REKLAMA




Wielka fortuna i śmierć w samotności. Tajemniczy koniec barona narkotykowego z Gdyni

Obszerny reportaż. Historia "Artusia" to materiał na film sensacyjny. Organizacja stworzona przez Artura B. zajmowała się przemytem narkotyków z Ameryki Południowej na ogromną skalę. Przestępcy jednorazowo przerzucali nawet tonę narkotyków...

pokolenie Ł.K.

Kategorie

Źródło

Superwizjer TVN
akw//now
Komentarz [H]yperreala: 
Tekst stanowi przedruk z podanego źródła.

Odsłony

1074

Historia "Artusia" to materiał na film sensacyjny. Organizacja stworzona przez Artura B. zajmowała się przemytem narkotyków z Ameryki Południowej na ogromną skalę. Przestępcy jednorazowo przerzucali nawet tonę narkotyków. Towar trafiał do Holandii, Niemiec, Wielkiej Brytanii, Polski i Szwecji. Ale w świecie przestępczym za sukces trzeba zapłacić. Często własnym życiem. Reportaż "Baron narkotykowy z gdyńskiego blokowiska" Jarosława Jabrzyka i Bertolda Kittela w "Superwizjerze" w TVN24.

Tydzień temu "Superwizjer" wyemitował reportaż o obywatelu Szwecji, który zginął w Gdyni. Daniel Jansson przyleciał ze Sztokholmu na spotkanie biznesowe. Kilka godzin po wylądowaniu ślad po nim zaginął. Według szwedzkiej prokuratury tego samego dnia wieczorem został zamordowany. W biurze, do którego pojechał, technicy kryminalistyczni znaleźli ślady jego krwi.

- Jeśli chodzi o to, czy Daniel Jansoon umarł podczas swojej wizyty w Polsce, to jestem osobiście przekonany, że umarł w dniu, w którym przyleciał do Gdańska - twierdzi prokurator Henrik Söderman.

Zdaniem szwedzkiej policji Jansson miał związek z napadem na konwój przewożący pieniądze, do którego doszło w mieście Akalla pod Sztokholmem. Policjanci przyjęli hipotezę, że łup z napadu został zainwestowany w Polsce, a Jansson przyjechał do Polski odzyskać swoją część pieniędzy.

Po przeczytaniu materiałów ze śledztwa reporterzy "Superwizjera" nabrali wątpliwości, czy na pewno tak było. To fragment zeznań jednego ze wspólników Janssona, który wraz z nim przyleciał do Polski:

"Pojechałem z Danielem do Polski, żeby być jego 'backupem' [wsparciem - przyp. red.], w roli ochroniarza. Daniel powiedział mi, że ma ze sobą 40 000 euro. Pieniądze były przeznaczone na materiały stolarskie (…). Spotkaliśmy się z kilkoma mężczyznami, to spotkanie zorganizował Daniel. Nigdy wcześniej nie spotkałem tych ludzi. Wydawało mi się, że Daniel zna jednego spośród tych facetów, jest Hiszpanem szwedzkiego pochodzenia, mówi po szwedzku. Drugi facet jest Hiszpanem i niewiele się odzywa, trzeci jest Polakiem i nazywa się chyba Artur B., mówi po angielsku. Sprawia wrażenie "biznesmena". Ma kilka telefonów komórkowych i cały czas dużo przez nie rozmawia. Słyszałem jakieś pojedyncze słowa o 'zysku' kilka razy mówili o 'pieniądzach' i 'pewnym sposobie dostawy'. Po słowach, które usłyszałem domyśliłem się, iż chodzi o handel narkotykami, a nie o biznes stolarski, jak mi się wydawało".

Zaczynał jako zwykły osiedlowy diler

Kim są ludzie, którzy spotkali się z zaginionym Szwedem? W zeznaniu pojawia się nazwisko Polaka, Artura B., a tematem spotkania był transport narkotyków. Prowadzący śledztwo szwedzki prokurator zlekceważył informacje o spotkaniu zaginionego Szweda z Arturem B., ale reporterzy "Superwizjera" poszli jego śladem. W Berlinie odnaleźli skruszonego przestępcę, który przed laty działał razem z Arturem B. Zgodził się opowiedzieć o swojej przeszłości w zamian za pełną anonimowość.

