REKLAMA




Łódzki sklep-widmo z dopalaczami, którego nie potrafi ruszyć policja

Reportaż autora z Vice.pl - nawet jeśli nie każdemu przypadnie do gustu styl, to i tak rzecz naszym zdaniem ciekawsza, niż standardowe prasowe biadolenia.

pokolenie Ł.K.

Kategorie

Źródło

Vice.pl
Kacper Kosiński

Odsłony

1455

Przy ulicy Gdańskiej w Łodzi znajdował się niedawno lokal oferujący dopalacze wszelkiej maści. Już go nie ma, podobno nie za sprawą interwencji ministra sprawiedliwości, CBA, brawurowej akcji policji czy Sanepidu, a wkurwionych lokatorów. Wybili szyby w trosce o bezpieczeństwo swoich dzieci, które według nich były wielokrotnie zaczepiane przez przesiadujących w okolicy użytkowników. Minęło trochę czasu, dopalacze znalazły nową przystań jeszcze bliżej deptaka.

Przy ulicy Nawrot 15 znajdują się trzy lokale. Kolejno, idąc od najbardziej reprezentacyjnej ulicy w mieście, mamy: Małpkę Express (czynną codziennie od 6 do 24), Hot Spot 24h (całodobowo czynne automaty do gier) oraz sklep bez konkretnej nazwy, ale z szerokim asortymentem. Z jego szyb oklejonych folią możemy wyczytać, że kupimy tam czyszczące sole, fajki, bonga i inne upominki.

Na drzwiach widnieje napis, że zapraszają codziennie od 10 do 22... nie,wróć, 10 przekreślona. Do sklepu dzwonić już dwie godzinki wcześniej. No właśnie, dzwonić. W górnym rogu zamontowana jest kamera, a przy drzwiach dzwonek. Sklep z selekcją, odźwierny chce wiedzieć kogo wpuszcza.

W środku wystrój minimalistyczny z typowymi dla Łodzi wpływami industrialnymi. W centralnym punkcie stoi biurko, przy którym, gdy wszedłem, facet jadł akurat kebaba. Generalnie gapi się w monitor i na specjalną prośbę rozmienia banknoty na bilon potrzebny do dwóch automatów w lokalu. Przypominają te ze szkolnych korytarzy bądź dworców, jednak bez Kinder Bueno i Coca-Coli, a z Zielem i Talizmanem. Ziele to susz w strukturze przypomina majeranek, a imitować ma marihuanę. Talizmanem zaś jest biały proszek, coś w stylu poczciwego mefedronu. Na ziemi leży gruz, ściany odmalowane zostały też w ramach wyścigów. Nie ma nawet prowizorycznej lady, pod którą znajdziemy najprostszą lufkę czy paczkę bletek. Nawet nie silą się na pozory. Miejscówka, w którą nie opłaca się inwestować ani grosza, bo szefostwo wie, że to projekt tymczasowy. Np. do czasu wymiany sklepowych witryn.

Od wielu dni, o różnych porach obserwuję ten „łódzki hattrick" Małpka-HotSpot-Dopalacze. Jeden z bardziej popularnych scenariuszy to zakup piwa w sklepie, szybki kursik po towar i już spokojnie na fazie z resztką bilonu można iść powiększyć majątek w lokalu obok. Tam należy jedynie uprzednio zapukać. Generalnie nie ma co mieszać Małpki Express w automatową mafię, ale świetnie się spisuje w kategorii baru dla klientów pozostałych dwóch miejscówek.

Szefowa sklepu i jej pracownice nie są z tego tytułu zadowolone, bo przychodzą ciężkie ludzkie przypadki i obsługa najzwyczajniej w świecie czuje przed nimi strach. Nawąchane dzieciaki grzecznie stawiają browar do skasowania, by po chwili zacząć drzeć mordę. Coś gadają pod nosem do siebie, następnie walczą ze swoim ciałem. Godzina nie ma znaczenia, choć w dzień wygląda to zdecydowanie bardziej groteskowo.

Widziałem gościa w snapbacku i porządnej kurtce, którego coś najwyraźniej pokonało. Pozornie spokojna niedziela, jeszcze nie wybiło południe, a on tłucze ręką w słup, zrywając i drąc mini-plakat wyborczy. Wsłuchałem się w lament, bo ten był wyjątkowo niecodzienny. Krzyczał: „Okradli mnie! Ukradli mi honor, uczucia, pieniądze. Rząd ukradł mi miliardy". Wszytko to histerycznym i zapłakanym tonem. Próbował go pocieszyć kolega z bokserem na smyczy, który nagle pojawił się znikąd. Po chwili pocieszana ofiara kazała mu wypierdalać i gdy razem weszli do autobusu, zrozpaczony ćpun uciekł tylnymi drzwiami i pobiegł uwiesić się na dzwonku do gabinetu psychologicznego w formie automatu z prochem. W sklepie bliżej ul. Piotrkowskiej usłyszałem historię o tym, jak kilku naćpanych gości zaczepiło 12-latkę na spacerze z czworonogiem, zagrodzili jej przejście i powiedzieli, że spalą jej psa. Uciekła z płaczem.

Ostatnio panie z Sanepidu w towarzystwie policji zarekwirowały kilkadziesiąt woreczków i zaplombowały lokal. Gazety rozpisały się o udanej akcji policyjnej, że nastał kres działalności. Tego samego dnia plomby zostały zerwane, a klienci znów ochoczo wchodzili po towar. Szybka kalkulacja: 1g Talizmanu kosztuje niecałe osiem dych. Porcjowany jest po 0.4, żeby małolaty nie musiały się jedno zbytnio wykosztować i za 30zł mają już tytkę z gwiezdnym pyłem. Przy zabranych przez sanepid takich 50 torebkach, rekwirują dopalacze o rynkowej wartości ok. 1500zł. Szef nawet nie zwraca uwagi na taką stratę. Wyprodukowanie 20g tego specyfiku kosztuje najwyżej kilkadziesiąt złotych. Sami to produkują, sami sprzedają, bez pośredników. Najlepsza forma biznesu przy minimalnych kosztach.

Policja nie ma pojęcia jak tę sprawę rozwiązać. Przyjeżdżają kilkoma sukami na sygnale i parkują je pod samymi drzwiami. Grzecznie dzwonią i dziwią się, że w środku zastają puste automaty. Nie wyślą tajniaków, bo podobno nie takie są procedury. Z lokalu prowadzą dwa wyjścia – zapewne widząc w kamerze umundurowanych, pracownicy zrzucają zawartość automatów do plecaka i wynoszą przez zaplecze do samochodu.

Policjanci wchodzą do środka, a tam pusto. Lokal ciągle odwiedzany przez różnych gości, ale gdy wchodzą pały, zmienia się w pustostan. Nie oczekuję poziomu działań polskiej policji rodem z filmów o FBI, ale bez jaj. Melina ma wypisane godziny otwarcia na drzwiach i informację, żeby śmiało dzwonić. Dzieciakom się udaje, policjantom niespecjalnie. Tylko czekać na kolejny samosąd.

Oceń treść:

Average: 10 (5 votes)