REKLAMA

Co biorą żołnierze?

Tagi

Źródło

Krytyka Polityczna
Dawid Krawczyk

Odsłony

1934

Dawid Krawczyk: Co biorą żołnierze?

Łukasz Kamieński, autor książki Nowy wspaniały żołnierz. Rewolucja biotechnologiczna i wojna w XXI wieku: To zależy od armii, od wojny, od czasów. Ale narkotyki i wojna są ze sobą ściśle związane. Już Homer wspomina w Odysei o „napoju zapomnienia”, za pomocą którego próbowano łagodzić smutek i żal po poległych podczas wojny trojańskiej współtowarzyszach. Było to z dużym prawdopodobieństwem rozpuszczane w winie opium. Sikhowie, najlepsi wojownicy hinduscy, wspomagali się opium podczas toczonych przez nich wojen. O armiach XX wieku wiemy, rzecz jasna, dużo więcej. Naziści upodobali sobie metamfetaminę, Amerykanie w Wietnamie palili marihuanę i heroinę, wojska radzieckie w Afganistanie to głównie alkohol, haszysz, marihuana, i heroina.

Alkohol w ogóle zawsze był ważny. Od połowy XVIII wieku w rosyjskiej armii i marynarce funkcjonowała instytucja czarki, czyli codziennych racji wódki. Dla wielu brytyjskich generałów na początku XX wieku czymś nie do pomyślenia było wysłanie żołnierzy na bitwę bez racji rumu. Francuzi nie wyobrażali sobie wojny bez wina, a Niemcy bez piwa. Amerykanie najpierw wspomagali się rumem, później przerzucili się na whisky. W siłach zbrojnych utarła się norma, która nie pozwalała oczekiwać od żołnierzy walki w stanie pełnej trzeźwości. Nie walczyło się na sucho.

A na dzisiejszych wojnach? Co przyjmują żołnierze tzw. Państwa Islamskiego? Na czym były „zielone ludziki” na wschodzie Ukrainy?

Bojownicy Państwa Islamskiego używają substancji, która jest popularnym, lajfstajlowym narkotykiem na Bliskim Wschodzie – nazywa się Captagon. Jeszcze do połowy lat 80. Captagon funkcjonował w zupełnie legalnym obiegu leków. Chemiczna nazwa tej substancji to fenetylina i działa o tyle ciekawie, że po spożyciu metabolizuje się między innymi w formę amfetaminową. Z doniesień medialnych i rozmów z ludźmi, którzy byli na terenie tzw. Państwa Islamskiego, wiemy, że nielegalna produkcja i handel Captagonem pozwala bojownikom ISIS na finansowanie działań zbrojnych. Oczywiście, nie mamy żadnych twardych danych, ale wiele relacji i raportów wspomina o tym, że tzw. Państwo Islamskie rozdawało swoim bojownikom duże ilości Captagonu, a sposób jego spożycia był już zupełnie niekontrolowany. Efekt? Zwiększenie wydolności organizmu, pobudzenie, zmniejszenie zmęczenia, determinacja, przy większych dawkach duże pobudzenie i agresja.

O wschodzie Ukrainy, muszę przyznać, nie wiem wiele.

Podobno na front w Donbasie amfetaminę zwozi się kilogramami. Paweł Pieniążek, autor książki Pozdrowienia z Noworosji o wojnie w Ukrainie mi o tym wspominał. Kreska fety służy tam jako sposób na nudę.

Bo wojna w dużej mierze polega na czekaniu, czekaniu i zabijaniu… nudy właśnie. Świetnie pisał o tym Philip Caputo w książce A Rumor of War na temat wojny w Wietnamie. Odurzanie się to całkiem skuteczny sposób na zabicie czasu.

Do czego jeszcze, poza zwalczaniem nudy, można użyć narkotyków w warunkach wojennych?

