodowe. Chcielibyśmy przyciągać turystów, którzy przyjeżdżają ze względu na jego różnorodność i piękno, oraz ze względu na zaplecze kulturalne – mówi Fenema. Trudno jej odmówić racji. W Amsterdamie jest 50 różnych muzeów, w tym trzy, które mają renomę międzynarodową i przyciągają w sumie ponad 6 mln ludzi rocznie (dane z 2019 roku) – Rijksmuseum, Muzeum van Gogha i muzeum Dom Anny Frank. – Możemy być otwartym, gościnnym i tolerancyjnym miastem, będąc jednocześnie aglomeracją utrudniającą życia przestępcom i ograniczającą masową turystykę – zapewnia burmistrz.

Fenema nie ukrywa, że jeśli uda jej się wdrożyć w życie plan przedłożony niedawno radnym, ze 166 amsterdamskich coffee shopów przetrwa niespełna 70, bo większość działających obecnie, szczególnie te w ścisłym centrum, istnieje tylko dzięki marihuanowym turystom. Kiedy zmaleje popyt, zmniejszy się też podaż. Z badań wynika bowiem, że Holendrzy nie są bynajmniej największymi amatorami marihuany. Szacuje się, że w 17 mln kraju regularnie po „zioło” sięga ok 400 tys. ludzi. Dużo więcej marihuany palą Hiszpanie i Włosi.

Plan Fenemy jest prosty. Coffee shopy staną się „klubami” tylko dla mieszkańców czy rezydentów. Warunkiem korzystania z nich, czyli zaopatrywania się w trawkę albo palenia jej na miejscu, będzie członkostwo, której potwierdzeniem miałaby być karta klubowa nazywana po niderlandzku „wietpas” (zioło-karnet). Nie jest to żadna rewolucja, ani wielka nowość. Program pilotażowy z „wietpasami” ruszył na południu Holandii w 2012 roku. Od 2013 roku nowe przepisy teoretycznie obowiązują na terenie całego kraju, ale w Amsterdamie wszystko zostało po staremu. Władze obawiały się powiem efektów ubocznych takich regulacji – czyli bankructwa wielu coffee shopów a przede wszystkim przeniesienie się handlu marihuaną na ulicę. Takie właśnie były doświadczenia Maastricht, gdzie coffee shopy zamieniono na kluby dla mieszkańców osiem lat temu, a Niemcy czy turyści z Belgii dalej przyjeżdżali po konopie, tyle że kupowali ją „na czarno” od dilerów na ulicach.

Joachim Helms ze stowarzyszenia zrzeszającego właścicieli coffee shopów Bond van Cannabis Detaillisten przestrzega przed wylaniem dziecka z kąpielą. W jednym z wywiadów dla holenderskich mediów tłumaczył, że autorzy planu zapomnieli o pewnym istotnym fakcie – otóż w ciągu ostatnich kilkunastu lat marihuana stała się bardzo popularną na całym świecie i poszukiwaną używką. – Ludzie chcą po prostu zapalić jointa. Jeśli nie będą mogli zrobić tego w coffee shopie, zrobią to na ulicy – mówił Helms. Jego zdaniem nie da się administracyjnie zapobiec przyjazdom turystów, którym Amsterdam kojarzy się z dobrej jakości trawkę.

Handlem i tak rządzi mafia

Problem w tym, że uliczni dilerzy są powiązani z mafią narkotykową i bardzo często oferują swym klientom także twarde narkotyki – od amfetaminy po kokainę. W dodatku, o ile sprzedaż marihuany w koncesjonowanych lokalach można przynajmniej próbować jakoś kontrolować, to tej ulicznej kontrolować się nie da. Szacuje się, że czarny rynek miękkich narkotyków w Holandii wart jest 4,8 mld euro rocznie, podczas gdy holenderski rynek amfetaminy wyceniany jest już na 20 mld euro rocznie, zaś uchodzący za jego centrum Tilburg bywa nazywany „amfetaminową stolicą Europy”.

Profesor Pieter Tops, holenderski ekspert od zorganizowanej przestępczości powiada wręcz, że idea coffee shopów była szaleństwem w połowie lat 70. i pozostała szaleństwem do dzisiaj. Jako przykład podaje kwestię dostaw konopi do koncesjonowanych lokali. Otóż marihuana dostarczana jest bardzo często przez mafię, która nie płaci podatków, a sprzedawana jest jako towar legalny w świetle prawa. – To nie jest żadne rozwiązanie, tylko tworzenie problemu. To schizofreniczna rzeczywistość, do której jakoś przyzwyczailiśmy się przez ostatnie 40 lat – mówił w jednym z wywiadów. Z kolei Raimond Dufor z fundacji Netherlands Drugs Policy Foundation mówi wprost, że owszem, rynek miękkich narkotyków jest w Holandii regulowany, tyle że reguluje go mafia.

