Intoksykacja
Chcąc opowiedzieć historię o tym, jak narkotyki rządzą światem, niezbędny jest rozmach. "Zero zero zero" niewątpliwie go posiada, ale czy może pochwalić się czymś jeszcze?
Chcąc opowiedzieć historię o tym, jak narkotyki rządzą światem, niezbędny jest rozmach. "Zero zero zero" niewątpliwie go posiada, ale czy może pochwalić się czymś jeszcze?
Narkotyki to nie jest bezpieczny biznes. Nieważne czy jesteś mafijnym donem z Kalabrii, meksykańskim gangsterem, czy amerykańskim przedsiębiorcą, który pod przykrywką legalnych interesów rozkręca te szemrane. Musisz się liczyć z tym, że przykre konsekwencje mogą na ciebie spaść w każdej chwili, a odwrót nigdy nie wchodzi w grę. Czy warto zatem ryzykować?
Na to pytanie "Zero zero zero", czyli ekranizacja bestsellerowej powieści autorstwa Roberto Saviano, nie udziela bezpośredniej odpowiedzi, zachęcając jednak, byśmy poszukali jej sami. Bo zakładam, że leży ona gdzieś na drodze od sprzedawców, przez pośredników, aż do kupców nielegalnego towaru, którą tutaj przebywamy. Wszystko po to, by zrozumieć, jak handel kokainą napędza światową ekonomię, jakie rządzą nim zasady (albo brak zasad) i ile ofiar za sobą pociąga, oczywiście także tych niewinnych.
Ci bowiem, jak nietrudno się domyślić, obrywają najmocniej, czy to całkiem przypadkowo, czy próbując w jakiś sposób przeciwstawić się potężnemu systemowi. Systemowi, który nie jest jednak pozbawiony wad. Wystarczy przecież, że zawiedzie jeden jego element, a cała międzynarodowa operacja zawiśnie na włosku. I oczywiście nikt nie będzie z tego powodu zadowolony, co z kolei musi oznaczać, że liczba ofiar, przypadkowych i nie, tylko wzrośnie.
A co się tyczy procederu, którego pewien wycinek przedstawia produkcja włoskiego Sky (w Polsce można ją oglądać na HBO GO), to już jej pierwsze sekundy dają jasno do zrozumienia, że coś w nim zdecydowanie poszło nie tak. Zanim jednak dowiemy się, co dokładnie zaszło, będziemy musieli cofnąć się nieco w przeszłość i zmienić kontynent – nie pierwszy i nie ostatni raz, więc lepiej od razu przyzwyczajcie się do nielinearnej narracji i częstych przeskoków z jednego końca świata na drugi.
Czy w takim razie oznacza to, że na ekranie będzie królował chaos? O dziwo nie, bo sobie znanym sposobem twórcy "Zero zero zero" (współpracujący wcześniej przy "Gomorrze" scenarzysta Leonardo Fasoli i reżyser Stefano Sollima oraz Mauricio Katz) zdołali przedstawić tę dość skomplikowaną historię w całkiem czytelny sposób. Nie mija zatem wiele czasu, a poszczególne kawałki układanki zaczynają wskakiwać na swoje miejsca, rysując przed nami zamkniętą w trzech wiodących wątkach sieć przestępczych powiązań i zależności.
Zacznijmy od początku, czyli od wątku meksykańskiego, w którym biały proszek zalicza pierwszy przystanek przed wypłynięciem na szerokie wody. Narkotykowi baronowie, ich żołnierze i masowa produkcja to jednak dalszy plan, na pierwszym mamy dosłowną wojnę, jaką z gangsterami toczy meksykańska armia. W jej środku znajduje się z kolei specjalna antynarkotykowa jednostka, a to oznacza sporo akcji (uwaga, jest brutalnie), szukanie kreta w oddziale i pytanie, czy ta walka jest w ogóle do wygrania, gdy kartelowe macki zdają się sięgać absolutnie wszędzie.
Spokojniej jest po drugiej stronie granicy, a konkretnie w Nowym Orleanie, gdzie swoją siedzibę ma firma spedycyjna niejakiego Edwarda Lynwooda (Gabriel Byrne). Czy jak wolicie pośrednika, bo wiadomo, że jego kursujące pomiędzy kontynentami kontenerowce nie przewożą tylko puszek z meksykańskim chili. Wiedzą o tym również zaangażowane w rodzinny biznes dzieci Lynwooda, Emma (Andrea Riseborough) i Chris (Dane DeHaan) – wkrótce zresztą same zmuszone do sprzątania międzynarodowego bałaganu, choć ten wcale nie pojawił się z ich winy.
Tej doszukiwać należy się już w bliższych nam rejonach, czyli włoskiej Kalabrii, gdzie po przemierzeniu oceanu do miejscowych gangsterów trafić ma meksykański towar. Ma, ale że bez kłopotów nie byłoby historii, na naszych oczach rozgrywa się spór o władzę w mafijnej familii. Niby lokalny, ba, nawet wewnątrzrodzinny, a jednak mający ogromne konsekwencje dla wszystkich bohaterów tej historii.
Jakie, to już musicie przekonać się sami, ja mogę tylko zapewnić, że nie powinniście się przy tym nudzić – przynajmniej jeśli lubicie tego typu opowieści. Bo nie da się ukryć, że "Zero zero zero" nie jest serialem, który w jakimkolwiek punkcie próbuje nas przekonywać o swojej wyjątkowości. Przeciwnie, to rzecz z gatunku powielających historie już opowiedziane i zwłaszcza widzowie dobrze odnajdujący się w podobnych klimatach nie znajdą tu niczego odkrywczego. Co nie znaczy, że nie dadzą się wciągnąć.
