Trafność filozofii orientalnej (esej) - Alan W. Watts

Gdy byłem małym chłopcem, zwykłem nawiedzać część Londynu wokół muzeum i pewnego dnia napotkałem sklep, który miał na oknie napis: "Przyrządy filozoficzne".

Tagi

Źródło

Eseje

Odsłony

2284

Gdy byłem małym chłopcem, zwykłem nawiedzać część Londynu wokół muzeum i pewnego dnia napotkałem sklep, który miał na oknie napis: "Przyrządy filozoficzne". Nawet jako chłopiec wiedziałem coś o filozofii, lecz nie potrafiłem sobie wyobrazić, jakie te przyrządy mogą być. Zatem podszedłem do okna, a tam wystawione były chronometry, linijki, skale i wszelkiego rodzaju rzeczy, które teraz nazwalibyśmy przyrządami naukowymi, lecz one były filozoficzne, gdyż nauka nazywana była naturalną filozofią. Arystoteles powiedział, że początkiem filozofii jest zdziwienie. Filozofia jest ludzkim wyrazem ciekawości wszystkiego i jego próbą nadania światu sensu głównie poprzez intelekt, czyli umiejętność myślenia. "Myślenie" jest oczywiście słowem używanym na wiele sposobów i jest bardzo niejasne dla większości ludzi. Jednakże ja używam słowa "myślenie" w sposób bardzo precyzyjny. Poprzez myślenie, różne od uczuć i wrażeń, mam na myśli manipulację symbolami - czy to będą słowa, liczby albo inne znaki takie jak trójkąty, kwadraty, okręgi, znaki astrologiczne itd. Są to symbole, choć symbole czasem bywają konkretniejsze i mniej abstrakcyjne, jak w przypadku mitologicznego symbolu smoka. Jednakowoż wszystkie one są symbolami, a manipulacja nimi mająca na celu odzwierciedlenie zdarzeń w realnym świecie jest tym, co zwę "myśleniem".

Filozofia w zachodnim sensie oznacza głównie ćwiczenie intelektu, a manipulacja symbolami jest przeważnie takim ćwiczeniem, choć czasami wykracza ona poza to, jak w szczególnych przypadkach poezji i muzyki. Jednakże to, czym filozofia stała się dzisiaj w świecie akademickim, jest czymś bardzo ograniczonym. Filozofia w Stanach Zjednoczonych, Anglii, Niemczech i Francji do pewnego stopnia popadła w sferę dwóch innych nauk: logiki matematycznej z jednej strony i językoznawstwa z drugiej. Wydziały filozofii w całym świecie akademickim naginają się, jak tylko się da, by być naukowe. William Earl, który jest profesorem filozofii w Uniwersytecie Północno-Zachodnim, powiedział w swym eseju "Uwagi o śmierci kultury": "Filozof akademicki musi dziś przede wszystkim unikać pouczania. Nie może nigdy poniżyć się do nocnego rozmyślania nad problemami natury wszechświata i przeznaczenia człowieka, gdyż te zostały w większości porzucone jako metafizyczne i bezsensowne pytania. Filozof naukowy przyjeżdża do swego biura o dziewiątej rano ubrany w strój biznesmena i z walizką. Uprawia filozofię do piątej po południu, potem wraca do domu na kolację i pozbywa się wszystkich kwestii zawodowych ze swojej głowy". Profesor Earl dodaje: "Nosiłby on biały fartuch do pracy, gdyby uszło mu to na sucho".

Oczywiście krytyka ta jest trochę przesadzona, ale ogólnie rzecz biorąc, tym właśnie stała się wydziałowa filozofia akademicka, lecz filozofia orientalna nie jest po prostu filozofią w tym sensie. Hinduizm, buddyzm i taoizm są czasem zwane także religiami. Kwestionuję zastosowanie tego słowa dla nich, ponieważ używam słowa "religia" w bardziej ścisłym znaczeniu. Nie zamierzam być teraz tak zuchwały, by zaryzykować definicję religii, która miałaby być prawdziwa w każdym przypadku. Mogę jedynie powiedzieć wam, jak ja używam tego słowa, pragnąc zachować ścisły sens jego łacińskiego korzenia, mianowicie "zobowiązanie lub reguła życia". Zatem najwłaściwsze użycie słowa "religia" ma miejsce wtedy, gdy mowa jest o mężczyźnie lub kobiecie, którzy "weszli" w religię, to jest, przyłączyli się do religijnego lub zakonnego porządku i żyją podług reguły życia w posłuszeństwie

Jeśli chrześcijaństwo jest religią, jeśli judaizm jest religią i jeśli islam jest religią, to bazują one na idei ludzkiej, posłusznej odpowiedzi na boskie objawienie. Stąd religia, rozumiana tak jak te jej trzy powyższe formy, składa się tak naprawdę z trzech rzeczy zwanych "trzy k": kanon, kodeks oraz kult. Kanonem jest bosko objawiona mapa wszechświata, czyli natury rzeczy. Jest to objawienie istnienia Boga, Allacha, Jahwe poprzez Jego istnienie, wolę i zamysł wszechświata. To jest kanon. Do tego dodajmy drugie "k" - kodeks, który jest boskim objawieniem prawa, wzoru, do którego człowiek miałby się stosować W przypadku chrześcijaństwa pojawia się tu pewna innowacja, gdyż podstawowe objawienie kodeksu w chrześcijaństwie jest nie tyle, prawem, jak w przypadku kultu, co osobą. W religii tej Bóg uważany jest za ostatecznie objawionego w postaci Jezusa z Nazaretu. Tak więc kodeks staje się tutaj tak naprawdę podążaniem za Jezusem, lecz nie tyle poprzez posłuszeństwo prawu, co poprzez moc łaski boskiej. W końcu mamy kult i jest to bosko objawiona metoda i sposób czci, poprzez którą człowiek odnosi się do Boga w modlitwach, obrzędach i sakramentach. W tych konkretnych religiach metody te nie mają tyle być ludzkim sposobem czczenia Boga, co Jego sposobem kochania Siebie, w który to proces człowiek jest zaangażowany. A więc w religii chrześcijańskiej powiedzielibyśmy, że podczas Mszy czcimy Boga Jego własną czcią, zgodnie ze słowami wielkiego niemieckiego mistyka, Mistrza Eckharta: "Miłość, którą kocham Boga, jest tą samą miłością, którą Bóg kocha mnie". Tak samo, gdy mnisi w klasztorze odmawiają nabożeństwo, ich psalmy mają być pieśnią Ducha Świętego, a podczas śpiewania ich przyświeca idea taka, że czci się Boga Jego własnymi słowami i tym samym stają się one rodzajem fletu, na którym gra boski oddech.

