Spowiedź narkomana

Dawid Krawczyk z Narkopolityki o książce Roberta Rutkowskiego, którego możecie pamiętać z niedawno publikowanego u nas wywiadu ;)

pokolenie Ł.K.

Kategorie

Źródło

Narkopolityka
Dawid Krawczyk

Odsłony

851

Wywiad-rzeka Ireny Stanisławskiej z Robertem Rutkowskim kończy się „zasadą czterodziurkowego guzika”: „Pierwsza dziurka to «ja» i moje zaangażowanie w sprawy zawodowe, dziurka druga to «ja» i moja aktywność w sferze społecznej. Wszystkie bale dobroczynne, fundacje, pomaganie słabszym, to realizacja potrzeby bycia dobrym. Dziurka trzecia to moja fizyczność i duchowość, czyli dbanie o siebie, a najważniejsza dziurka czwarta, to rodzina, czyli fundament”. Jedyne, co dobre w tym zakończeniu, to chyba to, że jest na końcu. Bo jakby było na początku, wątpię, że w ogóle zajrzałbym na następną stronę.

Oswoić narkomana to rozmowa z terapeutą, eksheroinistą, sportowcem. Na trochę ponad dwustu stronach znaleźć można jeszcze kilka innych łatek, które przyczepia sobie sam bohater – narkoman, alkoholik, seksoholik, toksykoman. Historię życia – uzależnienia i trzeźwienia – Rutkowskiego poznajemy chronologicznie. Od pierwszych miłości, pierwszych koszykarskich sukcesów i pierwszych heroinowych strzałów. I jest to historia do bólu osobista, co mam wrażenie utrudnia krytykę opowieści snutej przez bohatera. Bo co? Narzekać, że banalnie opowiada o swojej zapaści, albo za mało dramatycznie o tym, jak latał po mieście na głodzie?

Na szczęście nudnych anegdot i sentymentalnych wycieczek nie ma zbyt wiele. Są za to szczere relacje z tego, jak w życiu Rutkowskiego wyglądało branie. Autorka wywiadu zakłada, że czytelnik wie o narkotykach niewiele lub zupełnie nic, więc jej rozmówca raz po raz wyjaśnia krok po kroku, czym jest heroina, jak działa, dlaczego może być niebezpieczna. Wchodząc w szczegóły, o których raczej nie usłyszymy w telewizji śniadaniowej, Rutkowski nie ma najmniejszego problemu, żeby zaburzyć decorum i opowiadać o kłuciu, biegunkach, paranojach, a nawet o tym, jak poszedł zrobiony na pogrzeb księdza Popiełuszki. Trudno nie docenić takich zwierzeń.

W tej swego rodzaju spowiedzi irytowały mnie dwie metafory, które powtarzają się uporczywie praktycznie od pierwszych do ostatnich stron. Rutkowski jest sportowcem. To jeszcze nie problem. Ale to, jak sportowcy widzą swoje choroby, już trochę chyba tak. Pamiętam jak trener siatkarek Andrzej Niemczyk przeżywał na łamach gazet i czasopism swoją „walkę z rakiem”. Nie dość, że była to heroiczna historia stawania w pojedynkę naprzeciw demonom, to dużo tam było twardzielskich majaków o tym, że trzeba walić gorzałę, jarać szlugi, nie wymiękać i wtedy się wygra.

Może ten alkohol i papierosy to mało sportowe rozwiązanie, ale chodzi o pewną ramę wyjętą żywcem z serii filmów o Rockym.

Ze wstydem przyznaje się, że za każdym razem, jak oglądam Sylvestra Stallone wbiegającego po schodach Filadelfijskiego Muzeum Sztuki to mam ciarki, ale umówmy się: nie da się sensownie opowiedzieć o substancjach psychoaktywnych, uzależnieniach, chorobie, zdrowiu publicznym w formie heroicznej biografii. Leczenie uzależnienia to nie wyścig sportowców, w którym wygrywają silniejsi, a słabsi umierają. Tym rzekomo silnym i sprawnym również zdarza się zejść, a przy odpowiedniej opiece i wsparciu nawet słabi mogą sobie pożyć.

