REKLAMA




Zakończyć narkowojnę!

Tysiące trupów, miliony uwięzionych, miliardy wyrzucone w błoto i... rosnące spożycie narkotyków. Czego jeszcze trzeba, by rządy i społeczeństwa zmieniły dotychczasową represyjną politykę narkotykową?

Tysiące trupów, miliony uwięzionych, miliardy wyrzucone w błoto i... rosnące spożycie narkotyków. Czego jeszcze trzeba, by rządy i społeczeństwa zmieniły dotychczasową represyjną politykę narkotykową?


Na głównej alei w Tijuanie, meksykańskim mieście przy granicy z USA, jednym z głównych miejsc przerzutu narkotyków, nie mogę opędzić się od sympatycznych skądinąd chłopaków oferujących marihuanę, kokainę i ekstazy. Robią to otwarcie, w biały dzień, nie oglądając się na żołnierzy, których rząd wysłał tu do walki z kartelami.

Podobna sytuacja w stanie Sinaloa, kolebce meksykańskiego narkobiznesu: mój przewodnik pokazuje, gdzie w górach porośniętych dżunglą swoje pałace fortece mają dwaj baronowie największego kartelu. Wszyscy w okolicy o tym wiedzą. Jednak żołnierze wysłani tu do walki z narkomafiami akurat tam się nie zapuszczają. Gdy pytam dlaczego, mój przewodnik ironicznie się uśmiecha.

Niespełna rok temu pojechałem do Meksyku zobaczyć, jak przebiega wojna ze światem narko ogłoszona przez rząd przy wsparciu Waszyngtonu. Wygląda właśnie tak. Co gorsza, ta wojna polega nie tylko na przymykaniu oczu przez wojsko i policję, ostentacyjnej korupcji, poplątanych frontach. Największym dramatem jest 40 tys. (!) trupów w ciągu ponad czterech lat; w liczbie tej kryje się kilka, może kilkanaście tysięcy niewinnych cywilów.

To meksykańska tragedia przelała czarę krwi, cierpień, krzywd – dlatego ludzie obserwujący od lat zmagania świata z problemem narkotykowym, także ci biorący niegdyś udział w tej walce, postanowili uderzyć na alarm.

Klęska polityki represji

„Globalna wojna przeciwko narkotykom poniosła klęskę, a dla jednostek i społeczeństw miała skutki dewastujące. 50 lat po ogłoszeniu przez ONZ konwencji w sprawie narkotyków i 40 lat po wypowiedzeniu im wojny przez prezydenta Nixona konieczne są natychmiastowe i fundamentalne reformy w polityce narkotykowej zarówno w poszczególnych krajach, jak i w wymiarze globalnym” – piszą w specjalnym raporcie członkowie Globalnej Komisji ds. Polityki Narkotykowej, który na początku miesiąca wywołał burzę komentarzy na całym świecie. Nigdy wcześniej tak stanowczy i silny prestiżem autorów głos nie zabrzmiał w debacie o narkotykach.

Pomysł utworzenia komisji wyszedł od Fernanda Henrique Cardoso, byłego prezydenta Brazylii, i jego instytutu; pieniądze wyłożyły fundacja Sorosa i Virgin Group Ltd, do inicjatywy dołączył ośrodek badań społecznych Centro Edel­stein z Brazylii. Celem komisji jest promowanie polityki narkotykowej opartej na twardych danych naukowych i filozofii „leczyć konsumentów, nie karać”. Sama lista nazwisk robi wrażenie: Kofi Annan, były sekretarz generalny ONZ, pisarze Mario Vargas Llosa i Carlos Fuentes, byli prezydenci: Brazylii – Fernando Cardoso, Kolumbii – Cesar Gaviria (rozmowy z nimi na s. 43 i 44), Meksyku – Ernesto Zedillo, były szef NATO Javier Solana oraz George Schultz, były sekretarz stanu USA; w sumie 19 tuzów polityki, biznesu i kultury.

