TripNote

Luźne dyskusje na tematy związane z substancjami psychoaktywnymi

Moderator: Wszyscy moderatorzy

Posty: 326 Strona 33 z 33
Rejestracja: 2018
  • 502 / 39 / 0


S&S - DOM, kuchnia

100 mg kodeiny i fajka, po 30 minutach od zjedzeniu 10 tabletek neoazariny (przy okazji, bardzo smaczne tabsy, nie gorzkie ani nic, o smaku tymianku, alternatywa dla antka, bo nie trzeba ekstrahować)
Muzyka tak zajebiście wchodziii, ja nie moge. Fajka przyjemnie przeszywa płuca, i dym nie drażni tak jak zwykle, nie czuje nóg, lekkie zachwianie równowagi, błogostan i spokój, brak tików nerwowych jak to zawsze po kodzie, no i oczywiście świąd. Kurde, szkoda że koda taka droga na dłuższą mete. :/ W pewnym momęcie (szczycie działania kody) wpisałem w duckduckgo - Dlaczego koda jest taka zajebista :nuts: : :-D Napewno spróbuje przy kolejnej okazji

11 sierpnia 2016kvrl pisze:
Witam, jest to mój pierwszy wpis na tym forum - specjalnie po to założyłem konto. Przejdźmy od razu do szczegółów, bez zbędnego gadania.

Zdecydowałem się na thiocodin, jest to moja druga styczność z kodeiną.

[22:00] Zaczynamy z kumplem kruszyć Thio, po 10 tabletek na głowę.
-Oboje wrzucamy swoje rozkruszone tabletki (150mg) do 0,5 litra sprite.
[22:30] Zaczynają się pierwsze efekty - lekki chillout, zarzucamy muzykę
[23:00] Kumpel zmęczony położył się na łóżko, zaczęła mnie ściskać klatka piersiowa, wstałem od krzesła, podszedłem do okna,
-pierwsze problemy z oddychaniem,
-mijają dwie minuty nagle czuje ogromne kłucie w całym torsie, straszne problemy z oddychaniem
-nagle ból ustąpił, położyłem się na łóżko, minęło zaledwie 5 minut, ból ponownie nastał.
-Podchodzę do okna, jest mi gorąco, nie mogę oddychać, klatka uciska jakby miała zaraz pęknąć, zwijam się z bólu.
Dodam, że musieliśmy być cicho, gdyż wszyscy domownicy już spali.
-ból nastał, mijają dwie minuty, ból się powiększa, w pokoju jest zbyt gorąco, wychodzę przez okno na podwórko,
-czuję w sobie tylko ból, nie mogę oddychać, stoję godzinę pod oknem cierpiąc, kumpel leży, siedzi na telefonie.
[00:00] Wszedłem w końcu do domu ,przez okno, kumpel nieruszony leży na łóżku, moją klatkę piersiową przeszywa ogromny ból, pije dużo wody, siadam na krzesło ból nie ustaje.
[01:00] Ból ustąpił, powoli zacząłem się ogarniać słuchając muzyki, siedząc na fejsie,
Kiedy to piszę jest godzina 7:00, własnie idę spać

Podsumowanie; Na początku w miarę ok, potem horror, ogólnie nie polecam, pozdrawiam ;-)
Według mnie kodeina jest dobra w dawkach 100/110 mg nie więcej. Wtedy jest tak się leciutko nagrzanym, i fajnie muza wjeżdza i ogólne błogostan, ale wszystko takie leciutkie. Wieksze dawki to może być koszmar, tak samo jak w tym tripie.




postaraj się nie walić posta pod postem, scalone/thermo
Rejestracja: 2014
  • 217 / 25 / 0


Mój opis przeżyć z poprzedniego wieczora:

Endorfinami też można się upierdolić :*)