Rutkowski nie rżnie na szczęście aż takiego twardziela jak Niemczyk i jako narrator swojego życia jest cokolwiek bardziej subtelny niż Stallone. Problem w tym, że karmienie tej opowieści o heroicznym zwycięstwie nad chorobą może wzmagać jednocześnie poczucie porażki u tych, których choroba wykańcza.

Druga metafora, którą posługuje się Rutkowski, jest dobrze zakorzeniona w narracji o uzależnieniu. Być czystym, czyli nie brać. A skoro nie branie jest czyste, to branie musi być brudne. Idąc dalej, wszystko i wszyscy z braniem związani są brudni, unurzani w nałogu. Czystość zawsze wydawała mi się podejrzaną kategorią. Pewnie między innymi dlatego piszę po książkach. Odniesienia do brudu pozakreślałem chyba w każdym z czternastu rozdziałów. I kiedy historia uzależniania przedstawiana jest jako historia jednostki, która żyje w miarę stabilnie, to binarny podział na czystość i brud jest swego rodzaju nobilitacją dla bohatera. Bohater jest po stronie czystych.

Rutkowski nie pogardza użytkownikami narkotyków, trudno byłoby mu chyba prowadzić terapię, gdyby znajdował w sobie pogardę. I niejednokrotnie wprost neguje wiele stereotypów dotyczących heroinistów – uwaga, uwaga, niektórzy chodzą w garniturach i nie siedzą ze zwieszoną głową w przejściach podziemnych.

Fakt, że na tyle doświadczony (życiowo i zawodowo) terapeuta nie jest jednak w stanie wyjść poza ramy tej podejrzanej metafory brudu i czystości świadczy tylko i wyłącznie o tym, jak ten z gruntu średnioklasowy podział silnie porządkuje nasze myślenie o narkotykach.

Rutkowski mówi w książce głównie o swoich osobistych doświadczeniach (przy całym moim sceptycyzmie wobec literatury konfesyjnej nie zamierzam czynić z tego zarzutu w przypadku biograficznej rozmowy), ale wychodzi z niego raz po raz terapeuta i teoretyk. Efektem jest dość męczący paradoks – z jednej strony dowiadujemy się, że każda historia jest indywidualna, a uzależnienie zawsze spowodowane jest jakimś niezwykle poplątanym węzłem problemów osobistych, społecznych, biologicznych, a z drugiej mamy do czynienia z nieustającym dryfem w kierunku uniwersalizacji swojego doświadczenia. Kończy się to z różnym skutkiem, czasem cytatami, które wyglądają jak żywcem wyciągnięte ze stron o rozwoju osobistym: „Pozamykane drzwi wcale takie być nie muszą. Mogą być nieszczelne. I kiedy pojawia się silny wiatr, powstanie przeciąg, który zacznie usuwać grunt spod nóg”.

Wielu czytelników na pewno podburzy również antymarihuanowa krucjata Rutkowskiego. W tym wypadku również okraszona relacją z mało przyjemnych przeżyć własnych. Ale to nie te przeżycia będą irytować, tylko najpewniej to, co wypisuje bohater książki na temat medycznej marihuany. Otóż, marihuana – według Rutkowskiego – to nie lek, bo medycyna sobie bez marihuany poradzi, a bez takiej morfiny na przykład sobie nie poradzi. Dlatego morfina to lek, a marihuana nie. Cóż, byłem przeświadczony, że o leczniczych wartościach substancji rozstrzyga się trochę inaczej. To nie wszystko. Zwolennicy medycznej marihuany, to w zasadzie jacyś gówniarze i telewizyjni celebryci. A w ogóle to amerykańska armia przecież regularnie bada żołnierzy na obecność THC, więc to nie może być takie „niewinne ziele”. Nie są to ewidentnie rozważania warte zapamiętania.