Ani hinduizm, ani buddyzm, ani też taoizm nie mogą być nazwane religiami w tym sensie, gdyż wyraźnie brakuje im cnoty
posłuszeństwa Nie uznają one, że Bóg znajduje się w monarszej relacji do ludzkości czy wszechświata. Istnieją różne modele świata, które ludzie stosowali od czasu do czasu, a model, który leży u podstaw tradycji judeochrześcijańskiej, jeśli coś takiego w ogóle istnieje, jest modelem politycznym. Zapożycza on metaforę z relacji starożytnego, bliskowschodniego monarchy do swych podwładnych, który narzuca im swój autorytet i wolę siłą, czy to fizyczną, czy duchową. To dlatego w Kościele Anglikańskim, kiedy podczas porannej modlitwy ksiądz odnosi się do Tronu Łaski, mówi: "Wieczny i wszechmogący Boże, Królu Królów, Panie Panów, jedyny Władco Książąt, który ze Swego tronu spoglądasz na mieszkańców Ziemi, błagamy Cię najserdeczniej o Twoją łaskę, byś zachował majestat naszej monarchii, Królowej Elżbiety i całej rodziny królewskiej".

Czym są te słowa? Jest to język dworskich pochlebstw, a tytuł "Król Królów" należący do Boga, został zapożyczony od perskich władców. "Panie, miej litość nad nami" jest wyrażeniem pochodzącym ze spraw ziemskich, zastosowanym do spraw
niebiańskich Bóg jest monarchą, a pomiędzy monarchą i poddanym istnieje pewna zasadnicza różnica, którą można by nazwać
różnicą ontologiczną. Bóg jest Bogiem, a te wszystkie stworzenia, czy to anioły, ludzie, czy też inne rodzaje formy życia, które Bóg stworzył, Bogiem nie są. Istnieje olbrzymia metafizyczna przepaść pomiędzy tymi dwoma domenami. To stwarza nam, obywatelom demokracji, pewne problemy.

Jako obywatel Stanów Zjednoczonych wierzysz, że republika jest najlepszą formą rządów. Jednak jak można tak utrzymywać,
skoro wszechświat jest monarchią? Z pewnością w takim przypadku to monarchia będzie najlepszą formą rządów. Wiele z
naszych społecznych problemów wynika z faktu, że chociaż żyjemy w republice, to wielu członków tej republiki wierzy (lub
wierzy, że powinna wierzyć), że wszechświat jest monarchią. Stąd też są przede wszystkim uparcie posłuszni prawu i porządkowi, a jeśli w Królestwie Bożym miałaby panować demokracja, to wydawałoby się im to najbardziej wywrotową ideą, jaką można sobie wyobrazić Oczywiście trochę wyolbrzymiam ten punkt widzenia dla efektu. Istnieją pewne subtelne modyfikacje, które można przedstawić teologicznie, lecz na razie nie będę ich poruszał.

Istnieją także przynajmniej dwa inne modele wszechświata, które były bardzo inspirujące w historii ludzkości. Jeden jest
dramatyczny, gdzie Bóg nie jest zręcznym stwórcą świata, stojącym nad nim jak jego Król, lecz gdzie jest On aktorem świata, takim jak aktor sztuki teatralnej - ale aktorem, który gra wszystkie role na raz. W istocie jest to hinduski model wszechświata. Każdy z nas jest Bogiem w masce, a nasze własne słowo "osoba" (ang. person) pochodzi od łacińskiego "persona" - "przez którą wydobywa się dźwięk". Słowo to oznaczało maski noszone przez aktorów w grecko-rzymskim teatrze, który znajdując się na otwartym powietrzu, wymagał wzmocnienia głosu. Słowo "osoba" zaczęło jednakże z biegiem czasu znaczyć "prawdziwy ty". W myśli hinduskiej każda jednostka jako osoba jest maską, w istocie jest to maska Boga, który jest aktorem obsadzonym we wszystkich rolach i graczem wszystkich gier. Jest on niedefiniowalny z tego samego powodu, dla którego nie możesz ugryźć własnych zębów. Nie możesz go nigdy pojąć, tak samo jak nie możesz spojrzeć wprost w swoje oczy. Jest on środkiem wszystkiego, okręgiem, którego centrum znajduje się wszędzie i którego obwód nie znajduje się nigdzie.