Członkowie komisji uważają, że dotychczasową politykę narkotykową budowano na przesądach, doraźnych rachubach i lękach; lekceważono ustalenia nauki i prawa człowieka. – Nie czyniono rozróżnień między producentami, handlarzami i konsumentami narkotyków. Uzależnieni potrzebują terapii w szpitalach, a nie kar w więzieniach – mówi Cesar Gaviria. – Postulujemy przeniesienie problemu narkotyków ze sfery bezpieczeństwa do sfery ochrony zdrowia.

Szczególnie ostro członkowie komisji krytykują Stany Zjednoczone – główną siłę represyjnej polityki narkotykowej. Ale surową politykę prowadzą też inne mocarstwa – Rosja i Chiny. W niektórych krajach Azji za przemyt narkotyków, a nawet samo posiadanie niewielkiej ich ilości można dostać karę śmierci.

Członkowie komisji wzywają rządy: skończmy z polityką kryminalizowania konsumpcji. Polityka „zero tolerancji” wobec konsumentów nie działa. W ciągu dekady 1998–2008, kiedy prowadzono na świecie antynarkotykową krucjatę, spożycie heroiny i innych opiatów wzrosło o 34,5 proc., kokainy – o 27 proc., marihuany – o 8,5 proc. (dane ONZ, która do tej pory wspierała represyjną politykę rządów). Może więc – perswadują członkowie komisji – zadziała eksperyment niekarania spożycia, któremu towarzyszyć będzie profilaktyka, edukacja i leczenie uzależnionych. Dobre wzory są znane z Australii, Kanady, Szwajcarii, Holandii. Najlepszy – z Portugalii.

Raport komisji podważa wizję polityki narkotykowej, według której głównym problemem jest produkcja narkotyków w krajach biednych i ich przemyt do krajów bogatych, a nie popyt na narkotyki w tych ostatnich. Podejście takie owocowało w minionych dekadach tysiącami ofiar wojen narkotykowych toczonych z dala od europejskich i amerykańskich domostw.

Ubodzy pod ścianą

W połowie XIX w. Brytyjczycy zaatakowali Chiny, żeby wymusić zgodę na wwożenie i handel opium. Władcy Państwa Środka bronili się przed sprowadzanym z brytyjskich Indii narkotykiem, który zaczął się na dobre zadomawiać i niszczyć zdrowie Chińczyków. Dziś to kraje zachodnie, w tym Wielka Brytania, a przede wszystkim Stany Zjednoczone polują na tych, którzy chcą do ich kraju przywieźć choćby najmniejszą ilość jakiegokolwiek narkotyku. Waszyngton wspiera od lat potężnymi sumami i dostawami broni wojny prowadzone nie na swoim terytorium przeciwko plantatorom, producentom i szmuglerom. Na własnej ziemi Amerykanie zwalczają handel i spożycie policyjnymi metodami i długoletnimi karami więzienia.

Fale represji przeciwko użytkownikom narkotyków wzbierały w USA w latach 30., potem 50., jednak ta dzisiejsza światowa wojna z narkotykami zaczyna się od prezydentury Richarda Nixona. Jego wielka antynarkotykowa krucjata była elementem wojny kulturowej przeciwko hipisom, pacyfistom, różnej maści lewicowcom, wyimaginowanym komunistycznym knowaniom, wolnej miłości, kontrkulturze. Narkotyki były częścią stworzonego ze słów demona, którym Nixon straszył poczciwych Amerykanów – i trafił tą kampanią w dziesiątkę. Dla tzw. milczącej większości rewolucja obyczajowa lat 60. była czymś obcym i niepojętym, czego należy się bać, bo za chwilę „zniszczy nasze wartości i nasz styl życia”.