Czemu by nie wykorzystać środków psychoaktywnych jako broni przeciwko wojskom nieprzyjaciela? Wielu próbowało. Tylko że z każdą rozpylaną bronią chemiczną jest ten problem, że wiatr może zawiać nie w tę stronę i zaszkodzić swoim. Wykorzystanie do walki substancji, które działają na ośrodkowy układ nerwowy, to nic nowego – już Rzymianie zatruwali wino barbarzyńców atropiną. Ale w systematyczny, zorganizowany i racjonalny sposób badania nad bronią tego typu rozwinięto w okresie zimnej wojny – to jest czas radzieckich i amerykańskich eksperymentów. Wtedy powstają wielkie programy finansowane przez siły zbrojne, od marynarki po wojska lądowe. Chociaż zastosowanie narkotyków jako broni nie jest chyba najważniejsze.

A jakie jest najważniejsze?

Wzmacnianie fizycznych możliwości organizmu. Po to właśnie armia przepisuje żołnierzom stymulanty – żeby wydłużyć czas pracy, wzmocnić czujność, zwalczyć niewyspanie.

Bardzo istotne jest również zastosowanie terapeutyczne, medyczne. Żołnierze potrzebują silnych substancji przeciwbólowych i czegoś, co pozwoli im zredukować niezwykle wysoki poziom stresu. Walka na wojnie to doświadczenie ekstremalne. To nie jest coś naturalnego, co mielibyśmy zapisane w genach, tylko raczej wytwór kulturowy. Dlatego bardzo często, żeby pokonać strach i zwiększyć gotowość do wyjątkowego poświęcenia żołnierze i bojownicy wspomagają się i są wspomagani przez swoich dowódców za pomocą narkotyków.

Zależy mi, żeby zaznaczyć jedną rzecz. Cały czas mówimy o narkotykach, tylko pamiętajmy, że samo pojęcie narkotyku jest konstrukcją prawno-polityczno-kulturową powstałą stosunkowo niedawno. Wiązałbym to z okresem I wojny światowej. Wtedy w Stanach Zjednoczonych przyjęto The Harrison Narcotics Tax Act, a w Wielkiej Brytanii Defense of the Realm Act. W drugiej dekadzie XX wieku zaczęła się tendencja wyodrębniania środków psychoaktywnych spośród innych substancji codziennego użycia.

Dzisiaj może szokować, że morfina w Stanach Zjednoczonych w XIX wieku była tak samo powszechna, jak alkohol, zresztą opium podobnie. Z kolei w Finlandii lat 30. i 40. heroinę używano na masową skalę w medycynie. Tak było i nikogo to nie szokowało.

A czy żołnierze traktowali te substancje psychoaktywne, które przyjmowali, jako coś groźnego, niebezpiecznego, czy metamfetamina była po prostu kolejnym elementem wyżywienia, obok grochówki i konserw?

Raczej to drugie. Alkohol i inne substancje przez długi czas traktowano jako element normalnych racji żywnościowych. Inna rzecz, że żołnierze bardzo często nie byli świadomi tego, co łykają. Ale nawet, jak wiedzieli, to nie mieli świadomości przekraczania jakiegoś tabu, bo to tabu nie istniało też poza wojną. Pervitin, czyli metamfetamina przyjmowana przez nazistów, wpisuje się idealnie w taki ideał zrobotyzowanych aryjskich żołnierzy prących za wszelką cenę do przodu, więc dobrze pasuje do wojennej scenerii. Ale cywile też brali Pervitin, który do lipca 1941 roku dostępny był bez recepty w pierwszej lepszej aptece. Można zadać sobie pytanie, czy w latach 40. i 50. metamfetamina albo amfetamina (bardzo popularna i ogólnie dostępna w USA) różniła się w odbiorze społecznym od mocnej kawy? Wydaje mi się, że niezbyt. Oczywiście, efekt był silniejszy, ale obydwie substancje miały za zadanie pobudzać. I Pervitin był kilka razy tańszy od kawy, więc trudno się dziwić, że ludzie wybierali środek wydajniejszy i tańszy.

Czyli branie na wojnie nie różni się wiele od brania w czasie pokoju?

Tego bym nie powiedział. Myślę, że różni się znacząco. Sytuacja wojenna często wymusza branie. I nie chodzi tylko o stres towarzyszący walce. Czasem po prostu przełożeni przepisują żołnierzom określone substancje.

