Alchemia Miłości

Rozmowa z prof. Jerzym Silberringiem z Collegium Chemicum Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie

Anonim

Kategorie

Źródło

Tygodnik Solidarność nr 21/2003
Katarzyna Śliwa

Odsłony

9336
Rozmowa z prof. Jerzym Silberringiem z Collegium Chemicum Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie
"Przy gwałtownym zakochaniu, pojawiają się peptydy opioidowe, mające m.in. działanie typowo oszałamiające. Są to endogenne morfiny. Podawane w doświadczeniach naukowych szczurom powodują, że tracą one zdolność rozumowania, orientacji w terenie, normalnej percepcji..."
- Miłością od wieków zajmują się poeci, powieściopisarze, dramaturdzy i inni przedstawiciele świata sztuki. Okazuje się jednak, że jest ona również przedmiotem dociekań naukowych i to nauk ścisłych. Czy oznacza to, że miłość jest nie tyle stanem duszy, co naszego ciała?
- Można tak powiedzieć. Gdy dwoje ludzi ulega fascynacji sobą, to prawdziwa eksplozja następuje w ich mózgach. Dochodzi do niezwykle silnego uaktywnienia neuroprzekaźników, takich jak noradrenalina, dopamina i peptydy opioidowe. Zakochani doznają uczucia euforii, "unoszenia się w powietrzu" i odurzenia podobnego do narkotykowego. Powodem jest ta właśnie, całkiem nieromantyczna, dawka związków chemicznych.

Procesy, jakie zachodzą wtedy w ludzkim mózgu, są podobne do mechanizmu rządzącego uzależnieniami. Opiera się on m.in. na układzie nagrody, w którym wiodącą rolę odgrywa dopamina. Układ nagrody przypomina nam o przyjemnych rzeczach, jakich doświadczyliśmy i że warto byłoby je powtórzyć. Dotyczy to zarówno pobytu w pubie, gdzie miło spędziliśmy czas, jak i np. narkotyków. W oparciu o ten właśnie mechanizm powtórzeń, szukając nowego partnera, na ogół wzorujemy się na poprzednich wyborach.

- Czyli ludzie skłonni do uzależnień byliby także bardziej skorzy do częstych zmian partnerów i wielu miłostek?
- To logiczny wniosek. Są osoby, które skaczą z kwiatka na kwiatek, by utrzymać stan neuroprzekaźników na poziomie nasycenia. Uczucie niedoboru neuroprzekaźników w ośrodkowym układzie nerwowym stanowi bowiem bodziec i zachętę dla naszego organizmu do rozpoczęcia poszukiwań kolejnego partnera. To z kolei napędza produkcję nowej porcji wspomnianych substancji wywołujących euforyczne, przyjemne wrażenia. Osoby ulegające takim wpływom swojego mózgu nazywamy love junkies, czyli narkomanami miłości. Sama jednak miłość, jakiej powszechnie doświadczamy, uzależnieniem nie jest.
- W której części mózgu rodzi się miłość?
- Tego jeszcze nie wiemy. Wiadomo tylko, gdzie rodzą się emocje towarzyszące temu uczuciu. Jest to jedna ze struktur mózgu o nazwie jądro migdałowate.

Zanim jednak dojdzie do przypływu uczuć, być może muszą zadziałać feromony - związki wydzielane przez większość niższych organizmów, takich jak owady, gryzonie czy niektóre ssaki. To one mają prawdopodobnie główny wpływ na dobór partnera, ale też mogą działać zupełnie odwrotnie, czyli odpychająco, i powodować odrzucenie zalotów. U człowieka na razie nie wykazano istnienia takich związków, i pozostaje nam przyjąć tezę, że człowiek jest jednak typowym wzrokowcem.

- Na ile, w aspekcie tych chemicznych rozważań, prawdziwe jest określenie "oszaleć z miłości"?
- Przy gwałtownym zakochaniu, pojawiają się wspomniane peptydy opioidowe, mające m.in. działanie typowo oszałamiające. Są to endogenne morfiny. Podawane w doświadczeniach naukowych szczurom powodują, że tracą one zdolność rozumowania, orientacji w terenie, normalnej percepcji.

Miłość sprawia też, iż podnosi się poziom serotoniny, odpowiadającej za nastrój. Jej niedobór prowadzi do depresji, stąd leki antydepresyjne podnoszą właśnie poziom serotoniny.