Nixon postawił pod ścianą ubogie kraje Południa, w których produkuje się narkotyki. Uzależnił pomoc gospodarczą Ameryki od tego, czy rządy tych krajów wypowiedzą wojnę plantatorom opium, koki i konopi oraz producentom i przemytnikom produkowanych z tych roślin narkotyków. Polityka ta, prowadzona z różnym nasileniem przez kolejnych przywódców Ameryki, ignorowała lokalne realia.

Kto wie, czy gdyby Waszyngton nie żądał od Kolumbii ekstradycji narkobaronów, historia tego kraju ostatnich dekad nie potoczyłaby się inaczej? W Kolumbii wszyscy aktorzy polityczni byli mniej lub bardziej uwikłani w narkobiznes: politycy, nielegalne partyzantki, armia, policja, wymiar sprawiedliwości. Była rywalizacja, przemoc, ale wojny nie było. To strach przed ekstradycją do USA sprawił, że Pablo Escobar, największy narkobaron w dziejach, wypowiedział państwu kolumbijskiemu wojnę totalną. Zabijał polityków, sędziów, prokuratorów, policjantów, wojskowych; ginęli też zwykli ludzie. W latach 80. i na początku 90. ulicami Medellin, Bogoty, Cali płynęły rzeki krwi. Oddając się w ręce sprawiedliwości w Kolumbii – co raz uczynił – mógł kierować biznesem zza murów luksusowego więzienia (sam sfinansował jego budowę); sąd w USA byłby końcem i upadkiem: dożywocie albo kara śmierci.

W Boliwii rozkwit plantacji koki na użytek narkobiznesu – uprawy koki na potrzeby zdrowotne i religijne istniały tu od zawsze – był skutkiem kryzysu lat 80. Zamykano wtedy kopalnie minerałów i niemający innego zajęcia robotnicy masowo migrowali do regionu Chapare uprawiać kokę. Wkrótce dołączyły do nich tysiące rolników, którzy po otwarciu rynku boliwijskiego na produkty z zagranicy, nie byli w stanie konkurować z zalewem tańszych towarów z Brazylii. Koka była więc ratunkiem dla setek tysięcy górników i rolników, którzy wraz z rodzinami stanowili już kilkumilionową rzeszę ludzi. Wpuszczani przez ówczesne rządy Boliwii agenci amerykańskiej agencji antynarkotykowej DEA rozkwitu plantacji nie powstrzymali. Ale dopuszczali się zabójstw, niszczenia wiosek i innych nadużyć, prowokując nienawiść do Ameryki.

W innych częściach świata, gdzie produkuje się narkotyki, nie jest lepiej. W Wietnamie, Tajlandii, Laosie siły bezpieczeństwa niszczą uprawy opium, czemu towarzyszą przymusowe przesiedlenia plantatorów. Utrata przez nich dochodów prowadzi do ekonomicznej zapaści całych społeczności, wspólnot, plemion, a w konsekwencji – głębokiego kryzysu humanitarnego.

Wojny zastępcze?

Prowadzącym antynarkotykowe krucjaty rządom USA zdarzało się traktować narkotyki zaskakująco pobłażliwie – i to nawet na swoim terytorium. Np. służby graniczne przymykały oko na przemyt narkotyków do Ameryki, gdy robili to contras – nikaraguańska partyzantka prawicowa. Contras byli ukochanymi chłopcami Reagana, bo walczyli z rewolucyjnym rządem sandinistów w Nikaragui. Dzięki pieniądzom z narkotyków, we współpracy z CIA, kupowali broń na swoją wojnę.

W Afganistanie agenci CIA namawiali walczących z armią radziecką mudżahedinów do kontrabandy narkotyków – była to najłatwiejsza droga finansowania wojny z najeźdźcą. Przyczynili się w ten sposób do stworzenia z tego kraju opiumowej potęgi. Wniosek? Nawet dla tak represyjnej administracji jak Reagana narkotyki bywały złem bardzo względnym. Gdy mogły przysłużyć się polityce, korzystano z nich, sprzeniewierzając się oficjalnym potępieniom. Może więc w wojnach z narkotykami nie zawsze chodzi tylko o narkotyki i ich niszczące skutki?