S&S - piwkowanie z kolegami, mieszkanie mojego kumpla

Zadzwonił do mnie znajomy (nazwijmy go M), wskoczyłem na rower i pojechałem się z nim spotkać. To było pochmurne popołudnie, z nieba od czasu do czasu kropił lekki deszczyk. Z racji chujowej pogody postanowiliśmy zawitać na mieszkanie naszego wspólnego kolegi (nazwijmy go K) celem wypicia razem paru browarków. Przyjechali, browary pootwierali, humor od razu się nam poprawił. Gdzieś po 2-3 godzinach K powiedział, że wpadnie do niego jego siostra (W) i trzeba iść do monopola kupić coś mocniejszego. K i M ruszyli w drogę a ja hop na rower i zapierdalam do domu bom głodny a jak ma być pite to trzeba jeszcze się zasuplementować n-acetylocysteiną którą miałem u siebie. W chatce szybki gaster i jeszcze szybszy powrót do mieszkania kolegi. Na miejscu byli już wszyscy. Rozpoczęło się picie whiskacza ale nie o tym ten raport...
Siorka kolegi to przepiękna dziewczyna, szczuplutka, zgrabniutka, bardzo ładna twarz. Dawno jej nie widziałem, chyba z rok czasu. Niestety nigdy nie było dane mi ją puknąć ale... może teraz będzie chętna :diabolic: Spoglądając na nią poczułem się... upierdolony endorfinami... taki błogostan, nie wiem do czego to porównać bo żadnych opio nigdy nie ćpałem. Sieknęło mnie znienacka, kiedyś dawno temu w gimnazjum zabujałem się w jakiejś lasce i odczułem coś podobnego.
No i tak patrzyłem się na nią w stanie boskiego... nie... NAJBOŻSZEGO czilałtu. Wyglądała tak ślicznie, a ja odpływałem... jak gdybym ćwiartkę hery dostał w gratisie od życia tego wieczoru :cheesy: Miałem na nią taką ochotę (znaczy na koleżankę, nie dragi %-D) jak nigdy w życiu. Coś tam do niej zagadywałem, liczyłem, że naprawdę uda mi się ją namówić na jakieś małe pieszczoty... zwłaszcza, że też coś tam wypiła a alkohol jak wiadomo pomaga dziewczynom dać się namówić...
Trochę jeszcze posiedzieliśmy i pogadaliśmy, kolega M zakończył melanż i pojechał do swojego domku rowerem a ja zostałem z K i W na mieszkaniu. Niestety W nie podzielała chęci do ruchańska miłego spędzania czasu (gardzi mną, сука блять!) i pojechała taksówką do domu. Wkurwiony wsiadłem na rower, pożegnałem się z K i ruszając krzyknąłem na całe gardło: Dlaczego?! Kurwa dlaczego?!
Pojechałem wściekły do domu... znowu nici... ale do chaty nie weszłem, przejechałem obok i pojechałem dalej na stację po hotdoga i colę. Zjadłem, napiłem się i ruszyłem dalej w trasę rowerową celem rozładowania wkurwienia... napierdalając w pedały z całych sił. Jechałem jak szalony, deszcz spływał po kurtce, błoto chlapało z pod kół na wszystkie strony. Jest MOC jest siła, która musiała znaleźć ujście... Po zrobieniu trasy wróciłem do domu cały i zdrowy.
Sport to zdrowie pamiętajcie, endorfiny zawsze ćpajcie :old:

Odurzony ojciec opiekował się synem. Na terenie posesji miał plantację konopi

"Policjanci pojechali na miejsce. Zastali odurzonego i woniejącego paloną marihuaną 22-latka"
Rejestracja: 2010
Użytkownik nieaktywny
  • 241 / 33 / 0


Substancja: Psilocybe cubensis
Dawka: 3,5 grama
Set & Setting: własne mieszkanie, pokój. Wieczór, ale przed zapadnięciem zmierzchu, pozasłaniane żaluzje (półmrok).

Jadłem grzyby już wiele razy, ale wczoraj pierwszy raz skusiłem się na herbatę. Grzyby (3,5g) drobno pocięte zalałem sokiem z cytryny na godzinę, a potem uzupełniłem gorącą wodą (80stopni, mierzone z termometrem). Jak już podstygło, to płyn wypiłem (nawet niezłe w smaku, po prostu kwaśne), a fusy zostawiłem. Myślałem, czy by ich nie zjeść, ale były rozmokłe i mocno nieapetyczne, więc po spróbowaniu odrobiny wywaliłem wszystko do kosza.

Pierwsze efekty pojawiły się po ponad 30 minutach, czyli tak jak zawsze, ale jak już się pojawiły to zaczęły bardzo szybko narastać i peak wszedł maksymalnie 10 minut później (tak mi się wydaje).

