Po przeczytaniu raportu https://neurogroove.info/comment/9607#comment-9607 postanowiłem sam przeprowadzić eksperyment. Jako, że marihunaen on dłuższego czasu nie jaram (rok ponad) to myślę, że wynik jest jak najbardziej prawdziwy.
Wojna z dopalaczami trwa. Konińscy policjanci siłą weszli do sklepu na Zatorzu. W tym czasie sprzedawca próbował zniszczyć towar.
Wojna z dopalaczami trwa. Konińscy policjanci siłą weszli do sklepu na Zatorzu. W tym czasie sprzedawca próbował zniszczyć towar.
Sklepy z dopalaczami ciągle mają się nieźle. Nakładane kary dają niewielki skutek. Mundurowi w ciągu ostatnich dni nasilili kontrole i legitymowania przy sklepie na ul. Chopina w Koninie. W końcu postanowili sprawdzić sam punkt. W akcji wzięli udział policjanci wydziału kryminalnego i grupa realizacyjna. Jak podkreśla Marcin Jankowski, rzecznik konińskiej policji, funkcjonariusze wiedzieli, że dostać się do środka nie będzie łatwo.
- Sprzedawca przy pomocy systemu monitoringu weryfikował potencjalnych kupujących i tylko tacy mogli przejść przez pierwsze drzwi, a przez okienko w drugich mogli kupować dopalacze – informuje Marcin Jankowski. - Kiedy sprzedawca zobaczył, że pod drzwiami stanęli policjanci i usłyszał, że ma otworzyć drzwi, ani myślał wpuścić mundurowych, a sprzedawane dopalacze natychmiast trafiły do niewielkiego pieca, który był w środku – dodaje.
Policjanci wyważyli zarówno jedne jak i drugie drzwi. Po ich sforsowaniu natychmiast ugasili ogień. Te środki, które nie zdążyły się spalić trafią teraz do badań. Poza dopalaczami mundurowi zabezpieczyli ponad 4 tys. zł.
Po przeczytaniu raportu https://neurogroove.info/comment/9607#comment-9607 postanowiłem sam przeprowadzić eksperyment. Jako, że marihunaen on dłuższego czasu nie jaram (rok ponad) to myślę, że wynik jest jak najbardziej prawdziwy.
Wbiegając do łazienki w poszukiwaniu gumek do włosów rzucił mi się w oczy pamiętny zielony ręcznik, dzięki któremu do mojej głowy wpadł pomysł na napisanie tego oto tripraportu. Niestety moje umiętności składnego pisania są znikome, jednakże wspomniany ręcznik nie pozwala o sobie zapomnieć, a zatem zapraszam do przeczytania poniższego tekstu :)
Jak pobity pies z syndromem sztokholmskim.
Ciąg dalszy serii niefortunnych zdarzeń. Wlokąc się jak cień człowieka w bladym świetle poranka, nie widziałam zwisającego nad moją głową sejfu. Wielki Misiokłaczek tylko oczekiwał odpowiedniej chwili, żeby spierdolić mi go na głowę. A wydawało się, że skład i twardość gleby wystarczająco poznałam na własnej skórze w ostatnim odcinku. Nie ma tego złego, coby na gorsze nie wyszło.