Gdy w czasach Reagana w USA zderegulowano gospodarkę i państwo wycofało się z odpowiedzialności w kwestiach społecznych, wojna z narkotykami miała – jako jedno z zadań – utrzymać autorytet państwa. Państwo przestało dostarczać obywatelom dobra socjalne (security), ale coś dostarczać musiało. Tym czymś miało być bezpieczeństwo fizyczne, rozumiane jako ochrona przed przestępcami (safety) – a walka z narkotykami, w tym przede wszystkim z ich użytkownikami, stanowiła najbardziej widoczną część tej polityki.

Antynarkotykowa wojna Reagana zachowywała pozory racjonalności: lata 80. były w miastach Ameryki czasem epidemii cracku i przemocy, jaką używanie tego narkotyku często generuje. Koszty były jednak absurdalnie wysokie – tak ekonomiczne, jak i społeczne. Konsumentów zamykano masowo w więzieniach, co kosztowało fortunę i nie przybliżało kraju do ograniczenia konsumpcji. Badacze tematu uważają, że represje odstraszyły jedynie okazjonalnych użytkowników. Zero tolerancji dla spożycia narkotyków oznaczało w tamtym kontekście również zero leczenia w więzieniach, zero pomocy medycznej i socjalnej po wyjściu na wolność.

Nieoczywistą funkcję represyjnej polityki narkotykowej w Stanach przedstawił mi kilka lat temu wybitny socjolog z uniwersytetu w Berkeley Loic Wacquant. „Tu, w Berkeley, w domach profesorskich, narkotyki są wszędzie, to nie tajemnica. Na każdej imprezie pali się marihuanę, ale policja nigdy się tu nie zjawi, mimo że to przestępstwo. Policja pojedzie za to do czarnej dzielnicy, do getta, do Oakland, do East Palo Alto i tam będzie ganiać bezdomnych i włóczęgów, szukać u nich jednego skręta. Tak działa prawo w Ameryce” – tłumaczył Wacquant. Zamykanie do więzień w Ameryce jest selektywne, tj. zorientowane na czarnych biednych mężczyzn. Gdyby to biali padali ofiarą masowego zamykania do więzień, doszłoby do wstrząsów społecznych i politycznych. Pytano by: dlaczego za drobne przestępstwa niszczy się młodym ludziom życie, ich szanse na pracę w przyszłości? Gdyby biali mieli ten sam odsetek uwięzień co czarni, w więzieniach byłoby 9 mln ludzi. A przecież odsetek czarnych, którzy konsumują narkotyki, jest taki sam jak reszty, tyle że to oni stanowią jedną trzecią zatrzymanych, połowę skazanych na rozmaite sankcje i trzy czwarte trafiających do więzienia za narkotyki. To jest wciąż podzielone rasowo społeczeństwo. Karzące państwo to bat na „nich”, nie na „nas” – uważa socjolog.

Polityka narkotykowa to zatem także narzędzie kontroli? Uciszania kłopotliwych grup społecznych?

Z całą pewnością polityka ta odzwierciedla interesy rozmaitych lobby. Kto dzięki niej zarabia? Producenci broni, nowoczesnej aparatury szpiegowskiej, koncerny chemiczne produkujące trucizny rozpylane z samolotów na uprawy koki, ogromny w USA sektor więziennictwa – państwowy i prywatny. Potężna agencja antynarkotykowa DEA pochłania od lat takie sumy i ma tak rozległe wpływy, że stanowi lobby sama dla siebie. Zmiana polityki narkotykowej uderzyłaby w interesy tych grup, instytucji, firm. Czy zrezygnują bez walki z krociowych zysków? – Przełamanie wpływów tej potężnej koalicji interesów będzie niezwykle trudne – mówi Fernando Henrique Cardoso, były prezydent Brazylii i inicjator Światowej Komisji ds. Polityki Narkotykowej.