To było takie uczucie, jakbym był w rakiecie kosmicznej, która właśnie zaczyna startować: wszystko mi się trzęsło (w głowie: tak jakby mi się sama świadomość telepała na wszystkie strony), a w dodatku towarzyszyło temu uczucie jakby psychika była szarpana przez maleńkie, bardzo rozbawione ludziki, które zresztą widziałem gdzieś na skraju pola widzenia (o ile przy zamkniętych oczach można mieć pole widzenia). Pamiętam uczucie, jakbym nagle zaczął widzieć w czwartym (nad)wymiarze, co przypominało efekty po szałwii wieszczej: otaczające mnie przedmioty (pokój, łózko, krzesła, stół) zaczęły wyglądać jak elementy większej konstrukcji, po której skakały maleńkie, bezkształtne "ludziki", szarpiące różne elementy w różne strony, a "ponad" tym wszystkim (nie w rzeczywistej przestrzeni, tylko w tym czwartym wymiarze, który widziałem, była jakaś gigantyczna, czarna otchłań wypełniona milionami spiralnych wzorów. Otchłań była całkiem pusta, natomiast wszystko to, co niżej - czyli rzeczywisty świat - było żywe i strasznie rozbawione moją obecnością. Efekt ten istniał przy zamkniętych oczach: "widziałem" pokój w głowie, bo wiedziałem gdzie się co znajduje. To tak jakby zdjąć wizję i zostawić poczucie przestrzennej orientacji, która podpowiada że tu jest łóżko a tam stół. Przy otwartych oczach nic się nie działo, poza delikatnym falowaniem obrazu, przy zamkniętych zaczynało mnie szybko wsysać gdzieś w głąb.

Grzyby wjechały mi do głowy jak pociąg i ledwo doczołgałem się do łóżka. Tam zostałem zupełnie zgnieciony, rakieta wystartowała, ludziki pouciekały i została sama ta ciemność pełna spiral i fraktali, tylko ja je nie tyle widziałem pod powiekami, co raczej czułem, że one tam są. Potem coś zaczęło znowu szarpać jaźń i to było uczucie, jakby ktoś mi próbował rozerwać świadomość na kawałki. Wszystko się chaotycznie trzęsło, czułem się jakbym był kilkoma osobami na raz. Z jednej strony leżałem w łóżku, a z drugiej przeżywałem w głowie randomowe wspomnienia z ostatnich tygodni (w pewnym momencie byłem pewien, że jeśli otworzę oczy to zobaczę, że znowu jestem w warsztacie samochodowym, w którym zmieniałem kilka tygodni temu opony; czułem i słyszałem wszystko to, co wtedy, tylko bez wizji). Towarzyszyło temu uczucie strasznej konfuzji i pomieszania, tak jakby ego się roztapiało, ale nie mogło rozpłynąć się całkowicie. Słyszałem też głosy - jakieś krzyki, wrzaski, bełkoty, niemożliwe do zrozumienia. Jedne bliskie, inne dalekie, ale żadne nie należało do mnie. Trochę jakbym je odbierał od innych jaźni, jak antena radiowa, chociaż podejrzewam, że bardziej prawdopodobna jest wersja, że moja jaźń zaczęła się zwielokrotniać i przez krótkie momenty miałem w głowie nie jedno ja tylko wiele, i wszystkie były strasznie rozwrzeszczane. Żadne z nich to nie byłem "ja". Myślę, że to one się bały i to one przejęły na siebie mój strach, natomiast "prawdziwy ja" (prawdziwa Makrela) zniknął, więc nie było kogoś wystraszonego, z kim mógłbym się identyfikować.
Może tak się czują ludzie z osobowością wielokrotną, tylko ich jaźnie nie wrzeszczą i bełkoczą, tylko są spokojne i mówią w sposób w pełni artykułowany, a nawet przejmują kontrolę nad ciałem. Podejrzewam, że gdybym zjadł więcej grzybów, to wszystkie te jaźnie by ucichły i zniknęły, zastąpione przez pełne ego death, ale to tylko domysły. W tym wypadku zniknęło poczucie "mojego" ja, ale ego nie znikło całkowicie, tylko rozwarstwiło się raczej na kilka innych, mniej wyraźnych, eterycznych "cudzych" jaźni.

