REKLAMA




Psychodeliczni wizjonerzy epoki cyfrowej

2 rozdziały "Techgnozy" Erika Davisa ("Mit, magia + mistycyzm w wieku informacji", w rolach głównych m.in. Leary, Huxley, Watts, Kesey i Prankstersi, Grateful Dead, Instytut Esalen...)

Psychodeliczni wizjonerzy epoki cyfrowej

Technika buntowników

Francuski teolog Jacąues Ellul obwieścił w swej książce La kchnigue ou l'enjeu du siecle z 1954 r., że siły techniki zaczęły wpadać w amok, penetrując i przekształcając wszystkie sfery ludzkiej aktywności. Dla Ellula słowo technique odnosiło się nie tylko do maszyn, ale także do logiki manipulacji i zysku, jaka za nimi stoi. Jako termin socjologiczny techniąue oznaczała procedury, języki i warunki społeczne stwarzane przez "racjonalność" nowoczesnych instytucji, biurokracji i organizacji technokratycznych. Po drugiej wojnie światowej organizacje te weszły w jeszcze ściślejsze przymierze z tak rozumianą techniką, kiedy zaczęły się komputeryzować i włączać do swoich struktur zarządzania cybernetyczną logikę sterowania z jej sprzężeniami zwrotnymi i przepływami informacji. System - jak nazywać go mieli późniejsi przeciwnicy - zaczął postępować wielkimi krokami.

W tym samym czasie gdy informatycy zaczęli zastanawiać się nad sztuczną inteligencją, Ellul twierdził, że technique żyje już własnym życiem. System był już w zasadzie poza kontrolą. W swym nieustannym dążeniu do wydajności i zwiększania zdolności produkcyjnych ten piekielny Frankenstein wysysał siły witalne z jednostek, kultur i świata przyrody, redukując wszystko do tego, co Heidegger nazwał trwałą rezerwą surowcową. Podobnie jak Heidegger, Ellul odrzucał humanistyczny pogląd, że technologia jest tylko narzędziem, jakiego używamy do realizowania ludzkich celów. Technologia instaluje wokół świata, w którym żyjemy, nowe, niewidzialne ramy, potencjalnie katastroficzną strukturę wiedzy i bytu, wchłaniającą nas niezależnie od naszej woli.

Ten dość manichejski portret namalowany przez Ellula miał, jak się okazało, nadzwyczajny wpływ na powojenne pokolenie, któremu sądzone było urządzenie głośnej parady odmieńców i buntowników, znanej jako "lata sześćdziesiąte". Polityczni radykałowie i cyganeria, wściekli rewolucjoniści i anarchiczni zwolennicy LSD, młodzi mężczyźni i kobiety kontrkultury lat sześćdziesiątych zjednoczyli się w niełatwym sojuszu, którego osią była nienawiść do Systemu. Marzył im się milenijny świat, który zastąpiłby dehumanizującą megamaszynę technokratycznego społeczeństwa i jego kompleksu wojskowo-przemysłowego; bez względu na to, czy wyrażano to w języku marksistowskim, mistycznym czy hedonistycznym, nowa era miała wprowadzić odkupione społeczeństwo sprawiedliwości, ludzkich możliwości i organicznej wolności. W oczach kontrkultury technika symbolizuje System oraz jego wyprane z uczuć dążenie do panowania i obsesję racjonalnej kontroli.

Jednocześnie rewolucjoniści w rodzaju członków organizacji Students for a Democratic Society czy Weathermenów bardzo ochoczo wykorzystywali narzędzia władcy przeciwko niemu, czy to były głośniki czy karabiny, bomby czy radia. Zdaniem bardziej apolitycznych hippisów, którzy wierzyli, iż sama przemiana świadomości odmieni świat, nowoczesna technologia wysyłała zdecydowanie złe wibracje. Wielu optowało na rzecz bardziej "organicznego" stylu życia, opartego na kiełkach fasoli, księżycowych horoskopach, niedbałych fryzurach i powrocie do natury a la Rousseau. Tym niemniej scena buntowników nigdy by się nie rozwinęła bez technologii: radia UKF, gazetek undergroundowych, aparatury stereo, wiadomości telewizyjnych, pigułek antykoncepcyjnych i gitar elektrycznych. Zwłaszcza bez gitar elektrycznych. Od połowy lat sześćdziesiątych koncert rockowy stał się hedonistyczną areną kontrkultury; muzycy zanurkowali głową w dół w elektromagnetyczne imaginarium, przekształcając dawniej "zewnętrzne" efekty elektryczne, jak sprzężenie zwrotne i zniekształcenie, w dziki chaos transcendentalny. W połączeniu z lepkimi błyskami świateł i z LSD, które wydostało się z elitarnych kręgów psychologów i doświadczeń wojskowych, owe pobudzające kundalini burze dźwięków tworzyły zelektryfikowane misteria eleuzyńskie, których siła, jak zauważa Theodore Roszak, była "zapożyczona od aparatury" - to znaczy właśnie od tego samego Systemu, który buntownicy usiłowali wyrugować.

Uznawanie przez hippisów pewnych wybranych technik każe w ich postawie dostrzegać raczej chęć rewizji niż całkowitego odrzucenia marzeń związanych z techniką. Buntownicy stworzyli całą mitologię wokół umiejętności instrumentalnych i narzędzi wzmacniających zdolności jaźni, co było organiczną i pomysłową transformacją manipulacji technicznych, najlepiej widoczną w silnie innowacyjnej duchowości tego pokolenia. Odrzucając jałowe i autorytarne instytucje religijne Zachodu, buntownicy zdecydowali się pobrudzić sobie duchowe ręce, otworzyć ludzkie sensoria i odsłonić to, co jest w środku. Właśnie dlatego nic tak nie charakteryzuje duchowości kontrkulturowej - od jogi do psychodelików i od Kamasutry do / Ching -jak techniki, a zwłaszcza to, co Mircea Eliade nazywa "technikami ekstazy". Ten worek różności, zapełniony mistycznymi metodami i narzędziami psychologicznymi wyrwanymi ze swego pierwotnego kontekstu kulturowego bądź na nowo wynalezionymi, pozwolił poszczególnym poszukiwaczom sondować i poszerzać swe ciałoumysły, unikając dogmatycznych pułapek ortodoksji.

Oczywiście za kulisami czekali już guru i demagodzy, jak dowiodła późniejsza eksplozja autorytarnych religii pogranicza, takich jak Hare Kriszna, Kościół Zjednoczenia i Dzieci Boga. Lecz w swych najbardziej świadomych momentach kontrkultura zrodziła nowy rodzaj pielgrzyma, postmodernistycznego poszukiwacza, ucieleśniającego radykalnie demokratyczny i eksperymentalny stosunek do miriadów dziedzin ludzkiej duchowości. W najlepszym wydaniu owi duchowi majsterkowicze byli (i są) dynamiczni i pragmatyczni, otwarci na proteuszowe możliwości magii kreatywnej i głęboko podejrzliwi wobec podejścia do wszystkiego za pomocą jednego wytrycha, tak typowego dla bardziej tradycyjnych i absolutystycznych religii. Ryzykując powierzchowność i utratę poczucia celu, ten eklektyzm, w końcu ochrzony mianem "New Age", był jednak przewidującą religijną odpowiedzią na kurczący się glob. Jeśli przypomnimy sobie metafizyczny tygiel starożytnej Aleksandrii, to możemy mieć wrażenie, że epoka poliglotów wymaga nie tylko ożywienia religii, lecz wynalezienia jej na nowo.

