Jak nie zrobić sobie krzywdy narkotykami? Zajrzyj do podręcznika

Byłem kiedyś na wyjeździe kawalerskim, na którym świadek wymyślił „świetny” pomysł: wszyscy wypili LSD razem z szotem wódki. Tylko nie wszystkim uczestnikom o tym powiedział. Damian Sobczyk, czyli Mestosław, i Bartek Przybyszewski z Podcastexu opowiadają, dlaczego kiedyś malowali antynarkotykowe plakaty, a dzisiaj piszą szczerze o tym, jak działają narkotyki.

Tagi

Źródło

Krytyka Polityczna/Narkopolityka | Dawid Krawczyk

Komentarz [H]yperreala

Tekst stanowi przedruk z podanego źródła. Wszystkich czytelników materiałów udostępnianych na naszym portalu serdecznie i każdorazowo zachęcamy do wyciągnięcia w ich kwestii własnych wniosków i samodzielnej oceny wiarygodności przytaczanych faktów oraz sensowności zawartych argumentów. Pozdrawiamy!

Odsłony

1370

Byłem kiedyś na wyjeździe kawalerskim, na którym świadek wymyślił „świetny” pomysł: wszyscy wypili LSD razem z szotem wódki. Tylko nie wszystkim uczestnikom o tym powiedział. Damian Sobczyk, czyli Mestosław, i Bartek Przybyszewski z Podcastexu opowiadają, dlaczego kiedyś malowali antynarkotykowe plakaty, a dzisiaj piszą szczerze o tym, jak działają narkotyki.

Dawid Krawczyk: Napisaliście podręcznik o narkotykach. Zadowoleni z siebie?

Bartek Przybyszewski: Gdybyśmy chcieli stworzyć reportaż, a wyszedłby nam podręcznik, bylibyśmy mniej zadowoleni. (śmiech) Ale rzeczywiście, zależało nam na napisaniu książki odpowiedniej również dla osób, które nie miały jeszcze żadnych doświadczeń z używkami, lub miały pierwsze, jeszcze niepewne, na przykład raz zapaliły marihuanę na imprezie pod wpływem presji rówieśniczej. Bo umówmy się, w Polsce niewiele osób może powiedzieć, że przed pierwszymi doświadczeniami z narkotykami przeczytało kilkadziesiąt stron fachowej literatury. Często po prostu bierze się gdzieś na imprezie u kolegi to, co akurat zostało skręcone albo posypane.

Z reguły pewnie tak, ale nie wierzę, że Damian Sobczyk, słynny youtuber Mestosław, autor kanału Wiem Co Ćpiem, też tak lekkomyślnie rozpoczynał swoje narkotykowe doświadczenia.

Damian Sobczyk: Muszę cię zmartwić. Wszystkie moje początkowe kontakty z narkotykami były mocno przypadkowe. Na pewno nie miałem wystarczającej wiedzy. I szczerze mówiąc, długo w ogóle się nie interesowałem substancjami psychoaktywnymi. Bardzo silnie zakorzeniło się w mojej głowie, że narkotyki to zło. Wystarczy spróbować raz i kończy się po nich w Monarze.

Skąd te wyobrażenia? Szkoła? Kościół? Dom? Rodzina?

D.S.: Wszystko, o czym mówisz, się połączyło. Pochodzę z religijnej rodziny, a w dzieciństwie byłem ministrantem – nawet z osiągnięciami, bo zostałem wybrany na ministranta stycznia 2000 roku.

Wina mszalnego nie podpijałeś?

D.S.: Nic z tych rzeczy. Byłem bardzo grzecznym chłopcem. Prowadziłem swój zastęp w harcerstwie. Byłem też przewodniczącym szkoły w gimnazjum. I w tym gimnazjum zrobiłem nawet kampanię antynarkotykową. Malowaliśmy plakaty, a później chodziliśmy po mieście, wykrzykując „Stop narkotykom!”. Przekreślone strzykawki, przekreślony liść marihuany i czaszki – to były trzy główne motywy, obowiązkowe na każdym plakacie. Ból, nieszczęście, cierpienie.

B.P.: Na moim plakacie był gość, który topił się w strzykawce – taka metafora! (śmiech) Co prawda nie byłem ministrantem, a tym bardziej nie ministrantem miesiąca, ale wychowanie w katolickim domu i szkoła lat 90. też zrobiły swoje.

A filmy, seriale, muzyka z tego czasu? Kultura też miała wpływ na to, jak postrzegaliśmy narkotyki.

