REKLAMA




Ładni chłopcy, brzydkie zabawy - o kinie, które nie potrafi zerwać ze swoimi narkotykowymi nawykami

W tym tygodniu Timothée Chalamet rozsypuje krystaliczną metamfetaminę w charakterze przynęty na filmowe nagrody. W przyszłym Clint Eastwood będzie przemycał koks w ramach odważnego komentarza do bieżących problemów społecznych. Kiedy kino skończy z nadużywaniem narkotyków?

Tagi

Źródło

The Guardian
Danny Leigh

Tłumaczenie

pokolenie Ł.K.

Odsłony

4208

W tym tygodniu Timothée Chalamet rozsypuje krystaliczną metamfetaminę w charakterze przynęty na filmowe nagrody. W przyszłym Clint Eastwood będzie przemycał koks w ramach odważnego komentarza do bieżących problemów społecznych. Kiedy kino skończy z nadużywaniem narkotyków?

Kino znów używa narkotyków. Pokusa jest nie do odparcia – natychmiastowe wejście w orbitę ludzkiego dramatu, gdy tylko w kadrze pojawia się igła lub zwinięty banknot. W tym akurat momencie dwa nowe filmy wpychają dwóch aktorów będących na przeciwnych krańcach swoich karier głęboko w to właśnie bagno. W pierwszym, "Moim pięknym synu", Timothée Chalamet gra Nica Sheffa, młodego człowieka pogrążonego w uzależnieniu od metamfetaminy, na co bezradnie patrz jego ojciec David (Steve Carell). W "Przemytniku", reżyserujący film Clint Eastwood gra Earl Stone'a, 90-letniego ogrodnika, rekrutowanego przez meksykański kartel, by przewozić kokainę do USA. Oba filmy oparte są na faktach - w przypadku Sheffów na książkach prawdziwego ojca.

Istotą narkomanii jest powtarzanie schematu, i to samo dotyczy filmów o narkotykach. Przy całym swym zamyśle artystycznym, "Mój piękny syn" wydaje się niemal kinem niemal komfortowo przewidywalnym - Chalamet przechodzi drogę od ciekawskiego dziecka do wraka o pustych oczach, gdzie punktem zwrotnym będą dopiero sceny ściskającego serce apogeum rodzinnego dramatu. Choć jego trucizną jest metamfetamina, a nie heroina, rytm opowieści nie zmienił się, odkąd nieszczęsny perkusista jazzowy Frankie Machine pojawił się w The Man With the Golden Arm z 1955.

To przynajmniej częściowo tłumaczy, dlaczego "Mój piękny syn" – dobrze zagrany i poprowadzony z wyczuciem - ma atmosferę starożytnej tragedii. Wydarzenia, które przedstawia, miały miejsce w 2000 roku, ale zewsząd przebija historia. Na ekranie, podobnie jak w życiu, David Sheff jest dziennikarzem zatrudnionym w magazynie dla młodzieży, który karierę zrobił na opisywaniu gwiazd rocka z lat 70. dla "Rolling Stone". Młody Nic wykańcza znoszoną koszulkę Nirvany, robiąc tym samym aluzję do Kurta Cobaina, jego samobójstwa i heroiny Pomimo swoich doświadczeń David jest zaskoczony światem, w którym wchodzi jego syn - naiwny rodzic wpatrujący się z rozpaczą w otchłań pokoleniowej przepaści. Jak zwykle.

Ale przecież sytuacja z narkotykami jest nader często podobna. Prawie pół wieku po tym, jak Richard Nixon oficjalnie ogłosił amerykańską wojnę z narkotykami, Donald Trump stwierdził w zeszłym tygodniu, że jego mur graniczny powstrzyma przepływ heroiny i kokainy do Ameryki. W Wielkiej Brytanii nasze prawa dotyczące narkotyków pozostają w stanie nerwowego bezładu - tak samo, jak pokolenie temu.

Filmy o narkotykach nie pomagają. Może zresztą niesprawiedliwe byłoby oczekiwanie czegoś innego. Film nie jest medium zorientowanym na przestrzeń wewnętrzną. Jedyne miejsce, gdzie nie może nas zabrać, to miejsce, w którym faktycznie rozgrywa się doświadczenie z narkotykami - umysł osoby, która je zażywa. Nawet przedstawione wizualnie, pewne kwestie zawsze giną w tłumaczeniu. Próbując wyrazić metamfetaminowy szał lub kwasową panikę, świetni reżyserzy pozostają na poziomie odcinka "Sąsiadów," w którym Jim i Doug przypadkowo zabrali grzyby na wycieczkę pod namioty.