Potem pomyślałem (bo wyłoniło się z ciemności jakieś ja, z którym mógłbym się identyfikować), że miałem o czymś myśleć, coś analizować, o swoim życiu chyba, ale jakiś głos w głowie powiedział mi, że powinienem przestać myśleć i zacząć czuć, bo na trzeźwo za dużo myślę, a odbiór emocji ma zbyt stłumiony. Była to jakaś obecność, z tyłu głowy, z której promieniowało uczucie głębokiego spokoju i miłości, ale z daleka. Jakbym stał w ciemności i widział kątem oka blask odległej latarni morskiej, która świeci daleko, daleko z tyłu. Obecność miała wyraźnie kobiecy charakter.

Trwało to mocno nieokreślony czas, a potem nagle zniknęło. Otworzyłem oczy i poczułem się względnie normalny, jakby rakieta powróciła z lotu i była znów może nie na ziemi, ale w każdym razie w atmosferze. Wstałem, sprawdziłem godzinę (od zjedzenia grzybów minęło 80 minut, czyli cały lot trwał może ze 40), po namyśle ubrałem się i poszedłem na spacer po dworze (akurat zachodziło słońce). Dalej wszystko było zwyczajne dla niższej dawki grzybów: nasyczone kolory, trochę rozmazana wizja, jakby mi ktoś wpuścił do oczu krople z atropiną), intensywna introspekcja i kompletna niemożność poradzenia sobie z tak prostymi czynnościami jak wyjęcie chusteczki z kieszeni czy założenie kurtki.

Do tego doszła, nietypowa dla mnie, głupkowatość. Widok ludzi powodował intensywne napady śmiechu, więc w końcu zawróciłem do domu. Położyłem się w ciemności na łóżku i słuchałem "Planet" Holsta, a pod powiekami tańczyły małe ludzki i spiralne, półprzezroczyste, owalne oczka układające sie w wirujące, fraktalne chmury, ale nie było to nic spektakularnego, wobec samego odbioru muzyki, która zupełnie zgwałciła mnie swoim pięknem i wizualnością. Po pięciu godzinach efekty minęły i wróciłem zupełnie na ziemię, po siedmiu udało mi się z trudem zasnąć. Rano bolała mnie mocno głowa, teraz jest już ok.

Wnioski nasuwają się takie, że oderwałem się od ziemi i poleciałem w kosmos, ale rakieta osiągnęła poziom tylko suborbitalny. Do wylotu w pełną przestrzeń kosmiczną trzeba jednak większej dawki.
Efekty herbaty wyglądały inaczej niż przy jedzeniu. Przy jedzeniu narastają powoli, osiągają peak po 1 - 1,5h, trwa godzinę, a potem schodzi powoli kolejne 3h. Tutaj najpierw nie działo się nic, potem uderzyło mnie w głowę z siłą rozpędzonego pociągu, wymaglowało intensywnie przez nieco ponad pół godziny, a potem opadło do może 30% intensywności peaku i dalej przez cztery godziny schodziło już bardzo łagodnie.
Rejestracja: 2015
  • 2288 / 208 / 9