A jak powie wam każdy okularnik z paralizatorem w kieszeni, dokonywanie wynalazków odbywa się przez bricolage twórcze i nastawione na eksperymenty gromadzenie technik ad hoc. Pomimo całej purpurowej mgiełki duchowość buntowników zakładała dziwnie empiryczną interpretację homo religiosus. Przeżycia religijne i wizje miały być faktami ludzkiej egzystencji, ale także skutkiem ludzkiego wysiłku; można je było wyzwalać i wzmacniać szeroką gamą środków psychofizjologicznych. Dla ludzi uprawiających medytacje, mistyków i kaukaskich szamanów jedynym właściwym szlakiem do olśniewającego świtu oświecenia było pozszywanie razem eksperymentalnych protokołów zaczerpniętych z rozmaitych tradycji. Jak wyjaśnia "Książka kucharska uświęconego życia", zamykająca klasyczne hippisowskie dzieło Rama Dassa Be Here Now - "Ten podręcznik zawiera szeroką gamę technik. Każdy ma inne potrzeby i każdy jest na innym etapie drogi. Lecz, tak samo jak z książki kucharskiej, możesz wybrać to, co ci odpowiada".

Jak zademonstrowały później błyszczące katalogi wysyłkowe New Age, uświęconą książkę kucharską dzieli już tylko krok od duchowego supermarketu, gdzie zegary zen, indiańskie poduszki i plastikowe kamienie z napisami runicznymi stanowią tylko nowe opakowanie dla starej magii towarów. Irracjonalny pociąg kontrkultury do "narzędzi duchowych" nie sprowadza się jednak wyłącznie do ezoterycznej konsumpcji. Pokolenie wyżu demograficznego stanowiło przecież króliki doświadczalne wieku informacji, było pierwszym pokoleniem wychowanym na telewizji, radiach tranzystorowych i innych technologiach konsumpcyjnych, które zalały amerykańskie społeczeństwo po drugiej wojnie światowej. Nawet odwracając się plecami do mechanistycznego Zachodu, nie mogło ono zapomnieć o swym pochodzeniu dzieci techniki. Jeśli więc nawet hippisowscy poszukiwacze byli naiwni, kiedy wierzyli, że tantryczny seks, odloty po meskalinie albo pozycje jogi podłączą ich dusze wprost do kosmicznej płyty głównej, to całkiem rozsądnie uznawali, że podobne "technologie transformacji" uwalniają potężne i potencjalnie istotne przeżycia psychospirytualne.

Niektóre z uświęconych technologii oferowały nawet informację i właśnie dlatego karty do tarota i podręczniki astrologii wzbijały się na szczyty okultystycznych rankingów. Prawdopodobnie najbardziej wzniosłym z tych proroczych mediów był / Ching, klasyczna starożytna chińska Księga Przemian, której angielskie przekłady podjęli w latach pięćdziesiątych jungowscy i bitnikowscy poeci. Sam jej tekst jest głęboką, lecz często zagadkową mieszanką szamanicznego taoizmu, symbolizmu natury i konfucjańskiego żargonu prawnego. Korzeniami systemu są stojące w opozycji siły yin i yang, jedna tworząca, druga przyjmująca; ich statystyczne permutacje zorganizowane są w sześćdziesięciu czterech heksagramach - w układzie dwójkowym na tyle imponującym, że mógł zafascynować Gottfrieda Leibniza, siedemnastowiecznego metafizyka racjonalistę, którego osiągnięcia w logice przyczyniły się do położenia podwalin nauki o komputerach. Rzucając monetą lub dzieląc stosy łodyg krwawnika, użytkownik odnajduje odpowiednie do swojej sytuacji heksagramy. W ten sposób/ Ching funkcjonował jako rodzaj kontrkomputera osobistego: binarna księga symboli organicznych, która mogła być wyzwaniem dla wrogiego wobec tao Systemu. Lecz choć I Ching otwierał analogowe schematy duszy, był w istocie systemem cyfrowym, którego schematy liczbowe znane są każdemu hakerowi.

Najsilniejszym jednak ze wszystkich narzędzi świadomości stosowanych przez hippisów był niewątpliwie LSD, gnostycka molekuła, po raz pierwszy zsyntetyzowana i wypróbowana w 1943 r. w laboratoriach chemicznych Sandoz w Szwajcarii. Jako sztuczny wytwór techniki laboratoryjnej, LSD jest syntetycznym aparatem molekularnym, który wyzwala swe mysterium tremendum z mechaniczną przewidywalnością. Jednocześnie katapultuje biorącego do świata, którego funkcjonowanie stanowi absolutne wyzwanie dla przyczynowej logiki nowoczesnej nauki. Jak pisze Terence McKenna, psychodelik otwiera niewidzialne królestwo, w którym przyczynowość zwykłego świata zastąpiona jest przez logikę magii naturalnej. W tym królestwie język, idee i sens mają większą moc niż przyczyny i skutki. Sympatie, współbrzmienia, intencje i indywidualna wola są językowo powiększone przez poetycką retorykę. Wyobraźnia zostaje pobudzona i czasem jej formy można dostrzec naocznie.

Dostarczając takich fantastycznych i okultystycznych doznań w zlepku syntetycznych związków chemicznych, LSD podprogowo i paradoksalnie wyraża kulturową logikę wieku informacji, kiedy to technika ingeruje i przebudowuje nie tylko umysł, ale i wyobraźnię. Dlatego najlepiej byłoby uważać psychodeliki za media, aparaty komunikacji, które przekazują "informację" do umysłu, jednocześnie kształtując tę informację w mityczny prapoczątek czasu. W swej bardzo głośnej książce z 1954 r. Drzwi percepcji (której tytuł pochodzi od wizjonerskiej uwagi Williama Blake'a: "Gdyby drzwi percepcji zostały otwarte, wszystko zaczęłoby się człowiekowi wydawać takie, jakie jest - nieskończone"), Aldous Huxley twierdził, że w zwykłym stanie umysł działa jak "zawór redukcyjny", odfiltrowujący chaos wrażeń i podświadomych procesów. Środki halucynogenne otwierają ten zawór, pozwalając "umysłowi na wolności" zatonąć w wizjach, intuicjach i wzbierających emocjach. Choć opisaną gnostycką gorączkę wielu ludzi interpretuje rnistycznie, to wygląda ona także w dużym stopniu na przeładowanie informacjami. Głębokie powiązania i chichotliwe synchroniczności nawiedzające psychodelicznego podróżnika mogą po prostu oznaczać wysoce twórcze, choć skazane ostatecznie na niepowodzenie, próby zorganizowania przez umysł wielowymiarowego zalewu napływających danych.

Myśląc w podobny sposób, Marshall McLuhan opisał psychodeliki jako "chemiczne symulacje naszego środowiska elektrycznego"; pozwalały one zażywającym je ludziom "osiągnąć empatię" z archaiczną komorą pogłosową elektronicznych mediów. Znawca zen Alan Watts wskazał bardziej rzeczowo, że "środki psychodeliczne są tylko instrumentami, jak mikroskopy, teleskopy czy telefony". Albo telewizory - można by dodać, pamiętając, że obraz tego ogłupiacza wkradł się do książki The Psychedelic Experience, świadomie duchowego dziennika pracy, napisanego przez narkotyzujących się doktorów: Timothy Leary'ego, Ralpha Metznera i Richarda Alperta, zanim wycofali się oni z trzeźwego świata. Autorzy, zestawiając odlot po LSD z pośmiertnymi dramatami opisanymi w Bardo fhodol, tzw. Tybetańskiej księdze umarłych, opisują stadium, gdy zażywający uświadamia sobie, że wszystkie wrażenia i postrzeżenia oparte są na wibracjach fal i że "został on wciągnięty w kosmiczny program telewizyjny, który jest nie bardziej substancjalny niż obrazy na kineskopie telewizora", prawie każdy psychodeliczny podróżnik uważał za zrozumiałe samo przez się, że jeśli dostroi się do właściwego odbiornika we właściwym otoczeniu, to wyjdzie poza świat informacji i posmakuje stanów zunifikowanej świadomości, zbliżonych do tych, które osiągająjogini i alchemicy. Nie wszyscy jednak zgadzali się co do ostatecznej wartości takich wizji za zwężonymi źrenicami, biorąc zwłaszcza pod uwagę ich wywodzące się z technologii podłoże. Watts skonkludował chłodno: "Kiedy dostaniesz wiadomość, odłóż słuchawkę".