Ponieważ jednak reżyserzy ciągle chcą tego, co oferuje film o narkotykach - mocnej mieszanki problematyki społecznej, przestępstwa i wielkich emocji - nie zawsze otrzymujemy od nich prawdę. W "Moim pięknym synu" David Sheff jest jak małe dziecko zagubione w chemicznym lesie, całkowicie nieświadomy istnienia czegokolwiek więcej niż zapalony dawno temu joint. W desperackiej próbie zrozumienia co zabija jego syna, posuwa się tak daleko, że faktycznie próbuje metamfetaminy. Taka właśnie, mówi film, jest głębia jego miłości.

W rzeczywistości nawet przed opublikowaniem swojej książki prawdziwy David Sheff pisał, że będąc studentem w Berkeley we wczesnych latach siedemdziesiątych, miał okazje – co nie musi być czyjś nadzwyczajnym – obserwować współlokatora w college'u zmagającego się z metamfetaminą, której sam też wtedy spróbował. To jednak oczywiście zepsułoby scenę i dodało zbyt wiele niuansów do relacji będących sednem filmu. Cóż. Niektóre scenariusze po prostu potrzebują tego czegoś, co pozwoli uderzyć na najwyższą emocjonalną nutę.

Tym, co narkotyki potrafią robić bardzo skutecznie, jest redukowanie życia do niekończącego się miotania się w poszukiwaniu ulgi. Na podstawie tej obserwacji powstawało znakomite kino jak np. bezbłędna tragikomedia Lenny'ego Abrahamsona, "Adam i Paul" przedstawiająca życie uzależnionych od heroiny jako jedno długie, rozdygotane pasmo rozczarowań, przerywane jedynie mrocznymi, nagłymi końcami.

Ciągłe rozczarowania i ponure, nagłe końce nie robią dobrze box office, a beznadziejne ćpuny niezbyt dobrze nadają się na bohaterów. Amerykańskie kino odpowiedziało na ten problem scenariuszami, które subtelnie podnosiły szanse odkupienia - i bardzo specyficznym podejściem do castingu. W lipcu 1971 roku, miesiąc po tym, jak Nixon nazwał nadużywanie narkotyków na "wrogiem publicznym numer jeden" Stanów Zjednoczonych, 20th Century Fox wypuściło "Panikę w parku igieł", migawkę z życia uzależnionych z Manhattanu, która nadała brudnym kadrom ekscytujące nowe oblicze – twarz Ala Pacino w jego pierwszej głównej roli. Miał charyzmę Sinatry doprawioną cierpkością kontrkultury - narkoman jako pop idol. (Początkowo twórcy filmu planowali zaangażować Jima Morrisona, wokalistę The Doors, który zmarł przed premierą filmu).

Stworzona w ten sposób postać weszła do głównego nurtu. Za sprawą retoryki płynącej z Białego Domu, nałóg narkotykowy wkrótce stał się wyrazem młodzieńczego buntu, środkowym palcem, życzeniem "normalnemu" światu śmierci. To ostatecznie odfiltrowało w nową generację twórców filmowych uwiedzionych szaleństwem narkomanii. Matt Dillon, ostatnio widziany jako seryjny morderca Larsa von Triera w "The House That Jack Built", został hollywoodzką gwiazdą z okładek, gdy zagrał antybohatera z "Drugstore Cowboy". W chłopięcym jeszcze wydaniu, Leonardo DiCaprio wystąpił w "The Basketball Diaries" jako undergroundowy pisarz Jim Carroll, zmuszony do życia na ulicy przez swój nastoletni taniec z heroiną. To była fenomenalna rola - młodego, przeklętego i mającego wkrótce zagrać w Titanicu.

I tak, macie rację - to zawsze byli mężczyźni. Od czasu do czasu kobieta mogła wziąć udział w imprezie (Niemcy wyprodukowali surową "Christiane F" ), ale ogólnie rzecz biorąc, narkotyki na ekranie uznano za grę dla mężczyzn. Szczególnego rodzaju mężczyzn, rzecz jasna. Po Pacino, Dillonie i DiCaprio - a możemy tu dorzucić także Gary'ego Oldmana w "Sid i Nancy" - szereg ambitnych aktorów obsadzono w charakterze użytkowników narkotyków. Jared Leto wystąpił w operowym "Requiem dla Dream" ; Ryan Gosling zagrał nauczyciela uzależnionego od cracku w "Half Nelson". Teraz mamy Chalameta. Przesłanie jest niezwykle spójne: narkotyki mogą zniweczyć piękno amerykańskiego mężczyzny — ale mój Boże, cóż z nich najpierw wydobędą!

Znów macie rację – wszyscy oni byli też białymi mężczyznami. Nawet gdy amerykańskie miasta ogarnęła epidemia cracku, w wielkich dramatycznych widowiskach czarne i latynoskie twarze, jeśli w ogóle miały okazję się pojawić, to tylko jako handlarze. To się specjalnie nie zmieniło. W komediodramacie "The Upside", obecnym numerze jeden w amerykańskim box office, znajdziemy Kevina Harta niosącego radość z palenia trawki białej społeczności z Park Avenue.