- Czy po nieodwzajemnionym uczuciu można spodziewać się równie pozytywnych rezultatów?
- Bez tej euforii, a tej w nieodwzajemnionej miłości przecież nie ma, nie dochodzi do podniesienia poziomu dopaminy i serotoniny. Zaś odczucia, a dokładniej reakcje zachodzące w mózgu nieszczęśliwie zakochanego podobne są do tych, jakich doznaje narkoman na głodzie.
- Skoro miłość w znacznym stopniu jest chemią, to czy cierpienia nieszczęśliwie zakochanych można by uśmierzać farmakologicznie?
- Można to robić, poprzez podnoszenie właśnie poziomu serotoniny, ale nie zawsze wystarcza. Wprawdzie są tacy, którzy machną ręką na sercowe tarapaty, ale są i tacy, którzy skaczą z mostu lub wpadają w alkoholizm czy narkomanię, co jest kolejnym dowodem na podobieństwo tych dwóch zachowań: miłości i uzależnienia, które w jakimś stopniu niektórzy usiłują kompensować.
- Jak się zdaje, w końcu każda, nawet ta szczęśliwa i odwzajemniona miłość, ustępuje codzienności lub po prostu wygasa. Czy nauka potrafi określić, po jakim czasie tak się dzieje?
- Stwierdzili to socjologowie. Choć są tacy, którzy już w chwilę po ślubie mają dość, to przeciętnie okres intensywnej fascynacji trwa od 3 miesięcy do 6 lat.

Po tym początkowym okresie euforii, następuje tzw. efekt tolerancji, czyli spadku zainteresowania partnerem. Stężenie neuroprzekaźników w mózgu zaczyna opadać. Ich niedobór wywołuje z kolei uczucie głodu i stanowi bodziec do poszukiwania nowego partnera. Nie jest to w żadnym wypadku zachowanie monogamiczne, jakie chciałby lansować w większości kultur ludzki ród. Człowiek z całą pewnością nie należy do 3 procent ssaków, które z jednym partnerem pozostają przez całe życie.

Oceń treść:

0
Brak głosów

Komentarze

Anonimowy tchorz (niezweryfikowany)

No w koncu ktorys na naukowcow to powiedzial (o monogamii).
nieskumałem uwa... (niezweryfikowany)

No w koncu ktorys na naukowcow to powiedzial (o monogamii).
justa (niezweryfikowany)

a może i naukowy. ale moim zdaniem miłości nie da się wyjaśnić naukowo, dlatego wszelkie tego próby są z góry skazane na niepowodzenie. od 3 miesięcy do 6 lat to może trwać ta naukowa chemia, którą ja nazywam zauroczeniem. niestety, monogamia staje się zjawiskiem coraz rzadszym. a jednak wierzę w miłość, bo znam przykłady z życia wzięte osób, które kochają się prawdziwie po kilkadziesiąt lat.
mr.xt (niezweryfikowany)

a może i naukowy. ale moim zdaniem miłości nie da się wyjaśnić naukowo, dlatego wszelkie tego próby są z góry skazane na niepowodzenie. od 3 miesięcy do 6 lat to może trwać ta naukowa chemia, którą ja nazywam zauroczeniem. niestety, monogamia staje się zjawiskiem coraz rzadszym. a jednak wierzę w miłość, bo znam przykłady z życia wzięte osób, które kochają się prawdziwie po kilkadziesiąt lat.
Kowalsky (niezweryfikowany)

"przeciętnie okres intensywnej fascynacji trwa od 3 miesięcy do".. to by sie zgadzalo po paru m-h zauroczenia ( =zakhania jakby na fee-tce nostop bez zejsc) mi przeszlo (i zaczal sie o-kres "tolerancji") i gdyby nie MJ tkwil bym wtym..
Anonim (niezweryfikowany)