Ten wpływ kontekstu na branie widać świetnie na przykładzie amerykańskich żołnierzy w Wietnamie. Kiedy przyjeżdżali na wojnę, ich relacja z narkotykami ulegała potężnym zmianom, a odsetek użytkowników substancji psychoaktywnych wzrastał dramatycznie.

A po powrocie do domu spadał do poziomów sprzed wojny. Co się właściwie działo w Wietnamie?

Działo się to, że niemal wszyscy brali niemal wszystko, jak leci. Marihuana, LSD, amfetamina, heroina. A nie była to jakaś tam zwykła heroina tylko white snow o czystości na poziomie 95%. Pojawiła się w Wietnamie po to, żeby osłabić amerykańskie morale i zdolności bojowe. Produkowali ją głównie Chińczycy w specjalnych laboratoriach stworzonych w Wietnamie i zaopatrywali Amerykanów w ramach działań wywrotowych.

W chwili, kiedy amerykańscy żołnierze opuszczali Wietnam, narkotyki brało regularnie ok. 70%, ale po powrocie odsetek ten zmalał do poziomu sprzed wojny – do ok. 10%.

Czyli jak ktoś brał przed wyjazdem do Wietnamu, to brał i po wojnie. Ale ogromna większość brała tylko w Wietnamie. To jak to się stało, że te 60% po powrocie cudownie przestało brać?

Nic cudownego się nie wydarzyło. Odsetek biorących znacząco spadł, co nie oznacza jednak, że problemu narkotykowego wśród weteranów nie było. Był, ale tylko u stosunkowo niewielkiej części. Jak to się stało? Najczęściej tłumaczy się te statystyki w następujący sposób: pobyt na wojnie wymuszał poszukiwanie sposobu na odprężenie, relaks. Jak wojna się skończyła, to wraz z nią także silna potrzeba tłumienia horrorów wojny.

Armia amerykańska robiła żołnierzom wracającym do domu testy na obecność heroiny w ramach programu Golden Flow. Żołnierz musiał oddać próbkę moczu. Jeśli wynik był negatywny, leciał do Stanów. Jeżeli wychodził pozytywny, to był kierowany na przymusowy detoks. Wykrycie heroiny przy powtórnym badaniu skutkowało niehonorowym wydaleniem z wojska. Ale nie sądzę, żeby liczba biorących znacząco spadła akurat za sprawą tych badań. Wystarczyło porządnie się upić, żeby zafałszować wyniki. Czarny rynek z czystym moczem też działał w najlepsze.

W czasie wojny w Wietnamie stosunkowo dużo pisało się o narkotykach. Amerykańska prasa straszyła, że żołnierze przywiozą ze sobą narkotykowe problemy i „marihuanową zarazę”. Dziś wiemy, że tak się nie stało. Czy, kiedy trwa wojna, to odbija się ona jakoś na polityce narkotykowej obejmującej cywili?

Jak najbardziej. Z jednej strony wojna sprzyja zaostrzaniu ograniczeń dotyczących substancji psychoaktywnych. Spójrzmy na działania rosyjskie z okresu poprzedzającego najpierw pierwszą wojnę światową, a później drugą. Za każdym razem wprowadzano zasady mające ograniczyć spożycie alkoholu w miejscach publicznych i zmniejszano jego moc (np. wódki z 40 do 37% w 1914 roku). Z punktu widzenia budżetu państwa może się to wydawać nieracjonalne, bo zyski z akcyzy na alkohol zawsze są duże. Ale tutaj chodziło o wielki projekt protrzeźwościowy, który miał zwiększyć zdolności mobilizacyjne na potrzeby wojny. Po zwycięstwie bolszewików podjęto zdecydowaną kampanię antyalkoholową, ponieważ pijaństwo utożsamiono z dawnym reżimem. Nowy Rosjanin i nowy rosyjski żołnierz miał być trzeźwy. Nic z tego, jak wiemy, oczywiście nie wyszło. Po krótkim eksperymencie Armia Czerwona wróciła do uświęconych tradycją dzienny racji wódki rozdawanych żołnierzom. Odebranie źródła płynnej odwagi, pocieszenia i nagrody odbiło się na morale i zdolności bojowej.