Po portugalsku

A przecież możliwa jest inna, nierepresyjna polityka narkotykowa, humanitarne podejście, racjonalne wydawanie pieniędzy. Promotorzy nowej polityki narkotykowej wskazują Portugalię jako najlepszy obecnie wzór takiej polityki na świecie. Kilka miesięcy temu w Lizbonie przyglądałem się, jak działa ów eksperyment.

Jednym z pierwszych miejsc, które odwiedziłem, była okolica w biedniejszej części miasta, gdzie co rano zbierają się konsumenci heroiny. Przynoszą ze sobą zużyte strzykawki i igły, które pracownicy socjalni wymieniają na nowe. Przysłuchuję się, jak namawiają narkomanów do podjęcia terapii. Rząd Portugalii finansuje leczenie, w tym programy redukcji szkód: w każdym większym mieście uzależnieni od heroiny mogą dostać bezpłatnie jej zamiennik – metadon, który zabija narkotykowy głód. Jak doszło do tego, że policja nie ściga narkomanów i że państwo wręcz im pomaga?

Narkotyki pojawiły się w Portugalii dość późno. Pod dyktaturą Salazara był to kraj zamknięty na przemiany dokonujące się w społeczeństwach Zachodu i dopiero w drugiej połowie lat 70., po rewolucji goździków i zakończeniu wojny kolonialnej w Angoli, powracający żołnierze wprowadzili modę na marihuanę. Problem zaczął się później: gdy pod koniec lat 80. czarny rynek podbiła heroina z Pakistanu. Właśnie wtedy aż 1 proc. Portugalczyków, czyli 100 tys. ludzi, zaczęło sięgać po ten narkotyk. I choć spożycie narkotyków w Portugalii nawet wówczas należało do najniższych w Europie, zaczęto je postrzegać jako główny problem społeczny.

Heroiniści rzucali się w oczy na ulicach, mnożyły się drobne kradzieże – uzależnieni potrzebowali pieniędzy na zaspokojenie głodu. Rząd starał się zaradzić epidemii: otwarto centrum leczenia narkomanów, jednak konsumpcja rosła, a dane o liczbie zakażeń HIV wśród heroinistów były alarmujące. Niewiele więcej można było zdziałać, gdyż prawo traktowało konsumpcję narkotyków jako przestępstwo. Postanowiono więc zmienić prawo i podejście do kwestii narkotyków.

Na zlecenie rządu grupa lekarzy, prawników, socjologów i psychologów miała wymyślić, jak zaradzić heroinowej epidemii, ale faktycznie wymyśliła nowe podejście do kwestii narkotyków. Eksperci ci uznali, że społeczeństwo wolne od narkotyków to iluzja. Ludzie sięgają po narkotyki przez osobiste problemy, społeczne uwarunkowania, dla przyjemności. Zażywanie szkodzi zdrowiu, ale nie jest jakimś złem absolutnym, jak sugerują zwolennicy wojny z narkotykami. Represje wobec konsumentów nie mają racjonalnego uzasadnienia i są nieskuteczne. Konsument to chory lub na drodze do choroby, nie kryminalista, nie należy utrudniać mu wyjścia z nałogu: zamiast karać, lepiej leczyć. Komisja zaleciła rządowi dekryminalizację używania narkotyków – bez rozróżniania na „miękkie” i „twarde”. Symbolicznym wyrazem nowej filozofii było przeniesienie Instytutu ds. Narkotyków i Uzależnień z resortu sprawiedliwości do resortu zdrowia.

Przeciwnicy nowej filozofii burzyli się: uważali, że dekryminalizacja spowoduje gwałtowny wzrost spożycia narkotyków, a kraj stanie się mekką narkoturystów. Rząd zadziałał w myśl zasady ryzyk-fizyk, najwyżej polegniemy – i przyjął wszystkie postulaty komisji. Dla samych architektów nowej filozofii zagadką pozostaje, dlaczego politycy zachowali się tak, jak gdyby nie liczyli się z tym, że mogą przegrać wybory. Postawili na rozwiązanie racjonalne, lecz politycznie ryzykowne. To wyjątkowa lekcja dla świata.