B.P.: Nie zapominajmy o kampaniach społecznych. Te wszystkie „Zażywasz, przegrywasz” czy też ta namawiająca do patrzenia dziecku w oczy, żeby na podstawie reakcji na światło rozpoznać, czy było brane. Swoją drogą, jak dowiedzieliśmy się od jednej z osób, z którą rozmawialiśmy na potrzeby książki, czyli od Adama Nyka z Monaru – to była niezła bzdura, bo źrenice mogą zachowywać się różnie w zależności od wielu czynników, chociażby poziomu zmęczenia.

Nie dość, że biedny dzieciak, wymęczony życiem, to jeszcze rodzice będą mu zaglądać w oczy i wciskać, że jest naćpany. A popkultura jak przedstawiała narkotyki?

B.P.: My chyba byliśmy jednym z pierwszych pokoleń, które mogło się dowiedzieć z popkultury, że narkotyki wcale nie muszą oznaczać leżenia na dworcu ze strzykawką wbitą w udo. Gdy dorastaliśmy, nie brakowało tekstów kultury mówiących o trawie – weźmy choćby polski rap. Druga połowa lat 90. to mnóstwo płyt hip-hopowych, które sławiły marihuanę – w tym choćby Skandal Molesty, Nastukafszy Warszafskiego Deszczu czy Księga Tajemnicza. PrologKalibra 44. Na tym ostatnim krążku o ziole opowiadano z niemal religijnym uwzniośleniem.

W Stanach pierwsze stonerskie komedie zaczęły powstawać już w latach 70. – w Polsce mieliśmy do nich łatwy dostęp ledwie 20 lat później. Jednocześnie sporo amerykańskich filmów z lat 80. i 90. pokazywało świat przyspieszony za pomocą stymulantów, nawet jeśli w fabułach nie mówiono wprost o kokainie czy o amfetaminie. Część zapatrzonych w Stany Polaków próbowała się na tej mocno pracoholicznej rzeczywistości wzorować, traktując ukazane tam tempo jako normalne w kapitalistycznych warunkach. Być może dlatego profesor Matczak wypisuje dzisiaj te głupoty, że młode pokolenie chce sukcesu za darmo, a jego roczniki pracowały po szesnaście godzin na dobę i nikt nie narzekał. A że to była kalka z rzeczywistości intensywnie stymulowanej narkotykami – o tym już Matczak nie wspomina.

A dzisiejsza popkultura? Która z nowszych produkcji o narkotykach przykuła waszą uwagę?

D.S.: Bezdyskusyjnie Euforia – serial, który pokazuje substancje psychoaktywne bez specjalnego koloryzowania, ale też bez wielkiego straszenia. Główna bohaterka żyje z uzależnieniem od opioidów. I jest idealnym przykładem tego, jakie czynniki mogą wpłynąć na uzależnienie: problemy życiowe, brak silnych więzi, duża popularność opioidów i łatwa ich dostępność. Jeżeli ktoś żyje w otoczeniu, w którym obecne są substancje psychoaktywne, to nie będzie miał żadnego problemu, żeby utożsamić się z bohaterami.

Nie malujecie już plakatów antynarkotykowych. Napisaliście książkę Haj, czyli jak nie szkodzić sobie i innym. Skoro z plakatami się nie udało, to może książka uratuje jakieś życia?

D.S.: Myślę, że to całkiem możliwe. A jeśli nie życie, to może przynajmniej zdrowie. Zresztą z oficjalnych statystyk Krajowego Centrum Przeciwdziałania Uzależnieniom wynika, że śmierci spowodowanych przez narkotyki jest stosunkowo niedużo – w porównaniu ze zgonami w wypadkach samochodowych to margines. Kiedy nagrywałem rozmowy z osobami w Monarze czy w stowarzyszeniu Jump 93, widziałem, że poprzez nadużywanie substancji naprawdę można zniszczyć sobie iceers.orgzdrowie psychiczne. Powrót do normalnego funkcjonowania trwa długo i nie zawsze będzie w pełni możliwy. Liczę, że po przeczytaniu naszej książki czytelnicy podejdą do narkotyków trochę inaczej.

Inaczej, czyli jak?

D.S.: Kiedy jako dzieciak malowałem te antynarkotykowe plakaty, byłem przekonany, że marihuana, stymulanty, opioidy to to samo. Byliśmy uczeni, że nie ma znaczenia, czy to trawka, amfetamina, czy heroina – wszystko jest tak samo niebezpieczne. To jest po prostu oszustwo. I kiedy odkrywasz, że jesteś oszukiwany, to może być wręcz niebezpieczne.