A potem pojawia się "Przemytnik", w którym meksykański kartel wysyła paczki kokainy z El Paso. Choć obserwatorzy politycznego zaangażowania Clinta Eastwoodam mogli spodziewać się takiej interwencji w czasach debaty o prezydenckim murze, i tak może czekać ich niespodzianka. W osobliwy sposób Eastwood może zrobić film, którym dyskredytowałby tezy Trumpa brutalniej niż komentatorzy, którzy po cichu wskazują, że większość narkotyków napływa do Stanów przez legalne przejścia graniczne. W "Przemytniku" jednak proszek, kóry trafia do kraju, jest następnie dystrybuowany przez Amerykanina - takiego jakiego, gra Clinta Eastwooda, z całym towarzyszącym mu bagażem kulturowym. Jego biała skóra jest sednem historii, pozwalając mu uwolnić się od podejrzeń, co jest cenne dla kartelu (ten punkt wywodu podany jest z wykrzyknikiem w postaci profilowania rasowego niewinnego latynoskiego kierowcy). To samo dotyczy jego wieku. Weteran wojenny świadomie pomaga niszczyć życia Amerykanów? Można to nazwać obrazem wywrotowym.

Zamiast kolejnego filmu o pięknym chłopcu, który dokonał autodestrukcji, "Przemytnik" jest filmem o starym mężczyźnie uwiedzionym przez drugą stronę transakcji. Z pewnością wszyscy możemy dostrzec w tym trochę z samych siebie. Nie może być zbiegiem okoliczności, że dwa najważniejszeseriale nowoczesnej telewizji, "The Wire" i "Breaking Bad", były panoramami handlu narkotykami z perspektywy dilerów. Większość z nas robi to, co robi, dla pieniędzy, a gdy chodzi tylko o generowanie zysków, z etyką bywa różnie.

Tak czy inaczej - im bardziej świat się zmienia, tym bardziej pozostaje taki sam. Nic Sheff roku 2019 roku nie sięgałby już zapewne po metamfetaminę. Ameryka z otwartymi ramionami przyjmuje teraz fentanyl i xanax, leki przeciw bólowi i lękowi, związane z niezliczonymi przypadkami uzależnień i zgonów. Gdyby kino chciało nadrobić tę zaległość, mogłoby znaleźć kilka interesujących gotowych postaci - jak Richard Sackler, farmaceutyczny miliarder, który został pozwany za udział w tworzeniu kryzysu opioidowego, a ostatnio ujawnił, że opatentował leczenie uzależnienia od opioidów. Czy nie brzmi to jak gotowy scenariusz? Zobaczmy, kiedy ktoś zawoła "Akcja!"

Oceń treść:

Average: 9.4 (12 votes)

Komentarze

Salamus

Tak się składa że akurat dzisiaj obejrzałem "mój piękny syn". Bardzo fajny film, jedynie niektóre fragmenty były do przewidzenia ale film według mnie bardzo dobry i ciekawy.Teraz oglądam "the man with a golden arm", zaciekawił mnie ten artykuł oraz obecność Franka Sinatry.Z chęcią obejrzę też inne ciekawe pozycje poruszające temat narkotyków, wydaje mi się to niezwykle ciekawe, a sam widok zażywania narkotyków, w szczególności heroiny, niezwykle emocjonujące.no i na koniec super artykuł, oby więcej takich ;)

- (niezweryfikowany)

Moim zdaniem ta tendencja do ciągłego wracania do tematu narkotyków na ekranach filmowych jest jedynie wynikiem ogólnego zainteresowania ludzi tym tematem. Gdyby nikt nie chciał tego oglądać - mało kto podjąłby się próby nakręcenia filmu, wymagającego przecież niewyobrażalnie dużą ilość pracy.
Jeśli chodzi o Mojego pieknego syna, to pomimo tej dość zjawiskowej, ale mimo to nadal typowo hollywoodzkiej buźki, Chalamet jak nikt inny nadaje się do tej roli i zagrał ją porażająco dobrze. Aktualnie nie jestem w stanie wskazać drugiego, równie utalentowanego młodego aktora, który choć w minimalnym stopniu przypominałby Nica Sheffa oraz byłby w stanie zafundować nam równie porywający rollercoaster emocjonalny, co Chalamet. Pomimo oklepanej tematyki filmu (która osobiście jest jedną z moich ulubionych), Timothée zdecydowanie zasługuje na Oscara. W porównaniu do wychwalanych aktorów z Green Book, The Star is Born czy Romy - absolutnie nikt nie był w stanie przebić tego 23 letniego dzieciaka, którego niedawno jeszcze nie znalismy.

felix (niezweryfikowany)

"Climax" to najlepszy film z tematem narkotyków w tym roku. Nie wchodzi do umysłów bohaterów, ale możemy poczuć to co oni.