Artykuły o dragach

Luźne dyskusje na tematy związane z substancjami psychoaktywnymi

Moderator: Wszyscy moderatorzy

Posty: 2066 Strona 206 z 207
Rejestracja: 2011
Użytkownik zbanowany
  • 1182 / 96 / 0


kokaina z certyfikatami "organic" i "fair trade"
Jan Stola

[ Grafika zewnętrzna - wgrywaj jako załącznik aby była widoczna bezpośrednio ]
Brudne sekrety 'białych nosków' (Karolina Skrzyniarz)

Pochylasz się nad umywalką o zachodnio brzmiącej nazwie, walisz kreskę i oprócz atmosfery dżungli amazońskiej czujesz też posmak wszystkich przygód, które kokaina przeszła, żeby z wami w tym kiblu się znaleźć.

Jan Stola (1989) – prezes fundacji Youth Organisations for Drug Action, zrzeszającej organizacje pozarządowe i aktywistów zajmujących się problematyką narkotyków w 16 krajach Europy, problematyką narkotyków i narkomanii pracuje od 10 lat. Doradza w kwestiach związanych z młodzieżą i narkotykami instytucjom takim jak Komisja Europejska, Rada Europy i Biuro ONZ ds. Narkotyków i Przestępczości.

Masz trzydzieści kilka lat. Mieszkasz w dużym mieście. Pracujesz w firmie o kapitale zagranicznym, w której twoja ciężka praca w połączeniu z niezłym wykształceniem przynosi ci miesięczne dochody w wysokości dwóch czy trzech średnich krajowych, może nawet więcej. Nie jesteś oczywiście stereotypowym korposzczurem, którego nie obchodzi nic poza stanem konta, który przełoży się na dobry samochód w leasingu, weekendowe wypady do SPA i wakacje na Dominikanie.

Ty segregujesz śmieci, przekazujesz darowizny organizacjom pozarządowym, martwisz się o los zwierząt w schroniskach i więźniów politycznych w Azji. Oczywiście starasz się być również odpowiedzialnym konsumentem, który nie kupi jedzenia zawierającego olej palmowy z zagrożonych lasów, ubrań szytych przez dzieci w Bangladeszu czy kosmetyków testowanych na chomikach.

Twoja grupa towarzyska składa się z osób bardzo ci podobnych – takich, którym całkiem się w życiu udało, niemniej nie dali się w trakcie rzeczonego procesu udawania przerobić na trybiki maszyny. Gdy spotkacie się na imprezie, rozmowy nie ograniczają się do przechwałek o wynikach sprzedaży czy opowieści o nowej strategii kreowania marki w social media. U was można pogadać o sytuacji politycznej na Bliskim Wschodzie, posłuchać historii znajomych, którzy właśnie przejechali Indie autostopem, oraz wdać się w zażartą polemikę na temat tego, czy Świetlicki jest nasz, ich, czy może też wszyscy powinni się od niego odpierdolić.

Właśnie dlatego, że twoje towarzystwo nie jest przeciętne i stereotypowe, na waszych imprezach okazjonalnie pojawia się kokaina.

Dzikie serca razem w kiblu


Sprawa z kokainą jest o tyle wspaniała, że jest jedynym w swoim rodzaju efektem syntezy złotego rolexa i gitary elektrycznej. Jest symbolem statusu i sukcesu życiowego (w końcu za jeden gram zapłaciłeś tyle, ile portier na twoim osiedlu zarabia przez tydzień), a zarazem wyrazem nonkonformizmu i dzikości serca – w końcu jest nielegalna i jak każdy narkotyk znienawidzona przez rząd i większość społeczeństwa. Gdyby Donald Trump miał dziecko z Janis Joplin, to daliby mu na imię kokaina.

Do tego dochodzi jeszcze klimat. Bez kokainy trudno byłoby ci się znaleźć w sytuacji, w której będziesz zamknięty w kiblu z zastępcą kierownika działu HR i tym Krzyśkiem, który pracuje dwa biurka dalej, którzy będą komplementowali twoje narkotyki i obiecywali, że na następną imprezę to oni coś załatwią. Potem, połączeni więzią wspólnego grzechu, będziecie mogli wymieniać konfraterskie spojrzenia w biurze, a Marta z marketingu zagada w windzie, że robi w piątek parapetówkę i żebyś wpadał, bo słyszała, że jesteś w temacie.

Jest piątek, trochę już wypiliście, Marta z marketingu kiwa porozumiewawczo na ciebie i Krzyśka, żebyście poszli z nią do łazienki. Nie musiałaby się kryć, bo przecież dookoła są sami swoi, ale to jednak nie był by ten sam klimat. Drzwi na zamek, Marta sypie koks z torby, dzieli kartą miejską, bo w godzinach szczytu i tak są takie korki, że do biura to tylko tramwajem. Ty wyciągasz sto złotych, zwijasz i pochylasz się nad ściechą.

Zastopujmy teraz na chwilę akcję. Przyjrzyjmy się, skąd wzięła się ta kokaina na brzegu umywalki o zachodnio brzmiącej nazwie. Jak została wykonana przez pracowników otrzymujących godne wynagrodzenie i w sposób nienadwyrężający zbytnio środowiska naturalnego – obydwa te fakty poświadczone są przez odpowiednie certyfikaty.

kokaina rośnie w dżungli


W odległej Kolumbii rósł kiedyś las równikowy. Zresztą ten sam, który chronisz odpowiednio, wybierając firmę, od której kupiłeś meble. Do lasu równikowego przyszli ludzi i wycięli jego część, żeby zrobić miejsce pod uprawę. Najprawdopodobniej nie byli to szczególnie źli ludzie, pewnie wyprowadzili się z cywilizowanej części kraju, bo nie chcieli być pół-niewolnikami u wielkich posiadaczy ziemskich, latyfundystów kontrolujących przez swoje wpływy polityczne i grupy bandytów większość ziem rolnych w kraju.