No, bo skoro okazuje się, że po paleniu nie skaczesz z okna, to możesz zwątpić w te wszystkie ostrzeżenia i pomyśleć, że opioidami też pewnie krzywdy sobie nie zrobisz.

D.S.: Dlatego zależało nam na tym, żeby nauczyć Polaków, że są różne grupy substancji. Mamy stymulanty, depresanty, psychodeliki, opioidy i dysocjanty. To nie jest tak, że one różnią się między sobą tak jak piwo, wino czy wódka – to kompletnie różne grupy, które charakteryzują się innym działaniem, poziomem szkodliwości czy ryzykiem uzależnienia.

Nie piszecie w książce: „nie bierzcie narkotyków pod żadnym pozorem”. Zamiast tego pokazujecie, co zrobić, żeby ograniczyć ryzyko, kiedy już ktoś zdecyduje się przyjąć substancję psychoaktywną.

B.P.: Bo jeżeli da się zredukować szkody i powiedzieć na przykład: „pij dużo wody, gdy bierzesz MDMA”, to dlaczego tego nie zrobić? Albo jeśli ktoś przyjmuje leki przepisane przez psychiatrę i miksuje je z alkoholem czy nielegalnymi używkami – to czemu nie zwrócić mu uwagi, że nie jest to najlepszy pomysł?

Ostatnio rozmawiałem z lekarzem psychiatrą, który prowadzi badania użytkowników substancji psychoaktywnych. Okazuje się, że jedną z najpopularniejszych używek w Polsce jest „nie wiem, co zażyłem”. Zdarzyło się wam kiedyś z niej korzystać?

B.P.: Oj, na pewno nie raz – jak chyba każdemu, kto ma do czynienia z narkotykami w kraju, w którym za ich posiadanie grożą konsekwencje prawne. Ogromna część użytkowników nie wie, co wciąga, pali czy łyka.

D.S.: Byłem kiedyś na wyjeździe kawalerskim, na którym świadek wymyślił „świetny” pomysł: wszyscy wypili LSD razem z szotem wódki. Tylko nie wszystkim uczestnikom o tym powiedział. W drodze na miejsce była taka dyskusja, że coś może być przyjmowane. Ale spodziewałbym się raczej, że ktoś mnie zapyta, czy mam na to ochotę. Ani ja, ani pan młody nie byliśmy świadomi, że w ogóle coś przyjęliśmy. On kompletnie nie wiedział, co się z nim dzieje, był w szoku. Wyjazd skończył się dla wszystkich mało przyjemnie.

Brzmi jak scenariusz niezłego koszmaru.

D.S.: Wracaliśmy do domu w totalnej ciszy. To bardzo niepokojąca sytuacja, bezmyślny pomysł. Nigdy nie wiesz, czy ktoś z osób nie ma historii chorób psychicznych. Ja na przykład na początku wieczoru wziąłem sobie empatogen [substancję psychoaktywną zwiększającą poczucie empatii – przyp. red.] i nikomu o tym nie mówiłem. Akurat połączenie tych substancji nie było groźne. Ale co, gdybym był na lekach, których nie powinienem łączyć z LSD? Bardzo niebezpieczna sytuacja.

Skoro już ustaliliśmy, że napisaliście podręcznik, to jak myślicie, ile czasu minie, zanim wasza książka trafi do szkół?

B.P.: Nie wiem, ale myślę, że spokojnie mogą już dzisiaj czytać ją i osoby 13-, i 40-letnie. Krzywda nikomu się od niej nie stanie.

D.S.: Profesor David Nutt zapytany o to, kiedy zacząć rozmowę z dzieckiem o substancjach psychoaktywnych, odpowiada, że wtedy, kiedy dziecko zapyta. Myślę, że nastolatkowie mogą znaleźć w naszej książce wiele odpowiedzi na pytania, które chodzą im po głowie. A nauczycielom polecałbym broszurę Zażyj dawkę wiedzy, w której mają gotowe scenariusze lekcji na temat substancji psychoaktywnych. Chociaż dobrze wiem, że przy dzisiejszej władzy może to być kontrowersyjny pomysł na lekcję.

To kiedy waszym zdaniem takie pomysły jak ustanowienie legalnego rynku marihuanowego czy edukacja narkotykowa w szkołach przestaną być w Polsce kontrowersyjne?