Zapamiętać można natomiast to, co przypomina sobie Rutkowski z lat 80. i 90. Jak w Warszawie wyglądało branie, gdzie były bajzle, co i jak się wtedy gotowało. Nie ma w książce zbyt wiele refleksji o tzw. tle historyczno-społecznym osobistej historii bohatera, ale te szczątki, które znalazły się w książce, są naprawdę wartościowe. Dowiadujemy się na przykład jak z perspektywy użytkownika na kilka lat przed transformacją powstawał regularny rynek narkotykowy, a dilerzy zaczęli organizować się w quasi-przedsiębiorstwa. Nieocenioną wartość ma też rozdział o pierwszych terapiach monarowych, których autor doświadczył na własnej skórze. Wspomnienie delikwentów noszących na szyi tabliczki z napisem „Jestem chujem” to tylko jeden z przykładów terapii, którą autor zapamiętał z Monaru.

Oswoić narkomana nie rewolucjonizuje spojrzenia na substancje psychoaktywne, ani na terapie uzależnień. Ale chyba też nie ma takich ambicji. Stanisławska postanowiła odpytać Rutkowskiego, jak to było, a on trochę posiłował się z przeszłością i szczerze odpowiedział.

***

Oswoić narkomana , Robert Rutkowski i Irena A. Stanisławska, MUZA SA, Warszawa 2016

Oceń treść:

Average: 9 (3 votes)
Zajawki z NeuroGroove
  • LSD-25
  • Marihuana
  • MDMA (Ecstasy)
  • Pierwszy raz
  • Tytoń

Pierwsze przyjęcie dawki MDMA zdarzyło się w piątek około godziny 21:00. Talerz podzielony na dwie części, obie zostały wzięte w przeciągu 15 minut. Posiadówka na około 10 osób, na noc zostały 4 osoby. Miejsca to mieszkanie znajomego w dobrze wyglądającej kamienicy. Przyjęcie dawki LSD-25, sobota, godzina około 11:00. Towarzystwo kolegi z klasy, jego dziewczyny, którzy byli trzeźwi oraz kolegi, z którym zarzucałem karton. Miejsca; Park w dużym Polskim mieście, centrum dużego miasta, moje mieszkanie, kolejna impreza. Generalnie bardzo dobry stan psychiczny, ze względu na ostatnie przeżycia. Nastrój bardzo przyjemny, w gronie bliskich znajomych, brak większych oczekiwań ze względu na poprzednie przeżycie z tym samym kartonem, lecz w 2x mniejszej dawce. Setting można uznać za dość spokojny podczas piątkowej nocy z MDMA i ogromnie intensywny podczas soboty.

Wstęp (piątek):

 

Wiek: 18 lat

Wzrost: Około 175cm

Waga: Około 60kg

 

  • 4-HO-MET
  • Pozytywne przeżycie

Ciemny pokój, grudniowa noc, ambient z głośników.

 

  • Amfetamina
  • DXM
  • Ketony
  • Kodeina
  • Lorazepam
  • Oksykodon
  • Uzależnienie

Jestem w abstynencji od narkotyków, odstawiłem psychotropy i jestem szczęśliwszy. Trzeźwość nie jest taka szara, jak może się wydawać osobie, która jest na ciągu ponad rocznym, jak to było ostatnio u mnie. Oczywiście jest od groma objawów abstynencyjnych jak bezsenność, nudności, bóle głowy, zawroty głowy, szumienie w głowie, drżenia, ale to też przez to, że nie przyjmuję leków psychotropowych, które łagodziły bardzo te wszystkie negatywne czynniki odstawienne. Postanowiłem po prostu, że nie będę brał niczego psychoaktywnego, nieważne czy to lek na chorobę, czy to narkotyk.

  • Marihuana



Nazwa Substancji:


Marihuana



Doświadczenie:


Wtedy zaczynałem jarać



Dawka, metoda zażycia:


2 rury z wiadra



Set & setting:


Chęć najarania się i pójścia do szkoły, dom



randomness