Życie w dżungli nie okazało się jednak znacznie lepsze, bo tę część, do której trafili, kontroluje jakaś inna bandycka grupa. Może marketingowo określać się jako skrajnie prawicowa, skrajnie lewicowa czy zwyczajny kartel, ale podziały polityczne skończyły się w XX wieku i teraz wszyscy są po prostu bandytami. Bandyci zachęcili nieszczególnie-złych-ludzi do uprawy koki. Mogli nawet zagrozić, że w razie odmowy zabiją im dzieci, ale zazwyczaj nie jest to konieczne, bo w dżungli trudno uprawiać coś poza koką.

Gdyby zdecydowali się uprawiać banany czy kawę, to kilka czy kilkanaście ton swoich zbiorów (a tyle trzeba sprzedać, żeby utrzymać rodzinę) musieliby nieść na własnych plecach kilkadziesiąt kilometrów leśną ścieżką do najbliższego skupu. Drogi nie ma, bo zamiast do nich została poprowadzona na pole miejscowego latyfundysty, który ma w senacie czterech swoich ludzi. Natomiast liście koki można sprzedać lub przerobić na pastę kokainową już w najbliższym sąsiedztwie. W dodatku płacą za nie kilka razy więcej niż za banany, a nasi niespecjalnie-źli-ludzie są w końcu tylko ludźmi.

Potem przyleciały samoloty sprezentowane władzom Kolumbii przez rząd USA i spryskały z nieba nasze krzaki koki wielkimi ilościami herbicydów zakupionych przez ten sam rząd od pewnej bardzo dużej korporacji chemicznej (teraz wiecie już, dlaczego na torbie koksu jednak nie znajdziecie napisu „organic”). koka ma jednak to do siebie, że jest rośliną silną, więc bardziej od upraw ucierpiała okoliczna dżungla i sami rolnicy, którzy też zostali obficie spryskani.

Skoro już mówimy o cechach koki jako rośliny, to ciekawostką jest, że przy odpowiednim nawożeniu i nawadnianiu uprawiać ją można prawie wszędzie. Haczyki są dwa: po pierwsze, żeby wyprodukować rozsądne ilości kokainy, potrzeba dużo koki (300 gramów liści daje 1 gram „tematu”). Po drugie, żeby dało się z niej w ogóle wyprodukować kokainę, musi ona rosnąć na dużej wysokości, bo tylko wtedy będzie zawierała w sobie wystarczające ilości alkaloidów. Teoretycznie więc miałoby sens obsadzenie kilkunastu hektarów Tatrzańskiego Parku Narodowego, jednak w praktyce turyści zadeptaliby naszą uprawę, zanim na miejsce dotarłaby policja, żeby zabrać nas na lata do więzienia i straż parku, żeby wystawić mandat za niszczenie przyrody.

Zbiory i przetwórstwo

Po kolejnych kilku miesiącach nasi rolnicy odchorowali już opryski herbicydami i są gotowi do zbiorów. Kokę zabierają pod daszek z folii, czyli do laboratorium. Liście koki zostają zmiażdżone, wrzucone do balii, ugniecione nogami i potraktowane przekazywanym z pokolenia na pokolenie miksem składników: cementem, benzyną, wodą i kwasem siarkowym.

Oczywiście tak jak w przypadku babcinych przepisów na ogórki kiszone każdy producent ma swoją metodę i proporcje składników.
W ten sposób otrzymujemy pastę kokainową, z której należy jeszcze odparować wodę i dodać amoniaku, acetonu i kwasu solnego, aby w końcu otrzymać kokainę w formie stałej – ten proces czasami odbywa się na miejscu, a czasami już w laboratoriach karteli, bo pastę kokainową transportować równie łatwo jak kokainę.

To, co opisałem powyżej, jest drugim, oprócz globalnej prohibicji narkotykowej, powodem, dla którego na opakowaniach nie podaje się składu produktu (swoją drogą, po wszystkie kwasowo-acetonowo-betonowe odpady powstałe w trakcie procesu produkcji nie przylatuje do dżungli helikopter firmy specjalizującej się w utylizacji takowych).

Zakładając, że nasi rolnicy mieli cztery hektary obsadzone koką i udało im się podczas jednych zbiorów uzyskać około tony liści, to zostały one w laboratorium przerobione na jakieś 2-3 kilogramy czystej kokainy (zależnie od zawartości koki, czyli alkaloidów, w koce). W kartelowym skupie darów lasu otrzymali za to około 2000 dol., czyli w przybliżeniu 8000 zł, za które muszą następnie opłacić koszty produkcji (cement w dżungli jest droższy niż w sklepie budowlanym) i utrzymać rodzinę do następnych zbiorów, przeżywając przy tym kolejne opryski i najścia bandytów chcących haraczu.

Korporacja typu kartel


kokainy Marty z działu marketingu jest teraz w rękach kartelu, który z pomocą innych grup przestępczych z całego świata będzie się starał przetransportować ją do Polski, a konkretnie do toalety w nowym mieszkaniu pracownicy średniego szczebla firmy o kapitale zagranicznym. Żeby tego dokonać, trzeba będzie jednak najpierw zabić dużo ludzi i zdestabilizować kilka państw.

W ciągu ostatnich 10 lat w wojnie narkotykowej w samym tylko Meksyku zginęło prawie 200 tys. osób, czyli więcej niż podczas wojen w Iraku i Afganistanie razem wziętych. Jedynym krajem na świecie, w którym w zeszłym roku zabito więcej ludzi niż w Meksyku, jest Syria, na którą spadają bomby beczkowe i broń chemiczna.

Pozostając przy porównaniach do Bliskiego Wschodu: dane wskazują, że liczba ofiar meksykańskich karteli – mających już wpływy w handlu kokainą na całym świecie – jest zbliżona do liczby ofiar Państwa Islamskiego.