Drugi model wszechświata, który jest typowo chiński, ukazuje świat jako organizm, a świat, który jest organizmem, nie ma szefa ani nawet aktora. To dlatego w żadnym organizmie nie ma tak naprawdę szefa czy też "najważniejszego organu". W naszej kulturze jesteśmy, rzecz jasna, przyzwyczajeni uważać nasze głowy za rządzące resztą ciała, lecz można by się śmiało o to spierać. Śmiem bowiem twierdzić, że to żołądek jest szefem, ponieważ zawierając się w przewodzie pokarmowym, gdzie zachodzą procesy trawienne, z pewnością powstał wcześniej od mózgu. Możliwe, że mózg to rodzaj jakiegoś szczątkowego układu nerwowego dołączonego do żołądka, aczkolwiek im bardziej jest się prymitywnym, tym bardziej staje się małym stworzonkiem, które tylko je. Jest ono swego rodzaju rurą, przez którą rzeczy dostają się jednym końcem i wydobywają drugim, a ponieważ to te rury zużywa, znajdują one sposób na reprodukcję siebie, tak żeby ten proces mógł być zachowany. Jednakże z biegiem procesu ewolucji przy jednym końcu rury rozwinęło się skupisko nerwów, które w końcu przekształciło się w oczy, uszy i mózg. Tak więc z punktu widzenia żołądka, mózg służy mu w zdobywaniu pożywienia. Przeciwny argument jest taki, że owszem, mózg rozwija się później niż układ pokarmowy, ale ten drugi jest dla pierwszego tym, kim Jan Chrzciciel był dla Jezusa Chrystusa - zwiastunem "wielkiego wydarzenia", a powodem dla zdobywania pożywienia jest w końcu wykształcenie mózgu. Jak by nie było, człowiek powinien żyd głównie dla potrzeb mózgu, to znaczy dla sztuki, nauki i wszystkich innych form kultury, żołądek zaś winien być służącym.

Ale cyniczni ludzie, tacy jak dialektyczni materialiści, mówią, że to jedna wielka bzdura. Że tak naprawdę cała historia jest kwestią ekonomii, czyli kwestią żołądka. Jest to poważny argument i nie da się tego rozstrzygnąć, gdyż na naszym obecnym poziomie nie można mieć żołądka bez mózgu ani mózgu bez żołądka. Istnieją razem - tak jak przód i tył. Zatem idea organizmu jest raczej taka, że jest on zróżnicowanym układem, ale nie ma części. Innymi słowy, serce nie jest częścią ciała w takim sensie, w jakim rozdzielacz jest częścią silnika samochodowego - nie jest częścią, którą można przymocować Kiedy płód rozwija się w macicy, miejsce ma tam wiele procesów przeobrażających serce, żołądek itd. wraz z dopasowywaniem ich do siebie. Organizm rozwija się jak kryształ w roztworze albo klisza fotograficzna w chemikaliach - rozwija się cały na raz i nie ma w nim szefa. Wszystko wydarza się razem w przedziwny sposób, będąc swego rodzaju uporządkowaną anarchią.

Taki jest zasadniczo chiński pogląd na świat, a ta zasada organicznego wzrostu nazywa się tao. To chińskie słowo zwykle
tłumaczone jest jako "bieg natury" bądź "droga", w sensie drogi, którą podążają procesy natury. Jest to zupełnie inne od
zachodniej idei Boga-władcy. Lao-tsy o tao mówi: "Wielkie tao płynie wszędzie, tak na lewo, jak i na prawo. Kocha i karmi
wszystkie istoty, lecz nie panuje im. Kiedy uczyni dobro, nie rości do niego pretensji". Tak więc chińskie wyrażenie określające naturę jest słowem, które tłumaczymy jako "samo z siebie". Jest tym, co wydarza się spontanicznie, tak jak czkawka – nie planujesz jej mieć, sama przychodzi. Kiedy twoje serce bije, to nie planujesz tego, lecz dzieje się to samoistnie. Oddychając, nie możesz udawać, że oddychasz. Przez większość czasu nie myślisz o tym i twoje płuca oddychają same. Zatem ta cała idea natury jako czegoś, co wydarza się samo z siebie, jest organiczną teorią świata.

Tak więc to są owe dwie inne teorie natury, które będziemy rozważać w naszym badaniu filozofii orientalnych - teoria
dramatyczna i teoria organiczna. Uważam, iż sposoby życia, które bazują na tych modelach, są tak niepodobne do
chrześcijaństwa, judaizmu czy islamu, że dla ich opisania nie możemy tak naprawdę użyć słowa "religia". Co takiego jest w
kulturze Zachodu, co odzwierciedlałoby myśli buddyzmu, hinduizmu i taoizmu? Problemem jest to, że na powierzchni wyglądają one podobnie. To znaczy, że jeśli pójdziesz do hinduskiej lub buddyjskiej świątyni, to będziesz przekonany, że znajdujesz się w kościele (w tym przypadku katolickim kościele, gdyż są tam kadzidła, śpiewy, ukłony, gongi, świece, różańce i tym podobne rzeczy, które kojarzą się z teistyczną, monarszą religią). Jednak to nie o to chodzi. Choć na obrazach Budda może siedzieć na tronie pod baldachimem i odbierać królewskie honory, to nie ma tam czynnika posłuszeństwa Prawdopodobnie na Zachodzie najbliższa tym sposobom życia jest psychoterapia w pewnych, choć nie wszystkich, formach. Celem psychoterapii jest zmiana twego stanu świadomości. To znaczy, że jeśli jesteś okropnie przygnębiony i przerażony, albo jeśli masz halucynacje, to idziesz do "lekarza od głowy" i on próbuje zmienić stan twojej świadomości.

Zasadniczo te orientalne nauki zainteresowane są taką właśnie przemianą. Jednakże tu podobieństwa się kończą, gdyż
psychoterapia koncentruje się głównie na problemach jednostki jako takiej, problemach typowych dla tej czy innej osoby.
Natomiast wspomniane azjatyckie sposoby życia mają na uwadze pewne problemy właściwe człowiekowi jako takiemu, czyli
każdej jednostce. Dotyczą zaś zrozumienia, że przeciętna osoba (a im bardziej cywilizowana, tym bardziej jest to prawdą) ma halucynację, złudne poczucie swego własnego istnienia i to dlatego samo słowo "Budda" w buddyzmie ma swój korzeń w
sanskryckim "buddh", co oznacza "przebudzić się".

