REKLAMA




Witkacy idzie na salony

Portrety Witkacego miewają różne narkotyczne dopiski, ale wiadomość, że ciągle drożeją, może pobudzać skuteczniej niż używki.

pokolenie Ł.K.

Kategorie

Źródło

Puls Biznesu
Weronika Kosmala

Odsłony

468

Dolną część demonicznie wydłużonej twarzy przecina koślawo napis „Chłopczyki mają wolne”, natomiast w okolicach rogu portretu roi się aż od znaków raportujących o wszystkich używkach, którymi autor raczył się podczas artystycznej pracy.

Tym razem portretowaniu towarzyszył alkohol, kokaina, a nawet wykorzystywany w indiańskich obrzędach rytualnych halucynogenny pejotl — o czym można się dowiedzieć, rozszyfrowując konsekwentnie stosowane przez Witkacego skróty.

Pastel przedstawiający w kilku ekspresyjnych kreskach Janusza de Beaurain został wystawiony na aukcji w warszawskiej Artissimie 17 grudnia. Cena wywoławcza wynosiła 39 tys. zł. Licytacja wpisała się w pewnym sensie w serię portretów sprzedanych wcześniej na grudniowych aukcjach w Polswiss Art i Agrze-Art.

W pierwszym z domów cena sprzedaży wyniosła 71 tys. zł, a w drugim wizerunek żony Tuwima osiągnął pułap 120 tys. zł — chociaż powstawał w zwyczajnych okolicznościach, a sam autor oznaczył go w rogu jako zatracający trochę charakter postaci na korzyść zaakcentowania jej ładności. Dodał też ważną informację „N?8m + Cof”, która oznacza, że od 8 miesięcy nie sięgał po alkohol, chociaż nie rezygnował z kawy — co widać zresztą w opracowaniu detalu, bo gdyby Tuwimowa trafiła akurat na intensywną sesję z pejotlem, z pewnością byłaby bardziej jaskrawa.

Typ wylizany

Pastele, rysunki i akwarele, czyli prace wykonane na papierze, stanowią prawie 90 proc. obiektów autorstwa Witkacego sprzedanych w ciągu ostatnich 15 lat na aukcjach, wynika z danych Artprice. Pod względem cen najliczniejszy był w tym okresie przedział 10-50 tys. USD, w którym znalazły się wyniki ponad 40 proc. transakcji — statystyki wskazują więc, że pozycja rynkowa artysty jest wysoka, ale kierowanie się nimi w pierwszej kolejności przy wyborze inwestycyjnego obiektu byłoby dużym uproszczeniem.

Oferta dostępnych na rynku Witkacowskich portretów nie jest przesadnie szeroka, ale dosyć zróżnicowana, bo sam twórca dzielił je na kilka wyraźnie odrębnych gatunków — typ A był w jego wykonaniu najdroższy i określany jako „wylizany”, a typ C na przykład, powstawał przy użyciu etanolu i z myślą o tym, że laicy z pewnością uznają go za kompletną deformację. Typom odpowiadały przy tym określone stawki cenowe, a klientów obowiązywał oficjalnie wydany regulamin — Stanisław Ignacy Witkiewicz prowadził przecież od połowy lat 20. prężne przedsiębiorstwo, które nazwał Firmą Portretową. Sformalizowana działalność o ironicznej nazwie uruchomiona była z pobudek finansowych i ideowych, a na rynek trafiło wtedy nawet kilka tysięcy obiektów, przy czym, głównie ze względu na wrażliwość materiałów, spora część nie przetrwała wojny.

Rynek byka

— Kiedyś te portrety były dosyć mocno lekceważone, a w latach 60. i 70. kupowano je za bardzo niskie ceny, również do kolekcji muzealnych. Zainteresowanie rozwinęło się w latach 90., ale wtedy podobały się głównie te „wylizane”, czyli obiektywnie ładne, które sam Witkacy uważał za najodleglejsze sztuce. Typ C, zarezerwowany dla przyjaciół, doceniono dopiero później, chociaż jest najrzadszy i najcenniejszy, bo nie powstawał w celach zarobkowych — tłumaczy Adam Chełstowski, prezes domu aukcyjnego Artissima. Bliskość czystej sztuce, która wielokrotnie podkreślana była przez Witkacego, wiąże się z głęboką filozoficzną podbudową, której autor poświęcał się właściwie przez całe życie. W przeciwieństwie do wizerunków pełnych perwersji i obłędu, gładkie i przyjemne w odbiorze portrety, chociaż na rynku znajdują wielu zwolenników, uznawane były przez niego za pracochłonny przejaw działalności komercyjnej, wpisującej się w fatalistyczną wizję końca sztuki i ogólnego ślepego biegu dziejów.