Pytanie, czy lałbyś do swojego samochodu benzynę podpisaną „Made in Islamic State of Iraq and the Levant”?
Co ciekawe, kartele bezpośrednio współpracują z konkurencyjną organizacją terrorystyczną, Hezbollahem, która za swój udział w zyskach zaopatruje je w broń, szkoli, pomaga transportować kokainę do Europy i prać pieniądze.

W pozostałych państwach regionu też nie próżnują – według „The Economist” na 50 najniebezpieczniejszych miast na świecie aż 47 znajduje się w Ameryce Łacińskiej i na Karaibach będących również szlakiem tranzytowym dla kokainy.

Kartele narkotykowe są trochę podobne do wielkich korporacji takich jak twoja: prowadzą interesy na całym świecie, mają niemal identyczną strukturę wewnętrzną, dywersyfikują wpływy i prowadzą ekspansję na nowych rynkach. Różnica polega na tym, że u nich w przypadku złej oceny kwartalnej pracownika ich odpowiednik działu HR wiąże go, odcina mu genitalia, wsadza je do ust i zostawia, żeby się wykrwawił. Potem, dla efektu motywacyjnego, ciało wiesza się na wiadukcie autostrady.

Mimo wszystko wydaje się to gorsze niż zostanie bez pracy z kredytem hipotecznym do spłaty – nawet we frankach szwajcarskich. Bardzo często ofiarami padają też kompletnie niewinne osoby. Gdy na kolejnym spotkaniu towarzyskim będziecie chcieli porozmawiać o czymś wznioślejszym niż przejście członka zarządu do konkurencji, polecam dyskusję o twórczości Javiera Sicili, meksykańskiego poety, którego syn został zamordowany wraz z sześcioma kolegami, bo w barze nie przypadli do gustu jakiemuś żołnierzowi kartelu.

Głęboko ufam, że dane te zrobią pewne wrażenie na tobie jako osobie, która po pożarze w fabryce odzieży w Bangladeszu zaczęła omijać niektóre sklepy w centrum handlowym.

Logistyka


Żeby trafić do Europy, kokaina musi jeszcze zostać przetransportowana przez ocean. 20 czy 30 lat temu odbywało się to jeszcze głównie za pomocą statków płynących bezpośrednio do Europy, jednak obecnie pogranicznicy w Hamburgu, Rotterdamie czy Neapolu zwracają już większą uwagę na jednostki przypływające z Kolumbii lub Brazylii, co dało bodziec do wymyślania innych sposobów przemytu.

Jednym z nich jest przepuszczenie towaru przez kraje Afryki Zachodniej, gdzie kontrole graniczne są słabe, a dopiero potem skierowanie ich do Europy, bo tutejsze służby nie spodziewają się na statkach płynących stamtąd nic poza kakao. ONZ ogłosił już oficjalnie, że handel narkotykowy jest kluczowym zagrożeniem dla stabilności tego regionu, więc jeżeli za kilka lat zobaczysz w telewizji Janinę Ochojską zachęcającą do wysłania SMS-a w celu wsparcia ofiar upadku Senegalu jako państwa, to wiedz, że kokaina na pewno miała w tym swój udział.

Drugą metodą przerzutową jest sposób „na muła”, gdzie mułem jest człowiek, a grzbietem jego brzuch. Najpierw należy znaleźć Nigeryjczyka, Hindusa lub Polaka, który przyjechał do Europy Zachodniej za chlebem, ale oszukał go pośrednik pracy i znajduje się w trudnej sytuacji życiowej, a do domu bez pieniędzy nie wróci, bo ma do spłacenia kredyt za remont łazienki.

Polacy i inni mieszkańcy wschodniej części UE są do tego celu o tyle dobrzy, że jako osoby białe i nieobjęte obowiązkiem wizowym są mniej kontrolowani na lotnisku niż wspomniani Nigeryjczycy czy Hindusi. „Muła” wysyła się do Ameryki Łacińskiej, gdzie siedzi on przez tydzień lub dwa (gdyby wrócił po jednym dniu, byłoby to nieco podejrzane) w najpodlejszym motelu. Na koniec wyjazdu dostaje pamiątkę w postaci kilkudziesięciu woreczków pełnych kokainy do połknięcia oraz słowa pożegnania głoszące, że jakby przypadkiem gdzieś po drodze im się z tą kokainą zgubił, to wiedzą, gdzie mieszka jego rodzina.

Po dotarciu do Europy muł jest odbierany z lotniska przez współpracowników kartelu i zabierany do mieszkania, gdzie musi twoją kokainę wysrać do wiadra.
Jeżeli mu się to nie powiedzie i na przykład któryś z woreczków pęknie mu we wnętrznościach, to współpracownik kartelu wyrzuca go za śmietnikiem w ciemnej uliczce, żeby mógł spokojnie umrzeć z przedawkowania tam, a nie ryzykować ujawnienie całej operacji policji, która na pewno miałaby wiele pytań, gdyby po ludzku trafił do szpitala i tam z żołądka wyciągnięto mu pół kilo koksu.

Dystrybucja


Potem jest już z górki. kokaina trafia do gangu w Polsce, który dla zwiększenia zysku podzieli ją z kilkoma domieszkami, zwiększając tym samym masę produktu. Zyski wesprą ich inne przedsięwzięcia, jak wymuszanie haraczy, łamanie nóg i zmuszanie ludzi do prostytucji.

Potem kokaina idzie do człowieka niżej, który też ją z czymś podzieli, potem do kolejnego, który też ją z czymś podzieli, aż w końcu dostanie ją ten chłopak, którego Marta z marketingu poznała kiedyś w klubie i powiedział jej, że jak coś, to on ma załatwić. Nawet jeżeli zapłaciłeś za gram 500 zł i „Siwy” obiecywał, że to „sto procent petarda prosto od Escobara”, to i tak przeciętna czystość kokainy w Europie wynosi na poziomie ulicy około 30 proc.