Amerykanie w okresie prohibicji też starali się wypromować odmienny typ żołnierza, który przybywając do Europy, miał w ogóle nie pić i walczyć na trzeźwo. Żołnierze nie tylko nie dostawali alkoholu, ale za jego spożywanie mogli być karani. Taka restrykcyjna polityka była oczywiście nie do utrzymania i generałowie później ją poluzowali. Ale tendencja do wprowadzania „czystości” dotyczyła zarówno żołnierzy, jak i cywili. Tych drugich nawet bardziej – jeden z argumentów na rzecz prohibicji w USA odwoływał się do retoryki w stylu: jak to, nasi żołnierze poświęcają się i walczą, a my się tu demoralizujemy używkami?

Z drugiej strony pamiętajmy, że wojny totalne obejmują swoim zasięgiem całe społeczeństwa, nie tylko wojskowych, więc nie jest niczym dziwnym, że potrzeba wzmocnienia, pocieszania, czy nawet podkręcenia zdolności i wydajności robotników bywała niekiedy realizowana za pomocą stymulantów. Branie przez cywilów i żołnierzy było więc nierzadko powiązane. Z reguły jednak żołnierzom zwykle było wolno więcej, cywilom mniej. Trzecia Rzesza jest tutaj wyjątkowo ciekawym przykładem.

Państwo o purytańskiej ideologii z armią na metamfetaminie?

Purytańskiej to mało powiedziane. Trzecią Rzeszę można uznać za prekursora twardej polityki antynarkotykowej. Substancje psychoaktywne były utożsamiane z zachodnią dekadencją zagrażającą narodowemu socjalizmowi. Kokaina, morfina, opium. To tylko inne nazwy zgnilizny moralnej Francuzów i Brytyjczyków. Za używanie narkotyków karano i to dotkliwie. Prawa o czystości rasowej zabraniały małżeństw z osobami uzależnionymi od substancji, a narkomanów nierzadko zsyłano do obozów. W nazistowskiej propagandzie demoralizujące używki i trującą intoksykację utożsamiono dodatkowo z żydostwem.

Równolegle do tego mamy żołnierzy Wehrmachtu, Luftwaffe i Kriegsmarine na metamfetaminowym dopingu administrowanym przez armię. Nic nie stało też na przeszkodzie, żeby elity polityczne i wojskowe swobodnie korzystały z używek. Goebbels uzależnił się od morfiny w czasie I wojny światowej, później starał się zwalczyć nałóg regularnym przyjmowaniem kokainy. Nie wspominając już o Adolfie Hitlerze, który wygląda na – co tu dużo mówić – wielkiego lekomana, jeśli nie ćpuna.

Rzeczywiście, rewelacje jakoby Hitler miał rządzić III Rzeszą na ciągłym haju powracają jak bumerang. To wiarygodne historie?

Ostatnio znowu o braniu Hitlera jest głośno za sprawą książki Normana Ohlera Trzecia Rzesza na haju. Ten wątek na pewno będzie nadal budził kontrowersje, chociaż nie dotyczą one samego pytania, czy Hitler dostawał środki psychoaktywne, bo to jest raczej nie do podważenia. Spór dotyczy tego, na ile jego branie miało wpływ na politykę Trzeciej Rzeszy.

Ohler obszernie cytuje zapiski Theodora Morella, osobistego lekarza führera. Mamy wgląd w bardzo dokładny opis stanu „pacjenta A”, włącznie z datami, otrzymywanymi lekami i ich dawkami.

I czym raczył się Hitler?