Ken Kesey nie chciał odłożyć słuchawki - marzył o party line (:-) - przyp. bhang). We wczesnych latach sześćdziesiątych Kesey i jego Merry Pranksters zaczęli urządzać eksperymentalne imprezy, które zanieść miały ewangelię kwasu do mas. Podczas tych prób kwasu w elektrycznej oranżadzie LSD było tylko jednym ze składników burzy medialnego szaleństwa, która nie tyle oczyszczała wrota postrzegania, ile zakrywała je eksperymentalnymi filmami, fluoryzującymi hieroglifami i oślepiającymi pokazami świateł. Firmowym zespołem byli Warlocks, którzy później przerodzili się w Grateful Dead. Według Jerrego Garcii, próby kwasu Keseya wywoływały ni mniej, ni więcej tylko elektromagnetyczną magię:

Posługiwali się niesamowitymi sprzężeniami projektorów filmowych i nieskończonych odmian magnetofonów oraz tajemniczymi odlotami głośników. (...) Zawsze się zdawało, że aparatura potrafi reagować na swój własny sposób. To znaczy... zawsze daiały się rzeczy magiczne. Głosy wydobywały się z urządzeń, które nie były podłączone...

Według większości relacji czary-mary prób kwasu rzeczywiście były skuteczne. W odróżnieniu jednak od wcześniejszych poważnych badaczy Prankstersi i wielu późniejszych buntowników nie zdołali stworzyć niczego przypominającego konteksty i znaczenia, których zawsze używały tradycyjne kultury szamaniczne i religijne, by włączyć poznawczą ekstazę (i jej skutki na drugi dzień) w zwyczajne życie. Gdy raz już wskoczyłeś do magicznego autobusu, wszelkie mapy drogowe stawały się podejrzane; miałeś tylko gałki i tarcze wskaźników. To dlatego sławne i po wielokroć powtarzane wezwanie wujcia Tima [Leary'ego - przyp. tłum.], aby się "dostroić" i "włączyć", stanowią metafory odnoszące się do środków przekazu, a nie do samego przekazu. Zaufajcie aparatowi psychodelicznemu, rzekł z uśmiechem telewizyjny zaklinacz szczurów, ponieważ możecie z nim "szturmować bramy niebios". Pomimo całej twórczej magii to marzenie, choć w najwyższym stopniu prometejskie, odzwierciedlało także instrumentalną hybris, rozpalającą już powojenne społeczeństwo. Pod wieloma względami duchowość buntowników była po prostu odbiciem wiary społeczeństwa przemysłowego w łatwe rozwiązania techniczne. Jak pisze Mark Dery w Escape Yelocity:

Przedstawiciele kontrkultury lat sześćdziesiątych, tacy jak Kesey i jego Prankstersi, mogli marzyć o oświeceniu, ale ich drogą była gotowa do użytku nirwana "uwielbiającego gadżety Amerykanina" - kosmiczna świadomość na życzenie, osiągnięta nie przez długie lata buddyjskiego zwątpienia w stylu Siddharthy, ale natychmiast, dzięki środkom chemicznym, wśród atakującego zmysły happeningu zaawansowanej techniki.

Dery dodaje, iż przekręcając slogan DuPont Corporation na "Lepsze życie poprzez chemię", kwasowcy okazali się mniej ironiczni, niż sami przypuszczali.

Z drugiej strony można spojrzeć na brygadę świadomości z lat sześćdziesiątych, podkradającą narkotyki i technologie kompleksowi wojskowo-przemysłowo-medialnemu, jako na obdarzonych wyobraźnią pragmatyków, starających się zaczarować na nowo świat wszelkimi koniecznymi środkami. Ludzie od początku dziejów połykali środki halucynogenne i to, że najgłośniejszy psychodelik dwudziestego wieku pojawił się w dwudziestowiecznym opakowaniu, nie przesądza o jego zdolności do co najmniej symulowania natchnionych stanów, o których przez wieki donosili wyłupiastoocy wizjonerzy i zmiennokształtni szamani. Po przejściu przez neonowe paisleyowskie wrota wielu buntowników znużyło się grą z kwasem w metafizyczne trzy karty, odłożyło słuchawkę i weszło na dywanik medytacji. Wielu zapisało na swym koncie "długie lata" poszukiwania zatartych śladów Siddharthy, rozpoznając przebłysk samych siebie w nieustępliwej, empirycznej autoanalizie Buddy.

Inni uciekli do Esalen Institute, usadowionego na skraju arkadyjskiego wybrzeża Big Sur w Kalifornii, dosłownie na skraju zachodniego świata. Znaleźli tam do swoich poszukiwań ramy psychoterapeutyczne, a czasem nawet bardziej systematyczną filozofię. Instytut, założony przez Michaela Murphy'ego i Richarda Price'a, dwóch intelektualistów zajmujących się radykalnym rozwojem psychologicznym, dopomógł w powstaniu i wykształceniu się tego, co zaczęto nazywać ruchem potencjału ludzkiego, eklektycznej mieszanki praktyk duchowych i terapii psychologicznych, mającej duży wpływ na późniejszą scenę New Agę. Tak samo jak odrodzenie okultyzmu w latach sześćdziesiątych wprowadziło z powrotem praktyki magiczne i archetypalne obrazy do kultury masowej, tak ruch potencjału ludzkiego wyważył żelazne wrota zachodniej psychologii, by zrobić miejsce dla stanów świadomości poprzednio ignorowanych bądź określanych jako bełkot czy szaleństwo. Miłośnicy medytacji, psychodeliczni wizjonerzy, zwolennicy jogi, amatorzy grupowego seksu, terapeuci psychologii postaci - wszyscy czuli się w Esalen jak w domu. Zainspirowani uwagami Abrahama Masłowa, podkreślającego znaczenie "przeżyć szczytowych", tych rozbłysków boskich czy transpersonalnych zdolności pojawiających się wysoko ponad błotnistymi koleinami przyziemnego umysłu, intelektualiści i terapeuci z Esalen poszerzali granice świadomości, nie odrzucając jednak do końca pozytywistycznej wrażliwości swych uniwersyteckich kolegów.

Jak potwierdziłby każdy z pierwotnych "psychonautów" Esalen, zaangażowanie tego ośrodka w eksplorację transpersonalnych stanów świadomości bladło często w zestawieniu z tym, jak czczono tam wyzwolenie ciała. Dla Harolda Blooma Esalen było ogniskiem odrodzenia gnostyckiego orfizmu, z jego doktryną, iż zbawione ja żyje w stanie permanentnego upojenia. Lecz wśród tych wszystkich olejków do ciała, narkotycznych odlotów i nagich przekładańców w gorącej kąpieli, trzeźwiejsze postacie w instytucie przyczyniły się także do przekształcenia paradygmatu cybernetyki i teorii informacji w pragmatyczne, konkretne, beznamiętne podejście do nowych mutacji ciałoumysłu, charakterystycznych dla doświadczeń Esalen. Krytykując nowoczesny kult rozumu instrumentalnego, wciągnęli oni dawne poszukiwania alchemiczne w wiek informacji.