Przebudzenie się z iluzji jest zatem podjęciem się zadania radykalnej zmiany świadomości z uwagą na czyjąś własną egzystencję. Jest to zaprzestanie bycia pod wrażeniem, że jest się "małym mną" i zdanie sobie sprawy, kim naprawdę się jest za maską. Lecz jest w tym pewna trudność - otóż nigdy nie można zobaczyć, czym jest owa podstawowa jaźń, gdyż ona zawsze nam umyka.

Tak więc, gdy pytam cię: "Kim jesteś naprawdę?", ty mówisz: "Jestem Jan Kowalski". "Tak? Ha, ha! Tak uważasz? Panie Kowalski, proszę mi powiedzieć, jak to się dzieje, że ma pan niebieskie oczy?". Odpowiadasz: "Nie wiem, nie stworzyłem ich". "Och, nie pan? A kto?". "Nie mam pojęcia kto ani jak". "Trzeba mieć pojęcie jak, by to było zrobione, nieprawdaż? W końcu z łatwością potrafisz otworzyć i zamknąć dłoń Twierdzisz: >>Wiem, jak otworzyć i zamknąć swą dłoń, ponieważ mogę to zrobić<<. Ale jak to robisz?". "Nie wiem, nie jestem fizjologiem". "Fizjolog twierdzi, że wie, jak to robi, ale nie robi tego wcale lepiej od ciebie. Zatem otwierasz i zamykasz swoją dłoń, zgadza się? Jednak nie wiesz, jak to robisz. A więc może to ty nadajesz niebieski kolor swym oczom! Nie wiesz, jak to robisz, gdyż mówiąc: "Nie wiem jak", masz tak naprawdę na myśli: "Wiem, jak to zrobić, ale nie umiem tego ująć w słowa!".

Innymi słowy, nie mogę przetłumaczyć działania zwanego "otwarcie i zamknięcie dłoni" na ścisły system symboli, czyli myślenie. Gdyby to było możliwe, czynność ta zabierałaby wieczność, gdyż próba zrozumienia świata samym myśleniem o nim jest tak niezręczna, jak próba wypicia Oceanu Spokojnego przy pomocy szklanki. Możesz go pobierać jedną objętość szklanki na raz, tak też myśląc o rzeczach, możesz mieć jedną myśl na raz. Podobnie jak pisanie, myślenie jest procesem linearnym - jedna myśl po drugiej, seriami. Dlatego jest to za wolne, by zrozumieć cokolwiek, a zupełnie za wolne, by zrozumieć wszystko. Bodźców zmysłowych jest o wiele więcej niż jeden na raz i odpowiadamy na nie pewnym aspektem naszych umysłów, tyle że nie będąc tego świadomi. Niemniej, ty to robisz, ale jaki to rodzaj "ciebie"? Na pewno nie Jan Kowalski; nie to małe, dziwaczne ego.

Jest ciebie o wiele więcej, niż myślisz, i to dlatego hindusi powiedzieliby, że prawdziwy ty to Jaźń (przez wielkie J) wszechświata. Na tym poziomie istnienia nie jest się oddzielonym od wszystkiego innego, co się wydarza. Mamy tu coś, czego nie nazwę filozofią, może z wyjątkiem starożytnego jej znaczenia jako podstawowej ciekawości. Wolę nazywać te nauki drogami wyzwolenia od maji, a podążanie nimi nie polega na wierzeniu w cokolwiek czy byciu posłusznym komukolwiek albo na
odprawianiu jakichś szczególnych rytuałów (choć zawarte są w nich rytuały dla pewnych celów, gdyż jest to czysto
eksperymentalne podejście do życia). Przypomina to sytuację, gdy ktoś ma uszkodzony wzrok, widzi plamki oraz ma inne
przywidzenia, więc idzie do okulisty, by skorygować swoje widzenie. Buddyzm jest zatem korygowaniem duchowego wzroku, co
zaczyna się od rozczarowania gierkami maji. Nie chodzi tu o to, by uważać maję za coś złego, lecz za coś dobrego, ale czego można mieć dość i tym samym dostać duchowej niestrawności, na którą cierpimy wszyscy.

Zamierzam teraz poruszyć fundamentalne kwestie hinduizmu oraz pewne dokumenty, znane Upaniszadami. Dokumenty te
składają się na wedantę, zaś słowo to składa się z dwóch części: "weda" oraz "anta". Anta znaczy "koniec", w sensie wypełnienia, zakończenia, a "weda" odpowiada oczywiście łacińskiemu "videre", czyli naszemu słowu "widzieć". Weda jest podstawowym objawieniem hinduskiego sposobu życia, zawartym w najwcześniejszych manuskryptach, które datują się na okres pomiędzy 1500 a 1200 rokiem p.n.e. Upaniszady zaś są zwieńczeniem wed z przeciągu długiego okresu czasu zaczynającego się
prawdopodobnie aż w 800 roku p.n.e., choć część Upaniszad jest jeszcze późniejsza. Jednakże obecna jest zawsze pewna
wątpliwość związana z datowaniem jakiegokolwiek hinduskiego tekstu, gdyż w przeciwieństwie do hebrajczyków, hindusi nie
mają wcale zmysłu historycznego. Spostrzegają oni czas jako proces kołowy, jako coś, co odbywa się w kółko, raz za razem, tak że to, co wydarzyło się dziś, jest ogólnie rzecz biorąc bardzo podobne do tego, co stało się wczoraj, sto lub tysiąc lat temu. Uważają, że życia jest powtarzającym się cyklicznie procesem, jest zatem bardzo mało zapisów w hinduskich manuskryptach, które dałyby nam wyobrażenie o czasie ich powstania, ponieważ nie byli zainteresowani odniesieniami do czasów współczesnych. Faktycznie, do relatywnie ostatnich czasów historia była niewiele więcej niż prowadzeniem kronik, gdyż Hindusi byli tym mniej zainteresowani niż Chińczycy.

