REKLAMA




Przeprosiny i 150 tys. zł dla Durczoka za publikację "Wprost". "Przebieg procesu dość zadziwiający"

Treść artykułu tygodnika "Wprost" na temat Kamila Durczoka i jego zwiazków z narkotykami naruszała jego dobra osobiste - orzekł w czwartek Sąd Apelacyjny w Warszawie i zobowiązał autorów artykułu i wydawcę do przeprosin oraz wpłaty dziennikarzowi 150 tys. zł zadośćuczynienia.

Treść artykułu tygodnika "Wprost" na temat Kamila Durczoka z 2015 r. naruszała jego dobra osobiste - orzekł w czwartek Sąd Apelacyjny w Warszawie i zobowiązał autorów artykułu i wydawcę do przeprosin oraz wpłaty dziennikarzowi 150 tys. zł zadośćuczynienia.

O prawomocnym wyroku napisał portal wirtualnemedia.pl. Proces dotyczył artykułu pt. "Kamil Durczok. Fakty po faktach" autorstwa Michała Majewskiego, Sylwestra Latkowskiego, Marcina Dzierżanowskiego i Olgi Wasilewskiej. Materiał ukazał się we "Wprost" 15 lutego 2015 roku.

W tekście opisano, jak Kamil Durczok miesiąc wcześniej został znaleziony przez policję w mieszkaniu wynajmowanym przez jego znajomą, która zalegała z opłatami, więc właściciele wezwali funkcjonariuszy. Potem właściciel wpuścił do środka dziennikarzy "Wprost", a ci opisali, że były tam materiały pornograficzne, gadżety seksualne i biały proszek, mogący być narkotykiem; do artykułu dołączono zdjęcia wykonane przez Latkowskiego i Majewskiego – przypomniały wirtualnemedia.pl.

Pozywając dziennikarzy i wydawcę "Wprost" za naruszenie dóbr osobistych, Durczok domagał się przeprosin i 7 mln zł zadośćuczynienia. W 2016 roku warszawski sąd okręgowy przyznał mu 500 tys. zł oraz nakazał wydawcy "Wprost" publikację przeprosin na okładce tygodnika i trzech kolejnych stronach numeru.

W czwartek Sąd Apelacyjny w Warszawie zmienił wyrok pierwszej instancji, zmniejszając zadośćuczynienie do 150 tys. zł.

W oświadczeniu opublikowanym na stronie latkowski.com autorzy materiału z "Wprost" odnieśli się do wyroku.

Proces "dość zadziwiający"

Przebieg procesu określili jako "dość zadziwiający". "Proszę sobie wyobrazić, że odrzucono wnioski dowodowe zgłoszone przez naszą stronę. Nie przesłuchano nawet biznesmena, jego małżonki, najemczyni mieszkania, policjantów. Nikogo z nich. Sąd nie zgodził się nawet, by do akt sprawy dołączyć rozmowę, którą odbyliśmy z Durczokiem, zbierając materiał do tekstu. Przesłuchano za to wszystkich świadków zgłoszonych przez Kamila Durczoka" - napisali Sylwester Latkowski, Michał Majewski i Olga Wasilewska.

Chodzi o biznesmana, który naprowadził autorów na trop opisanej przez nich historii. Wraz z małżonką wynajmował on apartament na Mokotowie lokatorce, która przestała im płacić.

"Ponieważ od miesięcy nie płaciła za wynajem mieszkania, właściciele postanowili pojechać na miejsce i rozmówić się z nią. Pierwsza przyjechała małżonka. Drzwi jej nie otwarto, mimo że za nimi ktoś był. Słychać było odgłosy niszczenia jakichś sprzętów. Nie pomagały wezwania. Kobieta zadzwoniła po męża, a ten rozsądnie wezwał policję uznając, że za drzwiami może buszować złodziej nakryty na gorącym uczynku. Sam przyjechał na miejsce. Już z własnymi kluczami, by dostać się do swego mieszkania. Tyle że ktoś od środka blokował drzwi, uniemożliwiając wejście. W końcu z mieszkania wybiegł zakapturzony Durczok, z którym właściciel mieszkania zaczął się szarpać. Na dole szefa Faktów TVN spisał interweniujący patrol policji" - czytamy w oświadczeniu dziennikarzy "Wprost".

Zgodnie z relacją dziennikarzy, właściciele mieszkania mieli zastać w nim "szokujący obraz". "Pośród chaosu nie do opisania były tam dziesiątki charakterystycznych torebek służących do przechowywania narkotyków, z resztkami białego proszku w środku, charakterystyczny rulon do wciągania narkotyków, karta płatnicza z białym proszkiem na krawędziach. Torba z roztrzaskanymi na miazgę telefonami i kamerą, ale też liczne rzeczy Durczoka, takie jak choćby jego korespondencja czy notatki na temat Faktów TVN. Policja raczej nie kwapiła się do działania, więc właściciele obfotografowali mieszkanie, zmienili zamki. I postawili najemczyni warunek: będzie mogła odebrać rzeczy dopiero po zapłaceniu zaległego czynszu. Tyle że pani się nie zgłaszała, a i Durczok też nie kwapił się do odbioru swych rzeczy" - twierdzą autorzy oświadczenia.

Właściciel mieszkania "po tygodniach" oczekiwania na uprzątnięcie mieszkania zgłosił się do redaktorów "Wprost" i zabrał ich do apartamentu. Jak twierdzą Latkowski, Majewski i Wasilewska, na miejscu zastali obraz dokładnie taki, jak na zdjęciach, które wcześniej zrobili właściciele mieszkania.

Do napisania tekstu miał ich skłonić sposób zajęcia się tym tematem przez policję, której reakcja na doniesienie o możliwości obecności narkotyków w mieszkaniu - jak twierdzą dziennikarze - była "dziwaczna". Funkcjonariusze "poradzili właścicielowi mieszkania, żeby - jeśli chce wyjaśniać sprawę - wynajął firmę detektywistyczną. Dopiero po naleganiach przedsiębiorcy i naszych pytaniach funkcjonariusze wzięli się do jakiejś pracy i na odczepne zabezpieczyli cześć torebek z resztkami białego proszku" - tłumaczyli dziennikarze.

Mobbing w redakcji "Faktów"

Kamil Durczok powiedział, że jest zadowolony z orzeczenia, a publikację, która była przedmiotem procesu określił jako "paszkwil, który nie ma nic wspólnego z dziennikarstwem". - To była egzekucja na osobie, na jej rodzinie; na moim dorobku dziennikarskim, na mojej trzydziestoletniej pracy w mediach - podkreślił dziennikarz. - Mam nadzieję, że wyrok będzie jasnym sygnałem, że ten zawód to jest ogromna władza, ogromne możliwości, ale musi temu towarzyszyć taka sama odpowiedzialność i staranność - dodał Durczok.

"Straciłem bardzo dobrze płatną pracę, świetnie miejsce pracy. Musiałem się rozstać z firmą, bo dłużej wobec takich oskarżeń nie byłem w stanie szefować zespołowi i skutecznie realizować zadań, które postawił przede mną pracodawca" - opisywał.

Jak przypominają wirtualnemedia.pl, Durczok pozwał też wydawcę i byłych dziennikarzy "Wprost" za kilka tekstów z początku 2015 roku, w których zarzucono mu mobbing w redakcji "Faktów" TVN. Sąd nadal nie wydał wyroku w tej sprawie.

Oceń treść:

Average: 10 (1 vote)