Ty jako „lamus z korpo” na pewno nie dostałeś więcej niż 50 proc. Zostałeś oszukany na 250 zł. To dosyć duża strata konsumencka jak na kogoś, kto potrafi wymienić dwadzieścia maili z działem reklamacji sklepu internetowego, gdy dostanie trampki w kolorze innym, niż zamawiał.

Odstopujmy teraz akcję w kiblu na imprezie. Pochylasz się nad umywalką o zachodnio brzmiącej nazwie, walisz kreskę i oprócz atmosfery dżungli amazońskiej czujesz też posmak wszystkich przygód, które kokaina przeszła, żeby z wami w tym kiblu się znaleźć.
Rejestracja: 2011
Użytkownik zbanowany
  • 1182 / 96 / 0


Brat Escobara grozi twórcom "Narcos"
mk

Twórcy serialu "Narcos" dostali ostrzeżenie od Roberto Escobara Gavirii, brata Pablo Escobara. Mężczyzna domaga się od Netflixa miliarda dolarów.

Roberto Escobar Gaviria w wywiadzie odniósł się do śmierci scenografa "Narcos". 37-letni Carlos Munoz Portal szukał w Meksyku miejsc, w których można kręcić nowe odcinki serialu.

Jego ciało znaleziono niedaleko San Bartolo Actopan, przy granicy stanu Hildago. Okolica charakteryzuje bardzo wysoka liczba morderstw. - To bardzo niebezpieczne - powiedział 71-letni Escobar. - Szczególnie bez naszego błogosławieństwa. To jest mój kraj - dodał.
W rozmowie z Hollywood Reporter brat Pablo Escobara przyznał, że wystąpił do platformy Netflix z roszczeniami na kwotę miliarda dolarów. Jego zdaniem twórcy serialu bezprawnie nawiązują do rodziny Escobarów. Prawa do wizerunku rodziny ma firma Escobar Inc. założona przez przez Roberto Escobara Gavirię w 2014 roku.

Mężczyzna skierował swoje roszczenia w ubiegłym roku, a w odpowiedzi miał otrzymać od prawników list z pogróżkami. Gaviria zapowiedział, że jeśli nie otrzyma odszkodowania, zniszczy serial.
Serial "Narcos" przedstawia historię narkotykowego gangu z Medelin. Grupą kierował Pablo Escobar. Roberto Escobar Gaviria był księgowym kartelu. W 1992 roku trafił do więzienia, gdzie spędził 10 lat.

https://www.youtube.com/watch?v=U7elNhHwgBU

"Niektórzy twierdzą, że MDMA uratowało im życie". Żyjemy w epoce renesansu psychodelików

Rozmowa z Maciejem Lorencem, autorem książki "Czy psychodeliki uratują świat?", który na potrzeby swojej publikacji przeprowadził szereg rozmów z neuronaukowcami, zajmującymi się tą grupą substancji w swojej pracy.

Międzynarodowa akcja służb. Poszukują barona, który „jest w tej samej lidze co El Chapo

Baron narkotykowy Tse Chi Lop jest obecnie jednym z najbardziej poszukiwanych przestępców na świecie. Operacji nadano kryptonim Kungur.
Rejestracja: 2010
  • 1167 / 12 / 0


Rejestracja: 2017
Użytkownik zbanowany
  • 595 / 72 / 0


Rejestracja: 2011
Użytkownik zbanowany
  • 1182 / 96 / 0


USA przegrały wojnę z przemysłem farmaceutycznym. Pochłonęła już 200 tys. ofiar
Magda Działoszyńska

Dziennikarze "Washington Post" ujawnili, jak przemysł farmaceutyczny w USA przechytrzył instytucje nadzorujące rynek, zalał go lekami przeciwbólowymi i doprowadził do wybuchu epidemii uzależnienia od środków opioidowych. Od ich przedawkowania zmarło w 2016 r. prawie 18 tys. osób, to ponad 4 razy więcej niż w 2000 r.

To jedna z tych historii, z których Hollywood zrobi za kilka lat budzący sumienia i świetnie zagrany thriller polityczny. Jest w niej wszystko: chciwe i cyniczne koncerny farmaceutyczne, kupieni przez nich politycy oraz urzędnicy, którzy próbują uczciwie wykonywać swoją pracę, ale docierają do ściany. Jest też ostatni sprawiedliwy – pracownik Agencji Antynarkotykowej, który latami walczył w słusznej sprawie, poległ i jedyne, co mu pozostało, to podzielenie się swoją wiedzą o nadużyciach z mediami. W ekranizacji może zagra go Russell Crowe, który w filmie „Człowiek, który wiedział za dużo” wcielił się w postać Jeffreya Wiganda, byłego pracownika koncernu tytoniowego, który obnażył nielegalne metody stosowane przez branżę.

Wielkie koncerny obchodzą prawo

W materiale „Washington Post” i „60 minutes” tym człowiekiem jest Joseph T. Rannazzisi, który pracę w Agencji Antynarkotykowej (DEA) zaczynał jako terenowy agent w Detroit, potem został szefem jednego z jej oddziałów (odpowiedzialnego za to, by sprzedaż leków odbywała się zgodnie z obowiązującymi przepisami), by w październiku 2015 r. odejść na emeryturę z poczuciem przegranej sprawy.

Sprawa, którą przegrał Rannazzisi, to walka Agencji o zapanowanie nad procederem nielegalnego rozpowszechniania silnych, opartych na opioidach środków przeciwbólowych (jak OxyContin czy Vicodin). Według licznych źródeł, na które powołują się autorzy materiału wewnątrz Agencji oraz w Departamencie Sprawiedliwości, branża przez lata próbowała w sposób karkołomny obchodzić uchwalony w 1970 r. regulujący jej funkcjonowanie Controlled Substances Act. Ustawa nakazuje dystrybutorom m.in. zgłaszanie Agencji podejrzanie dużych albo w inny sposób niepokojących zamówień składanych dystrybutorom przez apteki. Agencji pozwala na zablokowanie sprzedaży, jeśli przedstawi dowody na „bezpośrednie zagrożenia” dla konkretnej społeczności.

