REKLAMA




Nocny zakaz sprzedaży alkoholu już działa. Niektórzy klienci "są naprawdę wściekli"

Na witrynach puławskich sklepów monopolowych i stacjach paliw pojawiły się już tabliczki informujące o obowiązującym już zakazie nocnej sprzedaży alkoholu. Właściciele punktów objętych prohibicją krytykują decyzję radnych, nazywając ją "groteskową".

pokolenie Ł.K.

Kategorie

Źródło

Dziennik Wschodni
Radosław Szczęch

Odsłony

362

Na witrynach puławskich sklepów monopolowych i stacjach paliw pojawiły się już tabliczki informujące o obowiązującym już zakazie nocnej sprzedaży alkoholu. Właściciele punktów objętych prohibicją krytykują decyzję radnych, nazywając ją "groteskową".

Od piątku, pomiędzy godz. 23 i 6 alkohol w Puławach można kupić jedynie w klubach, barach i lokalach gastronomicznych. Sklepy typu "Alkohole 24" straciły znaczną część swojego utargu i są zamykane równo o godz. 23. Ich klienci powoli przyzwyczajają się do nowych przepisów, ale dla wielu z nich to trudny czas.

– Z tego, co wiem, wielu z nich nocą wybiera się do Góry Puławskiej, gdzie podobno tworzą się już długie kolejki – mówi Jerzy Czajkowski, właściciel sklepu monopolowego przy ul. Sieroszewskiego. Jak dodaje pracująca w nim ekspedientka, jeszcze kwadrans po zamknięciu ktoś ostatnio stukał w okno.

Na drzwiach widać nową tabliczkę z informacją o nowych godzinach otwarcia, ale ludzie przychodzą z przyzwyczajenia. Nie wszyscy wiedzieli o planie wprowadzenia zakazu. O tym dlaczego sklep jest zamknięty często dowiadują się od sprzedających. Tak jest również m.in. w kiosku Urszuli Adamczyk przy ul. Prusa. Tutaj wisi tabliczka nie tylko z napisem "prohibicja" ale także z informacją, że jest ona wprowadzona z rozporządzenia rady miasta. Żeby nie było wątpliwości, kto odpowiada za nowy zakaz.

Co ciekawe, właścicielka z obawy przed włamaniem do kiosku, tuż przed jego wprowadzeniem zdecydowała na montaż krat. – To dla bezpieczeństwa, bo słyszałam jak klienci mówili o tym, że będą wyłamywać kraty, żeby dostać się do alkoholu. Wystraszyłam się, bo my wtedy nawet krat nie mieliśmy – mówi pani Adamczyk, która przyznaje, że ludzie, którzy odchodzą z powodu prohibicji reagują nerwowo. – Oni są naprawdę wściekli. A rano są tutaj już o pół do szóstej, muszą czekać, bo takie są teraz przepisy – dodaje.

Trochę spokojniej jest na stacji paliw Shell przy ul. Lubelskiej. Tu również jest nowa tablica informująca o nocnym zakazie, ale alkoholu nikt specjalnie nie chowa, ani nie zasłania. – W ciągu jednej nocy zdarza się kilku klientów, którzy chcą kupić jakiś trunek, ale tłumaczymy, że nie możemy go sprzedać. Niektórzy są zaskoczeni, ale rozumieją i odchodzą – mówi sprzedawca.

Jerzy Czajkowski ze sklepu przy ul. Sieroszewskiego decyzję radnych nazywa groteskową. – Moje zdanie jest takie, że oni chcieli się koniecznie czymś wykazać i wymyślili sobie tę prohibicję. To bez sensu, bo ktoś, kto zechce kupić alkohol, kupi go w innym miejscu. W skali całego miasta, te kilka punktów to jest nic. Ale uderzyli w nas i ja teraz nie wiem, czy przetrwamy – przyznaje właściciel "Alkoholi". – Muszę podliczyć pierwszy tydzień, ale ja tego biznesu dla idei prowadzić nie będę. Jeśli nie będe miał z tego korzyści, sklep zostanie zamknięty – dodaje.

Zdaniem Urszuli Adamczyk, noc przynosiła spory utarg, a po wprowadzeniu zakazu obroty mogą spaść nawet o kilkaset procent na dobę. – Rząd mówi, że będzie pomagał małym firmom, a od miasta rządzonego przez PiS otrzymujemy teraz taki cios. Nie rozumiem tego, bo kawałek dalej w klubach alkohol nadal się leje, im wolno go sprzedawać, a nam już nie – podsumowuje.

Niemal wszyscy właściciele całodobowych, które od paru dni są już jedynie sklepami do godz. 23 podkreślają swoją pozytywną rolę w pilnowaniu porządku.

– Mieliśmy tutaj na wszystko oko, gdy coś się działo, pierwsi dzwoniliśmy po policję. Teraz zamykamy sklep, włączamy alarm i niech się dzieje co chce – mówią zgodnie.

Oceń treść:

Brak głosów