D.S.: Politycy na pewno są dużo bardziej zacofani niż społeczeństwo. Większość obywateli jest za dekryminalizacją marihuany, większość polityków przeciwko. Jeśli chodzi o zmianę świadomości decydentów, to pewnie musimy się jeszcze uzbroić w cierpliwość. A jeśli pytasz o konkretną liczbę, to spodziewałbym się, że w następnej kadencji pojawi się jakaś forma dekryminalizacji marihuany, ale na legalny rynek z możliwością swobodnego kupna będziemy musieli poczekać długo. Może nawet 5–10 lat. Dużo zależy od tego, jak mocny wpływ na nas będzie miała planowana legalizacja w Niemczech czy Czechach.

B.P.: Jesteśmy w Polsce trochę zapóźnieni, jeśli chodzi o dyskurs narkotykowy. To zresztą nic dziwnego. Przez Stany Zjednoczone rewolucja psychodeliczna przetaczała się w latach 60. Osoby, które były jej częścią, dzisiaj decydują o prawie – ba, pokolenia ich dzieci już dostają się do amerykańskiego Kongresu. U nas w tym czasie narkotyki były czymś bardzo rzadkim. Politycy w wieku Kaczyńskiego czy Morawieckiego mieli w młodości niewielkie szanse na kontakt z nielegalnymi używkami. Prawdziwych zmian spodziewałbym się dopiero wtedy, gdy dorośnie u nas pokolenie polityków, którzy sami mają więcej niż jednorazowe doświadczenia z trawą i innymi substancjami. I którym słowo „narkotyk” nie musi kojarzyć się ze strzykawką i dworcem.

**

Damian Sobczyk – aktywista racjonalnej polityki narkotykowej. Twórca kanałów Wiem co ćpiem oraz Mestosław. Członek Polskiej Sieci Polityki Narkotykowej oraz Społecznej Inicjatywy Narkopolityki. Współzałożyciel oraz członek zarządu Polskiego Towarzystwa Psychodelicznego. Członek Rady Polskiej Izby Konopi.

Bartek Przybyszewski – dziennikarz, pisał m.in. dla Wirtualnej Polski, Onetu, Gazeta.pl, Noizz.pl. Miłośnik komiksów i filmów. Twórca bloga Liczne rany kłute; współprowadzi podcast Podcast o latach 90. i pierwszej dekadzie XXI wieku.

Oceń treść:

Average: 7.7 (3 votes)
Zajawki z NeuroGroove
  • Kodeina

  • MXiPr
  • MXiPr
  • Przeżycie mistyczne

Są to fragmenty z podróży mesjasza, niektóre bardziej lub i mniej spójne. Pozwól im płynąć, unosić się na obrzeżach jaźni niczym jedwabnym zasłonom otaczającym to, co podobno stałe i niezmienne.

 

***

 

Wynurzam się pośród pustki, nie wiedząc kim, czym i czy ogóle jestem. Wątła mgiełka świadomości nabiera masy, cząsteczki poszukują się niczym neurony próbujące stworzyć nowe połączenia, a wraz z narastającym tętnem procesu pojawia się coraz więcej informacji.

 

  • Benzydamina
  • Pierwszy raz

Noc. Sam w domu ;D

Zawsze chciałem spróbować benzy, tylko zawsze poddawałem się czytając jakie "straszne" efekty powoduje. Ale raz się żyje, sam w pokoju, noc, tak to będzie dobry pomysł! Żeby nie przesadzić z saszetkami, biorę 3 - tyle powinno wystarczyć...

  • Kodeina
  • Problemy zdrowotne

W momencie zażywania:Toaleta w Galerii Handlowej. Jak już zaczął się trip:Dom moich dziadków, potem własny dom. Nastawienie dobre, jak zwykle gdy brałem kodeine,po raz drugi 600mg po prostu musiałem zaspokoić głód.

16:00:

Mając przy sobie czterdzieści złoty wychodze z domu, z zamiarem odwiedzenia znanych mi już aptek i zakupienia mojego ulubionego Thiocodinu.
Pierwsza apteka,wchodze i Pani za ladą się pyta:"To co zawsze", ja odpowiadam krótkim "Tak", kłade pieniądze na lade wychodze>.

Dalej prawie taka sama sytuacja.

16:40

Wchodze do tłocznej galerii, ide do kabiny dla niepełnosprawnych ponieważ jest zamykana na klucz i jest jednoosobowa, z blistra wyciągam 10 tabletek Thiocodinu, i wrzucam je do buzi następnie zapijając colą, czynność powtarzam 4 razy.