- Jak się z "Artusiem" poznaliśmy, to on był jeszcze nikim, on kradł rodzicom pieniądze. Bo rodzice zamożni byli, ojciec pływał - wspomina mężczyzna. - On wszystkim stawiał i wtedy zauważył, że jak ma pieniądze, to może wszystkich kupić. Jak miał te pieniądze, to wtedy wyczuł, że można ludźmi sterować. Czytał nawet książki o manipulowaniu ludźmi i wiedział, że jak dasz człowiekowi dużo pieniędzy, to on w końcu pójdzie swoją ścieżką. A jak będzie mu dawał po trochu, to on będzie za tobą biegał - dodaje.

Artur B. dorastał w latach 90. na jednym z gdyńskich blokowisk. Był chłopcem z problemami. Bardzo szybko tył, przechodził jedną z pierwszych w Polsce operacji zmniejszenia żołądka. W wieku kilkunastu lat przyłączył się do jednego z osiedlowych gangów. Szybko trafił do aresztu po nieudanej próbie wymuszenia haraczu. Źle znosił pozbawienie wolności. Nie przyjmował pożywienia i szybko tracił na wadze. Ale w końcu wyszedł na wolność i wrócił do działalności przestępczej.

- "Artuś" zaczynał jako zwykły diler na jednym z osiedli gdyńskich. No i z czasem rósł w tej hierarchii, ale rósł bardzo szybko. Zaczął coraz bardziej piąć się w tej hierarchii i coraz więcej znaczyć w tym świecie przestępczym. Z tego, co się orientuję, w Polsce zarzucany miał przemyt około tony narkotyków - mówi jeden z oficerów Centralnego Biura Śledczego Policji.

- On kokainy nigdy nie brał, narkotyków nie brał. Nawet nie zapalił. Tylko hajs, hajs, hajs - wspomina były współpracownik Artura B. - Ja mogę powiedzieć, jak on powoli dochodził do swojej pozycji. To było tylko dzięki "Rusiłowi". Jak on z nim zaczynał, to był chyba 1996 rok. I oni sobie takie drobniejsze ilości kokainy na początku puszczali. "Rusił" wprowadził go do Warszawy, tak go poznał z "ludźmi".

"Umiał zarobić pieniądze. Nie wiem jak, ale umiał"

W 2000 roku policja rozbija gang pruszkowski. W ciągu kilkunastu miesięcy większość liderów grup przestępczych trafi do więzienia, zginie lub zejdzie do podziemia. Ich miejsce zajmą żądni sukcesu i pieniędzy młodzi gangsterzy. Ale niewielu wykorzysta swoją szansę tak, jak Artur B. Dzięki kontaktom swojego przyjaciela Dariusza R., pseudonim Rusił, zaczyna handlować narkotykami.

- Taką mieli umowę: "Ja ci daję kontakty, ty pracuj, bo ty to lubisz, a ja będę się bawił". Na początku "Artusiowi" to pasowało, ale on przy tej okazji nawiązywał kontakty. "Artuś" robił pieniądze, a on kochał robić pieniądze, cały czas musiało się coś dziać. A "Rusił" kochał zabawę. Ale że "Rusił" dał kontakty, to się dzielili pół na pół - mówi były współpracownik Artura B.

Na pozbawionym konkurencji rynku interes kwitnie. Narkotyki sprzedają się w takim tempie, że Artur B. nie nadąża z inwestowaniem zysków. Opowiada o tym właściciel jednego z gdyńskich kantorów, który pomagał "Artusiowi" w legalizowaniu brudnych pieniędzy.

- O, to był mózg. Umiał zarobić pieniądze. Nie wiem jak, ale umiał - podkreśla.

Czy to w takim razie nie przypadek, że wybił się tak wysoko? - Nie, nie - szybko i pewnie odpowiada mężczyzna. - Do tego trzeba mieć dryg. To był łebski facet. On miał poukładane w głowie - dodaje.

Na pytanie, czy [Artur B. - przyp. red.] mógł mieć w takim razie za dużo pieniędzy, odpowiada, że "wie, jak zaczął wymieniać, czym jeździł, a czym później jeździł".