Lepiej zapytać, czego nie brał. Zacznijmy od tego, że był hipochondrykiem, ciągle się na coś skarżył, więc dostawał leki na wiele schorzeń tych faktycznych i tych urojonych. Na wzdęcia lek, który zawierał atropinę i strychninę. Źle sypiał, więc brał silne środki nasenne. Przyjmował też bardzo dużą liczbę zastrzyków – od glukozy i miksów witaminowych, po wyciągi z jąder bawoła i świńskiego serca. Na wzmocnienie układu odpornościowego, zapobiegawczo przeciwko przeziębieniom, na potencję i tak dalej… Od próby zamachu w 1944 roku przez 75 dni laryngolog dawkował mu przeciwbólowo kokainę. Hitler łatwo się uzależniał, więc chciał dostawać kokainę w coraz większych dawkach. Gdy lekarz odmówił, został zwolniony, ale uniknął śmierci. W zapiskach Morella pojawia się też tajemnicza substancja „X” oraz enigmatyczne notatki: „substancje takie, jak zwykle”.

Ohler spekuluje, że mógł to być Eukodal, opioid jeszcze silniejszy niż heroina. Pierwszy raz został on podany Hitlerowi w lipcu 1943 roku i od tego czasu Morell zwiększał dawki. Eukodal ma silne działanie euforyczne, co pozwala Ohlerowi twierdzić, że dzięki wywołanej chemicznie euforii Hitler miał niezwykle wysoką samoocenę, dobre samopoczucie i większą pewność siebie. I nawet gdy mówiono mu, że sytuacja taktyczna i strategiczna wyglądała źle, że Niemcy przegrywają, to mimo to wierzył, że Trzecia Rzesza wygrywa. Był odklejony od rzeczywistości.

Z książką Ohlera mam jeden problem. Można odnieść wrażenie, że Hitler stanowił wyjątek, że niemieckie siły zbrojne na psychochemicznym dopingu stanowiły wyjątek. Nic bardziej mylnego. Winston Churchill dostawał Benzedrynę, czyli amfetaminę, podobnie jak jego następca Anthony Eden. John F. Kennedy też przyjmował dekstroamfetaminę.

Hitler zaczynał dzień od zastrzyku z jąder bawoła, a na drugie śniadanie aplikował opioid silniejszy od heroiny. W tym samym czasie żołnierze Wehrmachtu uwaleni metamfetaminą przeprowadzają gdzieś na świecie blitzkrieg. A uzależnieni Niemcy mają za to samo lądować w obozach? Jak to dawało się obronić?

Pamiętaj o tym, że mamy do czynienia z państwem totalitarnym. Jedną z cech totalitaryzmów XX wieku jest tzw. dualizm władzy – organom aparatu państwowego odpowiadają organy struktur partyjnych. I jeżeli spojrzymy na Leonardo Contiego, fuhrera do spraw zdrowotnych, to prezentował on bardzo rozsądne podejście. Kiedy dowiedział się, że metamfetamina może powodować psychozy, uzależnienie i szereg innych skutków ubocznych, za wszelką cenę próbował ograniczyć spożycie Pervitinu. Ostatecznie doprowadził w lipcu 1941 roku do objęcia go prawem opiumowym, tym samym lek stał się substancją kontrolowaną i wydawaną na receptę. Ogólnie jednak, mimo oficjalnej nazistowskiej polityki i retoryki antynarkotykowej, spożycie perwityny było rozpowszechnione w niemieckim społeczeństwie, co dobrze, aczkolwiek może z pewną przesadą, pokazuje Norman Ohler w Trzeciej Rzeszy na haju.

Gdy Conti starał się wprowadzić ograniczenia także w siłach zbrojnych, spotkał się już z dużym oporem. Możliwości wpływu nazistowskiego ministra zdrowia kończyły się na świecie cywili. Metamfetamina była zbyt cennym sposobem wzmacniania zdolności bojowych, aby generałowie się jej wyrzekli.

Mówisz, że oni łykali ten Pervitin jak dropsy, ale zwracasz uwagę, że używanie metamfetaminy może prowadzić do psychozy. Uzbrojony po zęby żołnierz, który zaczyna wariować, chyba nie jest zbyt skuteczny.