Dilerzy narkotyków w białych fartuchach


Tym zagrożeniem jest przede wszystkim ryzyko rozwoju uzależnień. O takim potencjale opioidowych leków przeciwbólowych wiadomo było od dawna, a niektórzy ich producenci płacili kary swego czasu za nieinformowanie o nim konsumentów.

Przemysł miał na swoich usługach rzesze lekarzy i farmaceutów, którzy przepisywali silne leki w przypadkach, które tego nie wymagały. Ten niebezpieczny ekosystem opisał w książce „American Pain” prof. John Temple z Uniwersytetu Zachodniej Wirginii.

Sytuację pogarsza to, że uzależnieni od tabletek szybko stają się niewypłacalni, przerzucają się wtedy na tańszą heroinę. Liczba ofiar jej przedawkowania też rośnie lawinowo. Wedle Narodowego Instytutu Uzależnień z ok. 2 tys. w 2001 r. do 12 tys. w 2014 r.

W połowie ubiegłej dekady, gdy DEA miało jeszcze moc, by ścigać ten proceder, jego centrum była Floryda. Działały tam apteki internetowe oraz „pill mills” – kliniki masowo wydające recepty na tabletki. Prowadząca wzdłuż wschodniego wybrzeża na południe autostrada I-75 zyskała nawet przydomek „Oxy Express”. Dilerzy narkotykowi nowej generacji zjeżdżali tam na zakupy, by potem wrócić w rejon Appalachów, do "pasa rdzy" czy na Środkowy Zachód i sprzedać fiolkę 30 tabletek OxyContinu za 900 dol. Na przyłapanych (np. firmy McKesson Corp. czy Cardinal Health) DEA nakładała wysokie kary. Spraw było w sumie 17, wysokość grzywien opiewała łącznie na 425 mln dol.

Bezpośrednie zagrożenie


Z czasem tryby zaczęły zwalniać. Dystrybutorzy stali się efektywniejsi w walce z DEA, co pokazuje przykład sieci drogeryjno-aptekarskiej Walgreens. W 2010 r. znalazła się na celowniku Rannazzisiego. Agencja chciała zamknąć jej centrum dystrybucyjne, które zaopatrywało ok. 1 tys. punktów sprzedaży na Wschodnim Wybrzeżu, z których niektóre sprzedawały ponad 1 mln tabletek rocznie (podczas gdy średnia dla apteki to 74 tys.). Zaczęła się batalia prawna. W marcu 2013 r. sąd apelacyjny podważył słuszność decyzji DEA.

Dlaczego? Według śledztwa „Washington Post” i „60 Minutes” od 2000 r. 56 pracowników Agencji odeszło, by pracować dla koncernów farmaceutycznych. Zasilali ich działy prawne, a znając metody i procedury DEA, bardzo efektywnie przeszkadzali jej w wykonywaniu zadań. „Big pharma”, bo tak kolektywnie nazywa się wielkich graczy w branży, uczepiła się zawartego w ustawie sformułowania „imminent danger” jako nieprecyzyjnego, a sądy zaczęły przyznawać jej rację.

Miliony na zmianę prawa


Równocześnie koncerny pompowały miliony dolarów w kampanie wyborcze polityków (11 republikanów i 3 demokratów) i pracę lobbystów. Według danych z senackiego biura monitorowania lobby w latach 2014-16 wydały na ten cel 105 mln dol. Członek Izby Reprezentantów Tom Marino, Republikanin z Pensylwanii, dostał od nich na kampanię 100 tys. dol., a sen. Orrin Hatch, Republikanin z Utah, 177 tys. To głównie dzięki nim w kwietniu weszła w życie nowa ustawa – Ensuring Patient Access and Effective Drug Enforcement Act. Jak wynika z materiałów, do których dotarli dziennikarze, pomógł ją napisać były główny radca prawny DEA, a od 2011 r. pracownik branży farmaceutycznej D. Linden Barber. Według ustawodawców miała precyzować zapisy. W efekcie związała DEA ręce.

Ustawa dużo wyżej stawia Agencji poprzeczkę pozwalającą nałożyć blokadę na dystrybutora leków. Liczba takich blokad spadła z 65 w 2011 r. do 8 w 2016 r. Ani kongresmen Marino, ani ówcześni szefowie Agencji Antynarkotykowej czy Departamentu Sprawiedliwości nie chcieli się wypowiedzieć na potrzeby materiału „Washington Post” i „60 Minutes”. A reprezentujący północno-wschodnią Pensylwanię polityk dostał ostatnio od prezydenta Donalda Trumpa nominację do objęcia stanowiska Biura ds. Polityki Antynarkotykowej w Białym Domu. Od 2014 r. w jego dystrykcie 106 osób zmarło z powodu przedawkowania opioidów. Tylko tego lata przedawkowały je 53 osoby, trzy z nich zmarły.

Dwa dni po ujawnieniu raportu, po apelach kilku kongresmenów, Marino wycofał swoją kandydaturę. Poinformował o tym w tweecie prezydent Trump.




Ameryka uzależniona

Spoiler:
Rejestracja: 2011
Użytkownik zbanowany
  • 1182 / 96 / 0


[mention]JSC[/mention] zdaje się, że Ty chwalisz się dziadkiem z AK?



Jarosław Maringe, pseudonim "Chińczyk" i "James". Twórca i szef polskiego narkobiznesu lat 90. Skazany za przemyt narkotyków na 12 lat więzienia. Opisuje kulisy swojej przestępczej działalności w książce Chińczyk. Dziś jest biznesmenem, restauratorem i deweloperem.