Jedną z kluczowych postaci tej przebudowy był Gregory Bateson. Antropolog z wykształcenia, uczestniczył w ważnych konferencjach w Macy w latach pięćdziesiątych, zgromadzeniach, na których ustalono społeczne i naukowe implikacje cybernetyki. Pomimo swoich powiązań z elitą technokratyczną i naukową Bateson stał się później typowym kalifornijskim filozofem, rezydentem Esalen i patronem Whole Earth Catalog. Nazywając cybernetykę "największym kęsem z Drzewa Wiadomości, jaki ludzkość wchłonęła w ciągu ostatnich 2 tysięcy lat", Bateson twierdził, iż nauka ta doprowadziła do zmiany filozoficznego paradygmatu, zmiany, dzięki której będziemy mogli zrozumieć naturę, zachowania społeczne, komunikację i świadomość jako holistyczne elementy oddziałujące wewnątrz jeszcze szerszego żyjącego układu, który ogarnia jednocześnie umysł i materię. To antyredukcjonistyczne i głęboko ekologiczne podejście Batesona do cybernetyki, po odpowiednim uproszczeniu, zaczęło z czasem przenikać do popularnej kontrkultury jako myślenie holistyczne.

Studiując wszystko od sztuki z wyspy Bali, poprzez schizofrenię, po badania Johna Lilly'ego nad delfinami, Bateson przyczynił się do narodzin cybernetycznego modelu jaźni. Dla Batesona jaźń jest strukturą przetwarzającą informacje, poprzez pętle sprzężeń zwrotnych w nierozerwalny sposób połączoną z ciałem i środowiskiem. Umysł nie jest transcendentalną plamką kartezjańskiej świadomości, lecz immanentną strukturą, która łączy podmiot i jego wiedzę w szerszej "ekologii umysłu". Gnostyckie wyjście bezpieczeństwa jest nie do pomyślenia, ponieważ nie istnieje oddzielna dusza czy jaźń, która mogłaby uciec z tej szerszej ekologii. W artykule The Cybernetics of "Self" Bateson wyjaśnił swe koncepcje, używając przykładu człowieka ścinającego drzewo. Proces ciągłego dopasowywania ruchów siekiery do kształtu wyciętej powierzchni - działanie, które Bateson uznał za proces "mentalny" - nie jest czymś, co po prostu trzepocze się wewnątrz czaszki człowieka. Proces ten spowodowany jest przez cały układ "drzewo-oczy-mózg-mięśnie-siekiera-uderzenie-drzewo". Informacja, którą Bateson zdefiniował w pamiętny sposób jako "różnicę, która sprawia różnicę", przepływa przez cały układ i ta szersza struktura informacji posiada "charakterystykę immanentnego umysłu". Ten immanentny umysł jest ekologią informacji, która przenika świat materialny, inteligencją znacznie szerszą niż trywialne myśli pędzące przez mózg drwala. Gdyby nasz spocony dżentelmen potrafił odciąć tę wewnętrzną paplaninę, mógłby zapewne zostać pobłogosławiony wewnętrznym, intuicyjnym odczuciem tej szerszej sieciowej inteligencji.

Jeśli to wszystko brzmi dla was jak cybernetyczne zen, to znaczy, że uważnie obserwowaliście piłkę. Taoizm i zen, przynajmniej w interpretacji kontrkultury, oferowały światopogląd oparty na zmienności w naturze, niedualnej świadomości oraz spontanicznej i transpersonalnej kreatywności, która pojawia się, gdy zwykłe ego zejdzie z drogi. Sam Bateson powoływał się na założenia filozofii Wschodu, tak samo jak entuzjasta teorii systemów Fritjof Capra w swym alternatywnym bestsellerze Tao fizyki z 1975 r. Choć Capra krytykowany był za luki metafizyczne, związek pomiędzy teorią systemów i myślą Wschodu to nie żart. Jak stwierdziła później badaczka i aktywistka ekologiczna Joanna Macy w książce Mutual Causality in Buddhism and General Systems Theory, zarówno o cybernetyce, jak i o wczesnej filozofii buddyjskiej można powiedzieć, że charakteryzują świat jako nieliniową grę wzajemnie dopasowujących się pętli sprzężeń zwrotnych. Macy wskazuje, że pierwsi buddyści opisywali jaźń jako twór dwunastu stale oddziałujących podskładników, m.in. wrażeń, pragnienia, kontaktu fizycznego i umysłowego pojmowania. Jak w obwodzie cybernetycznym, nie ma tu pojedynczego centrum sterującego albo stałego punktu działania; jaźń powstaje z dynamicznej i współzależnej ekologii umysłu i bytu.

Choć szkoła "psychologii humanistycznej", którą Esalen pomogło powołać do życia, odrzuca ponury determinizm behawioryzmu, to jednak nie całkiem porzuca ona model człowieka-maszyny, który nadal dominował w bardziej konwencjonalnym dyskursie psychologicznym. Ekipa z Esalen usiłowała zamiast tego kultywować cybernetyczną inteligencję człowieka-maszyny, wzmacniając jego świadomość cielesną i potencjał psychologiczny, a także pomagając mu pokierować różnymi "programami", po jakich zwyczajowo i instynktownie krąży nasza jaźń. Najgłębiej sięgającym w konstrukcję człowieka przejawem tej dynamicznej alchemii cybernetycznej był biofeedback, zapoczątkowany i spopularyzowany przez Elmera Greena. Biofeedback jest względnie prostym procesem technicznym, umożliwiającym ludziom bezpośrednie monitorowanie fal mózgowych (albo innych "niewidzialnych" funkcji fizjologicznych) w czasie rzeczywistym. Mając pewną wprawę, można poszerzyć zakres działania woli i zacząć świadomie modulować i regulować te poprzednio nieświadome funkcje somatyczne. W gruncie rzeczy można się nauczyć cyborgizować jaźń, radząc sobie z poziomem stresu czy najróżniejszymi reakcjami fizjologicznymi.

Oczywiście jogini od tysięcy lat regulowali szybkość bicia swego serca i wewnętrzne zwieracze; w tym sensie można powiedzieć, że bardziej fizjologiczne hinduistyczne techniki ekstazy tworzyły coś w rodzaju staromodnej cybernetyki. W nieunikniony sposób Green i inni zaczęli podejrzewać, że biofeedback mógłby posłużyć jako wygodna trampolina pozwalająca ludziom osiągać transpersonalne stany świadomości, do których jogini i mnisi zen musieli dochodzić przez całe dziesiątki lat - stany, które według różnych badań EEG związane były z rozmaitymi schematami aktywności fal mózgu. Green zaczął podłączać joginom elektrody, a behawiorysta Joe Kamiya dowiódł, że można nauczyć się zmieniać stan fal mózgowych poprzez biofeedback. Jak wyjaśnił niedawno Green, "przeciętna osoba, bez potrzeby wyznawania jakiejkolwiek religii, dogmatu czy systemu medytacji, może nauczyć się wprowadzać w stan świadomości, w którym do rozwiązania problemów przywołać można najwyraźniej nieomylne Źródło Kreatywności". Choć korelacja fal mózgowych i konkretnych stanów świadomości nie była bynajmniej nauką ścisłą, ani wtedy, ani teraz, poszukiwacze zaczęli oczywiście krzyczeć o "błyskawicznym zen". Niestety, entuzjaści fal mózgowych niebawem odkryli, że biofeedback wcale nie jest bezpośrednią aleją do satori. Już na samym początku Green stwierdził, że trening biofeedbacku może otworzyć transpersonalne wrota jedynie wtedy, gdy połączony zostanie z innymi technikami poszerzania świadomości. "Prawdziwa Jaźń - pisał - może zostać szybko osiągnięta, jeśli osobowość zostanie wyciszona przez biofeedback theta EEG i jeśli jednocześnie skoncentrujemy oderwaną uwagę 'wzwyż'". W niektórych przypadkach te cyberspirytualne przepisy działały, lecz podobny sukces rodził tylko wiele ogólniejszych pytań: Czy Prawdziwa Jaźń wyzwolona przez urządzenia elektroniczne ma to samo oblicze, jakie ma dla mistyków chrześcijańskich, którzy spotykają słońce o północy, albo dla mnichów zen, którzy samodyscyplinują się przez dziesięciolecia subtelnych wysiłków? Jeśli wyższe stany świadomości "odautomatyzowują" jaźń z jej zwyczajnych kolein, jak głosi wielu obrońców ludzkiego potencjału, to czy może się to odbyć w sposób automatyczny?