A czym jeździł? - O, czym się dało. Wszystko, co najdroższe - odpowiada właściciel kantoru.

Oficjalnie Artur B. był biznesmenem. Pieniądze z narkotyków zapewniały mu pozycję i kontakty. Dzięki temu poznaje modelkę, zwyciężczynię konkursu Miss Polski.

- Wiedziałam, że jeździ, wiedziałam, że się spotyka, ale tak, przez cały czas gdzieś tam też były jakieś firmy. Bo były otwierane firmy. Jakieś legalne, tak? Normalnie - opowiada kobieta. - Lokutoria i tak dalej i tak dalej. Widziałam, że chodzi zdenerwowany. "Co się stało?", "a nic, nic, nieważne" - relacjonuje. - I tyle, nie? Że tak powiem, też w takich tematach byłam zbywana... On uważał po prostu, jak to mówił mi zawsze, że im mniej wiesz, tym lepiej dla ciebie - dodaje.

Czy już wtedy wiedziała, że Artur B. nie zajmuje się legalną działalnością?

- Wiedzieć, wiedziałam, coś tam wiedziałam, ale nie byłam do końca świadoma, jak gdyby tych wszystkich zagrożeń, tak? Nie sądziłam, że to jest aż, że tak powiem, no... nie wiem - mówi.

- Że to jest aż tak? - dopytuje reporter "Superwizjera".

- Że to jest aż tak, dokładnie - potwierdza kobieta. - Wiedziałam, że coś tam nielegalnego robi, tak? Domyślałam się - odpowiada.

Potwierdza też, że jeździła z Arturem B. do Ameryki Południowej.

- Byłam. Mieszkaliśmy tam. W Ekwadorze i w Boliwii mieszkaliśmy - przyznaje.

- Dostawałam telefon: "Pakuj dzieci, musicie się wyprowadzać". I tak dalej. Ja z dwójką dzieci, kurde, na szybkiego pakowałam i tyle. Bo nie wiem, bo dostał informację, że ktoś mu grozi, na przykład, tak? Czy coś tam. I nam - mówi. - Tak było, że Artur mówi, że on musi, to jak gdyby, wszystko, nie wiem, poukładać, dogadać i tak dalej i tak dalej. I dopiero będziemy mogli wrócić - opowiada. - Mówię: Masz dryg jakiś tam do interesów, zainwestuj, kurczę, w coś, z czego będzie można żyć, mówię, ale to nie trzeba tak. Bo po co? - dodaje.

- Może z tego się nie da wycofać? - pytają reporterzy.

- Może - odpowiada krótko.

Tona narkotyków na raz

- Nasza grupa, wbrew pozorom, nigdy nie była grupą zbrojną. On nigdy nie miał przy sobie jakichś tam kilerów, jakichś tam chłopaków, co by poszli rozp******ić wszystko i takich starał się unikać - tłumaczy jego były współpracownik. - "Artuś" to narkotyki, najlepiej jeszcze za granicą. W Polsce... Polska to taki tranzyt. Jak on brał, powiedzmy, ze dwadzieścia, trzydzieści kilo w Holandii, to do Polski, powiedzmy, pięć kilo wysyłał, a resztę na Wyspy - do Anglii i do Szwecji, tamte kierunki. Tam to się rozchodziło - wyjaśnia.

Tymczasem w Trójmieście walkę o wpływy na rynku narkotyków rozpoczęły konkurencyjne grupy. W obawie o bezpieczeństwo swoje i swojej rodziny Artur B. wyjechał z Polski. Stał się nieuchwytny, kursował między Holandią a Hiszpanią. Zmienił wygląd, paszporty, nazwiska. W Polsce czekało na niego więzienie za starą sprawę haraczu. Ale policja była bezradna.

Dzięki swoim kontaktom Artur B. miał dostęp do czystej kokainy z Ameryki Południowej. Rozcieńczał ją, co znacznie zwiększyło zyskowność interesu. Jego grupa zaopatrywała kilka krajów, jednorazowo sprowadzając nawet tonę kokainy.

- Raz ponad tonę przywiózł do Europy - opowiada były wspólnik.