alkohol + kodeina + DXM + Psilocybe Semilanceata + 4-HO-MiPT

Najebany zakupiłem 240 mg kodeiny. Ach te szesnastki. :-p Starsza aptekara nie wiedziała nawet. Myślała, że 20-stki jeszcze są. Mało brakło a magicznie wyciągnęła by mi ramkę dwudziestek. :cheesy: Młoda pierła, że za krótko jeszcze pracuje żeby to wiedzieć lol, nie chce mi się jej jebać. Jeb, jeb, na boisko koło mojego liceum. Wrzucam kodę. Strasznie lubię wejście. Ten stan tak nawet po 15 minutach od wrzucenia. Odpowiada mi to bardziej niż właściwe plateau. Tym bardziej, że strasznie mi siadło na żołądek. Jakieś pierdolone kłucie wjechało, nie mogłem się do końca delektować zgrzaniem bo mnie po prostu kurwa bolał brzuch. Pierdolony sulfogwajakol. Może to też wina penerów. Poleżałem na ławce pod kościołem na starówce chwilę i mi przeszło. Wyjebane mam. W drodze do galerii fajna cipa z apteki nie sprzedaje mi Tussidexu. Kolejka w chuj. Ona sprawia wrażenie wykończonej. Pewnie tak jest też. W zakupie nie pomaga, a może nawet szkodzi, tekst "makdonaldyzacja farmacji". %-D Bo zajrzała do szuflady ale nic nie wyciągła. Lubi mnie. Chuj z tego jak żyje z frajerem. Chuj, do prywaciarzy. Blondi zawsze poda temat i sprzęt nawet jak trzeba. Wrzucam 300 mg DXM-u zapijając piwem. Gdzieś jadę na opak w chuj. Spotykam mordeczkę. O jebany, ale się zarósł. Wygląda jak kolo z lat 80-tych z boom boxem. :-) Elo, elo. Bronx. Siedzimy na budowanej dopiero drodze w lesie. Magicznie wygląda przecięty na wskroś las spontanicznie. Początek abstrakcji. Zerzygałem się. Mam nadzieję, że weszła przynajmniej połowa dawki. Uff, lekkość. Nie ma mnie, a może jestem? Gadka szmatka. Mowa trawa. Jemy grzyby? No! Jeb, jeb, jeb, jeb zmrok, już walimy. Po około 1,5 g na łeb. A do tego karteczka z (jak to mówi londi): "homepitem". No to bach po sniffie circa 30-40 mg. Idziemy. Ziom się zrzygał, chuj z nim. Idziemy na górkę. Jestem toalnie wyjebany. Nie pamiętam kiedy ostatnio tak miałem. A może jeszcze nigdy? Warstwa fraktalna - level hard. Kurwa, ledwo odróżniam rzeczywistość od bajki. Lol, takiej mandali jeszcze nie grali. %-D Rozkurwienie... Nie wiem nawet kiedy mój kompan mnie opuścił. Jak wcześniej - chuj z nim. Leżałem w rowie delektując się biegiem myśli i halucynacjami. Chyba z dwie godziny. Minęło trochę czasu zanim zacząłem zwracać uwagę na świat zewnętrzny. Księżyc. Tak, niebo. Magiczna opera, filharmonia chmur w akompaniamencie gwiazd. To było jak tajfun w slow motion. Jak przedsmak mgławicy. Niesamowite. Żadne 4K tego nie odda. Ziąb. Wstaję. Oaza. Idę na stację benzynową po piwo. Po drodze śmieję się w niebogłosy. Jednak uświadamiam sobie zdanie z wypisów z psychiatryka "totalna bezkrytyczność wobec swoich zachowań". Co mógłby pomyśleć Janusz zza płotu widząc kolesia patrzącego w otchłań asfaltu i śmiejącego się rubasznie pozornie z niby niczego? Strach, haha. Jestem na miejscu. Jakieś chamy robią zakupy przez okienko. Jakby mnie się bali. Mam wrażenie, że z łatwością bym ich roztrzaskał. Jednak wymiana uśmiechu jest najlepsza. Oddalają się zrezygnowani kiedy ja wysypuję garść żetonów na ladę a córka właściciela przelicza za mnie kwotę ponieważ w tym momencie nie jestem w stanie pojąć pojęcia pieniądza. Jest po prostu wesoło. Dała mi 3 Perły Chmielowe. "A dasz jeszcze jedną?" -"Nie dość, że brakło Ci 30 groszy to jeszcze chcesz." %-D -"Żyj pełnią życia." itp, itd. Powoli wracałem. Nie wyrzuciłem nawet kapsla pod nogi. To buduje.
Rejestracja: 2018
  • 33 / 4 / 1


Raport jest bardzo długi, więc w całości w "spojlerze". 450 mg DXM.