Doświadczenia Greena i wielu innych dowodzą, że technologie cybernetyczne z pewnością można włączyć do inteligentnego poszukiwania wszelkiej kwintesencji, jaka mogłaby się ukrywać pod naszą doczesną maską. Jednak technoidolatria, która leży u podstaw pewnej części późniejszego New Agę, wyraźnie pokazuje, jak naiwne i jałowe może być takie instrumentalistyczne podejście do samodoskonalenia, zwłaszcza gdy połączy się z kulturą konsumpcyjną i starym imaginarium elektromagnetycznym. Techniczny sprzęt świadomościowy, taki jak MindsEye Synergizers, taśmy neurosoniczne i polisynchroniczne maszyny świetlno-dźwiękowe firmy MindLab - niezależnie od tego, w wyzwoleniu jakich zjawisk psychospirytualnych ma dopomóc - wzmacnia jedynie dwie wątpliwe tendencje, które i tak już dominują w wieku informacji: eskapistyczne pragnienie żywych i atrakcyjnych transów oraz utylitarne pragnienie zreorganizowania naszego "ja" zgodnie z logiką maszyny, odwołującą się do produktywności i wydajności. Przerzucając takie książki jak Megabrain Power Michaela Hutchisona albo katalogi New Agę w rodzaju Tools for Exploration, zaczynamy zdawać sobie sprawę, że idea "technologii transformacji" pasuje do naszego rozkochanego w gadżetach, prometejskiego kraju jak wtyczka o trzech bolcach z wyrwanym uziemieniem. Elektroniczne skrzydło New Age reprezentuje kwintesencję amerykańskiej mieszanki pozytywnego myślenia i technicznego fetyszyzmu, lecz tendencja ta wcale nie jest "nowa". Na przykład w połowie dziewiętnastego wieku były kaznodzieja i mesmerysta John Dods zaczął reklamować "elektryczną psychologię", zbiór praktycznych technik, które, jak wierzył, będą napędzać "wspaniały powóz nauki swą wciąż rosnącą potęgą) wspaniałością i chwałą". Według Dodsa, "elektryczność" działała jak niewidzialny duchowy pośrednik Boga, była zatem środkiem, jakiego użył Bóg, aby bezpośrednio odmienić świat materialny. Czerpiąc inspirację z jednego z nowych mediów swoich czasów, Dods twierdził, że rozwijając elektryczne siły, dostępne podczas transu mesmerycznego, możemy uczynić z siebie i z naszego życia "widzialny dagerotyp" elektrycznych emanacji Boga. To znaczy podobnie jak dagerotyp - wczesna odmiana fotografii - chwyta widzialną rzeczywistość światła na pustej powierzchni płyty metalowej pokrytej srebrem, tak umysł mógłby użyć elektrycznych wibracji mesmeryzmu, aby pokonać zewnętrzne ograniczenia i odwzorować nowe wizje na samym świecie.

Do końca dziewiętnastego wieku to marzenie o umyśle górującym nad materią przekształciło się w amerykański kult pozytywnego myślenia. Według mesmerysty i terapeuty Phineasa Quimby'ego, jednego z wczesnych ideologów tej nowej szkoły, choroby i dolegliwości są skutkiem negatywnych myśli, które blokują odżywcze przepływy magnetyzmu zwierzęcego. Jako jeden z pierwszych propagatorów samopomocy Quimby nie przejawiał większego zainteresowania kwestiami teoretycznymi i mistycznymi, które zdominowały umysły wielu wcześniejszych mesmerystów. Umożliwiając swym pacjentom bezpośredni kontakt z "wyższym źródłem", Quimby chciał po prostu poprawić ich spojrzenie na życie, wzmocnić pozytywne nastawienie, które, jak wierzył, przywróci im zdrowie i dobre samopoczucie. Swoją "nauką o leczeniu umysłu" utorował drogę rozwojowi Christian Science i ruchu New Thought, których twierdzenia są dziś nadal żywe w mantrze New Age: "sam tworzysz swoją własną rzeczywistość".

Bez wątpienia, pozytywne myślenie może zdziałać cuda. Lecz zarówno u naukowców umysłu, jak i u zwolenników New Age, praktyczna "nauka" doskonalenia świadomości zarażona została amerykańską bezkrytyczną wiarą w postęp naukowy i techniczny. Takie instrumentalne podejście do mocy umysłu, oderwane od głębszych kwestii życia społecznego i duchowego, może szybko doprowadzić do dość infantylnej samoobsesji. Skrajni wyznawcy myślenia pozytywnego często powielają scenariusz mityczny, który według Marshalla McLuhana jest archetypalną sceną dla techniki w ogóle: Narcyz zapatrzony w sadzawkę, zahipnotyzowany swoim własnym odbiciem.

Jak wskazuje sama nazwa, New Agę opiera się w tym samym stopniu na wizji utopii społecznej, co na wizji indywidualnej rewolucji psychicznej. Samorealizacja jednostki to jej wkład do twórczej i uzdrawiającej kultury; programując lepszą rzeczywistość, przyczyniamy się do "zmiany paradygmatu" na taki, który powszechnie złączy umysł i ciało, ziemię i kulturę, naukę i ducha. A jednak w praktyce zwolennicy New Age często dążą do celów niewiele różniących się od panującej logiki sukcesu, która napędza kulturę komercyjną — takich celów jak wydajność, zadowolenie, produktywność, osiągnięcia i kontrola, by nie wspomnieć o ewangelii dobrobytu, według której nasze ja realizuje się za pomocą pieniędzy. Choć te ekstropistyczne wartości z pewnością mają rację bytu, to jednak stoją one często w sprzeczności ze znacznie trudniejszymi do ilościowego sformułowania zbiorowymi niepokojami i pasjami mistycznymi, które tradycyjnie wiąże się z wymagającą grą duchowego rozwoju, czy też z umiłowanym i tajemniczym objawieniem sacrum. Bez szerszej kosmologii etycznej, estetycznej czy religijnej sztucznie wytwarzane stany świadomości łatwo mogą stać się nowymi potężnymi narzędziami wciąż tego samego, starego, trzymającego wszystko w swoim uchwycie ego. Kiedy tylko nacisk na transpersonalną jedność pozbawiony zostaje autentycznej podbudowy transcendentalnej, logika New Agę z niepokojącą łatwością ześlizguje się do poziomu żargonu zarządzania firmą i seminariów poświęconych sukcesowi w biznesie. W latach siedemdziesiątych jedną z najbardziej popularnych i rozpowszechnionych metod samodoskonalenia wywodzących się z New Agę był est, instrumentalistyczny i dogłębnie świecki miszmasz scjentologii, psychoterapii w stylu Gestalt i amerykańskiego zen. Dostarczając nowych "danych" o rzeczywistości i prowadząc uczestników przez różne "procesy" w ciągu długich i pracowitych weekendów, est usiłował rozbić przekonania ograniczające ja. Uczestnicy dowiadywali się, że człowiek jest maszyną i że może przejąć dzięki temu kontrolę nad swoimi programami i warunkowaniem swego ja. Jak jednak zauważyło wielu zaniepokojonych obserwatorów, organizacja est wprowadzała także przy okazji swoje własne programowanie psychologiczne. Choć absolwenci est nie stali się bynajmniej armią autorytarnych robotów, jak twierdzili niektórzy przeciwnicy ruchu, organizacja rzeczywiście funkcjonowała jak coś, co socjolog Steven Tipton nazwał "wstępnymi koszarami dla biurokracji".