Był szefem polskiego narkobiznesu.'' Nie wiem, ile zarobiłem. Dziesięć, dwadzieścia milionów?''

Angelika Swoboda

Przepuściłem fortunę. Gdybym ją dobrze zainwestował, nie musiałbym dzisiaj nic robić - mówi Jarosław Maringe.

Patrzę na pana kryminalną przeszłość i bardzo mi się ona kłóci z tym, że wyrósł pan w patriotycznej rodzinie z zasadami.


- Mój dziadek, Jerzy Maringe, tworzył z generałem Witoldem Pileckim Tajną Armię Polską w mieszkaniu na Szucha. Z kolei stryj, Stanisław Wyganowski, był prezydentem Warszawy od 1990 do 1994 roku. Proszę spojrzeć na to zdjęcie (Jarosław Maringe pokazuje na czarno-białe zdjęcie wiszące na ścianie w jego restauracji - red.). To batalion Czata z Powstania Warszawskiego. Zginęło w nim moich dwóch stryjów - Andrzej i Leszek.

Więc jak to się stało, że pan został przestępcą?

- Miałem dość tego, że uczono mnie etykiety, że kazano całować kobiety w rękę. Wychowywały mnie tak babcia i prababcia, zresztą prababcia Antonilla Maringe, z domu Wyganowska, też bardzo zasłużona. Miała pseudonim Ciocia Tola, działała w kontrwywiadzie. Cała moja rodzina była w kontrwywiadzie Armii Krajowej, a w domu panował reżim wojskowy.

Za komuny ojciec legalnie wyjechał do rodziny we Francji. Po urodzeniu mieszkałem na Marszałkowskiej 4, ale potem, nie wiem na jakim patencie, komuniści wykwaterowali nas na Grochowską. Przyjeżdżała do nas babcia od strony matki, bo mama dużo pracowała. Zacząłem wchodzić w patologiczne towarzystwo na Pradze. Wciągnęło mnie. Zobaczyłem, że już w wieku 13 lat mogę na siebie zarabiać. Sprzedawałem na giełdzie na Grzybowskiej gry i programy komputerowe, potem handlowałem na Skrze. Jeździłem taksówkami, wyobraża sobie pani? W weekend potrafiłem zarobić 100 dolarów. Szedłem do Baltony i kupowałem sobie słodycze.

To musiało się panu już wtedy w głowie poprzewracać.

- Ja bym to raczej nazwał żądzą niezależności. Nie potrzebowałem słuchać rodziców, bo sam świetnie dawałem sobie radę. I tak w wieku 16 lat już siedziałem.

Szybko.

- Rodzice zostawili mnie samemu sobie, a prababcia, która tak zabiegała o moje wychowanie, zmarła. Próbowała mi pomagać ciocia Tosia z Sopotu, ale co ona mogła zrobić na odległość?

Czemu trafił pan do więzienia?


- Zacząłem jeździć z sąsiadem na handel do Niemiec. Sąsiad, wykładowca z SGH, zapier***ał ze mną z tobołami na plecach, a w nich browary i czekolady z Aldika. Podróżowaliśmy tym słynnym pociągiem Warszawa - Berlin i to w tym pociągu poznałem złodziei samochodowych. I wtedy, jak oceniam z perspektywy czasu, popełniłem największy błąd z moim życiu. Miałem na Skrze trzy stoiska z rzeczami z Niemiec, zarabiałem gruby hajs, ale wszedłem w kradzieże. Po co mi to było? Nie wiem. Ale od tego momentu zszedłem na złą drogę.

Po co panu to było?


- Wie pani, wybijałem się w tym towarzystwie intelektualnie. Imponowałem im. W efekcie, jak wszedłem w narkobiznes, wszystkich złodziei przerobiłem na dilerów.

Ale zanim ich pan przerobił, to...


- ... kradłem z nimi radia samochodowe. I za drugim czy trzecim razem wpadłem. Właśnie wtedy poszedłem siedzieć. To było niemieckie więzienie dla nieletnich, w sumie to gorsze niż to dla dorosłych. Sporo tam przeszedłem. Połowa więźniów to byli Turcy i Kurdowie na fałszywych paszportach.

Czegoś pana tamtejsze przejścia nauczyły?

- Jak wyszedłem na wolność, to po złości ukradłem radia ze wszystkich stojących pod więzieniem aut pracowników. Chciałem szybko jakieś pieniądze zarobić. Siedziałem z recydywistą, który mówi do mnie: "na pusto nie możemy wracać, coś musimy zarobić". Jego po tej kradzieży pod więzieniem złapali tego samego dnia. Na parkingu był monitoring, o czym nie mieliśmy pojęcia, bo wtedy nigdzie u nas jeszcze kamer nie widzieliśmy. Mnie im się nie udało złapać, spokojnie przewiozłem te radia do Polski.

Jak?

- Miałem swoje szlaki, na przykład taki przez Skandynawię. I sposoby. To ja wymyśliłem, żeby w naładowanych butlach gazowych przemycać amfetaminę. Przy dokładnym sprawdzeniu butla działała, a amfetamina, całe dziesięć kilo, była niewykrywalna. Przemycałem kokę w przerobionych autach i tirach. Mieliśmy nawet przemytnika bez nogi i bez ręki, który przemycał towar w protezach. Całe kilogramy.

A wracając do pani pytania, radia przewiozłem pociągiem.

I co dalej?

