Spowiedź narkomana

Dawid Krawczyk z Narkopolityki o książce Roberta Rutkowskiego, którego możecie pamiętać z niedawno publikowanego u nas wywiadu ;)

pokolenie Ł.K.

Kategorie

Źródło

Narkopolityka
Dawid Krawczyk

Odsłony

925

Wywiad-rzeka Ireny Stanisławskiej z Robertem Rutkowskim kończy się „zasadą czterodziurkowego guzika”: „Pierwsza dziurka to «ja» i moje zaangażowanie w sprawy zawodowe, dziurka druga to «ja» i moja aktywność w sferze społecznej. Wszystkie bale dobroczynne, fundacje, pomaganie słabszym, to realizacja potrzeby bycia dobrym. Dziurka trzecia to moja fizyczność i duchowość, czyli dbanie o siebie, a najważniejsza dziurka czwarta, to rodzina, czyli fundament”. Jedyne, co dobre w tym zakończeniu, to chyba to, że jest na końcu. Bo jakby było na początku, wątpię, że w ogóle zajrzałbym na następną stronę.

Oswoić narkomana to rozmowa z terapeutą, eksheroinistą, sportowcem. Na trochę ponad dwustu stronach znaleźć można jeszcze kilka innych łatek, które przyczepia sobie sam bohater – narkoman, alkoholik, seksoholik, toksykoman. Historię życia – uzależnienia i trzeźwienia – Rutkowskiego poznajemy chronologicznie. Od pierwszych miłości, pierwszych koszykarskich sukcesów i pierwszych heroinowych strzałów. I jest to historia do bólu osobista, co mam wrażenie utrudnia krytykę opowieści snutej przez bohatera. Bo co? Narzekać, że banalnie opowiada o swojej zapaści, albo za mało dramatycznie o tym, jak latał po mieście na głodzie?

Na szczęście nudnych anegdot i sentymentalnych wycieczek nie ma zbyt wiele. Są za to szczere relacje z tego, jak w życiu Rutkowskiego wyglądało branie. Autorka wywiadu zakłada, że czytelnik wie o narkotykach niewiele lub zupełnie nic, więc jej rozmówca raz po raz wyjaśnia krok po kroku, czym jest heroina, jak działa, dlaczego może być niebezpieczna. Wchodząc w szczegóły, o których raczej nie usłyszymy w telewizji śniadaniowej, Rutkowski nie ma najmniejszego problemu, żeby zaburzyć decorum i opowiadać o kłuciu, biegunkach, paranojach, a nawet o tym, jak poszedł zrobiony na pogrzeb księdza Popiełuszki. Trudno nie docenić takich zwierzeń.

W tej swego rodzaju spowiedzi irytowały mnie dwie metafory, które powtarzają się uporczywie praktycznie od pierwszych do ostatnich stron. Rutkowski jest sportowcem. To jeszcze nie problem. Ale to, jak sportowcy widzą swoje choroby, już trochę chyba tak. Pamiętam jak trener siatkarek Andrzej Niemczyk przeżywał na łamach gazet i czasopism swoją „walkę z rakiem”. Nie dość, że była to heroiczna historia stawania w pojedynkę naprzeciw demonom, to dużo tam było twardzielskich majaków o tym, że trzeba walić gorzałę, jarać szlugi, nie wymiękać i wtedy się wygra.

Może ten alkohol i papierosy to mało sportowe rozwiązanie, ale chodzi o pewną ramę wyjętą żywcem z serii filmów o Rockym.

Ze wstydem przyznaje się, że za każdym razem, jak oglądam Sylvestra Stallone wbiegającego po schodach Filadelfijskiego Muzeum Sztuki to mam ciarki, ale umówmy się: nie da się sensownie opowiedzieć o substancjach psychoaktywnych, uzależnieniach, chorobie, zdrowiu publicznym w formie heroicznej biografii. Leczenie uzależnienia to nie wyścig sportowców, w którym wygrywają silniejsi, a słabsi umierają. Tym rzekomo silnym i sprawnym również zdarza się zejść, a przy odpowiedniej opiece i wsparciu nawet słabi mogą sobie pożyć.