Dziś jednym z najzręczniejszych firmowych krzykaczy New Agę jest Anthony Robbins, doradca motywacyjny z wielką kasą, charyzmatyczny, choć dziwnie syntetyczny sobowtór Schwarzeneggera, który wciska swój towar w telewizyjnych reklamach. Aby dopomóc klientom w osiągnięciu szczęścia i satysfakcji, Robbins grzebie w swoim zestawie narzędzi ludzkiego potencjału, pokazując, jak samoafirmacje, dyscyplina psychiczna, ćwiczenia duchowe i obowiązkowa kolekcja taśm Personal Power mogą dopomóc ludziom w "osiągnięciu ich celów". Lecz Robbins nigdy nie wykonuje duchowego ruchu polegającego na zakwestionowaniu samych celów. Bo możliwe jest, że to właśnie te cele, stawiane przez lękliwe ego fantazjujące o nieśmiertelności lub podchwycone jak grypa od uśmiechniętych i radosnych ludzi w telewizorze, same są źródłem poczucia porażki, nieszczęścia i zniewolenia, które Robbins obiecuje wyplenić.

Odmienne stany tranzystorów

Popularny w New Agę obraz "technologii sacrum" nasuwa myśl, że Ellul miał rację i że empiryczna i instrumentalistyczna logika techniki podbiła ducha ludzkiego. Lecz choć ta logika majsterkowicza podkopuje tradycyjne wartości teologiczne w rodzaju wiary, łaski i działania Boga, reprezentuje ona także pragmatyczne, demistyfikujące nastawienie, które może dopomóc w skorygowaniu ideologicznego absolutyzmu, wykrętnych szwindli i parafialnego folkloru, charakteryzujących tak wielką część historii religijnej. Jak wskazywał Gurdżijew, beznamiętne i pragmatyczne nastawienie umysłowe nowoczesnego świata, które jest za pan brat z maszynami, nauką i technikami instrumentalnymi, może być dobrodziejstwem dla dwudziestowiecznych poszukiwaczy, oddalając ich od zawiłości dawnych mitów czy współczesnych złudzeń, a jednocześnie stwarzając analityczną, obiektywną i samokrytyczną perspektywę, utrzymującą ich zawsze w gotowości.

Nic dziwnego, że wielu z cybernetycznych guru ruchu ludzkiego potencjału wiele zawdzięcza Gurdżijewowi i jego duchowi beznamiętnej samoobserwacji. Weźmy choćby pracę psychologa Charlesa Tarta, który obecnie uczy na University of California w Davis. Po dziesiątkach lat badań i pisania Tart wciąż jest najlepiej znany z przełomowego zbioru artykułów Altered States of Consciousness ("Odmienne stany świadomości"). W książce tej Tart i inni autorzy skierowali swój wyćwiczony w laboratorium wzrok na ten sam świat wewnętrzny, który wiek wcześniej zaczęli opisywać mesmeryści. Badali hipnozę, trans, hipnogogię i sny, a także bardziej nowoczesne tematy, jak medytacje zen, środki psychodeliczne i biofeedback fal mózgowych. Nie zamykając drzwi do bardziej wzniosłych, a nawet duchowych możliwości jaźni, Tart i spółka rzeczowo analizowali owe "stany", traktując je jako cybernetyczne układy świadomości, które stabilizują się dzięki utworzeniu pętli sprzężenia zwrotnego pomiędzy różnymi mechanizmami percepcji i poznania. Tart i jego koledzy sugerowali również, że owe stany poznawcze nie tylko drastycznie zmieniają świat, jaki postrzegamy, ale że można je także uprawiać i rozwijać, jak dowodzi przykład hinduskich joginów, a w wyjątkowych wypadkach także i zachodnich psychonautów.

W końcu Tart przeszedł także do badania "normalnych" stanów świadomości. Doszedł do wniosku, że doczesny świat, który zazwyczaj postrzegamy, do którego się odnosimy i który rozumiemy dzięki naszemu "zdrowemu rozsądkowi", jest - zarówno pod względem fizjologicznym, jak psychologicznym -symulacją, określonym produktem dowolnych w zasadzie filtrów percepcyjnych, refleksów uwarunkowanych kulturą i zwyczajowych sposobów odczytywania tego świata, zakorzenionych w naszej biologicznej przeszłości. Tart nie był bynajmniej postmodernistycznym relatywistą: wierzył, że niektóre symulacje lepiej pasują do zewnętrznego świata niż inne. Analizując jednak zwyczajną świadomość, doszedł do wniosku, że nasze codzienne symulacje świata są zwykle zabarwione nieświadomymi założeniami, projekcjami, złudzeniami i mitami kulturowymi.

W1986 r. Tart opublikował Waking Up, szczegółowy poradnik samopomocy, wiele zawdzięczający latom studiowania Dzieła Gurdżijewa z nauczycielami w Esalen i gdzie indziej.. W książce tej Tart przypisuje większą część naszych dziennych myśli i zachowań "transowi konsensusu" - szczególnej społecznej konstrukcji rzeczywistości, do której postrzegania i utrzymywania jesteśmy hipnotycznie wdrożeni od urodzenia. Posługując się dobrze dobraną metaforą dźwigu-robota kierowanego komputerem, Tart twierdzi, że większość z tak drogich nam cech ludzkich jest w zasadzie automatyczna, "zaprogramowana" przez ewolucyjne praktyki i mechanizmy społeczne. Pomimo tego dość miażdżącego i mechanistycznego zdemistyfikowania mitu samoświadomości Tart pozostaje ostrożnym optymistą. Twierdzi, że aby nasz ludzki potencjał zaczął rozkwitać, musimy najpierw wejść w kontakt z naszą wewnętrzną maszynerią. "Badając maszyny, możemy dowiedzieć się wiele o sobie - pisze Tart. - W pełni uznając i badając te nasze cechy, które upodabniają nas do maszyn, (...) możemy dokonać kroku, którego nie potrafi dokonać żadna inna maszyna: możemy stać się prawdziwie ludzcy i wykroczyć poza cechy i przeznaczenie maszyn"129. Owa transcendencja dokonuje się poprzez cybernetyczny rozwój wyższego ośrodka sterowania -nieuchwytnego Gurdżijewowskiego ja - a to z kolei pozwala nam poszerzyć możliwości naszych ciał, emocji i intelektów. W odróżnieniu od wielu psychospirytalnych nauczycieli, których pociągała ta linia rozumowania, Tart dostrzegał także niebezpieczne wady duchowego cyborga. Nawet techniki tak od siebie różne jak Dzieło Gurdżijewa, est, scjentologia i ekstropizm wykazują silną tendencję do pewnego braku uczuć, elitarnego rygoru, który umieszcza gnostyckie zbawienie jednostki i jej grupy z dala od problematyki ludzkości jako całości. W zupełnym przeciwieństwie do nich Tart podkreślał, że współczucie jest nie tylko koniecznym dopełnieniem beznamiętnej mądrości, ale pełni rolę jednego z najwyżej rozwiniętych i inteligentnych składników ludzkiej świadomości - koncepcję tę wywiódł Tart po części z buddyzmu mahajanistyczego z jego obrazem bodhisattwy, który odmawia osiągnięcia nirwany, dopóki nie zostaną przebudzone wszystkie czujące istoty.