Po jaką cholere ludzie sie doszukują prawd o rzeczach, które nawet niewyjasnione sa piekne...przez wiele wiekow ludzie zyli bez tej swiadomosci i było dobrze, teraz jak ludzie zaczynają słyszec o tych wypocinach naukowcow zaczynają w to wierzyc...jeszcze zobaczycie ze za kilka/kilkanaście lat, jeżeli ta wasza teoria ogarnie świat, to zrbi sie na ziemi chaos, bo nikt juz nie bedzie wierzyl w miłosc...liczył się będzie tylko sex bez zobowiazan...dzieci beda sie wychowywaly bez obojga rodzicow...Ludzie patrzcie czasami w przeszłośc...wszystko co człowiek robi by ogarnac naturę, by ja zrozumiec i zmanipulowac, obraca sie przeciwko niemu. Nie wnikam w to czy jest to prawdziwa teoria, ale wiem, ze nie jest pozytywnym rozpowszechnianie jej. miłego niszczenia ludzkiego szczęścia!!
Katemina (niezweryfikowany)

"Osoby ulegające takim wpływom swojego mózgu nazywamy love junkies, czyli narkomanami miłości. Sama jednak miłość, jakiej powszechnie doświadczamy, uzależnieniem nie jest." Są więc ludzie którzy potrafią od zakochania przejść do poważnej miłości a są tacy, którzy ciągle chcą się nakręcać. A jeśli ktoś i kocha poważnie i chce się nakręcać? Czy można jakoś wyleczyć skakanie z kwiatka na kwiatek?
Zajawki z NeuroGroove
  • 4-HO-MIPT
  • Pierwszy raz

podescytowanie, siedziała u jednego kolegi, potem u drugiego, po jakiś 3h wróciłam do domu.

Wczoraj odbył się mój pierwszy kontakt z psychodelikami. Przyjaciel dał mi 30mg 4ho-mipt. Brał to dzień wcześniej i mówił że miał delikatne efekty wizualne i cudowny humor ale nic więcej (jest możliwe że to dlatego że pomieszał z alkoholem?)

 

Podjęłam szybką decyzje i już godzinę póżniej zażyłam całość.

Musze dodać, że jestem dość drobna, waże ok. 40kg i większosć substancji działa na mnie 3 razy mocniej niż na innych wiec była to dla mnie ogromna dawka.

  • Bad trip
  • Benzydamina
  • Odrzucone TR

oczekiwania : miłe halucynacje otoczenie : w domu,z bratem i mamą nastrój : neutralny

Na samym początku chcę ostrzec ludzi słabych psychicznie, aby nie próbowali tego specyfiku , bo może Wam się w baniach poprzewracać ,ale zacznę od początku.
Nigdy nie próbowałam żadnych środków halucynogennych ,nie miałam do nich dostępu, jednak bardzo chciałam zobaczyć "jak to jest".
Poczytałam trochę w necie o "Tantum Rosa" i wydawało mi się, że coś takiego jest w apteczce ! I rzeczywiście było .

  • LSD-25
  • Marihuana
  • Tripraport

Pozytwyne nastawienie, ekscytacja i poddenerwowanie, oczekiwanie mistycznego i głębokiego tripu. Otoczenie to ulice Oslo, las i dom.

Suniemy ruchomymi schodami, coraz wyraźniej ukazuje się nam wnętrze budynku dworca centralnego Oslo, jest poranek, ruchliwy, głosny, wszędzie tłoczą się ludzie którzy zmierzają do swoich pociągów lub wychodzą z nich. Musimy stosować czasami skomplikowane manewry żeby na nich nie wpadać. Pomimo iż, jak na razie nasza percepcja jest niezmieniona, już powoli oni i ich życie, problemy jak np. "czy zdąrzę na pociąg" wydają się zupełnie przyziemne i wręcz w pewien sposób śmieszne.

  • Marihuana
  • Marihuana
  • Retrospekcja

Od A do Z, prawie w każdej okoliczności zdarza mi się zapalić, jak to nałogowemu.

Paliłem ją zawsze, kiedy czułem się samotny. Na początku dawała taki miły masaż ciała, głowa stawała się jakby napęczniałym balonem przyjemności, ciało rozchodziło się w takiej ekstatycznej fali spokoju, stawało delikatne i miłe. Każde zapalenie wiązało się z szybciej bijącym sercem ( z podjary) jeszcze przed wzięciem pierwszego bucha. Potem kopcenie lufki i ściąganie mini chmurek... tak to było na początku. Jedna czy dwie lufki potrafiły mnie już tak zapierdolić, że miałem ostre i w chuj kolorowe wizje po zamknięciu oczu.