Wręcz zdziwiłbym się, gdyby było inaczej, ponieważ w tym przypadku schematy absolutnie nikomu nie wychodzą na złe. Wprawa, z jaką żonglują nimi twórcy, jest o tyle imponująca, że łącząc ze sobą różnego rodzaju klisze i nie poświęcając zbyt wiele czasu na budowę postaci (najlepiej zarysowani są bohaterowie amerykańskiego wątku), udaje im się osiągnąć zaskakująco świeży efekt. Może to złudzenie spowodowane utrzymywanym na wysokim poziomie tempem, ale czas przy "Zero zero zero" mija naprawdę szybko – nie przeszkadzają nawet godzinne odcinki.
Pomagają za to widoczne gołym okiem nakłady na serial, przejawiające się zarówno szerokim wyborem lokacji (serial kręcono na trzech kontynentach, m.in. w Meksyku, Włoszech i Maroku) czy międzynarodową obsadą, jak i sposobem kręcenia. Mówienie tutaj o filmowym rozmachu absolutnie nie będzie przesadą. Tak dobrze wykonanych i trzymających w napięciu, a przy tym wcale nieefekciarskich scen akcji w sensacyjnej historii nie widziałem już dawno, bez podziału na duży i mały ekran.
Pytanie tylko, czy samo to wystarczy, by pociągnąć rozłożoną na osiem odcinków fabułę? Czy może jednak bez choć minimalnego emocjonalnego zaczepienia trudno będzie uznać całość za coś więcej niż efektowną błyskotkę? Po dwóch pierwszych odsłonach serialu nie sposób oczywiście dać ostatecznej odpowiedzi, ale warto zaznaczyć, że twórcy nie zapominają o ludzkim wymiarze swojej historii. Szukają go w każdym z trzech wątków, nie chcąc by te zamieniły się w bezosobową opowieść o zorganizowanej przestępczości, ale o powodzeniu niech świadczy fakt, że na razie autentyczne emocje wzbudzają tu raczej losy tych bezimiennych, przypadkowo stających na linii ognia.
Może jednak o to właśnie chodzi? Może angażowanie widzów w losy ludzi, którzy zdecydowali się wejść w kokainowy biznes to ostatnie, na czym zależało twórcom? Nie da się tego wykluczyć, a jeśli "Zero zero zero" zdoła ten temat w odpowiedni sposób ograć w kolejnych odcinkach, może okazać się serialem ambitniejszym, niż wygląda na pierwszy rzut oka. Póki co wystarcza, że skutecznie trzyma na krawędzi fotela.
Miłość i zaufanie, chęć przeżycia cudownych chwil bliskości i przygody z uwagi na miejsce w którym wszystko się odbyło. Ulice Zakopanego, Krupówki, zwłaszcza boczna uliczna i teren kościoła leżącego przy dolnym wejściu na deptak. Pub i długa droga na Kalatówki.
Intoksykacja
Substancja:LSD-25 pod postacią małego kartonika z nadrukiem
(kot z Alicji w krainę czarów).
Jestem mężczyzną, wiek: 21 lat, waga: 81kg.
Doświadczenie: konopie: prawie codziennie od 5 lat, DXM -
kilkanaście razy, grzybki: kilka razy, meskalina - kilka razy
(w bardzo małych dawkach), amfetamina: kilka razy, LSD - 1 raz
zjadłem 0,5 kartonika, ale wypiłem do tego 6 piw, więc moje
doświadczenie z kwasem zostało zatarte przez katatoniczne
zejście alkoholowe:(.
Humor bardzo zły, chęć odcięcia się od świata w zaciszu własnego pokoju
Opiszę swoje pierwsze prawdziwe spotkanie z opiatami, nie wliczając w to kodeiny z prostej przyczyny nie "trawienia" jej odpowiednio przez mój organizm.
Historia zaczyna się od bardzo podłego humoru spowodowanego dużą ilością stresu, kłótni i utraty sporej ilości znajomości w przeciągu ostatnich paru dni. Myślałem, czym by się tu tego dnia dobić przeglądając podręczną apteczkę ćpuna, wybór stanął między snem po benzo a tabletką morfiny, którą miałem wziąć parę miesięcy wcześniej, lecz zdecydowałem, że jedno uzależnienie już mi wystarczy.
Miałem całkiem udany dzień. Mieszkam z bratem i jednym koleżką, który bardzo lubi maryśkę. Ten drugi namówił mnie, żeby spróbował nowego sortu ganji, którego niedawno kupił. Myślałem, żeby tego nie robić, bo zażyłem już karmelka, ale potem powiedziałem sobie, że raz się żyje. Całe zdarzenie miało miejsce wieczorem, w naszym mieszkaniu. Puściliśmy muzykę, która z początku była przyjemna, ale później to się zmieniło. Tripowałem z bratem i jego koleżką. Byłem zrelaksowany i nic za bardzo mnie nie dręczyło.
Ten dzień uchodził do przeszłości, więc pomyślałem, że zarzucę sobie karmelka z THC i posłucham sobie ulubionych nutek, które zaprawią mnie do pięknych wizji sennych. Nagle do mieszkania wpada koleżka i rozmawia z moim bratem o tym, że trzeba dziś spróbować tego Green Cracku, który został zakupiony jakiś czas temu, ale w sumie to nie tak dawno temu. Wbija do mojego pokoju i pyta sie czy będę z nimi jarał. Ja nieco zaskoczony i podjarany, mówię że jeszcze jak, jak najbardziej.