Strategia wojskowa Trzeciej Rzeszy była specyficzna. Naziści chcieli prowadzić wojnę błyskawiczną, wspomniany przez ciebie blitzkrieg. I do niego metamfetamina pasowała całkiem dobrze. Liczyło się jak najszybsze pokonanie oporu nieprzyjaciela. Kiedy działania bojowe trwają kilka, kilkanaście dni, to u większości przyjmujących amfetaminy nie pojawiają się wyraźne skutki uboczne.

Problemy zaczęły być widoczne, kiedy machina wojenna ruszyła na dobre, a walki trwały już od kilku tygodni. Nieposłuszeństwo, brak dyscypliny, kac amfetaminowy, problemy z nadciśnieniem, czy wręcz psychozy. Czytałem doniesienia o psychozie amfetaminowej, w którą popadł elitarny oddział wojskowy. Wystrzelali cały zapas amunicji we wroga, którego nie było. A gdy później pojawił się oddział czerwonoarmistów, bez problemu ich pokonał i pojmał.

Przez te rewelacje o narkotykach w Wehrmachcie umyka jednak to, że prawdziwym problemem nazistowskiej armii, zresztą amerykańskiej również, był alkoholizm. Dużo większe szkody powodowało niepohamowane spożycie alkoholu niż amfetaminy, czy metamfetaminy.

Ale kto by chciał czytać o pijanych żołnierzach? Narkotyki to jest tabu, dlatego emocjonujemy się tak bardzo „captagonowym kalifatem”, czy „nazistami na speedzie”. Chociaż to ciekawe, że dużo więcej można przeczytać o zbrodniach wojennych, czy bestialskim mordowaniu niewinnych ofiar, niż o narkotykach na wojnie.

Zastanawiałem się nad istnieniem tego tabu. Myślę, że ma ono kilka źródeł. Środki, o których mówimy – haszysz, marihuana, opium, morfina, heroina – nie budziły wcześniej takich kontrowersji, bowiem były stosowane na masową skalę w celach medycznych. Zanim nie zostały substancjami kontrolowanymi, były w użyciu rekreacyjnym, dlatego ich wykorzystanie na wojnie nikogo w gruncie rzeczy nie dziwiło ani nie oburzało. Środki te stają się kontrowersyjne, ale z naszego punktu widzenia, z naszej perspektywy historycznej, prawnej, medycznej i mentalnej. W XIX wieku były elementem życia, takim samym jak niebudzący kontrowersji papieros, kawa czy wino.

Z drugiej strony obecność substancji psychoaktywnych na wojnie była często utajniona. Posiadanie środka wzmagającego wydajność żołnierzy pozwala na zwiększenie zdolności bojowych. Dlatego logiczne, że wiedza o takiej substancji, która daje przewagę taktyczną, nie powinna trafić do przeciwnika.

Narkotyki stały się częścią wyścigu zbrojeń?

Dokładnie. W czasie II wojny światowej brytyjski wywiad donosił, że Niemcy prawdopodobnie biorą jakieś tabletki, ale nie wiadomo było, co dokładnie. Aż do chwili, gdy przy pilotach zestrzelonych podczas ataków Luftwaffe na Wyspy znaleziono substancję, która po zbadaniu okazała się być metamfetaminą. Brytyjczycy poszli w ślady Niemców i wkrótce również zaczęli eksperymentować z dopingiem amfetaminowym.

A jak ten wyścig wygląda teraz? Czy armie pracują nad wynalezieniem narkotyku idealnego?

Prace nad wonder drug pozbawionym skutków ubocznych na pewno trwają. Bo tak naprawdę chodzi o to, żeby stymulant pobudzał, poprawiał wydajność i zdolności motoryczne, ale nie powodował halucynacji, nie zwiększał potrzeby snu i przede wszystkim, żeby nie uzależniał.

Czy są widoczne jakieś efekty tych poszukiwań?

Nie stoimy w miejscu, to na pewno. Dzisiaj żołnierze nie przyjmują tego samego, co na początku zeszłego wieku.