- Koksu? Jednorazowo? - dopytują reporterzy. - Tak. On wyciągał tonę z wody. Wziął płetwonurków z Trójmiasta i w Hiszpanii mu to wyciągnęli z morza. Taki był przerzut, że trzeba było wyciągać z wody - tłumaczy.

Jak podkreśla w rozmowie z reporterami "Superwizjera" oficer CBŚP, działalność B., "można by było zaliczyć do tej działalności z najwyższej półki przestępczej, jeżeli chodzi o handel i przemyt, produkcję, obrót narkotykami". - On łączył nawet Europę z Ameryką Południową. Ukrywał się w dwóch państwach: Boliwii i Ekwadorze. Znaczy, że miał tam znajomych - dodaje.

Powiązania z zaginionym Szwedem

Dziennikarskie śledztwo reporterów "Superwizjera" wykazało, że w 2007 roku Artur B. był hurtowym dostawcą narkotyków na rynek kilku krajów północnej Europy. Utrzymywał kontakty z kartelami z Południowej Ameryki, organizował przemyt na niespotykaną skalę. Niespodziewanie w towarzystwie dwóch Latynosów pojawił się w Gdyni na spotkaniu z Danielem Janssonem.

Według prowadzącej śledztwo szwedzkiej prokuratury kilka godzin po spotkaniu z Arturem B. Daniel Jansson został zamordowany.

Daniel Jansson nie żył już przed świętami roku 2007. Członkowie jego rodziny twierdzą, że Jansson nie miał żadnych powodów, żeby się ukrywać albo w jakiś sposób zniknąć - podkreśla prokurator Söderman.

Do morderstwa Janssona miało dojść w Gdyni, w biurze wynajmowanym przez Carla T. - byłego szefa brutalnego gangu Militarligan, nazywanego Ligą Wojskową. W latach 90. gang Carla T. przeprowadził serię napadów na banki i placówki pocztowe na terenie Szwecji. Po warunkowym zwolnieniu z więzienia Carl T. przeprowadził się do Polski i zaczął inwestować setki tysięcy euro przede wszystkim w nieruchomości.

To właśnie w biurze Carla T. znaleziono ślady krwi Janssona. Czy przed śmiercią był torturowany? Co łączy byłego szwedzkiego gangstera Carla T., barona narkotykowego Artura B. i zaginionego Daniela Janssona?

Z dokumentów i zeznań świadków wynika, że Carl T. chciał w Polsce zainwestować znaczną kwotę pieniędzy. Jego dobry znajomy Dariusz R., "Rusił", skierował go do swojego wspólnika "Artusia". Gangsterzy postanowili kupić kilkudziesięciohektarową działkę. Sprzedawała ją gdańska kuria metropolitalna. Jednak interes z działką od kurii nie udał się, a między Carlem T. a "Artusiem" doszło do konfliktu.

Reporterzy "Superwizjera" zapytali o to Grażynę J., polską żonę Carla T.

- Miałam wystarczające przykrości przez tego człowieka. Wystarczająco dużo i nie chcę więcej mieć. Żegnam - powiedziała reporterom.

- W zeznaniach, do których dotarli reporterzy "Superwizjera", Grażyna J. przyznała, że Carl T. dał "Artusiowi" zadatek, którego ten nigdy nie zwrócił. Szwed próbował bezskutecznie odzyskać pieniądze. Grażyna J. powiedziała także, że mąż pokazał jej zdjęcie "Artusia" i powiedział, że ma się go bać.

Czy na tym tle starzy wspólnicy się poróżnili?

Był między 'Artusiem' i 'Rusiłem' bardzo ostry konflikt - opowiada były współpracownik Artura B. - 'Rusił' dawał pieniądze za to, żeby go namierzyć. 'Rusił' wiecznie był bez pieniędzy. Bo życie 'haj lajf', a 'Artuś' tam swoje miał, jak to powiedzieć, rozliczenia z nim. 'Rusił' myślał, że ma tyle, 'Artuś' mu wmawiał, że przej**ał połowę, no i to tak z miesiąca na miesiąc, z roku na rok, tak to szło. W końcu jak 'Artuś' wyjechał do Hiszpanii, a 'Rusił' został, to zaczął mówić, że 'Artuś ma wyj***ne na kasę'.