- Chciałem zwiedzać świat. Jeżdżąc najpierw na radia, a potem na samochody, zwiedziłem całą Europę. Zaczynałem sam, a potem miałem swoje ekipy, które woziłem na kradzieże. Ja już nie musiałem kraść. W dzień leżałem sobie nad Jeziorem Bodeńskim pod namiotem, małolat, 19 czy 20 lat miałem. Wieczorem rozwoziłem swoich złodziei, rano ich odbierałem i byłem turystą. Na radiach byłem nawet w Finlandii pod biegunem. Pamiętam, że miałem wtedy starego amerykańskiego forda kombi, w którym można było spać, więc z ciekawości pojechałem aż pod sam biegun, bo chciałem te noce polarne zobaczyć.

Nie ma pan poczucia, że gdyby wtedy wykorzystał pan swój zmysł legalnych interesów, byłyby pan dziś bogaczem przez przeszłości kryminalnej?


- Ale oczywiście! Byłbym multimilionerem! Tak by było. Ale co mam teraz zrobić? Wtedy nad Jeziorem Bodeńskim stwierdziłem, że z radiami koniec. Chciałem mieć większy prestiż, więc wymyśliłem, że teraz moi ludzie będą kradli samochody z belgijskich i luksemburskich komisów. Musieli też wchodzić do biur, gdzie były dokumenty z kluczykami. Wystarczyło zbić szybkę i już.

Wyjeżdżałem taką furą z kompletem dokumentów, a potem sprzedawałem ją w Polsce. Na granicy trzeba było pokazać umowę, że się to auto kupiło od Belga czy Luksemburczyka. No to robiłem te umowy i miałem. Ale wpadłem. I trafiłem do więzienia w Luksemburgu. Pani sobie nie wyobraża, jaki tam rasizm był! Wsadzili mnie w największą patologię, do ludzi z dożywociem. Z kolei gdy siedziałem w Szwajcarii, ogoliłem się na łyso i przez 40 dni nie jadłem, a potem podciąłem sobie żyły. Kupili mi więc bilet w biznesklasie i wysłali do Polski.

Czemu pan to zrobił?


- Bo chciałem wyjść. W Polsce pewnie bym się wykrwawił i umarł. Pani sobie nie zdaje sprawy, ile w więzieniach jest samobójstw. Ja sam się trzy razy chciałem zabić, już w Polsce. Powiesiłem się na lince, ale się urwała, grzałka tak samo. Przywiązałem do kraty kabel od grzałki, ale spadłem razem z nią i tylko się poobijałem.

Potem przypomniało mi się, że na giełdę komputerową, od której zaczynałem, handlarze przywozili tony towaru. Pomyślałem, że ich wszystkich opie***lę. Potrafiłem być tak bezczelny, że okradałem samochód ustawiony na parkingu strzeżonym. Psa z cieciem zwabiałem na drugi koniec i wchodziłem do wypchanego transportera. I przez dwie godziny wymontowywałem z komputerów same pamięci i twarde dyski. Jeden strzał i miałem towar za tysiące dolarów.

Jak pan trafił do mafii pruszkowskiej?


- W jednym z lokali w Warszawie ich poznałem. Patrzę, takie buraki, słoma z butów, a wszystkie d**y się koło nich kręcą. Też tak chciałem, więc dałem zarobić na częściach komputerowych Adrianowi z gangu "Rympałka". Już nie żyje. To właśnie on ciecia z psem wywabił na drugi koniec parkingu, a ja kradłem. Podzieliliśmy się po połowie i tak się do mafii wkręciłem.

Wszyscy oni wtedy wciągali koks, jak też chciałem. Zacząłem więc koksem handlować, po dwóch tygodniach stworzyłem własną siatkę dilerów, z tych, co ze mną wcześniej kradli radia. Dostali nową robotę. Nietrudno było namierzyć przemytników. Kupowałem koks od nich, z pierwszej ręki, najpierw po pół kilo. I tak rozkręciłem biznes, że obsługiwałem nie tylko mafię pruszkowską, ale i wołomińską.

Czemu panu nie zrobili krzywdy?


- To był rok 1998, uzależniłem od siebie dwie największe grupy przestępcze w Polsce. Miałem trzech ochroniarzy i osiem samochodów, każdy na dzisiejsze realia wart pół bańki, m.in. dwie beemki piątki, jedną po tuningu przez Schnitzera, mazdę DX7, grand cherokee, audi A8. Całą ulicę zajmowały. Jak to musiało wyglądać!

To było wtedy, gdy pan pieniądze z narkotyków nosił w reklamówkach?


- Tak, wtedy przepuściłem fortunę. Nie wiem, ile zarobiłem na dzisiejsze realia. Dziesięć, dwadzieścia milionów? Gdybym to wtedy dobrze zainwestował, nie musiałbym dzisiaj nic robić.

Na co pan jeszcze przepuścił tę fortunę?

- Głównie na samochody. Sporo też podróżowałem. Byłem w prawie pięćdziesięciu krajach.

koks pan dalej brał?


- Przestałem, bo miałem po nim zaburzenia lękowe. Bałem się. Choć z tymi zaburzeniami do końca pewien nie jestem, czy na pewno je miałem. Wszędzie widziałem policjantów po cywilu. Koledzy wmawiali mi, że to zaburzenia, a potem się okazało, że byłem już wtedy obserwowany. I że to rzeczywiście była policja. W końcu trafiłem do więzienia za narkotyki. Wyszedłem w 2008 roku.

Ma pan taką samą łatwość wpadania w nałogi, jak i wychodzenia z nich?


- Przeszedłem pełną diagnostykę psychologiczną. Jestem wybitnie inteligentny, mam też ogromną łatwość wchodzenia i wychodzenia z nałogów. Potwierdził to biegły psycholog sądowy. Nie mam za to tendencji do manipulowania i zmyślania. Jako jedyny w Polsce potrafiłem zapewnić stałe dostawy najlepszych narkotyków dostępnych na rynku. W każdym czasie i w każdej ilości. Bardziej niż o kasę chodziło mi o moje bezpieczeństwo. Jakby mnie zabili, straciliby dopływ najlepszego koksu i kasę, jaką im odpalałem. Doszło nawet do tego, że mnie ci z wołomińskiej i pruszkowskiej pilnowali, żebym za dużo nie imprezował.