Jest więc w tym sporo niejasności, co dodatkowo wzmaga fakt, iż wiele z tych tekstów było przez setki lat spamiętywane i
przekazywane ustnie zanim zaczęto je spisywać Trudno zatem ocenić wiek tej tradycji, która może być starsza lub młodsza, niż uczeni przypuszczają. Jednakże wydaje się, że około 1500 do 1200 roku p.n.e. na subkontynencie indyjskim miejsce miała migracja ludów z północy, którzy nazywali siebie Arianami; przynieśli oni ze sobą gasnącą tradycję, która zmieszała się z pierwotnymi religiami i sposobami życia istniejącymi tam już w tamtym czasie, co dało pewien kompleks, który dziś nazywamy hinduizmem. Nie będę wnikał tu w wedy, ponieważ zawierają skomplikowaną, symboliczną interpretację mającą do czynienia z rytuałami, hymnami i mitami o różnych bóstwach z hinduskiego panteonu. Według filozofii Upaniszad bogowie ci spostrzegani są po prostu jako wiele różnych manifestacji jednej, podstawowej zasady zwanej Brahmanem od korzenia "bra", które oznacza rozszerzanie lub wzrost. Brahman zwany też bywa Atmanem lub Paramatmanem, najwyższą jaźnią - "poza którą nie ma już innej".

Zasadnicze stanowisko Upaniszad jest takie, że jaźń ta jest jedyną rzeczywistością i że cały wszechświat jest ostatecznie
Brahmanem. Świat wydaje się być złożony z różnych rzeczy i zdarzeń tylko z powodu maji, która jest iluzją, magią, sztuką albo twórczą mocą. Brahman rozważany jest pod dwoma postaciami: nirguna i saguna. Słowo "una" w obydwu oznacza jakość lub
atrybut, a "nir", będąc negatywne, sprawia, że nirguna jest Brahmanem bez atrybutów, podczas gdy saguna to Brahman
posiadający atrybuty. W teologii chrześcijańskiej znajdują się dokładne odpowiedniki tych terminów, o których prawdopodobnie nigdy nie słyszeliście. Są to greckie wyrazy i pierwszy z nich to mówienie na sposób apofatyczny, drugi zaś - katafatyczny. Kiedy chrześcijanin mówi o Bogu jako o ojcu, mówi katafatycznie, to znaczy poprzez analogię. Żaden teolog przy zdrowych zmysłach nie myśli, że Bóg jest kosmicznym rodzicem płci męskiej. Chce tylko powiedzieć, że Bóg jest jak ojciec. Nawet mówiąc: "Bóg jest światłem", jest to wciąż język katafatyczny. Bóg jest jak światło, ale nie jest światłem. Język apofatyczny mówi, czym Bóg nie jest, tak więc termin taki jak "wieczny", który znaczy nieprzemijający, nieskończony, bez ograniczeń, jest w tym sensie negatywny. Kiedy hindus mówi najgłębiej o ostatecznej rzeczywistości, stosuje wyrażenie "neti, neti", znaczące "nie, nie" lub "nie to, nie to". Innymi słowy, ta podstawowa rzeczywistość umyka wszelkim pozytywnym konceptualizacjom z tego powodu, że u swych samych podstaw jest tobą. To dlatego w wedancie hindusi opisują podstawową energię wszechświata jako "nieznane". Nigdy nie jest przedmiotem wiedzy, tak więc Upaniszadach Kena mówi się, że jeśli myślisz, że rozumiesz Brahmana, to go nie rozumiesz. Jednak kiedy go nie rozumiesz, to wtedy go rozumiesz. Jest tak dlatego, gdyż Brahman jest nieznany tym, którzy go znają, a znany tym, którzy go nie znają. Brzmi to zupełnie nielogicznie, lecz tłumacząc to na znane nam terminy, można by powiedzieć, iż twoja głowa jest na tyle skuteczna, na ile nie wchodzi w pole swego widzenia. Jeśli widzisz plamki przed oczami, to przeszkadzają one w widzeniu. Jeśli słyszysz dzwonienie lub szum w uszach, to słyszysz właśnie swe uszy, a to przeszkadza w słuchaniu. Sprawne ucho jest niesłyszalne dla siebie i wtedy słyszy wszystko inne. To tylko inny sposób ujęcia tego zagadnienia i kiedy
przełoży się je na terminy zmysłowe, przestaje być paradoksalne.

Zasadnicze w wedancie jest to, że Brahman, ta nieuchwytna i bezprzedmiotowa podstawa wszystkiego, co istnieje, jest tożsama z podstawą ciebie. Ujęto to w formule "Tat tvam asi". Tat jest takie samo jak nasze słowo "to". Tvam jest takie samo jak łacińskie "tuus", "ty"; zaś asi to "przy". Możemy przedstawić to jako nowy, amerykański idiom: "Jesteś tym". Jest to oczywiście doktryna bardzo trudna do zaakceptowania dla nas, wychowanych w tradycji judeochrześcijańskiej, ponieważ zasadnicze dla chrześcijańskiej i żydowskiej teologii jest to, że czymkolwiek jesteś, to z pewnością nie Bogiem. Tak więc chrześcijanie uważają, iż hinduska doktryna - to, że wszyscy jesteśmy zasadniczo maskami Boga - jest panteizmem, a jest to brzydkie słowo w chrześcijańskich kręgach teologicznych z takiego powodu, że jeśli wszystko jest Bogiem, wtedy wszystkie normy moralne są licha warte - wszystko jest dobre, cokolwiek by to było. Bowiem jeśli wszystko, co się wydarza, jest Bogiem, muszą w to wchodzić tak dobre, jak i złe rzeczy, a to wydaje się im bardzo niebezpieczną ideą. Faktycznie, spojrzawszy na to ze społecznej perspektywy, wszystkie doktryny religijne zawierają bardzo niebezpieczne idee. Jednakże nie będziemy się teraz nad tym rozwodzić, ponieważ to, co hindusi mają na myśli, mówiąc o Brahmanie, jest czymś zupełnie innym niż to, co żydzi mają na myśli poprzez Pana Adonai, gdyż dla żydów i chrześcijan oznacza on szefa, któremu należą się najwyższe honory. Skądinąd hindusi nie mają na myśli szefa ani Króla czy Pana, politycznego władcy wszechświata, lecz najskrytszą energię, która jak gdyby tańczy całym światem, bez śladu idei autorytetu zarządzającego jakimiś krnąbrnymi elementami, które stawiają opór jego lub jej mocy.