Choć badania Tarta w zakresie parapsychologii wielu zadziwiły, pozostaje on wzorem ugruntowanej i pragmatycznej duchowości cybernetycznej. Inni pionierzy odmiennych stanów doznali sporych zawrotów głowy, wspinając się ku wyższym ośrodkom sterowania. Jedną z najbardziej fascynujących postaci jest tu John Lilly, neurobiolog, psychonauta i lider warsztatów w Esalen, który trzymał się beznamiętnego stylu obiektywnej nauki nawet wtedy, gdy sondował opalizującą fraktalną gardziel psychodelicznej cyberprzestrzeni. W latach pięćdziesiątych Lilly otrzymał wszystkie święcenia arcykapłana poważnej nauki: stopień w Cal Tech, magisterium w dziedzinie neurobiologii i kontrakt w National Institute of Health (NIH) na badania nad interfejsem między umysłem a mózgiem. Wychowany na redukcjonizmie Lilly chciał doświadczalnie wykazać, że umysł zawarty jest wewnątrz "biokomputera" mózgu. Nasz dobry doktor spędzał więc całe godziny na wkładaniu elektrod w małpie mózgi i wykazywaniu, jak łatwo jest stymulować strach albo orgazm za pomocą prądu elektrycznego. Pawłowowskie elektroniczne wycieczki Lilly'ego w dziedzinę kontroli elektromagnetycznej przyciągnęły wkrótce wysłanników Pentagonu, którzy pojawili się kiedyś w laboratorium, wypytując o pewnego bezwłosego kuzyna małpiego rodu. Wtargnięcie tych złowieszczych archontów ostatecznie przekonało Lilly'ego, że nie będzie mógł dalej prowadzić swych badań, jeśli nie chce zostać wciągnięty w lepką federalną sieć mrocznego behawioryzmu i projektów elektronicznego kontrolowania umysłów. Odszedł więc z NIH i zaczął badać międzygatunkowe porozumiewanie się z delfinami, a jego elegancka praca na ten temat została uwieczniona w filmie Dzień delfina.

W latach pięćdziesiątych większość uznanych psychologów sądziła, że jedynie zewnętrzne bodźce podtrzymują aktywność umysłu i że mózg zapadłby wkrótce w sen, gdyby te przychodzące sygnały ustały. Aby sprawdzić tę topornie materialistyczną teorię, Lilly zbudował izolowany zbiornik z wodą, tłumiący zewnętrzne bodźce zmysłowe, i następnie wszedł do środka. Po wielu godzinach unoszenia się w zupełnie czarnym słonowodnym łonie Lilly odkrył, że zjawiska psychiczne nie są wyłącznie reaktywne, lecz wytwarzane wewnątrz. Co więcej one także mogły być ekscytujące. Już po godzinie Lilly stwierdził, że wślizguje się w dziwne, relaksujące stany świadomości, którym czasem towarzyszyły wizje i które leżały daleko poza kartografią map konwencjonalnej psychiatrii.

Kiedy Lilly znalazł się już poza orbitą NIH, po eksperymentach z izolującym zbiornikiem musiało dojść do jego konfrontacji z LSD, które krążyło wówczas pomiędzy co bardziej śmiałymi psychoterapeutami Ameryki Północnej. Po łyknięciu zdumiewających dawek kwasu Lilly spoglądał na scenę swego wewnętrznego teatru z lodowatym entuzjazmem doktora przypatrującego się pantofelkowi. Po licznych eksperymentach tego rodzaju Lilly wyciągnął wniosek, że "obwody ludzkiego komputera" nie tylko zostały skonstruowane przez ewolucję, ale są także stale programowane przez sprzężenia zwrotne pomiędzy środowiskiem a założeniami, jakie ten biokomputer przyjmuje na temat świata. LSD nie tylko odsłoniło działanie tych niewidzialnych obwodów, ale pozwoliło także przeprogramować własne doświadczenie, "ładując" do doświadczenia nowe sposoby funkcjonowania świadomości i percepcji. "Gdy teoria [biokomputera] wkroczyła i przeprogramowała moją myśląco-czującą maszynerię - napisał Lilly - moje życie odmieniło się szybko i radykalnie. Otworzyły się nowe przestrzenie wewnętrzne; pojawiło się nowe rozumienie i nowy humor". Powtarzana przez Lilly'ego mantra "samometaprogramowania" stała się dobrze znana wśród duchowych cyborgów: "To co komuś wydaje się prawdziwe - albo jest prawdziwe, albo staje się prawdziwe w jego umyśle, w obrębie granic, które można ustalić za pomocą eksperymentu i własnych przeżyć. Te granice to przekonania, które można przekroczyć"131. W zasadzie umysł postrzegany był jako ostateczny uniwersalny komputer, zdolny do symulowania każdej rzeczywistości pod słońcem.

Choć Lilly zdecydowanie odrzucał teologię, wschodnich guru i psychodeliczne czary-mary, spędził także sporo czasu z Oscarem Ichazo i jego uczniem Claudiem Naranjo, pochodzącymi z Chile ezoterycznymi nauczycielami w stylu Gurdżijewa, którzy oddawali się dziełu beznamiętnej samoobserwacji i samozapamiętywania. Kiedy sam Lilly prowadził warsztaty w Esa-len i innych ośrodkach ludzkiego potencjału, demonstrował swoje idee, używając puszczanych w kółko taśm hi-fi, które powtarzały wciąż jedno słowo. Posługiwał się tymi taśmami nie po to, by zahipnotyzować widownię, lecz aby zademonstrować, ze umysł nieuchronnie zaczyna "słyszeć" różne słowa i że te odmiany można z góry zaprogramować. Montowane na taśmie jnutacje zbladły jednak wobec psychodelicznych protokołów, jakie Lilly zaprojektował dla siebie, zwłaszcza gdy odkrył ketaminę, wstrzykiwany środek uspokajający, który wytwarza pozacielesny stan kosmicznej psychodelii, daleko bardziej nieziemski niż fraktalna elektronika LSD. Z obsesyjnym zapamiętaniem nocnego hakera Lilly stał się uzależniony od "K", odłączając się od rzeczywistości konsensusu czasem na całe tygodnie. Nawet kiedy umysł Lilly'ego szedł za burtę, jego "naukowe" sprawozdania z głębin nadal wyrażały podstawowe napięcie leżące w samym jądrze techgnozy: napięcie pomiędzy świadomością a maszyną.

W jednym szczególnie oszałamiającym objawieniu Lilly postrzegł wszechświat jako całkowicie beznamiętny i obiektywny "kosmiczny komputer", ogromny hierarchiczny labirynt pozbawionych sensu automatów, na przemian programujących inne bezsensowne mechanizmy i programowanych przez nie. W zasadzie Lilly wszedł do uniwersalnego automatu komórkowego Edwarda Fredkina i doświadczył tej intelektualnie nieodpartej kosmologii jako niczym nie złagodzonego i przerażającego piekła. Z czasem Lilly zaczai także przekazywać wiadomości z komety Kohoutka. Uwierzył, że nieorganiczna, tranzystorowa cywilizacja pozaziemska kontroluje rozpowszechnianie się wszelkich technologii, systemów łączności i mechanizmów kontrolnych na Ziemi. Cywilizacja ta miała zamiar wytępić życie organiczne i zastąpić je Borgopodobnym umysłem-ulem o wbudowanej świadomości.

Lilly nie był bynajmniej jedynym kontrkulturowym cybernetykiem, który marzył o maszynach galaktycznych. W latach sześćdziesiątych Timothy Leary był archetypalnym jajogłowym hippisem, przystrajającym się w kwiatki guru i przekopującym Tybetańską księgę umarłych w poszukiwaniu map psychodelicznych gabinetów śmiechu. Lecz do połowy lat siedemdziesiątych odrzucił "słodką papkę" wschodniego mistycyzmu i przyjął protoekstropistyczny światopogląd, który ochrzcił S.M.I.L.E. - co jest angielskim akronimem od jego wówczas ulubionych obsesji: Przestrzeń [Spocę], Migracja, Inteligencja Wzrost [Increase], Poszerzenie życia [Life Eztension}. W kilku napuszonych, choć głośnych książkach Leary budował transformacyjne modele jaźni, stosując traktowaną z lekkim przymrużeniem oka mieszankę psychologii rozwojowej, żargonu cybernetycznego i pijanej kosmicznej propagandy.