"Artuś" oszukał wspólników i zerwał z nimi kontakty. "Rusił", który jeszcze niedawno ręczył za swojego przyjaciela, teraz go znienawidził. Zaczął szukać sposobu, żeby odegrać się na Arturze B.

Czy dlatego musiał zginąć Daniel Jansson?

Już kilka dni po zaginięciu Janssona "Rusił" zwołuje najbardziej zaufanych bandytów do nowego przedsięwzięcia. Wszystkich obowiązuje tajemnica. Bandyci kupują broń, mundury wojskowe i na początku stycznia wyruszają do Hiszpanii. Ich celem jest uprowadzenie Artura B.

Porywacze są brutalni. Udając hiszpańskich policjantów, wdzierają się do willi B. i na oczach jego ciężarnej partnerki porywają go. "Artuś" spędza w niewoli kilka tygodni. Jest bity i torturowany. Odzyska wolność dopiero po wypłaceniu miliona euro okupu.

- To trwało trzy miesiące? - pytają reporterzy byłą żonę "Artusia". - Nie, nie. Około czterdziestu dni. I powiem panu, że no ja byłam przez cały czas w Polsce, on do mnie zadzwonił, w ogóle powiem panu, że ja nie wierzyłam, że to on. Ja myślałam początkowo, że ktoś do mnie dzwoni i żarty sobie ze mnie robi. Ale miał tak zmieniony głos, on był tak wymęczony… O Jezu, jak ja go zobaczyłam, wyglądał strasznie po prostu. Strasznie. Wychudzony, wymęczony. No, że tak powiem, uszkodzenia ciała jakieś też miał, tak? Widać było, że był tam... No, męczony był, no. Co tu wiele mówić? - pyta.

- Na pytanie, czy nawet w tamtym momencie "Artuś" nie chciał się wycofać z tego, co robił, kobieta odpowiada: - On twierdził, że będzie wszystko w porządku.

- "Artuś" jest upokorzony i wściekły. Nie ma wątpliwości kto stoi za porwaniem.

"Na głodówkę zawsze mu się udało wyjść"

W październiku 2008 roku holenderska policja w jednym z kanałów znajduje poćwiartowane zwłoki – to Dariusz R., "Rusił". Do zbrodni doszło w mieszkaniu na jednym osiedli w Amsterdamie.

- Ja daję głowę, że on to zrobił. "Artuś". Nawet, jak nie był w Europie. Nie siedział w pierdlu. To na tę jedną noc na pewno przyjechał. Za to, że "Rusił" go zawinął w Hiszpanii. I teraz mógł mu spojrzeć w twarz i go zaj***ć - mówi jego były współpracownik.

Przez cztery lata wokół wydarzeń z 2008 roku panuje zmowa milczenia. "Artuś" nie przyznał się, że padł ofiarą porwania. W 2012 roku zostaje aresztowany w Maladze.

- Podczas zatrzymania w Hiszpanii zatrzymywany był, jadąc samochodem aston martinem wartym około 300 tysięcy euro i miał na sobie zegarek warty około 30 czy tam 50 tysięcy euro - opowiada oficer CBŚP. - Mieszkał w okazałej dzielnicy, posiadał dokumenty obywatela Irlandii, łącznie z aktem urodzenia jako obywatel Irlandii. Świetnie też znał kilka języków - dodaje.

Byłej żony Artura B. nie było przy jego aresztowaniu. Jak zatem się o nim dowiedziała?

- A taki znajomy przyszedł. Przybiegł i powiedział, że aresztowali Artura - przyznaje. - I wiedziałam, że jest w Madrycie, zresztą ja wtedy do Madrytu pojechałam z... I tam, że tak powiem, zamieszkałyśmy, bo on też wtedy już zaczął, że tak powiem, tę swoją grę niejedzenia. Ale to jest zupełnie co innego, tam się nim zajmowali - relacjonuje kobieta.

Po ekstradycji "Artuś" trafia do więzienia w Sztumie. W areszcie zaczyna gwałtownie tracić na wadze.