Współcześnie amerykańscy piloci używają jako tzw. go pills dekstroamfetaminy, ale po incydencie Tarnak Farm miała ona dużo złej prasy. W kwietniu 2002 roku podczas lotu nad Afganistanem pilot jednego z dwóch amerykańskich myśliwców, Harry Schmidt uznał, że jest ostrzeliwany z ziemi. Złamał procedury, nie poczekał na potwierdzenie przez system rozpoznania AWACS ani na zgodę na otwarcie ognia. Okazało się, że zrzucił bombę na przyjacielskie wojska, zabijając czterech kanadyjskich żołnierzy i raniąc ośmiu. Incydent ten stał się głośny z powodu linii obrony, jaką przyjął Schmidt. Twierdził bowiem, że znajdował się w stanie psychozy wywołanej spożyciem dekstroamfetaminy, którą dała mu amerykańska armia. Ostatecznie argumentację tę obalono , bowiem dawka, jaką przyjął nie mogła wywołać takich efektów. Tak czy inaczej siły powietrzne musiały się gęsto tłumaczyć z tego, że „Amerykańscy piloci latają na speedzie”.

A coś, po czym nie zrzuca się bomb na swoich żołnierzy?

Po Tarnak Farm dekstroamfetaminę zaczęto zastępować środkiem z kategorii eugorików, czyli tzw. dobrych pobudzaczy. Jego rynkowa nazwa to Provigil albo modafinil. Jest to substancja wynaleziona we Francji w latach 70., która popularność zyskała dopiero od lat 1990., a w szczególności po tym, jak Legia Cudzoziemska testowała ją na żołnierzach podczas wojny w Zatoce Perskiej w 1991 roku. Modafinil działa niezwykle efektywnie, pozwala pracować przez dwie, trzy doby bez snu i odpoczynku. Rzekomo nie ma efektów ubocznych, nie wymaga spłaty długu snu, ma bardzo niski potencjał uzależniający i co najważniejsze pozwala zasnąć w dowolnej chwili.

No to mamy wonder drug?

Niekoniecznie. Działanie każdej substancji, zależy ostatecznie od indywidualnych predyspozycji. Na jednego zadziała, na innego nie. W Stanach Zjednoczonych modafinil jest lekiem przepisywanym na narkolepsję oraz pracownikom zmianowym. Nie znaczy to, że inni ludzie go nie przyjmują – jest tani i łatwo dostępny w aptekach internetowych. Spora grupa studentów, akademików, pracowników korporacji transnarodowych, w szczególności w Dolinie Krzemowej, funkcjonuje na modafinilu, znanym jako life-style drug, a wśród studentów na przykład jako „study drug” czy „exam drug”. Od 2003 roku jest on wydawany także pilotom w amerykańskiej armii. Jego stosowanie jest jednak, tak samo jak w wypadku dekstroamfetaminy, bardzo precyzyjnie ograniczone procedurami. W Polsce jest legalnie raczej niedostępny, dostać go można jedynie na specjalne zamówienie przez ministerstwo zdrowia.

Tymczasem amerykańska Agencja do Spraw Zaawansowanych Projektów Badawczych (DARPA), która jest głównym kołem zamachowym innowacji technicznych dla celów obronnych i wojskowych, nie przestaje finansować projektów mających na celu wynalezienie doskonałych chemicznych wzmacniaczy zdolności bojowych. Podobne prace prowadzone się w Chinach. Środki psychoaktywne i wojna mają długą historię, ale też z całą pewnością mają przed sobą równie ciekawą, być może nieco przerażająco dystopijną, przyszłość.

***

dr hab. Łukasz Kamieński – adiunkt w Instytucie Amerykanistyki i Studiów Polonijnych Uniwersytetu Jagiellońskiego, autor Shooting Up. A Short History of Drugs and War (Oxford University Press i Hurst Publishers, 2016) wydanej na podstawie jego Farmakologizacji wojny. Historii narkotyków na polu bitwy (Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, 2012). W książce wdanej w 2014 roku Nowy wspaniały żołnierz. Rewolucja biotechnologiczna i wojna w XXI wieku analizuje wpływ najnowszych osiągnięć naukowo-technicznych na przyszłość wojny.

Oceń treść:

Average: 9.1 (20 votes)