Rutkowski nie rżnie na szczęście aż takiego twardziela jak Niemczyk i jako narrator swojego życia jest cokolwiek bardziej subtelny niż Stallone. Problem w tym, że karmienie tej opowieści o heroicznym zwycięstwie nad chorobą może wzmagać jednocześnie poczucie porażki u tych, których choroba wykańcza.

Druga metafora, którą posługuje się Rutkowski, jest dobrze zakorzeniona w narracji o uzależnieniu. Być czystym, czyli nie brać. A skoro nie branie jest czyste, to branie musi być brudne. Idąc dalej, wszystko i wszyscy z braniem związani są brudni, unurzani w nałogu. Czystość zawsze wydawała mi się podejrzaną kategorią. Pewnie między innymi dlatego piszę po książkach. Odniesienia do brudu pozakreślałem chyba w każdym z czternastu rozdziałów. I kiedy historia uzależniania przedstawiana jest jako historia jednostki, która żyje w miarę stabilnie, to binarny podział na czystość i brud jest swego rodzaju nobilitacją dla bohatera. Bohater jest po stronie czystych.

Rutkowski nie pogardza użytkownikami narkotyków, trudno byłoby mu chyba prowadzić terapię, gdyby znajdował w sobie pogardę. I niejednokrotnie wprost neguje wiele stereotypów dotyczących heroinistów – uwaga, uwaga, niektórzy chodzą w garniturach i nie siedzą ze zwieszoną głową w przejściach podziemnych.

Fakt, że na tyle doświadczony (życiowo i zawodowo) terapeuta nie jest jednak w stanie wyjść poza ramy tej podejrzanej metafory brudu i czystości świadczy tylko i wyłącznie o tym, jak ten z gruntu średnioklasowy podział silnie porządkuje nasze myślenie o narkotykach.

Rutkowski mówi w książce głównie o swoich osobistych doświadczeniach (przy całym moim sceptycyzmie wobec literatury konfesyjnej nie zamierzam czynić z tego zarzutu w przypadku biograficznej rozmowy), ale wychodzi z niego raz po raz terapeuta i teoretyk. Efektem jest dość męczący paradoks – z jednej strony dowiadujemy się, że każda historia jest indywidualna, a uzależnienie zawsze spowodowane jest jakimś niezwykle poplątanym węzłem problemów osobistych, społecznych, biologicznych, a z drugiej mamy do czynienia z nieustającym dryfem w kierunku uniwersalizacji swojego doświadczenia. Kończy się to z różnym skutkiem, czasem cytatami, które wyglądają jak żywcem wyciągnięte ze stron o rozwoju osobistym: „Pozamykane drzwi wcale takie być nie muszą. Mogą być nieszczelne. I kiedy pojawia się silny wiatr, powstanie przeciąg, który zacznie usuwać grunt spod nóg”.

Wielu czytelników na pewno podburzy również antymarihuanowa krucjata Rutkowskiego. W tym wypadku również okraszona relacją z mało przyjemnych przeżyć własnych. Ale to nie te przeżycia będą irytować, tylko najpewniej to, co wypisuje bohater książki na temat medycznej marihuany. Otóż, marihuana – według Rutkowskiego – to nie lek, bo medycyna sobie bez marihuany poradzi, a bez takiej morfiny na przykład sobie nie poradzi. Dlatego morfina to lek, a marihuana nie. Cóż, byłem przeświadczony, że o leczniczych wartościach substancji rozstrzyga się trochę inaczej. To nie wszystko. Zwolennicy medycznej marihuany, to w zasadzie jacyś gówniarze i telewizyjni celebryci. A w ogóle to amerykańska armia przecież regularnie bada żołnierzy na obecność THC, więc to nie może być takie „niewinne ziele”. Nie są to ewidentnie rozważania warte zapamiętania.