Nie oznacza to jednak, że portretowani w typie „wylizanym” mogli za najwyższą opłatą liczyć na jakieś specjalne względy — przeciwnie, obowiązywał ich dokładnie wypunktowany regulamin, wedle którego na przykład wizerunki kobiece były o jedną trzecią droższe od męskich. Warunki określały poza tym technikę „mięszaną”, czyli głównie węgiel, kredki, pastele i ołówki, które pozwalały na szybkie wykonywanie pracy. Oglądanie portretu przed ukończeniem było zabronione, przy czym niezadowolony model nie miał prawa żądać zniszczenia obiektu, ale zobowiązany był do zapłaty jednej trzeciej ustalonej stawki. Naczelna zasada Firmy Portretowej była jakby wyjęta z marketingowego przekazu spółek naszych czasów, bo mówiła, że klient po prostu musi być zadowolony — Witkacy rozumiał to jednak trochę inaczej niż w duchu dzisiejszych haseł reklamowych, bo treść regulaminowego punktu brzmiała „Wykluczona jest wszelka krytyka, tak dodatnia, jak ujemna, bez specjalnego upoważnienia firmy, jak również żądanie jakichkolwiek poprawek”. A jeśli konsument ośmieliłby się nie zastosować, zleceniobiorcę porwałaby dzika rozpacz.

Oceń treść:

Average: 9.3 (3 votes)
Zajawki z NeuroGroove
  • Dekstrometorfan
  • Katastrofa

Sama w domu, podniecenie z pierwszego spotkania z DXM

Piękny sierpniowy dzień, wolna chata... Cóż można zrobić? Można iść do apteki, kupić jakiś specyfik i odlecieć do Krainy Czarów. Tak pomyślałam i ja. I tak też zrobiłam. Poszłam do apteki i poprosiłam panią o Tussidex. Brak. Druga apteka- brak. Trzecia apteka- jest! Wróciłam cała w skowronkach do domu i wzięłam się za Tussidex. Wspomnę że to moja dziewicza przygoda z DXM, więc doświadczenia w tym nie mialam.

13.30 Połykam pierwsze pięć tabletek.

13.45 Następne 5 tabsów. Już nie mogę się doczekać efektów.

  • Grzyby halucynogenne
  • Pierwszy raz

na tą podróż przygotowywałem się od długiego czasu, wstałem o godzinie 7.00 nic nie jadłem, umyłem się, założyłem czyste ubranie i poszedłem do piwnicy po "kapelusze wolności" , byłem bardzo pozytywnie nastawiony do tego dnia, wypoczęty, czyściutki za oknem super pogoda, mieszkanie posprzątane, czyli wszystko cud miód tylko kolega który przyszedł musiał szybko iść do domu :( grzyby już leżą na małym talerzyku, obok nich paczka laysów, kolega siedzi na fotelu i ogląda jakieś japońskie kreskówki :P wydawało mi się że tych grzybów jest bardzo mało, na początku miałem zjeść około 30 ale chuj zjadłem wszystko, bo myślałem że to mało, no to zaczynamy grzyby zjadłem na 2 podejścia zagryzając czipsami i zapijając wodą, spodziewałem się że będą niedobre ale w smaku nawet nawet tylko ziemia i trawa zgrzytająca w zębach (czytałem gdzieś że psylocybina dobrze rozpuszcza się w wodzie, więc wolałem nie ryzykować) trochę odrzucał ale gorsze rzeczy się jadło, no cóż teraz relaks i czekać na efekty :)

Już po około 15 min. wszystko wydawało się ciekawsze i obraz lekko falował było to bardzo przyjemne, z kolegą nadal oglądaliśmy japońskie kreskówki i śmialiśmy się jacy japońcy są pojebani żeby takie coś wymyślić :) 

po około 30 min. faza zaczęła się już porządnie rozkręcać, spanikowałem, kolega powiedział że niedługo musi spadać.

  • Allobarbital

  • Marihuana

?> nazwa substancji: LSD (+mj)

?> poziom doświadczenia: KWAS pierwszy raz... a tak to: mj(za dużo :>), efedryna, dxm(nie dużo)

?> dawka: no jeden papierek, doustnie

?> set & setting: trip był jakis czas planowany, wiec bylem raczej psychicznie przygotowany i chętny doświadczyć czegoś nowego...

randomness