W 2000 r. rząd przeprowadził przez parlament ustawę dekryminalizującą posiadanie i konsumpcję wszystkich bez wyjątku narkotyków. Handel nimi pozostaje nielegalny, a ilością „niehandlową” są dawki na 10 dni dla jednej osoby. Posiadanie i konsumpcja narkotyków również pozostają nielegalne, lecz nie stanowią przestępstwa, są wykroczeniem. Grozi za nie niewielka grzywna lub praca społeczna.

Nowa polityka wspiera się na kilku filarach: działaniach prewencyjnych (policja odstrasza dilerów od szkół, uczelni, barów i dyskotek; pracownicy socjalni chodzą na młodzieżowe imprezy masowe i ostrzegają przed szkodliwością narkotyków), edukacji w szkołach, wspomnianych już programach redukcji szkód i leczenia oraz pomocy w powrocie do życia bez nałogu (tymczasowe mieszkania socjalne, pomoc w znalezieniu pracy).

Jednym z kluczowych składników systemu jest komisja ds. zniechęcania. Policja może zatrzymać za palenie haszyszu czy wciąganie kokainy na ulicy. Spisuje wtedy dane konsumenta, puszcza do domu, ale trzeba stawić się przed komisją. Rozprawa, która w niczym nie przypomina sądowej – przysłuchiwałem się dwóm takim w Lizbonie – ma charakter pogawędki i przyjaznego ostrzeżenia. Informuje się wezwanego o szkodliwości narkotyków i możliwości leczenia. – Przy pierwszej wpadce nie ma sankcji, przy kolejnej może być grzywna 3040 euro – opowiada Nuno Portugal, członek komisji, którą odwiedziłem. – Wielokrotni „recydywiści” mogą zapłacić karę do wysokości minimalnej pensji, czyli niewiele ponad 200 euro. Czasem muszą wykonać prace społeczne.

Nerwem tej polityki są programy redukcji szkód. Wymagają codziennego zaangażowania na ulicach, zajmują się nimi organizacje pozarządowe finansowane z budżetu. Codziennie rano w rejony miast, w których zbierają się narkomani, wyruszają ekipy uliczne z workami jednorazowych apteczek: są w nich strzykawki, igły, gaziki, woda utleniona, prezerwatywy. W ekipach pracują przygotowani do rozmów z narkomanami psychologowie i pracownicy socjalni.

Program wymiany igieł i strzykawek przynosi wymierne efekty: odsetek heroinistów w populacji zarażonych HIV drastycznie się obniżył. Liczba zgłaszających się na leczenie wzrasta co roku o kilka tysięcy, co jest skutkiem nie tyle wzrostu narkomanii, ile skutecznego docierania do uzależnionych i namawiania do podjęcia terapii. W 2010 r. leczenie przechodziła rekordowa liczba 40 tys. uzależnionych.

Z nowej polityki cieszą się nawet policjanci – grupa zazwyczaj najtrudniejsza do przekonania. Inspektor jednostki policji walczącej z przemytem narkotyków powiedział mi, że zamiast uganiać się za konsumentami, tracić czas na robienie im zdjęć i pobieranie odcisków palców, policja skupia się na walce z handlarzami i szmuglerami. Portugalia jest jedną z bram wjazdowych narkotyków z Ameryki Łacińskiej i Afryki do Europy, więc policjanci portugalscy naprawdę mają co robić.

Po dziesięciu latach eksperymentu polityka narkotykowa przestała być w Portugalii przedmiotem kontrowersji – mówi Joao Goulao, szef Instytutu ds. Narkotyków i Uzależnień, jeden z architektów polityki. – Nawet przeciwnicy uznali siłę faktów. Fakt: narkoturyści nie ciągną masowo do Portugali. Wprawdzie konsumpcja narkotyków nieznacznie wzrosła, jest to jednak trend ogólnoeuropejski. W krajach, w których za konsumpcję idzie się za kratki, spożycie wzrosło tak samo lub bardziej.