Jeśli chrześcijanin lub osoba w chrześcijańskiej kulturze oświadcza, iż odkryła, że jest Bogiem, to umieszczamy ją w psychiatryku, gdyż wyszło już z mody palenie ludzi na stosie za takie herezje. Jednakże w Indiach, jeśli oświadczasz, że jesteś Bogiem, powiedzą ci: "Oczywiście! Dobrze, że to odkryłeś", ponieważ każdy jest Bogiem. Skąd zatem bierze się problem? Dlaczego wydaje nam się, że nim nie jesteśmy? Dlaczego myślimy? Dlaczego mamy wrażenie zmysłowe, iż cały wszechświat składa się z olbrzymiej liczby różnych rzeczy, a my nie postrzegamy ich wszystkich jako jednej? Jak by to było zobaczyć tą jedność? Znam wielu ludzi, którzy studiują filozofię orientalną i pragną osiągnąć te wspaniałe stany świadomości, które hindusi nazywają nirwaną, mokszą, a buddyści zen wyzwoleniem lub satori (ich słowo na oświecenie, przebudzenie). Jak by to było ich doświadczyć? Jak byś się czuł, widząc wszystko jako jedną podstawową rzeczywistość? Wielu ludzi myśli, że byłoby to jak gdyby zarysy i różnice w polu widzenia nagle rozmyły się i widziałoby się tylko morze światła.

Jednak, dość ostrożnie, filozofia wedanty nie używa na poważnie słowa "jeden" dla najwyższej jaźni, ponieważ słowo i idea "jeden" ma swoje przeciwieństwo tak w "wielu", jak i w "żadnym". Podstawą w wedancie jest stwierdzenie, że najwyższa jaźń nie jest ani jedna, ani wielokrotna, lecz niedualistyczna. Na początku koncepcja ta wydaje się trudna, gdyż zachodni logik naturalnie powiedziałby: "Przecież niedualizm jest przeciwieństwem dualizmu. Ma zatem swoje przeciwieństwo". To prawda, lecz hindusi używają tego terminu w szczególnym sensie. Na płaskiej powierzchni mamy tylko dwa wymiary, tak że cokolwiek na niej narysuję, będzie miało dwa wymiary. Jak więc na poziomie dwuwymiarowym mogę rysować w trzech wymiarach? Jak też w logice jest ludzkie i racjonalne myśleć o jedności przeciwieństw?

Wszystkie racjonalne rozprawy są mową o klasyfikacji doświadczeń, wrażeń, pojęć i naturą klasy jest bycie pudełkiem, które mając wnętrze, musi mieć też coś poza sobą. "Jest, czy nie ma", jest zasadnicze dla wszelkich klasyfikacji i nie potrafimy poza to wykroczyć Nie da się mówić sensownie o klasie wszystkich klas, jednak na tym dwuwymiarowym poziomie możemy przy pomocy konwencji perspektywy stworzyć wrażenie trzeciego wymiaru. Jeśli narysuję sześcian, to potrafisz dostrzec go w trzech wymiarach, choć znajduje się on jedynie w dwóch. Rozumiemy, że linie skośne wybiegają w tył do drugiego kwadratu, który znajduje się za tym pierwszym, choć wciąż jesteśmy w dwóch wymiarach. Hindusi używają terminu "adwajta", by odnieść się do tego wymiaru, który jest poza dualizmem, tak jak używa się skośnych linii, które oznaczają trzeci wymiar na powierzchni dwuwymiarowej. Ot, taka sztuczka.

Jest bowiem tak, jak gdyby wszystko, co postrzegamy na powierzchni jako różne, było głębiej jednością. Tyle, że bardzo trudno jest powiedzieć, czym jest to, co jednoczy czarne i białe. (Oczywiście tak, jak to robią oczy. Dźwięk i cisza są zjednoczone za pomocą uszu). Nie można mieć jednego bez drugiego, podobnie jak magnes ma biegun północny i południowy - nie ma magnesu jednobiegunowego. Choć bieguny są różne, jest to wciąż jeden magnes. To właśnie mają na myśli hindusi, gdy mówią o realnej podstawie niedualistycznego wszechświata. Weźmy na przykład fundamentalne przeciwieństwo, które, przypuszczam, każdy z nas odczuwa - pomiędzy jaźnią a innymi, mną i tobą, mną a resztą. Jest coś takiego, co jest mną, taki obszar doświadczenia, który nazywam sobą, oraz taki, którego nie nazywam sobą. Lecz od razu widać, że nie można być świadomym jednego bez drugiego. Nie wiedziałbyś, co masz na myśli, mówiąc o sobie, gdybyś nie doświadczał czegoś innego niż ty sam i vice versa. Jaźń i inni powstają oraz istnieją razem, żadne z nich nie wyprzedza drugiego. Ukazuje to cichą konspirację pomiędzy nimi, tak samo jak magnes pomiędzy dwoma różnymi biegunami. Jest to mniej więcej to, co jest nieklasyfikowalne (coś, co leży pomiędzy wszystkimi klasami). Klasa słoni przeciwna klasie nie-słoni ma jak gdyby ścianę łączącą te obydwie klasy, tak jak twoja skóra jest osmotyczną membraną, która łączy cię ze światem zewnętrznym zakończeniami nerwów, a zewnętrzne energie przepływają przez twoją skórę do wnętrza i vice versa.