Problem szarej strefy w dostawach konopii indyjskich chce rozwiązać rząd Marka Ruttego. Sam premier nie jest zwolennikiem legalizacji miękkich narkotyków, a trzy różne kierowane przez niego gabinety dociskały śrubę coffee shopom na przestrzeni ostatnich 10 lat. Niebawem ruszy rządowy program pilotażowy, w ramach którego 79 coffee shopów (14 proc. wszystkich) będzie zaopatrywanych tylko przez koncesjonowanych producentów. Ma to pozwolić władzom na kontrolowanie i monitorowanie dostaw. Problem w tym, że kontrolowane dostawy dotyczyć będą tylko kafejek w 10 miastach: Arnhem, Almere, Bredzie, Groningen, Heerlen, Hellevoetsluis, Maastricht, Nijmegen, Tilburgu i Zaanstad. W największych i najczęściej odwiedzanych przez marihuanowych turystów miastach – tzn. Amsterdamie, Rotterdamie, Hadze czy Utrechcie wszystko zostanie po staremu.

Pandemia, w której dużo mniej turystów odwiedza Amsterdam to wręcz idealny czas do przeprowadzenia rewolucyjnych zmian w polityce wobec coffee shopów. Jeśli pani burmistrz się uda, w Holandii zakończy się jeden z najdłuższych eksperymentów dotyczących miękkich narkotyków na świecie.

Oceń treść:

Brak głosów
Zajawki z NeuroGroove
  • Grzyby halucynogenne

Cała rzecz zaczęła się wieczorem około 22 w niedziele... Miałem przygotowane około 60 grzybków z czego zjadłem 40,resztę zostawiając na później w razie braku efektów.:)) Zdecydowałem się tripować w domu jako miejscu bezpiecznym i komfortowym...

  • Grzyby halucynogenne
  • Marihuana
  • Pierwszy raz

Pozytywne nastawienie na nowe doświadczenie. Oszołomiony ciekawością działania grzybków. Las okalający wioskę w której spędziłem sporą część dzieciństwa. Starannie dobrane miejsce. Zagajnik otoczony mokradłami. Śpiew ptaków, szum drzew.

Godzina mniej więcej 14:50, bardziej mniej niż więcej.
Wyciągam odmierzoną porcję pieczarek. Waga wskazywała 1,5 grama. Odrzucam kilka egzemplarzy, nie wyglądają apetycznie. Finalnie wyszło pewnie z 1,2-1,3 grama. Z niechęcią rozgryzam suche kapelusze i łodygi, popijam sokiem pomarańczowym...

  • Kodeina
  • Pozytywne przeżycie

Słowem wstępu: przygodę z kodeiną zaczęłam parę miesięcy temu, początkowo dwie - trzy tabletki Antidolu lub Thiocodinu na łatwiejsze zaśnięcie i żeby zlikwidować wieczorny głód. Z czasem tabletek było więcej, aż wreszcie zaczęłam robić ekstrakcję. Najpierw z 1,5 opakowania, potem z 2. Ale w sumie nie było to nic ciekawego - po prostu wychillowanie na wieczór. A wczoraj uznałam, że muszę wreszcie coś naprawdę mieć z picia tego obrzydlistwa, więc wzięłam trzy opakowania...

  • Grzyby halucynogenne
  • Pozytywne przeżycie

Własne mieszkanie godzina 23.00, trzech dobrych znajomych. Pół mrok świeczki lampa w rogu pokoju. Okna pozasłaniane kotarami. Wygodne kanapy, fajki zapalniczka tabaka wszystko przy sobie. Dobrze mieć rzeczy przy sobie.

Trip report przeniesiony z forum hyperreal.info.

 

23.00 – Dzielimy grzyby i zaczynamy konsumpcje, początkowy pomysł na robienie zapiekanek został odrzucony. Grzyby zostały bezpośrednio przeżute i połknięte. Z głośników leci seta Infected Mushroom - Open KaZantip 16.

{Świetny set. Powinien być hymnem wszelkiej maści anarchistów idealnie oddaje emocje na grzybach. Wyraża bunt, drwi ze świata i życia.}