A Biały Dom swoje

Pierwsze reakcje Białego Domu na raport Światowej Komisji ds. Polityki Narkotykowej nie są bardzo obiecujące. Rzecznik biura ds. walki z narkotykami oświadczył, że łatwiejszy dostęp do narkotyków utrudni „utrzymanie społeczeństwa zdrowym i bezpiecznym”.

W Holandii, gdzie wolno palić marihuanę w coffee shopach, jej spożycie jest mniejsze niż u sąsiadów, gdzie sprzedaż zostawiono światu przestępczemu – komentuje Kasia Malinowska-Sempruch, szefowa programu narkotykowego w Open Society Institute George’a Sorosa. – Z kolei Portugalia i Czechy dowodzą, że dekryminalizacja posiadania narkotyków nie zwiększa problemów.

W 15 stanach USA zalegalizowano marihuanę do celów leczniczych, a w dwóch – Kalifornii i Connecticut – posiadanie niewielkiej jej ilości na własny użytek nie jest przestępstwem. Czy można spodziewać się efektu domina? Na razie reformy te nie zmieniły zasadniczo sposobu myślenia waszyngtońskiego establishmentu. Urzędnicy starają się dowodzić, że represje przynoszą sukces: 30 lat temu 14 proc. Amerykanów sięgało po narkotyki, dziś tylko 7 proc. – Te dane sugerują, że jedyną miarą sukcesu jest liczba użytkowników – odpowiada Malinowska-Sempruch. – Śmiem twierdzić, że ważniejsze są liczby uwięzionych, rozbitych rodzin, dzieci wychowujących się bez rodziców, którzy odsiadują bezsensowne kary, i zakażonych HIV. O tym biuro ds. walki z narkotykami milczy. Komunistyczna Kuba chwaliła się kiedyś skutecznością w zapobieganiu HIV poprzez izolowanie zakażonych w tzw. sanatoriach. To podobny sposób myślenia.

Polskie prawo karze za posiadanie nawet małej ilości narkotyków, ale pojawiła się ostatnio jaskółka dobrej zmiany: prezydent Bronisław Komorowski podpisał nowelizację ustawy zezwalającą prokuratorowi na odstąpienie od oskarżenia, jeśli zatrzymany użytkownik ma niewielką ilość narkotyku, a karanie byłoby niecelowe. Na początek długiej drogi – dobre i to.

Oceń treść:

Brak głosów

Komentarze

Anonim (niezweryfikowany)

Na razie STĄD możemy tylko podziwiać politykę Portugalii. Dla mnie to co podpisał Komorowski nie wniosło żadnej zmiany. Jest jak było i jeszcze będzie.

Anonim (niezweryfikowany)

Portugalia ssie huj# Czechą oni mają lepsze prawo !!

Anonim (niezweryfikowany)

Napisałem tak ze względu na czas obowiązywania danej polityki narkotykowej. Zobacz od kiedy Portugalia a od kiedy Czechy uznają "szeroką depenalizację" i inne metody tej polityki.

Anonim (niezweryfikowany)

"Polskie prawo karze za posiadanie nawet małej ilości narkotyków, ale pojawiła się ostatnio jaskółka dobrej zmiany: prezydent Bronisław Komorowski podpisał nowelizację ustawy zezwalającą prokuratorowi na odstąpienie od oskarżenia, jeśli zatrzymany użytkownik ma niewielką ilość narkotyku, a karanie byłoby niecelowe"

mowil tez ze nie zalegalizuje zadnych narkotykow(mowil to o marihuanie akurat) bo to tak jak by sprzedawal wodke dzieciom w przedszkolu. idiota jeden