Jednakowoż widzimy i czujemy - albo tak nam się przynajmniej zdaje - że świat jest podzielony w ogromnie zróżnicowany
sposób. Wielu ludzi uważa świat za zbiór różnych rzeczy, rodzaj kosmicznego misz-maszu usytuowanego w tym konkretnym
miejscu; wolą oni przyjąć stanowisko pluralistyczne i nie dostrzegać niczego leżącego u podstaw. Faktycznie, we współczesnej filozofii logicznej pojęcie jakiejkolwiek podstawy lub kontinuum, na których mają miejsce wszystkie zdarzenia, byłoby z oczywistych powodów uważane za bezsensowne. Jeśli mówię, że każdy obiekt we wszechświecie - każda gwiazda, każda planeta - porusza się w pewnym kierunku z jednakową prędkością, to nie będzie to mówiło nic, chyba że wskażę jakiś inny obiekt, w odniesieniu do którego one się poruszają. Lecz jeśli mówię o wszechświecie, to zawarte w tym są wszystkie przedmioty. Tak więc nie mogę sformułować sensownego stwierdzenia o jednakowym zachowaniu wszystkiego, co istnieje. W taki sam sposób, w jaki bębenek słuchowy jest podstawowy dla wszystkiego, co słyszysz, tak też soczewka oka jest podstawowa dla wszystkiego, co widzisz. Jaki jest kolor tej soczewki? Mówimy, że jest przezroczysta lub że nie ma koloru, tak jak lustro, które z pewnością istnieje, choć jest bezbarwne. Bębenek słuchowy, choć niesłyszalny, z pewnością jest zasadniczy dla słyszenia. Oko, choć przezroczyste, jest bez wątpienia podstawowe dla widzenia. Tak więc, jeśli istnieje jakieś kontinuum, w którym wydarza się wszystko, co istnieje i co doświadczamy, to nie zauważylibyśmy go. Nie bylibyśmy w stanie tak naprawdę zbyt wiele o nim powiedzieć, być może z wyjątkiem tego, że istnieje. Nie robiłoby to żadnej różnicy, z wyjątkiem jednej, ważnej - że gdyby nie istniało, to nie byłoby żadnych różnic.

Ale dzisiejsi filozofowie nie lubią myśleć o podobnych rzeczach. Łamaliby sobie tym głowy, więc wolą zajmować się bardziej przyziemnymi kwestiami. Lecz nie ma na to rady, jeśli jest się człowiekiem, to zastanawia się nad takimi rzeczami. Czym jest to, w czym wszystko się dzieje? Jaka jest tego podstawa? Powiesz: "Oczywiście nie jest to >>czymś<<, ponieważ >>coś<< jest klasyfikowalną rzeczą". Tak więc bardzo często hindusi i buddyści odnoszą się do ostatecznej rzeczywistości jak do nie-rzeczy i nie-niczego lub w ogóle żadnej szczególnej rzeczy - po prostu nieklasyfikowalnej. Nie możesz wskazać na to palcem, choć ty tym jesteś. Jest to tym, czym w istocie jesteś, czym w istocie wszystko jest, tak jak dźwięk klaksonu samochodowego w radio jest zasadniczo wibracją membrany głośnika. Tak więc według hinduskiego poglądu jesteśmy wszyscy "wibracjami całej kosmicznej membrany". Rzecz jasna, jest to analogia i z punktu widzenia chrześcijaństwa używam języka katafatycznego.

Najlepszym językiem jest nie mówienie niczego, tylko doświadczenie tego. Istotą tych orientalnych filozofii nie jest idea ani teoria, nawet nie sposób zachowania, lecz doświadczenie transformacji codziennej świadomości, tak że staje się zupełnie oczywiste to, że rzeczy właśnie tak się mają. Gdy ci się to przytrafi, to jest to bardzo trudno u brać  w słowa. W ten sam sposób, gdy ktoś doznaje tego przełomu, który przemienia jego świadomość (a zdarza się to na całym świecie, nie tylko w Indiach), to uświadamia sobie nagle, że wszystko jest jednością, zasadniczo czymś niedualistycznym i że tak naprawdę całe to przychodzenie i odchodzenie, gorączkowe życie i umieranie - chwytanie i zmaganie, walczenie i cierpienie - jest jak jakaś fantasmagoria. Ten ktoś dostrzega to, ale gdy próbuje to u brać  w słowa, to mu ich brakuje, nie potrafi bowiem wydobyć słów z ich dualistycznej natury, aby wyjaśnić coś niedualistycznego.

Lecz dlaczego tak jest? Dlaczego znajdujemy się pod wpływem tej wielkiej, przemożnej halucynacji? Hindusi tłumaczą to w języku saguna w bardzo prosty sposób, który nawet dziecko zrozumie. W istocie rzeczy świat jest zabawą w chowanego. Uch! Raz to widzisz, a raz nie. Gdybyś był najwyższą jaźnią, to co byś zrobił? Czy jedynie trwałbyś sam w błogostanie przez wieki? Oczywiście, że nie. Grałbyś w gry, ponieważ naturą układu bez energii jest to, że nie ma on energii, dopóki nie zostanie uruchomiony. Tak więc odszedłbyś od siebie i zgubił się. Zaangażowałbyś się we wszelkie możliwe przygody, zapominając, kim jesteś, tak jak wtedy, gdy się bawi. I choć nie grasz o żadną stawkę, to ta gra cię wciąga.