Tytuł: "Mój Świat Nie, czyli siedem godzin halucynacji" ;)
Spoiler:
Rejestracja: 2018
  • 4 / 1 / 0


Chciałbym wam opowiedziec o wczorajszym(12.04.19) tripie ponieważ był bardzo nietypowy. Wracając ze szkoły koło 14 postanowiłem w połowie drogi, nad rzeką, w ustronnym miejscu, zajarać towar od kolegi (Pana X). Nabiłem lufę. Nie solidnie bo też nie wiedziałem jak mnie klepnie. Zdjąłem wszystko na jednego bucha którego trzymałem przez kilkanaście sekund jeszcze w płucach. Lufke wyrzuciłem I zacząłem wracac do domu (byłem około 2km od domu). Wyjąłem chipsy i zacząłem je jeść. I w tej właśnie chwili wszystko jak nagły deszcz mnie klepło. Solidnie. Obraz mi się klatkował i pulsował a jak szedłem to czułem że stoję w miejscu. Gdy jadłem chipsy czułem jak one zastygają w mojej buzi niczym cement, więc sięgnąłem po wodę. Picie nic nie pomagało. Czułem się jak w jakiejś grze, tylko najgorsze było to że wiedziałem że mam jedno życie i to się dzieje na prawdę a musiałem jeszcze do domu wrócić. Zapomniałem dodać że wraz ze mną nie było nikogo. Jak chciałem puścić muzykę z telefonu na słuchawkach, mimo włączonego internetu nic nie działało. Nagle miałem obawę że zostanie mi tak do końca życia. Wpadłem w panikę wewnętrzną, serce zaczęło strasznie szybko kołatać. Zacząłem siebie w miarę uspokajać, że to minie. Przeszedłem połowę drogi. Szedłem cały czas takimi dróżkami leśnymi ale nie kompletnie opustoszałymi. Nagle zobaczylem jakiś robotników, mieli mnie raczej w dupie ale jakoś ich nie słyszałem, słyszałem tylko jakieś wewnętrzne szmery. Najciekawsze jest to że mogłem zmienić sobie widzenie na tryb trzecioosobowy. Żeby normalnie iść musiałem się bardzo skupić. Właśnie i nie było jakoś ciepło tego dnia ale po zajaraniu nagle nie było mi zimno w ręce. Faza nasilała się I ewidentnie mnie przerastała. Nie był to mój pierwszy czy drugi raz. Jarałem już nie jeden raz i zwylke po paru buchach mnie nic nie brało oprócz gastro, ciężkich powiek i ogólnego zmulenia. Dobra, bezpiecznie przeszedłem przez przejscie dla pieszych. Jestem już w domu. Trudno się ogarnąć, jestem sam. Pije dużo wody i popijam trzy duże tabletki Witaminy C. Zacząłem przemywać twarz zimną wodą. Nic nie pomaga. Wpadam na świetny pomysł żeby się wyżygać do kibla. Cos tam wyżygałem, nie za dużo. Jeszcze bardziej mi się nie dobrze zrobiło. Wszystko kołuje. Godzina przed 15. Patrzę sms od siostry że zaraz będzie, pisze jej że źle się czuję. Ja się położyłem. Oczy miałem trochę skute. Wróciła, zrobiła mi herbaty, ja powiedziałem że nie kontaktuje i że żygałem i że chyba się lodami i chipsami zatrułem. Poszedłem na jakieś dwie godziny spać. Przykryła mnie kocykiem. Nawet przez zamknięte oczy świat wiriwał. Przez całą fazę miałem taką straszną obojętność jakbym nie był uczestnikiem życia tylko jego obserwatorem i że mogę patrzeć z perspektywy pierwszej osoby ale nie mam nad sobą kompletnej władzy. Przed 17 wstałem. Już trochę lepiej, znacznie lepiej ale jednak jeszcze coś ale minimalnie +plus straszny ból głowy. Wrócił ojciec. Dał mi wody zebym się napił. Dał mi jeszcze poleżeć. Na 18 pojechalismy do terapeuty bo mieliśmy umówioną wizytę. Fazy już nie było ale byłem tym wszystkim wymordowany I zmęczony. Widać to było po mniej twarzy. No i koniec tego trochę długiego raportu. Był to pierwszy trip tego typu. Dziwi mnie tylko że to był jeden buch. Albo kurewsko dobre zioło (a ja nie wiedziałem) albo chemol. Bo wcześniej wymieniony Pan X też mówił że go to wyjebalo ale jak mu opowiedziałem to co przeżyłem to powiedział że to co opisałem to faza po kwasie. Nwm kwasu nie próbowałem. Ale cieszę się że mogę być już z wami na tej planecie
Posty: 326 Strona 33 z 33
Wróć do „Substancje psychoaktywne”
Na czacie siedzi 56 uczestników Wejdź na czata

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości