Te suplementy diety potrzebne do rozwoju duchowego kojarzą mi się z, wybacz, psytrance'owymi odklejeńcami, którzy najchętniej wrzucaliby innym LSD do śniadania. Nie twierdzę, że nie istnieją substancje pozwalające odkryć kawałki swojej (nie)świadomości niedostępne innym sposobem (LSD właśnie, grzyby, DMT, ibogaina), ale ich spożywanie - jeśli jest to robione w wymiarze duchowym- powinno mieć bardziej "ceremionalny" przebieg, niż "a, jebnę sobie karton i pójdę na łączkę". Czyli już następuje tu ujawnienie jakiemuś gronu nieznanych osób swojego zainteresowania narkotykami.
Niemiła prawda IMHO jest taka, że piszemy tu w kółko o podobnych tematach dlatego, że jesteśmy samotni, m.in... Zażywanie narkotyków ci wpierdoleni, do których mam nieszczęście się zaliczać, traktują jak kolejną czynność fizjologiczną. Po prostu podanie sobie leku te 3-4x dziennie; tak, jak inni biorą rano kawusię i witaminy, w południe jakieś suple, wieczorem coś na wątrobę, a w nocy (jak się wybudzą) od święta prochy na sen.
Jeśli jednak chodzi Ci o ludzi, którzy ćpają - często ostro - nie roztaczając wokół siebie "aury narkomaństwa"; i teraz obojętne, czy będzie ona rozumiana jako wygląd wskazujący na bycie narciarzem i wytykanie palcami, czy może spędzanie 90% w social mediach z drug-related contentem... Powiem Ci na własnym przykładzie, że początkowa fascynacja mija wraz z postępującym wpierdoleniem. I wtedy człowiek zauważa takie aspekty swojego brania, o których raczej nie chce nikomu mówić, a jeśli już - to pod mniej lub bardziej anonimowym nickiem.
Pytanie zadane przez Ciebie na końcu jest czym innym, niż to, postawione w temacie; dlaczego wybrałam akurat to, co biorę... Powiedziałabym, że to raczej "to" mnie wybrało. Pomijając uwarunkowania rodzinne i wspomnienia, które chciałabym wyprzeć, to miałam styczność z wieloma narkotykami - i jedynie opio, konkretniej morfina oraz acetylowana jej wersja, dały mi wrażenie "czucia dobrze". Czucia właściwie. Czucia się tak, jak powinien czuć się człowiek; nie w spazmach organimicznego szczęścia, ale będący w stanie zainteresować się książkami, seksem, nauką, rozwojem, inwestycją we własną przyszłość, zaciśnięciem więzów rodzinnych...
A także wyzbyty lęku przed drugą osobą, przed audiencją, przed wejściem w intymny związek i otworzeniem się, przed seksem, przed wieloma rzeczami, które na co dzień uniemożliwiają funkcjonowanie bez narkotyku/ów wybranego czy też wybranych. Pisałam już kiedyś o pustce, która zostaje po odstawieniu; ona nie znosi próżni i codziennie boleśnie nam przypomina, że na przykład po odstawieniu benzo już nie jesteśmy w stanie odebrać telefonu bez oblania się potem i strachu. Że nie jesteśmy w stanie zrobić porządku w swojej skrzynce odbiorczej, przez co ludzie wkurwiają się pewnie o olewkę, ale ja nie chcę wracać dodatkowo do napierdalania benzo przez cały czas, a na trzeźwo - czy tylko z morfiną - jest to jedna z rzeczy, z którą poradzić sobie w stanie nie jestem.
Jakiś tam procent mojego "wyboru" benzo był też poczyniony ręką lekarza, który wypisał mi po raz pierwszy alprazolam i klonazepam bez szczególnych nacisków z mojej strony. Byłam wtedy po pierwszych epizodach epileptycznych (ale lżejszych, grand MAL nabawiłam się dopiero po odstawieniu) oraz przyszłam z powodu lęku, o którym pisałam wyżej. Niektórzy funkcjonują lepiej niż przeciętnie na amfetaminie czy koce, ja funkcjonuję lepiej niż przeciętnie na morfinie i benzodiazepinach - i z nożem na gardle nie mogę napisać, że nie zawdzięczam temu połączeniu oraz deficytowi lęku po nim wielu swoich sukcesów zakończonych odpowiednim papierkiem z odpowiednio wpisanym wynikiem. Jasne, okupione to było wysokim kosztem. Czy mogłabym zrobić to bez nich? Mogę tylko gdybać.
Ale każdy niby niesie swój "krzyż"; każdemu brakuje czegoś innego, zdarzają się pewnie flegmatycy lubiący kreski, ale z większym prawdopodobieństwem taka istotka wjebie się w depresanty. I w drugą stronę, istnieją pewnie sangwinicy lubiący zarzucić sobie benzo, ale z większym prawdopodobieństwem wjebią się w coś brane grupowo, coś dającego siłę, coś spidującego.
Zależnie od kryterium HFA; z zewnątrz, jeśli chodzi o osobę niezawalającą uczelnię, chwytającą się czasem jakiejś pracy, mającą regularne dochody, utrzymująca kontakty z rodziną, niewyglądającą jak dupy dające dupy [sic] na Centralnej oraz dbającą o coś więcej, niż coś do władowania w żyły - zwierzę domowe, inni ludzie, kosmetyki, higiena,coś więcej niż sama bazowa higiena - to nie jest ze mną tak źle, pomimo wysokiego stopnia wpierdolenia. Ale w momencie, gdy zabraknie mojego "paliwa"- to wszystko znika.
wierzyli do końca i poszli na dno
teraz jeszcze przechylają moją łódź niepewną
odtrącam te sztywne dłonie okrutnie żywa
odtrącam rok za rokiem.
Im mocniejsze środki bierzesz, tym większe zmiany w sobie zauważasz. Jeśli bierzesz, i nie ma to negatywnego wpływu na życie "poza" (a nawet są z tego profity), to nie jest źle, jeśli ma wyraźny wpływ a mimo to bierzesz - już nie jest tak dobrze. W wielkim skrócie, tak bym opisał branie a "branie". To, czy mamy problem, jest to naprawdę subiektywna kwestia, zależna od n czynników.
Pokora wobec leków/narkotyków jest bardzo ważna.
Zacząłem brać tylko i wyłącznie z ciekawości - co Ci ludzie w klubach widzą,że jedzą piksy. Nigdy nie byłem typem klubowicza, więc poszedłem na imprezę, wziąłem MDMA i było bardzo miło. Na trzeźwo bym się tak nie bawił.
Potem spróbowałem LSD - i tutaj zaczęła się miłość. Poznałem możliwości ludzkiego mózgu, nowy wymiar abstrakcji i zacząłem inaczej odbierać muzykę.
Pojechałem na festiwal psytrance. Spodobali mi się tam ludzie (współcześni hipisi), zabawa w naturze, wszechobecne dobro. Od tego czasu co roku jeżdżę minimum na 1 festiwal, biorę tam sobie kwas i MDMA. Oprócz tego 2-4 imprezy klubowe w roku na kwasie bo po prostu go lubię w połączeniu z zabawą.
Nie traktuję narkotyków jako lekarstwa na cokolwiek. Używam ich tylko i wyłącznie dla zabawy i relaksu - zamiast zapijania się alkoholem.
Spróbowałem kilka razy innych rzeczy (raz mete, raz alfe, kilka razy jakieś inne rc symulanty), ale widząc jakie sieją zniszczenia fizyczne, stwierdziłem, że nie warto. Zostałem przy kwasie, emce, koksie i marihuanie. Tylko do imprez, kilka razy do roku.
Wszystko biorę z głową - wiem kiedy mogę sobie na to pozwolić, ile czasu i jak wygląda zejście, jak się suplementowac po wieczornej imprezie.
Poznałem wiele ciekawych ludzi, stałem się bardziej otwarty. W pracy również same sukcesy, awanse, wysokie jak na Polskę zarobki.
Można? Można.
Ważne żeby nie zaczynać zbyt wcześnie. W moim przypadku do 25 roku życia były to tylko zioło i alkohol.
Wyglądało to bajecznie, zero, skręta, ani też objawów ubocznych, no ale głupi nie jestem nie oszukiwałem się.
Jaka była korzyść brania? Znikała pustka, frustracja.. mówiąc ogólnie deficity życiowe zastępowałem narkotykami czując się kompletnie dobrze tu i teraz.
Nie zmienia to faktu, że jednak było to pozorne na dłuższą mete. Teraz jestem czysty od jakiegoś czasu i planuję to utrzymać, zaczynam znów dostrzegać tą iluzję w jakiej byłem. Nie robię żadnej sensacji z trzeźwości bo już utrzymywałem dłuższe okresy abstynencji. Po prostu schodzi klapka z oczu.
Błędne koło. Nie ważne, że bierzesz rzadziej. Każda inicjacja wywołuje niedostrzegalne zmiany, tworzace zastój, degradacje, próżne szczęście i pogłębiający się deficyt.
Ale życie jest nudne i bez sensu, czasem nie z naszej winy. Jest wiele czynników niezależnych. Np. polskie realia zarobków, brak możliwości podróży, brak miłości i przyjaciół - wiadomo jak to się zmienia z przemijającym wiekiem. Indukuje to branie okazyjne.
W zestawieniu z czynnikami zewnętrznymi czasem okazuję się, że rzeczywiście nie robi to większej różnicy i można się oszukiwać, że jest git O:-) Nie jest i nigdy nie będzie.
26 grudnia 2018VERBALHOLOGRAM pisze: Moim zdaniem najgorzej jest brać za małolata, bez ukształtowanej seksualnośc i charakteru, czy też tzw ego i i ogólnie myślenia o tym że będzie się kiedyś dorosłym, i sprawy dotyczące narkotyków wkraczają w tryb codziennych schematów które decydują o tym kim się chce, lub chciało być.
U mnie kluczowy był okres 13-16. Wtedy kształtowało mi się dziecięcie postrzeganie świata z dorosłym życiem.
Gdy trzeźwieje i znika głód narkotyczny po jakimś czasie wspominam emocjonalnie ten etap bez używek. Gdybym wtedy walił mocne dragi nie miałbym gdzie wracać i co z tego wynosić.
"Mówiłem nigdy więcej, a czas mi przyniósł plaster
Zagoiło się nieźle skoro goiło z otwartej
Zasypiam w pół do pierwszej, zasypiam w pół do czwartej
Albo znów kurwa nie śpię przez co jeszcze nim zasnę..."
Tak było ze mną (uprzedzam, nie brałam opio od dwóch miesięcy, nie jestem wjebana i mam się dobrze), inni wjebani polecali mi się położyć i rozkoszować się fazą, ja wolałam korzystać z tego, że nic mnie nie boli i nie męczy i chodziłam grube kilometry w upale, ciesząc się też komfortem termicznym ciała przy trzydziestu stopniach Celsiusza. W sumie to rzeczywiście - brałam to tylko dla fazy i korzyści fizycznych, pewnie dlatego się nie wjebałam. W sumie to życzyłabym tego wszystkim, ale jak jest - wiadomo.
Inny temat to wjebanie w eufo-speedy. Całe szczęście są to substancje bardzo męczące organizm i psychikę i w pewnym momencie samemu krzyczysz sobie "dość" i chcąc czy nie chcąc robisz sobie przerwę.
Jako że wjebałam się w opiaty i opioidy, to granica między (nad)używaniem a uzależnieniem zaczęła zacierać się niezwykle szybko. Na początku to było coś, co koiło mi lęki i smutki. Nie miałam wtedy dobrze ustalonych leków, podjęłam kilka prób samobójczych. Zaczęło się od kodeiny, potem szybko poszła morfina. Z początku próbowałam dawać sobie pozory kontroli, wyznaczać, kiedy i ile mam wziąć, ale bardzo szybko ten czar prysł. Z tym, że na tamtym etapie nie nazywałam tego uzależnieniem, ta słynna myśli ,,Inni - tak, ale ja się nigdy nie wjebię!''. Zaczynając tę ,,przygodę'' byłam naprawdę młodą osobą, w dodatku z ogromnymi problemami. Zmarły moje dwie ukochane osoby, miałam dość trudną sytuację rodzinną, zmiana szkoły z powodu bullyingu, leczenie psychiatryczne dawało niezadowalające wyniki (F20.3, F33, F48, F84.5 here), no i samotność... Czułam się niewyobrażalnie samotna, nie ufałam nikomu, ćpałam w samotności, później weszłam w ,,środowisko''. Szybko zaczęłam szukać pretekstów do ćpania, usprawiedliwiać, mieć wyrzuty sumienia... Nim się obejrzałam, z ,,raz na miesiąc'' zrobiło się kilka razy na tydzień, a nawet dzień. Człowiek wierzył, że się ,,kontroluje''. Kiedy przyszedł pierwszy fizyczny skręt, był to dla mnie ciężki szok i podjęłam parę nieskutecznych prób rzucenia opio. Każdy kopniak od życia równał się kolejny strzał, a potem zwykle ciąg. W końcu przyznałam się przed samą sobą, z pomocą mojej psycho-loszki. Na odwyk poszłam z obawy, czy po takim drasowaniu organizmu przeżyję czekającą mnie operację. No i gdy prawie wyzionęłam ducha podczas stanu padaczkowego z migotaniem przy TYM skręcie, będąc jedną nogą w grobie uświadomiłam sobie, że jednak są tacy, którym na mnie zależy...
Ciężko jest, prawie rok abstynencji, leczę się nadal. W międzyczasie wpadłam w stymulanty, z których jednak dużo łatwiej było mi wyjść. Najciężej mi walczyć z chorobą i układać relacje rodzinne. Udało mi się skończyć szkołę (przez opiaty nie tak dobrze, jak bym chciała, ale jednak), studiuję i pracuję. Nawet sobie na tej uczelni radzę (nieskromnie przyznam - dobrze ;)). Chociaż tyle.
Dlaczego opiaty? Bo dawały mi ukojenie. Euforia po pierwszym razie, później ,,osłoda każdej troski''... Ponoć lękowcowi najłatwiej wpaść w depresanty. Jeśli tak - to jestem żywym przykładem. Stymulanty to już inna bajka, próba funkcjonowania ,,na pełnych obrotach'' i absolutnego zadowolenia siebie i innych.
Mam grupę przyjaciół, z którymi wspieramy się nawzajem i pilnujemy, żeby nic nie popłynęło nigdy za daleko. I jest dobrze. Pod wieloma względami moje życie jest lepsze niż przed odkryciem substancji :)
Nigdy nie biorę niczego, co do czego nie mam pewności jak działa i że jest tym, czym ma być.
Zażywam tylko konkretne substancje, od innych trzymając się z daleka.
Like a blue lotus floating on the sea of love
Marihuana w psychiatrii. Dlaczego „nie leczy” nie oznacza „nie działa”?
Ciemna strona zieleni: Wszystko, co musisz wiedzieć o negatywnych skutkach nadużywania konopi
Czechy luzują prawo konopne. Duży krok naprzód, ale z gwiazdką
Kofeina naprawia zaburzenia w pracy mózgu wywołane brakiem snu
Gdy po nieprzespanej nocy nie radzimy sobie z zadaniami wymagającymi myślenia, składamy to na karb zmęczenia. Jednak, jak dowiadujemy się z badań przeprowadzonych na Narodowym Uniwersytecie Singapuru, problemem nie jest zmęczenie, a fakt, że brak snu zaburza funkcjonowanie konkretnych obszarów mózgu odpowiedzialnych za kawę. Naukowcy nie zostawili nas jednak samych sobie z tą wiedzą. Stwierdzili bowiem, że kofeina może przywracać prawidłową pracę neuronów.
Więzienie za 0,11% przekroczenia?
Wolne Konopie włączają się do sprawy jako strona społeczna w sprawie pana Andrzeja.
Badanie ścieków 2025: Marihuana dominuje w europejskich miastach, kokaina i ketamina w górę
Badanie ścieków to dynamicznie rozwijająca się dziedzina nauki. Pozwala ona naukowcom bardzo dokładnie oszacować, jakie narkotyki i w jakich ilościach spożywają mieszkańcy. Najnowsze badanie z 2025 roku miało ogromną skalę. Badacze sprawdzili ścieki w około 115 miastach na terenie Europy.