Nie ma niczego do wygrania ani niczego do przegrania, a jednak staje się fantastycznie ciekawe, kto wygra, a kto przegra. Na tej zasadzie uważa się, że najwyższa jaźń angażuje się na tyle różnych sposobów, na ile istnieje istot w fabule, podobnie jak artysta lub pisarz angażują się całkowicie w akcie twórczym, albo jak aktor angażuje się w rolę w dramacie. Na początku wiemy, że jest to sztuka. Idziemy na przedstawienie i mówimy: "To tylko sztuka", a łuk proscenium mówi nam, że to, co zanim się wydarza, nie dzieje się naprawdę, że to tylko show. Lecz wielki aktor sprawia, że zapomnisz o tym. Sprawia też, że siedzisz na krawędzi krzesła, płaczesz i trzęsiesz się, gdyż niemal przekonuje cię, że to dzieje się naprawdę. Co stałoby się, gdyby najlepszy aktor stanął przed najlepszą widownią? Wtedy porwałoby to ich zupełnie, umacniając to wrażenie między sobą.

Taką więc mamy ideę świata jako dramatu, ideę, że fundamentalna jaźń, Brahman saguna, gra w tę grę, angażuje się w bycie
nami wszystkimi i robi to tak wyśmienicie, że wydaje się to realne. A my nie tylko siedzimy na krawędzi krzeseł, lecz także wstajemy i rzucamy rzeczami. Włączamy się do przedstawienia i wszystko to staje się rzeczywistością. Rzecz jasna na końcu dramatu - gdyż to, co się zaczyna, musi się też skończyć - kurtyna opada i aktorzy idą do przebieralni. Wtedy też nikczemnik i bohater przestają nimi być i stają się na powrót aktorami. Wychodzą następnie przed kurtynę, stają w rzędzie, a widownia daje aplauz tak nikczemnikowi, jak i bohaterowi - pierwszemu za bycie dobrym nikczemnikiem, a drugiemu za bycie wspaniałym bohaterem. Sztuka kończy się i każdy wzdycha z ulgą: "Czyż to nie było wspaniałe przedstawienie?". Tak więc idea przebieralni jest taka sama, jak Brahman nirguna, tzn., że poza całym tym show nie ma rozróżnienia na ciebie i mnie, podmiot i przedmiot, dobro i zło, światło i ciemność, życie i śmierć Lecz w sferze Brahmana saguna wszystkie te różnice pojawiają się, odbywa się to na scenie, a żaden dobry aktor nie przedstawia na niej swej własnej osobowości. To jest właśnie złe w przypadku gwiazd filmowych. Osoba jest przypasowana do roli, która odpowiada jej domniemanej osobowości. Jednakże wielki aktor potrafi przyjąć dowolną osobowość, męską czy żeńską, i nagle przeobrazić się tuż przed widownią w kogoś, kto porywa cię całkowicie. Ale w przebieralni jest on już zwykłym sobą. Zatem według hinduizmu świat jest wielką sztuką ze wszystkimi konwencjami dramatu, grą najwyższej jaźni, bywa więc porównany do snu - przemijającej iluzji - zatem nie powinieneś  brać  go na serio.

Możesz być szczery, tak jak prawdopodobnie aktor jest szczery podczas swego występu, ale bierz tego na serio, gdyż wtedy cię to uwięzi (choć to także jest w to wliczone). Bierzemy to na serio, ale jest takie jedno z wielkich pytać, które musisz sobie zadać, gdy jesteś zupełnie załamany, a dotyczące twojego najgłębszego rdzenia: czy jesteś poważny, czy też głęboko w środku wiesz, że jesteś tylko maską Boga?

 

Oceń treść:

Average: 9.8 (4 votes)
Zajawki z NeuroGroove
  • Marihuana
  • Marihuana
  • Problemy zdrowotne

Prezentowany poniżej tekst został zamieszczony w wątku serwisu hyperreal przez użytkownika NegerHollands:

  • Bad trip
  • Marihuana

Zima, małe miasteczko w środku Polski, park i wzgórze.

Mam 17 lat i od dłuższego czasu jestem zainteresowany enteogenami, doświadczaniem stanów mistycznych. Dużo o tym czytam, zbieram informacje o przeróżnych substancjach, takich jak psylocybina, meskalina, lsd, mdma, thc, mefedron, kokaina, meta, mąka i tym podobne. Jestem zainteresowany chemią jako dyscypliną naukową. Od dawna marzy mi się spróbowanie  dietyloamidu kwasu d-lizergowego, lecz nie mam dobrych dojść, a loklanego rynku się boję zwłaszcza po czytaniu niektórych raportów na Neuro Groove, w których często ludzie na początku myślą, że dostali kwas, a potem okazuje się, że to np.

  • Pierwszy raz
  • Pregabalina

Set: Jestem wyspany i wyleżany, tak jak dawno nie byłem. Tripuję razem ze swoją dziewczyną Ajlo. To nasz pierwszy raz z pregabaliną. Jestem lekko zirytowany, bo nie wstaliśmy razem i musiałem czekać na Ajlo, a przez to przygotowania poranne nie do końca poszły, jak należy (np. nie będzie mg/kg) - były one w pośpiechu. Setting: Zarzucamy w domu, lecz od razu idziemy na miejskie tereny nadrzeczne, gdzie jest sporo natury.

Substancja: Pregabalina 225 mg dla mnie (> 55 kg) i 150 mg dla Ajlo (< 40 kg)

 

Set: Jestem wyspany i wyleżany, tak jak dawno nie byłem. Tripuję razem ze swoją dziewczyną Ajlo. To nasz pierwszy raz z pregabaliną. Jestem lekko zirytowany, bo nie wstaliśmy razem i musiałem czekać na Ajlo, a przez to przygotowania poranne nie do końca poszły, jak należy (np. nie będzie mg/kg) - były one w pośpiechu.

 

Setting: Zarzucamy w domu, lecz od razu idziemy na miejskie tereny nadrzeczne, gdzie jest sporo natury.

  • Dekstrometorfan
  • Katastrofa

idealne!

Trip raport ma bardziej charakter edukacyjny, zgadza się ćpaczki, uczcie się na czyjejś głupocie a nie na swojej wątrobie!

randomness