- Miał takie przekonanie, że na głodówkę zawsze mu się udało wyjść. I on teraz też podejrzewam, że próbował - mówi były współpracownik Artura B.

- Jak dodaje, udało mu się dwa razy. - W Wejherowie, jak siedział, to był już po operacji. I on chudł miesięcznie po dziesięć kilo. I on wtedy na to wyszedł. Później drugi raz. To też wyszedł, tam chyba po ośmiu miesiącach. Temat tej bulimii jego czy coś, to ja mówię, że to jest jego stary patent. Żeby zagłodzić się - tłumaczy.

- Po aresztowaniu "Artuś" chudnie w takim tempie, że zaczyna mieć kłopoty z chodzeniem. W sierpniu 2012 roku dochodzi do tragedii. Według oficjalnego komunikatu z powodu wycieńczenia traci równowagę, uderza głową w ścianę celi i umiera w wyniku odniesionych obrażeń.

- Na nagraniu z monitoringu zainstalowanego w celi Artura B. widać, jak mężczyzna sięga po stojącą obok łózka butelkę, po czym osuwa się i upada.

- Tam go pobili, no. I tyle. I ja tak uważam. Uważam, że to nie wyjdzie, no bo to pewnie nie wyjdzie - uważa modelka. - Wiadomo, jak jest: łapka łapkę myje, tak? Widzi pan, o. Ja się teraz trzęsę, jak o tym mówię. Na niedopilnowanie obowiązków, tak? Ja w to nie wierzę. Co to, jakie niedopełnienie obowiązków? Takie obrażenia? - pyta jego była żona.

Czy ktoś mógł się obawiać tej wiedzy?

Śmierć Artura B. jest niezwykle tajemnicza. Badająca sprawę prokuratura uważa, że Zakładzie Karnym w Czarnem, gdzie początkowo przebywał "Artuś" doszło do poważnych zaniedbań. Dwóch lekarzy zostaje oskarżonych o niedopełnienie obowiązków.

Kilka dni przed śmiercią Artur B. trafia do szpitala w Bydgoszczy. Lekarze, którzy go badają, nie mają wątpliwości, że jego obrażenia są wynikiem pobicia.

Nie wierzę po prostu, nie takie obrażenia. Artur miał pękniętą podstawę czaszki, miał w ogóle trepanację czaszki miał przecież. On był po operacji. To przecież to nie da rady, mówię - twierdzi jego była żona. - Człowiek takich obrażeń doznaje w wypadku samochodowym i to w jakim wypadku samochodowym! No ja nie wierzę, no, po prostu. Dla mnie to jest, wie pan, jedna z wersji, która akurat pasowała do tego wszystkiego - dodaje.

Jeden z największych hurtowników narkotyków w Europie ginie po aresztowaniu. Według prokuratury w areszcie doszło do poważnych nieprawidłowości, a lekarze, którzy powinni ratować "Artusia", nie dopełnili obowiązków.

Artur B. miał zostać oskarżony o zabójstwo "Rusiła". Groziło mu wieloletnie więzienie. Nie ma wątpliwości, że prokuratura liczyła na to, że w zamian za złagodzenie kary "Artuś" zdradzi tajemnice podziemia narkotykowego. Czy ktoś mógł się obawiać tej wiedzy? - zastanawiają się reporterzy.

- Jego życie wiązało się z przemytem narkotyków, produkcja plus piękne kobiety, plus drogie życie. To cechowało właśnie "Artusia". I tak, jak przeważnie jest z tego typu przestępcami: oni żyją bogato, lecz niezbyt długo - przyznaje oficer Centralnego Biura Śledczego Policji.

Chłopak z problemami z gdyńskiego blokowiska wspiął się na szczyt przestępczej kariery. Nauczył się języków, jeździł po całym świecie, prowadząc wielkie, przestępcze interesy. Dostarczał narkotyki do wielu krajów. Miał pieniądze i kochającą rodzinę. Ale zapłacił za to najwyższą cenę.

Upokorzony i zdradzony przez przyjaciół. Porwany i torturowany. Jego jedynym celem stała się zemsta. Zmarł w samotności, będąc cieniem człowieka.

Oceń treść:

Average: 10 (3 votes)