Zapamiętać można natomiast to, co przypomina sobie Rutkowski z lat 80. i 90. Jak w Warszawie wyglądało branie, gdzie były bajzle, co i jak się wtedy gotowało. Nie ma w książce zbyt wiele refleksji o tzw. tle historyczno-społecznym osobistej historii bohatera, ale te szczątki, które znalazły się w książce, są naprawdę wartościowe. Dowiadujemy się na przykład jak z perspektywy użytkownika na kilka lat przed transformacją powstawał regularny rynek narkotykowy, a dilerzy zaczęli organizować się w quasi-przedsiębiorstwa. Nieocenioną wartość ma też rozdział o pierwszych terapiach monarowych, których autor doświadczył na własnej skórze. Wspomnienie delikwentów noszących na szyi tabliczki z napisem „Jestem chujem” to tylko jeden z przykładów terapii, którą autor zapamiętał z Monaru.

Oswoić narkomana nie rewolucjonizuje spojrzenia na substancje psychoaktywne, ani na terapie uzależnień. Ale chyba też nie ma takich ambicji. Stanisławska postanowiła odpytać Rutkowskiego, jak to było, a on trochę posiłował się z przeszłością i szczerze odpowiedział.

***

Oswoić narkomana , Robert Rutkowski i Irena A. Stanisławska, MUZA SA, Warszawa 2016

Oceń treść:

Average: 9 (3 votes)
Zajawki z NeuroGroove
  • Benzydamina

Czwartkowy wieczór , apartament matki rodzicielki zlokalizowany na piętrze 17. Zabezpieczone wyjście na balkon, ze względu na umiejscowienie na nadmiernie niebezpiecznej wysokości, decyzja podwarunkowana ogromną ilością aplikowanego medykamentu. Nastawienie jak najbardziej pozytywne, z lekką nutką niepewności, gdyż nie wiedziałem co może się wydarzyć, a dawka jest najwyższą obecnie na forum.

13.05.2008

  • 4-ACO-DMT
  • Amfetamina
  • Bad trip
  • Marihuana

Mocno "piwniczany" event techno. Cięższe a'la berlińskie brzmienia. Dobra paczka znajomych. Ogólnie dobre nastawienie i nieświadomość jak źle może być. Miała być emka, przypadkiem wyszło, że 4-ACO to jedyne ciekawsze co możemy ogarnąć. No to ogarnął kumpel po 25mg w kapsułkach (jak się potem okazało było tam 30mg).

Preludium zagłady

Aby całość była jaśniejsza w odbiorze zacznę od doby wcześniej. Mowa o piątkowym wieczorze. Ze znajomymi technoludkami mamy w zwyczaju zaczynać imprezę w piątek i kończyć ją w niedzielę po południu kiedy już majaczymy od braku snu i innych podobnych efektów niszczenia organizmu na rzecz beforów imprez i afterów. Wiem. Mało odpowiedzialne.

  • Dekstrometorfan
  • Tripraport

- bardzo pozytywne nastawienie, ukrywałem uśmiech podczas kupowania - miejscówka to mój pokój, jedyne źródło światła to ekran laptopa

Piątkowe wyjście ze znajomymi dobiega końca. Dosyć pijany idę w kierunku domu, jest nieznośnie zimno i w dodatku leje deszcz. Nagle do głowy wpada mi genialny pomysł - zahaczę o całodobową aptekę i sobie polatam - pomyślałem. Tak też zrobiłem, w nocnym kupiłem jeszcze 2 litrowy sok grejpfrutowy i całkiem przemoczony wróciłem do domu. Na klatce schodowej przytulam grzejnik aby odzyskać czucie w palcach, połykam pięć tabletek i zapijam kilkoma dużymi łykami soku. Po wejściu do domu wycieram włosy i wypijam jeszcze dwie szklanki soku. Troszkę przetrzeźwiałem na tym zimnie.

  • Grzyby halucynogenne
  • Tripraport

saska

Ja i mój adwokat znaleźliśmy sie w przyciemnionym pokoju, na jednej z najbardziej zielonych dzielnic Warszawy, wcześniej zaopatrzeni w piwka, kilka blantów i sto sztuk grzybków. Za oknami powoli się ściemniało, więc pokroiliśmy nasz skarb na kawałeczki, wcześniej dzieląc wszystko na pół i zalaliśmy te cuda wrzątkiem z zielonej herbaty.

randomness