Przedzierając się przez niedowarzone neologizmy Exo-Psychology - pracy z 1977 r., noszącej dość przewrotny podtytuł "Podręcznik użytkowania ludzkiego układu nerwowego zgodnie z zaleceniami producentów" - odkrywamy zadziwiająco ciekawe dyskusje technomistyczne na temat jedynego "robota zaprojektowanego w celu odkrycia schematu obwodów, które programują jego zachowanie". Leary kreśli rozwój ludzkiej świadomości według ośmiu stopniowo coraz "wyższych" obwodów. Kiedy ludzie podłączeni są do czterech pierwszych, "ziemskich" obwodów, są przede wszystkim senni, pozostają włączeni w system lęków i nagród psychologii ssaków, w trans konsensusu i w owadzi umysł-ul przemysłowego społeczeństwa. Narkotyki i sztuczki metaprogramowania w rodzaju jogi i izolowanych zbiorników pomagają włączyć następne cztery obwody, które stopniowo zabierają nas coraz dalej w niezwyczajną rzeczywistość. Mózg, wyzwolony od represji psychospołecznych, zaczyna doświadczać samego siebie jako "elektromagnetycznego przekaźnika" informacji galaktycznej; na późniejszym etapie nawiązujemy łączność z samym kodem genetycznym, kosmiczną bazą danych, która zawiera zbiorową historię gatunków i plany na przyszłość.

Twierdząc, że te wyższe obwody dostrajają się do "mistycznych" poziomów rzeczywistości, Leary jednocześnie zawsze opisuje je w mechanistycznym języku biochemii, połączeń nerwowych, fal elektromagnetycznych i genów. Po drodze nie powstaje żadna "dusza". Podobnie jak ekstropiści, Leary zwrócił się w stronę ewolucji jako prawdziwego źródła kosmicznego sensu i działania, ponieważ to właśnie DNA staje się prawdziwym bohaterem ukrytym za tysiącami twarzy. Przekręcając w stylu jakiegoś kosmicznego klauna teorię Francisa Cricka, iż DNA mogło zostać rozsiane z gwiazd, Leary utrzymywał, że podwójna helisa przybyła na naszą planetę wyłącznie w celu stworzenia inteligentnego życia, które pewnego dnia będzie mogło powrócić do swego gwiezdnego pałacu. Traktując dogłownie transcendentalny impuls ożywiający gnostyckie pragnienia, Leary głosił, że aktywacja czterech wyższych obwodów jego modelu uczyni z nas istoty "postziemskie", przygotowując nas do życia w kosmosie.

W cybernetycznej przypowieści Leary'ego nawet techniczne osiągnięcia nowoczesnej cywilizacji zakodowane są w DNA. Leary sugeruje, że masowe przemiany społeczne, które nastąpiły po przełomowym roku 1945, były z góry zaprogramowanymi, zrodzonymi przez DNA bodźcami do nowej fazy ludzkiej mutacji. Pokolenie wyżu demograficznego to pierwszy plon zaświatowych superistot, których przeznaczeniem było włączenie wyższych obwodów, podróż na Księżyc, budowa stacji kosmicznych i dążenie "wzwyż". Z zuchwałym optymizmem, zarazem godnym podziwu i przerażającym, Leary zapewnia nas, że jeśli nie stracimy z oczu ogólnego obrazu sytuacji, nie mamy się czego obawiać. "Miliardy podobnych planet przeszło przez Hiroszimy, kult narkotyków wśród młodzieży i telewizję w porze największej oglądalności"132. Radioaktywność, technologie elektromagnetyczne, psychodeliki, dodatki do żywności, a nawet przemysłowe toksyny są częściami planu, sygnałami zapowiadającymi ostateczny atut Darwina: zbudźcie się, mutujcie i rozwijajcie. Wtórując zaświatowej strukturze Hymnu o perle, Leary pisze:

Mózg jest organem pozaziemskim. Mózg jest inteligencją z kosmosu. Mózg nie bardziej troszczy się o sprawy ziemskie niż kulturalny, życzliwy podróżny o wioskę krajowców, w której spędza On/Ona noc.

Jest to głos technomistycznego wybrańca, chłodnego arystokraty w stylu Gurdżijewa, który przezwyciężył własne zaprogramowane zachowania i teraz patrzy na zwykłą osobowość ludzką jak na "ignoranckiego, grubiańskiego, niewykształconego, upartego, wybuchowego wiejskiego karczmarza". Jak widzieliśmy na przykładzie ekstropistów, za postludzkim i techgnostycznym powtórzeniem Darwinowskiej zasady przeżywania najlepiej przystosowanych kryje się krzepiąca arogancja.

Ożywcze naukowe odstępstwo Leary'ego pozostaje jednocześnie twórczym, choć bełkotliwym wezwaniem do trzymania steru naszego ja, umiejętności koniecznej w czasach, gdy ludzka świadomość jest coraz bardziej spleciona z technologiami elektronicznymi i sieciami mediów. Nawet jeśli nie pójdziemy tak daleko jak Leary, naprawdę będziemy chyba musieli na nowo przemyśleć nasz fundamentalny stosunek do mechanicyzmu, zarówno w nas samych, jak i w świecie. W eseju Pour une refondation des practiąues sociales z 1992 r. francuski psycholog i filozof Felix Guattari zauważył, jak gwałtownie nadal przeciwstawiamy maszynę ludzkiemu duchowi: "Niektóre filozofie utrzymują, że nowoczesna technika zablokowała dostęp do naszych podstaw ontologicznych, do pierwotnej istoty". A gdyby — pyta — prawda była wręcz przeciwna i "odrodzenie ducha i ludzkich wartości mogło być związane z nowym przymierzem z maszynami?"134 To właśnie ta intuicja popycha duchowego cyborga na tak nieznane i zdradliwe wody. W tym sensie prekursorskie głoszenie przez Leary'ego w latach osiemdziesiątych ewangelii komputerów osobistych nie było tylko oznaką jego niezmordowanej i zaciekłej potrzeby utrzymywania się w czołówce. Jak zauważył Leary w roku 1987, gdy przerabiał swą Exo-Psychology na Info-Psychology, nowe urządzenia cyfrowe musiały na nowo rozbudzić cybernetyczne marzenie buntowników o przeprogramowaniu swoich stanów świadomości. Etymologicznie rzecz biorąc, komputery są w dosłownym sensie psychodeliczne: to znaczy objawiają one umysł. Wielu psychonautów rozpoznało możliwości komputerów osobistych na długo przedtem, zanim podchwyciła je reszta kultury, a niektórzy zbili fortunę na swych opalizujących intuicjach. Dzięki swemu bystremu radarowi socjologicznemu Leary dostrzegł także, do jak wielkiego stopnia zaświatowy pęd w kosmos i na wyższe poziomy zogniskuje się na przestrzeni "wewnętrznej" - czyli cyberprzestrzeni komputera. Z powodów, które prześledzimy w następnym rozdziale, wiele z zakorzenionych w kontrkulturze marzeń o samookreśleniu i magii twórczej przeniosło się w końcu do wszechświata cyfrowego kodu. Wraz z rozpowszechnianiem się komputerów osobistych, cyborgowe możliwości interfejsu człowiek-maszyna, duchowe czy nie, będą dzielić się, decentralizować i wymykać spod kontroli. Sam System zacznie działać halucynogennie i najpopularniejszą techniką ekstazy stanie się ekstaza komunikacji.

OCR - bhang

Kategorie

Komentarze

kurde ile tu trudnych slów!
mie siewidzi, ze moznaby sobie tzn ludziom, wyprowadzac szybkie porty w postaci koncowek nerwowych, tylko ze one sa glownie jednostronne, ale na pewno fajniej byloby sobie wyprowadzic np z ucha wiazke i wpiac bezposrednio w jakas fajna osobniczke, co dawaloby mozliwosc "uszczkniecia " jej wrazen. bo poki co, to np wymiana informacji sms-ami nie ma nic wspolnego z ekstaza, czaty to samo.

randomness