Poza tym moi klienci to były VIP-y i ci, którzy dopiero do bycia VIP-em aspirowali. Moi główni klienci to byli artyści. W środowisku muzycznym może z 5 procent nie bierze kokainy. Wiem to, bo moi ludzie im narkotyki dostarczali. Opisałem to zresztą w mojej książce.

Czytając ją, odniosłam wrażenie, że może być odebrana jako promowanie przestępczego życia.


- Spotkałem się z takimi zarzutami. Mam jednak nadzieję, że wtedy ludzie zobaczą, jaką zapłaciłem cenę i zastanowią się, czy warto. W kolejnych zamierzam opowiedzieć o tym, że za przestępstwa trzeba odpłacić.

Pan odpłacił?

- Oczywiście. Odsiedziałem siedem lat, mam też trzy lata za przemyt narkotyków zawieszone na 10 lat. Odpłaciłem nie tylko więzieniem, ale i chorobami, w tym depresją. Wyleczoną. Poza tym oddałem państwu zyski z działalności przestępczej wyliczone przez sąd. W sumie było to półtora miliona złotych.

Uważa pan, że to wystarczy jako zadośćuczynienie dla osób, które pan skrzywdził?


- Proszę pani, po pierwsze nie uważam, żebym kogokolwiek skrzywdził.

A ludzie, których pan okradł w Polsce i za granicą?

- Co prawda nie byłem wtedy dojrzały emocjonalnie, ale podchodziłem do przestępstw jak do biznesu. Poza tym nikogo do złego nie namawiałem, nikogo od przestępstw nie uzależniałem. Po prostu konstruowałem parszywy biznes. I będę za niego bekał do końca moich dni. Niedawno zaproponowano mi prowadzenie programu w jednej ze stacji. Ale właściciel się zreflektował, że jednak nie mogę, bo jestem byłym przestępcą. Mam piętno do końca życia. Chociaż zerwałem z przestępczością.

I nagle okazało się, że pomówił mnie "Masa", który został świadkiem koronnym. Pomówił mnie do dwóch najcięższych przestępstw: zabójstwa i usiłowania zabójstwa. Na szczęście sąd wszystko zweryfikował i oddalił.

Wie pani, to, że byłem przy bójce, nie znaczy przecież, że brałem w niej udział, że pociąłem kogoś nożem.

Robi pan z siebie ofiarę. Nie przesadza pan?

- Podam pani inny przykład. Gdy zostałem deweloperem, kupiłem chyba ze sto domen internetowych i odpowiednio je pozycjonowałem, by zrzucić na niższe miejsca w wyszukiwarkach artykuły o mnie. O tym, że znany gangster, czyli ja, wyszedł na wolność. A i tak miałem problemy przy sprzedaży mieszkań. Ludzie bali się, że coś będzie nie tak, mimo że nigdy nikogo w tym biznesie nie oszukałem.

Dajcie mi jeszcze szansę, a zobaczycie, że zdziałam wiele dobrego. Nie chcę się chwalić, ale pomagam na przykład polskim domom dziecka na Ukrainie. Zaczęła tam jeździć moja kuzynka i mnie wkręciła. Ja wykładałem pieniądze, ona zajmowała się całą resztą. Pomogliśmy dzieciakom z polskich parafii w takich miejscowościach jak Łuck, Stanisławów, Buczacz, Czortków, Skałat czy Ostróg.

A powie mi pan na koniec, skąd ta blizna na twarzy?


- Pies mnie ugryzł. Byłem kiedyś z pewną bogaczką. Odwiedziłem ją w domu w Magdalence, 1200 metrów. Miała pinczera, który nie toleruje konkurencji. Karmiłem go szynką w łóżku i nagle mnie ugryzł w usta. Jeszcze potem zakażenia dostałem. Powiedziałem pani, jak było. Nie będę przecież bajek wymyślał.



e.jpg
eeee.jpg
eeeeeee.jpg
eeeeee.jpg
eeeee.jpg
Nie masz wymaganych uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego posta.
Rejestracja: 2017
  • 323 / 28 / 0


Nevil Schoenmakers – założyciel pierwszego banku nasion i „król konopi to on 1988 stworzył skunk1 i od tamtej pory kazde dobre palenie jest nazywane skunem,stworzył super skunk i najmocniejszego skuna shiva skunk,jak i ponoc najlepsza odmiana na swiecie Northern Lights plants5,jack herer,G13

https://www.cannabisnews.pl/nevil-schoe ... ol-konopi/


Jego geny i odmiany są ponoć w

https://sensiseeds.com/pl/nasiona-konopi

Jack Herer® Seeds zwykły 163 euro,bo jak wyrwiesz przed zapyleniem meny,z zenskich matke do klonowania,która bedzie nalepiej rosła,bo automaty feminizowane,są wygodne ale słabsze.
Rejestracja: 2010
  • 3310 / 312 / 0


Napisał na Wykopie, że "dla żartu" wrzucił metalową rurkę do silnika Airbusa.
#polska #wydarzenia #bezpieczenstwo #wykop #policja #katowice

Spoiler:
Rejestracja: 2010
  • 3310 / 312 / 0


https://ujarani.com/291633

Narkotyki w armiach II W.Ś
Rejestracja: 2007
  • 474 / 49 / 0


Zawilska JB (2017) An Expanding World of Novel Psychoactive Substances: Opioids. Front. Psychiatry 8:110. DOI: 10.3389/fpsyt.2017.00110
fpsyt-08-00110.pdf
Nie masz wymaganych uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego posta.
Posty: 2066 Strona 206 z 207
Wróć do „Substancje psychoaktywne”
Na czacie siedzi 56 uczestników Wejdź na czata

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: opalanietuby i 5 gości